IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Stary park z fontanną

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Stary park z fontanną   Wto Sty 26, 2016 3:46 pm

Czasem może ktoś tu się przyszwęda, ale to naprawdę rzadkość... Kiedyś ludzie nałogowo tu przychodzili, a letnie popołudnia wyglądały jak festiwal na kocykach. Nie wszystkim się to podobało, ale przymykano na to oko. Dzisiaj zostały dosłownie ledwo żyjące kępki i parę drzewek. Spora część parku została po prostu odgrodzona i tak naprawdę nie wiadomo do dziś, dlaczego. Ławki są w opłakanym stanie, a wielki napis przy wejściu już dawno zapomniał jak wyglądał. W niektórych miejscach
Jest jedna rzecz, która wciąż funkcjonuje. Fontanna. Woda ma się tam świetnie, drobniaki na dnie także. Kiedyś chyba coś przedstawiała, lecz niezbyt wiadomo co. Ktoś zgaduje, że wygląda jak dusza, chociaż może to być i zwykły kawał kamienia. Cholera wie. Jak jest wyjątkowo cicho, słychać pluskanie. Można na niej nieco przysiąść, tylko uważaj na wodę!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Sro Sty 27, 2016 3:07 pm

Gdyby ktoś stwierdził, że jest niewyspana, pewnie miałby rację. Chociaż też i nie do końca. Bo owszem, zasnęła i to całkiem szybko. I spała dość długo, wręcz za długo jak na nią. Należała do bardzo rannych ptaszków, które nie wyobrażają sobie wstawania o dziesiątej, a przy godzinie piętnastej mają prawdziwy zawał. Co nie znaczyło, że potrzebowała jakichś trzech godzin snu, żeby być jakkolwiek gotowa na życie. O nie, pięć to było minimum, przy czym przy pięciu może być bardzo nieprzytomna. Tak bardzo, że będzie myliła nawet zaimki osobowe. Albo urywała w połowie zdania i uciekała do jakiejś kompletnie innej myśli. Ale to musi być naprawdę męczące te pięć godzin. Wyglądała na zmęczoną, bo tak w istocie rzeczy się czuła. Rennevy jednak ma to do siebie, że aż tak po niej tego zmęczenia może nie widać. Może, bo zwykle się pokazuje. Chodzi taka nieco przygaszona, ale potem od razu promienieje i cały świat się śmieje. Jej niemal białe włosy nie były jakoś przesadnie potargane, a oczy nie były przekrwione. Z twarzy też wyglądała dobrze, może bledsza była. Dało się wyczuć, że nie jest w pełni sił, zmęczona tym wszystkim.
Kraciasty szaliczek wesoło podskakiwał i odbijał się od jej pleców, bo wiatr był zbyt słaby, żeby go porwać. Rune sama za wesoła jakaś nie była. Patrzyła sceptycznie na miejsce, które wybrał Ray. Zastanawiała się też, dlaczego jej wiadomość nie została wysłana, chociaż była prawie pewna, że ją wysłała. Nie miała nic do tego, żeby iść do jakże opuszczonego i nieco zasyfiałego parku, ale jednak kusiła ją ta opcja z sernikiem malinowym. Chociaż kto powiedział, że daliby radę to razem jeść? Z tonu wiadomości łatwo można było wywnioskować, że chodzi o coś bardzo ważnego. Nawet bardzo-bardzo ważnego. Oczywiście mogła tylko dramatyzować, bo przecież Ray nie jest jakimś typem, żeby wysyłać emotikonki (jak to czasem Rune ma w nałogu). Mogła to być najprostsza wiadomość, jaka może być. Ale miała nieodparte wrażenie, że jest to poważne. Czy przecież nie napisałby wtedy o co dokładnie chodzi? Nieważne w jakim filmie, książce czy komiksie, jak ktoś zaczyna od słów "muszę z tobą porozmawiać", to to nie wróży dobrze. Wręcz przeciwnie, zwiastuje katastrofę i zgrzytanie zębami. No i nawet widmo kłótni.
Ubrana była w swój już dość mocno podniszczony płaszczyk, z którego odparł ostatni guzik, ale jakoś nigdy nie pamiętała o tym, aby go przyszyć. Oprócz zmechaceń na rękawach i wybladłego koloru, to prezentował się naprawdę znośnie. Szaliczek za to aż pachniał nowością. Pozwoliła sobie na taki wydatek, bo uznała, że strasznie wieje jej w szyję, a jak się okazało, swojego z Walii nie wzięła. Rune wygląda ładnie w spódnicach i naprawdę lubi nosić takowe, jednakże zimno wygrało z komfortem spódniczkowym, więc zadowoliła się spodniami. Zimowe butki na stópkach także były nowe, bo została wysłana z kwitkiem i banknotami od kuzyna, więc musiała jakieś kupić. Niestety na jej dość drobną stópkę zbyt wielkiego wyboru nie było, zatem dość niechętnie i z zawstydzeniem przeszukiwała dział dziecięcy. Wybrała takie, które nie raziły swą infantylnością - czarne kozaki do pół łydki. Opcja z różowym futerkiem i symilkami nie wyglądała na jakoś zachęcającą. Fryzurę miała na typową Rennevy. Rozpuszczone i po bokach głowy dwie ładne kokardy. Dzisiaj były to czerwone w delikatną czarną kratkę. Nie dało się ich nie zobaczyć i podkreślały rumieńce, nos i usta dziewczyny. Dziwnie zimno jak na środek pustyni.
Siedziała na brzegu fontanny i wsłuchiwała się w delikatny szum wody. Siedziała dość skulona i patrzyła na swoje stopy, którymi zaczęła o siebie uderzać. Buty wydają wtedy taki zabawny dźwięk, którego nie potrafiła określić. Bo było to niby stuknięcie, ale jakby przytłumione. Szybko się to jednak jej znudziło i wróciła do obserwowania bramy wejściowej. Ciekawe, czemu akurat park? Było zdecydowanie... No, może nie aż tak wiele innych miejsc, ale na pewno by się coś znalazło. Zważywszy na to, że na dworze jest zimno. Nawet bardzo. Może nie chciał, by ktokolwiek się im przyglądał? Taki powód był dość przekonywujący i logiczny, zwłaszcza, że to Ray. To było w jego stylu. Tylko co się nagle mogło stać...?
Takie zastanawianie nie przeszkadzało jednak w próbie ucięcia krótkiej drzemki. Powieki same opadały, a ona sama poczuła, jak delikatnie więdnie] jej ciało. Coraz bardziej się skulała, coraz bardziej, aż w końcu zamknęła naprawdę oczy i chciała runąć na miękkie łóżko. Tyle że go nie było. Gwałtownie złapała się za krawędź brzegu i spięła całe swoje ciało, byle tylko się nie osunąć dalej. Wizja kąpieli o tej porze i w takich warunkach była nieprzyjemna. Chwilę tak walczyła z grawitacją, po czym inne siły natury postanowiły się trochę Rune zająć. Owszem, uniknęła kąpieli, ale ześlizgnęła się z brzegu, uderzając przy tym głową w kamień. Na szczęście dość lekko i o płaskie, więc niczego sobie nie rozcięła. Wylądowała na swojej dupencji i natychmiast się skuliła, chwytając się za głowę. Ramiona się jej trzęsły. Ale przynajmniej już nie zaśnie!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Sro Sty 27, 2016 6:19 pm

Stan Raya na pierwszy rzut oka był znacznie lepszy niż Rune. Zmęczenie wczorajszym treningiem pozwoliło mu w sprytny sposób ominąć ostatnie problemy z zasypianiem, a dzięki temu wstał rankiem niczym nowo narodzony. Fizycznie czuł się całkowicie normalnie, jak po dobrym śnie, nawet jakimś cudem nie miał zakwasów po znacznie intensywniejszych ćwiczeniach niż zwykle. Psychicznie prezentował się nieco gorzej niż zazwyczaj. Wciąż był w pewnym stopniu poukładany, stabilny - tak jak zawsze, ale w tym wszystkim pojawiło się poczucie winy. Musiał być zdecydowany, nie mógł pozwolić sobie na wahanie, nie w takich sytuacjach, a jednak coś było nie tak. Nie miał czasu na zastanowienia dłuższe, a w sumie to nawet nie chciał o tym myśleć. Wczorajsza dawka dywagacji wystarczy mu na kilka dni. Strój Raymonta klasycznie nie obfitował w mnogość barw, a kolory były ponure. Wyjątek jak zwykle stanowiły czerwone słuchawki oraz kolorowy szalik, z którym nie rozstawał się odkąd tylko go dostał. Na nogach miał czarne, cięższe buty, warto wspomnieć, że wszystkie inne części stroju prezentują ten sam odcień pomijając szarą koszulę, z krótkim rękawem. Zwyczajne spodnie przytrzymywał pasek o srebrnej klamrze, a tors okrył czymś na wzór płaszcza i kurtki jednocześnie. Dziwnym mogło się wydawać to, że nie zapiął tej części garderoby, chociaż temperatura wcale nie była taka wysoka. Można było stwierdzić, iż jest nawet dosyć zimno. Czarnowłosy po miesiącach posiadania swojego szaliczka zdążył zauważyć, że to jego sprawka - zawsze utrzymywał odpowiednią temperaturę ciała. Dodatkiem do tego wszystkiego był czarny krawat luźno zarzucony na kark, nawet niezbyt starannie zawiązany. Nie można też było zapomnieć o czarnym rzemyku z czerwoną kokardką zawiązaną na nim, który nosił na lewej ręce. Twarz jak zwykle nie wyrażała niczego konkretnego. Usta, a także część nosa ukrytą miał w szaliku, zaś oczy lekko przymrużone. Włosy naturalnie były nieco potargane, ale jakiś ład był zachowany, jakiś.
Zmierzał uliczkami w świetle latarni. Popołudnia zimami zmieniały się w wieczory co w pewnym stopniu podobało się Rayowi. Jego droga była jednak nieco inna niż Rune, chociaż teoretycznie powinni zmierzać taką samą, gdyż punkt ich wyjścia jest podobny. Cóż, Raymont obierał okrężną drogę, gdyż niezbyt był przygotowany psychicznie na rozmowę. Zazwyczaj czuł się na tyle stabilny, by obudzony w środku nocy spierać się z innymi albo prowadzić filozoficzne rozważania, a nawet oznajmiać bliskim przykre rzeczy. To wszystko było jednak złudzeniem. Wcale nie był tak mocny jak mu się wydawało, chociaż nie był też tak słaby jak myśleli inni. Tym razem uświadomił to sobie dosyć szybko skręcając w kolejną uliczkę zamiast ruszyć wzdłuż właściwej, by szybciej i łatwiej dotrzeć do parku. Dlaczego w ten zimny dzień, a w dodatku po zmroku wybrał park? Przecież mógł zaprosić ją do siebie albo pójść do niej. Mógł też wybrać kawiarnię, restaurację, cukiernię lub cokolwiek innego, a nie opuszczony, zapomniany park na obrzeżach Death City. Wybór był taki, a nie inny z powodu osamotnienia i ciszy. Te dwie rzeczy oferowane przez skromny kawałek terenu z drzewami, zniszczonymi ławkami oraz jakimś cudem ocalałą fontannę zdecydowały. Dodatkowo nie chciał, by miejsce ich spotkania było samo w sobie nacechowane jakimiś emocjami, aby nie hamowało ani jego, ani jej. Tutaj nie było takich ograniczeń, swoboda zachowań.
Przekroczył w końcu zardzewiałą bramę i znalazł się już prawie na miejscu spotkania. W słuchawkach założonych na uszy grał spokojny, melancholijny fortepian. Artysta nieśpiesznie naciskał klawisze wysyłając nierzadko pojedyncze dźwięki w głuchą przestrzeń niezamieszkałą przez inne instrumenty. Fontanna pojawiła się w zasięgu wzroku wraz z czekającą Rennevy. Czerwony atrybut Raymonta został zsunięty na kark. Czarne oczy utkwiły w dziewczynie, a Ray spokojnie podchodził, nagle między jednym mrugnięciem, a drugim Rune znikła z widoku, a odgłos upadku dał wskazówkę gdzie jej szukać. I bez niego z pewnością chłopak domyśliłby się, że ta niereformowalna niezdara właśnie zaliczyła glebę stojąc spokojnie w miejscu i to w dodatku na suchym gruncie. Podszedł pod nią i kucnął obok wzdychając lekko. Oczy przymrużyły się jakby zmęczone, zaś usta wciąż pozostały ukryte pod kolorowym, wręcz niepasującym do młodzieńca szalikiem.
- Co Ty wyprawiasz? - zapytał niczym dorosły znużony wygłupami dziecka, chociaż było czuć w jego głosie nutkę rozbawienia, które nie było niestety widoczne na twarzy z dwóch powodów: Ray rzadko okazywał emocje mimiką; jego twarz była częściowo zasłonięta. Wystawił w jej stronę dłoń, by pomóc jej wstać, a gdy tylko to zrobił stanął z jej boku przesuwając delikatnie ręką po jej włosach sprawdzając czy nie rozcięła sobie skóry oraz czy nie krwawi. - Nic Ci nie jest? - postanowił zadać kontrolne pytanie, gdyż zawsze mogła mieć wstrząs mózgu lub coś innego. Ta dziewczyna była zdolna do zmasakrowania się plastikowymi nożyczkami, dlatego czarnooki nie wykluczał jakichś urazów wewnętrznych spowodowanych upadkiem.
- Wybacz, że kazałem Ci czekać w tym zimnie. - dodał na koniec dobrze wiedząc, że to on powinien być pierwszy w parku. Rune mogła być nieświadoma słów jakie Ray będzie zmuszony powiedzieć, toteż łatwiej jej było zjawić się na miejscu niż jemu - w pełni świadomemu nadawcy. W tym momencie jednak jakoś całe to poczucie winy minęło. Widząc ją wygrała wcześniejsza myśl, a ten mały wypadek tylko utwierdził go w decyzji. Spoglądał na nią z niespotykaną u niego troską w oczach. Zazwyczaj ukrywał to, lecz teraz nawet nie zdawał sobie sprawy jak wygląda. Lewa ręka wróciła po chwili ściszając wciąż słyszalną muzykę o kilka stopni, by jedynie Raymont ją mógł wyłapać w przerwach między słowami. Był gotowy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Czw Sty 28, 2016 5:11 pm

Pierdołowatość Rune wręcz woła o pomstę do nieba i prośbę ponownego zainteresowania się tym zgubionym dzieckiem. Ona sama do tego przywykła, a przynajmniej tak twierdzi, że przywykła. Nawet próbowała to zmienić! Zaczęła zwracać większą uwagę na to, co ją otacza i wykrywać ewentualne zagrożenia, które mogłyby się skończyć jakimś bezsensownym upadkiem czy wypadkiem. Jednakże to pochłaniało naprawdę wiele energii i było do tego stopnia męczące, że nawet nie zauważyła, że przestała tak robić. Przyszło jej to wręcz z pewną naturalnością. Zastanawiała się także też na tym, czemu akurat to ona musi być tak pierdołowata, ale na to nie znalazła odpowiedzi. To była jej wina? Otoczenia? Siły przypadku? Przez myśl jej także przeszła zła wola innych, czy też może raczej nieświadome życzenie jej pierdołowatości. A może to ona jest takim chodzącym zbiornikiem na ludzkie westchnienia i niewyjaśnione nieszczęścia? Podczas gdy ktoś trafia szóstkę w totka, to ona wywala się o powierzchnię płaską. To także mogła być możliwość. Przecież żyje w świecie, gdzie można posługiwać się magią. Czemu więc nie może być takim nieszczęsnym pojemniczkiem?
Z wykonywanej czynności (czyli kulenia się i drżenia) wyrwał ją nieco rozbawiony ton chłopaka, który właśnie przybył na miejsce. Od razu znieruchomiała i podniosła głowę, ukazując jeszcze bardziej rumiane policzki i nieco przeszklone oczy. Nie chciało się jej płakać, choć sprawiała takie wrażenie. Czerwona była od zimna, jakie panuje na dworze, a nie od nagłej chęci wybuchnięcia płaczem. Czy od roztrzęsienia. Niestety osobliwy kolor włosów tylko podkreślał to mylne wrażenie, tak samo jak kolor wpiętych kokardek. Zamrugała kilka razy, po czym się uśmiechnęła. Ton głosu Raya był naprawdę mylący. Z jednej strony był rozbawiony, bo znowu sobie coś zrobiła i to nic nie robiąc, tylko siedząc. Ale z drugiej strony z tak zasłoniętą połową twarzy i lekko zmrużonymi oczami wyglądał tak, jakby właśnie załamywał się nad jej sposobem bycia. Nie zapomnijmy o uroczo kolorowym szaliku, który odejmował tego surowego wyglądu chłopakowi. Chwyciła jego dłoń i jakoś się podniosła, otrzepując prz tym swoje spodnie. Zarumieniła się (czyt. jeszcze bardziej zrobiła się czerwona), kiedy poczuła jego przelotny dotyk z tyłu głowy. Nie wiedziała, czy to dlatego, że to on, czy dlatego, że poczuła się jak dziecko.
- Jasne, nic mi nie jest! - odpowiedziała i pomachała do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stał Ray. Po czym się do niego odwróciła. - A t-twój kolega to kto? - zapytała całkiem poważnie, nawet jeszcze bardziej poprawiła spodnie, aby prezentować się co najmniej znośnie. Wyglądała na zakłopotaną, po czym uśmiechnęła się radośnie. - Ten kolorowy szaliczek musiał mnie zmylić. Rozumiem, że dobrany pod barwną osobowość, co? - Zaśmiała się delikatnie. Złączyła dłonie, wygięła palce i chwilę je tak przed sobą trzymała, jakby je rozgrzewała. Wydała z siebie iście Runciowy dźwięk, który brzmiał tak, jakby się dopiero obudziła. Poniekąd to prawda, bo już kompletnie nie czuła zmęczenia i tego dziwnego przybicia, jakie jej towarzyszyło jeszcze parę minut temu. - Oj tam, chwila na mrozie mnie nie zrani. Za to śliskie fontanny już tak. Ale żyję! Trochę głowa boli, jednak wszystko okej. Widzę dokładnie jednego Raya. Musiałam wyjść znowu za wcześnie, więc trochę sobie poczekałam. Zdążyłam obejrzeć park i uznać, że jest on dość ponury. I sprawdzić trwałość działającej fontanny, o.
Zabujała się delikatnie na stopach, jakby nieco wyczekując od niego kolejnych słów. Napotkała to jego dziwne spojrzenie i automatycznie się skupiła na tym, czy coś go trapi. Troska w czyichś oczach nie jest niczym dziwnym, ona sama pewnie ją z milion razy tak okazywała. Znając jednak Raya, wiedziała, że to dość istotna oznaka czegoś. Zdążyła się już przyzwyczaić i nauczyć, że on oszczędzał w okazywaniu emocji. Czy to pozytywnych, czy to negatywnych, a te jego nieprzeniknione czarne oczy były tak głębokie, że bała się w nie spojrzeć. Zawsze ją to zastanawiało, jak to jest nie okazywać tak emocji. Czy jest to coś całkowicie naturalnego, czy może zależy od samokontroli? Zdawała sobie sprawę, że nie jest w stanie zachowywać się tak samo, a wszystko można odczytać z niej jak na dłoni. Dlatego też nie trzeba było wielkiej spostrzegawczości, żeby zauważyć, że to teraz ona wyglądała na nieco zatroskaną. Powoli, powolutku wracała do niej świadomość, że to wcale nie będzie przyjemna rozmowa. Nie potrafiła jednak powiedzieć dlaczego. Podejrzewała, że to miało swój początek już wtedy, kiedy zobaczył ją z Lawerem. Wydawało się jej, iż już wtedy był nieco bardziej... otwarty z emocjami. Tymi negatywnymi. Zwłaszcza kiedy kuzyn wspomniał o jego matce.
Co się mogło stać z rodziną Raya? Jak doszło do tego, że nie znał własnego rodzeństwa? Szybko próbowała odegnać te myśli, nie być ciekawską. Czy mogła go tym swoim głupim błędem zrazić do siebie?
- O czym chciałeś porozmawiać? - zapytała dość spokojnie. Co jakiś czas uciekała wzrokiem w dół, na swoje buty, byle nie nawiązać zbytniego kontaktu wzrokowego. Podświadomość jej mówiła, że powinna uważać na otchłanie. Zwłaszcza takie, które całkowicie wszystko mogą pochłonąć. - Czy coś się stało? - Ostrożnie dobierała słowa, chociaż wiedziała, że równie dobrze i teraz mogła strzelić gafę. Zirytować tym pytaniem. Gdyby się przecież nic nie stało, to nie spotykaliby się teraz, a jak już, to w zupełnie innych okolicznościach. Czuła się dość nieswojo, bo obawiała się, że następne słowa chłopaka mogą być naprawdę bolesne. Czy to przez nią? Czy to przez jej słowa? A może znów tylko dramatyzuje? Może chciał się tylko spotkać pod jakimś byle jakim pretekstem?
Ha. Marzenia. Ułuda, w którą się będzie jej dobrze wierzyło. Próbowała odegnać wszystkie złe myśli, w tym dziwne pudełka. Najpierw chciała usłyszeć to, co on miał jej do powiedzenia. Przecież po to się spotkali.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Czw Sty 28, 2016 7:06 pm

Dla niektórych zrozumienie jak można być taką łamagą pozostawało w sferze rzeczy niewykonalnych. Jedną z takich osób, które nie potrafiły tego zrozumieć, był właśnie Ray. Przecież aż taka niezdarność to z pewnością już jakieś zaburzenie psychiczne albo upośledzenie podstawowych funkcji życiowych. Co było trudnego w utrzymaniu balansu ciała? Oczywiście kilkulatkowie pozostawali usprawiedliwieni, ale osoby mające już naście lat? No błagam. Wszystkim zdarzają się błędy, potknięcia, nieuwaga, ale to się "zdarza", a nie jest niemalże rutyną. Może to był jeden z tych powodów tłumaczących pewną fascynację personą Rennevy przez czarnookiego? Niewykluczone. Wystarczyło zachować odpowiednio wiele uwagi, a jej akurat nie było potrzeba dużo, aby nie uszkodzić się. Niektórzy jednak i z tym mieli problemy, a to w jakiś sposób było interesujące dla Raymonta. Możliwe, że równie interesujące co dla naukowców reakcje szczurów na dawki prądu. Mniejsza z tym.
Dziewczyna nie dość, że czerwona od zimna, to jeszcze mocniej zarumieniła się, gdy zjawił się Ray z pomocą. Chłopak uznał tę oznakę jako pewien wstyd spowodowany upadkiem, dlatego nawet nie próbował komentować. Inaczej już pewnie zażartowałby sobie z niej, chociaż sam nie byłby szczęśliwy z faktu wyśmiewania jego rumieńców. Zdarzyło mu się kilkukrotnie poczerwienieć przy Rune z czego akurat nie był ani trochę dumny. Od dawna był przekonany, że jest jeden jedyny temat, przy którym traci nerwy oraz opanowanie nad emocjami, a tutaj nagle wystarczyła drobna pierdoła, by nasz dzielny Raymont zawstydzał się niczym nastolatka. Cóż, słaby był w relacjach damsko-męskich, nawet na tak błahym poziomie jaki prezentowała ta dwójka.
- To moje gorsze albo lepsze alter ego. - odparł równie poważnie co ona, chociaż w jego ustach każde słowa mogły brzmieć zabójczo serio. Uśmiechnął się lekko na wypowiedź o barwnej osobowości. Poniekąd prawda, poniekąd bzdura, ale skąd Rennevy miała to wiedzieć? Niezbyt go znała mimo wszystko. Przyjazny wyraz twarzy niestety był widoczny jedynie w podniesionych policzkach, gdyż nadal nie odsłaniał ust. Było tak ciepło i przyjemnie. - Pod kolor oczu również. - dodał wskazując lewą dłonią na swoje czarne tęczówki. Zdawałoby się, że dziewczyna jest w humorze do żartów, że nie zaniepokoił ją nagłą wiadomością o spotkaniu. Nie skomentował jej kolejnych słów. W milczeniu przyglądał się jej z taką samą troską jak wcześniej. Po chwili nawet nie słyszał co mówiła, wyłączył się na sekundę. Jego głowę zaprzątała masa myśli. Najgłośniejsza z nich krzyczała o nagłym zepsuciu dobrego nastroju Rennevy. Czuł, że jego słowa raczej jej nie ucieszą, chociaż w sumie zuchwałym było myślenie, że przyniosą jej smutek. Nie wiedział na dobrą sprawę jaki ma stosunek względem niego, bo nigdy o tym nie rozmawiali, a pozory... były tylko pozorami. Patrzył jak wyraża wiele emocji, jak jest otwarta z nimi i w przeciwieństwie do niej - zastanawiał się jak tak można. Dla jednych zagadką był ich brak, a dla innych ich częsta obecność. Oczywiście Ray również miał w sobie masę różnych emocji, to nie tak, że był znieczulony. Nie był w końcu robotem, każdy miał jakieś odczucia, chociaż niektóre były dosyć nieludzkie. Czarnowłosy zwyczajnie ich nie wyrażał, gdyż zbyt wiele one mówiły. Głowił się jak ludzie mogą być tak otwarci, tak naiwni, tak chętni, by ich poznano. Nie rozumiał, że to z nim było coś nie tak poprzez tę blokadę, którą na siebie nałożył. Dla Raymonta dziwacznym była zewnętrzna obecność emocji, ich kontrola. Wyznawał nieco własną filozofię, która zakładała, że emocje jedynie niszczą. Nieważne czy są dobrze, czy złe, to kontrolują nas, nasze myśli, a więc i czyny. Prawdziwa wolność jest wtedy, kiedy od nich się odetniesz. Zdawał sobie sprawę jednak z tego, że nie wychodzi mu to, lecz nie zniechęcał się. Dalej dążył do celu.
Z zamyślenia wyrwały go dopiero pytania o czym chciał porozmawiać i czy coś się stało. Westchnął lekko spoglądając w bok, nadal milcząc.
Jeszcze nic się nie stało, ale stanie się. - pomyślał niezadowolony z samego siebie. Chciałby w tym momencie zwyczajnie powiedzieć, że ot tak chciał się spotkać i porozmawiać, a to miejsce jest jedynie wyrwaniem się od rutyny, lecz nie mógł. Przyprowadził ją tutaj w innym celu i chociaż nie chciał ranić Rune, to prawdopodobnie został zmuszony to zrobić. Ten ostatni raz. Nie zamierzał owijać w bawełnę, to nie było w jego stylu. Nawet nie zastanawiał się nad słowami wcześniej. Wiedział jedynie co ma zrobić, jaki ma być kontekst wypowiedzi, a jak ona zabrzmi? Nieważne. Może być nawet brutalna, lecz o ile wykona swoje zadanie, to będzie dobra. Lewa ręka powędrowała do szalika, a jeden palec opuścił kolorową część stroju na szyję, by usta zostały odsłonięte. W głowie zaczęło mu szumieć. Biały szum zagłuszający wszystko. Ogłupiający. Spojrzał na nią z jeszcze większą troską, ale dało się też dostrzec determinację w jego czarnych oczach. Ręce wróciły do kieszeni spodni, zaś on ponownie westchnął - tym razem głęboko, jakby zrzucał balast duszy.
- Pamiętasz te słowa, które wypowiedziałem przed akademikiem przy naszym pierwszym spotkaniu? - zapytał beznamiętnym głosem. Był przekonany, że pamięta nawet jako taka niezdara i sklerotyczka. Oboje pamiętali i dobrze o tym wzajemnie wiedzieli. - Zapomnij o nich. Nie chcę być Twoim partnerem. Nie nadajesz się na Władającą, a Death City, to nie miasto dla Ciebie. Wracaj do domu, tutaj jedynie zginiesz. - dodał po chwili. Spokojnie, bez emocji, jakby mówił coś nieznaczącego lub normalnego. To był ton jaki używał zazwyczaj w niezobowiązującej rozmowie. W tym momencie nawet nie myślał o tym co poczuje Rune, ani co on czuje. Szum wszystko zagłuszał. Cieszyłby się z tego, gdyby tylko mógł. Nie chciał być świadom jaką ranę może wyrządzać osobie, na której mu zależy. Słowa były szczere, chociaż nie podał żadnego ich powodu. Dlaczego nie chce być partnerem? Dlaczego się nie nadaje? Dlaczego to nie jest miasto dla niej? Wydawać się mogło, że zwyczajnie jest nieczułym dupkiem, który chcę spławić ją, gdyż jest balastem w jego rozwoju jako Magiczna Broń. Zresztą ostatnio nie bez powodu trenował znacznie, znacznie ciężej. Nie po to ustalił sobie nowe cele. Był głupi, ale liczył, że zwyczajnie na tyle skrzywdzi Rennevy, że ta się podda i wróci do Walii. Odetnie się od bycia Władającą i od całego tego przeklętego Death City. Pierwszy raz w życiu chciał umyślnie odrzucić, zranić bliską mu osobę. Nie zależało mu na tym jak będzie go postrzegać po całym wydarzeniu. Grunt, aby osiągnął swój cel.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Pią Sty 29, 2016 4:44 pm

Przez głowę jej przemknęło, że próbuje uciekać. Tak samo mówiło jej uczucie, które nakazywało prowadzić dalej luźną rozmowę, jakoś skomentować jego słowa. Ale nie była w stanie nic wymyślić. Nie chciała nic wymyślać, bo przecież nie po to tu przyszła. Nie po to ją wezwał. Chichotała cicho, jak wspomniał o oczach. Tych czarnych otchłaniach, które ją przerażały. O swojej osobowości, która ją intrygowała, ale i nie chciała jej zgłębiać. W sumie dopiero teraz zorientowała się, jak bardzo odległy się wydawał. Ile on o niej wie, ile ona o nim. Dysproporcja była wręcz rażąca, ale nie miała mu tego za złe. Nie mogła. Nie miała prawa. Sprawa, o której chciał z nią porozmawiać - jej się obawiała. Była niemal całkowicie pewna, że to z jej powodu. Pytanie tylko - w którym momencie? Złączyła ręce i jeszcze bardziej bawiła się swoimi palcami. Wyginała je, choć ją strasznie to bolało. Czyżby kolejne świadome działanie, aby zagłuszyć jego słowa? Nie oderwać się od rzeczywistości? Powstrzymywała się przed przygryzieniem wargi, znalezieniem nowego tiku nerwowego. Nie siliła się nawet na spokojny uśmiech, a z każdą chwilą coraz bardziej okazywała swoje obawy.
Wszystko po to, aby w następnej chwili poczuć całkowitą pustkę w sobie.
Nie zdążyła nawet potwierdzić, że pamięta obietnicę wspólnego nieba. Nie zdążyła nawet się psychicznie przygotować na kolejne jego słowa. Całe jej ciało stężało, a po chwili nie wiedziała, czy stoi. Ale stała. Słabo się jej zrobiło, świat wydawał się dziwnie wyraźny. Przestała wyginać sobie palce, przestała się zastanawiać, na moment jej nie było. Zniknęła. Została zmiażdżona ciężarem słów, jakie wypowiedział. Zmieciona z powierzchni ziemi. Miała powykręcane na wszystkie strony kończyny, poprzebijane wnętrzności. Przez dosłowny ułamek sekundy umarła. Czy też może po prostu nie dała rady zrozumieć tego, co do niej powiedział. Co ciekawe, jej twarz nie wyrażała nic. Była boleśnie obojętna, chociaż minę miała identyczną, co przed chwilą - pełną trosk i obaw. Wyparowały. Uciekły z niej. Szok był dla niej tak okropny, że nie słyszała już nic. Czy też może nie chciała nic słyszeć. Jedynie odezwało się delikatne bicie serca. Jego szept. Krew płynęła w uszach, mięsień drgał w kciuku. Wracała do życia po chwili niebytu. Otworzyła szerzej oczy, delikatnie otworzyła usta. Po co? Dlaczego? Zamierzała go błagać o przebaczenie winy, która go zmusiła do tej decyzji? Chciała krzyknąć z rozpaczy? Natychmiast spuściła głowę. Nie widział jej twarzy, która trwała w grymasie między lękiem, a zaskoczeniem. Mrugała bez zrozumienia. Znów bawiła się rękami. Chciała wykrztusić z siebie dowolny dźwięk, ale to było za trudne.
On chce odejść. Chce mnie zostawić. Przestań, brzmisz jak ofiara losu. Ale on nie chce mnie. Nigdy się do ciebie nie przywiązał. Nieprawda, obiecał. Obiecał wspólne niebo. Nie chce tego dotrzymać. Nie może. Nie ma prawa. Nie pozwalam. Nie chcę tego. Myślisz, że to ma jakieś znaczenie? To jego decyzja i ty nic nie zrobisz. Nieprawda. Prawda. Prawda? Co robić? Co robić? Co robić? Co robić? Co robić? Co robić? Nic nie rób. Co robić? Co robić? Co robić? Muszę, inaczej mnie zostawi. Dlaczego to ma być on? Jest przecież wiele innych uczniów w Shibusenie. Nie. Nie ma. On chce, żebym zniknęła. To moja wina. Moja. Mojamojamojamoja. Przestań, stwierdza fakty. Od początku chciałaś zostać w Walii. Już nie chcesz? Nie. To nie tak. Robisz z siebie ofiarę. Serio myślałam, że dam radę? Tak, tak myślałaś. Tak myślę. Przecież jeszcze niczym nie zawiniłam. Zawiniłam. Zawiniłaś, Rune, Rennevy. To twoje błędy. Moje błędy. Mam zniknąć? Nie chcę stąd znikać. Dramatyzujesz, dramatyzuję, ja dramatyzuję. Ach, co ja mam zrobić? Czego on chce? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Boję się, nie wiem co robić. To zbyt trudne. Nikt nigdy nie oświadczał, że cię zostawi, prawda? Nie wiem, jak to jest. Mógł to zrobić gorzej. Mógł mnie powoli od siebie odsuwać, aż w końcu bez słowa zniknąć. Tak jest chyba lepiej. Lepiej? Lepiej? Lepiej? Ludzie odchodzą i przychodzą. Tak, to prawda. To twoja wina, że się do niego nie przywiązałaś. Nie możesz na niego być zła. Zła? Zła? Jestem zła? Ach, moja głowa! Co ja mam zrobić?
Czyja to wina? Moja? Jego? Ich? Wszystkiego? Czy mogę mówić cokolwiek o jakiejś winie? Ach, nie mogę się skupić! Czemu dla ciebie to jest takie zwykłe? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
Pomocy.

Powoli podniosła głowę. Nie płakała. Chyba nie była w stanie nawet do tego siebie zmusić. Była zagubiona. Tak bardzo zagubiona, nie chciała w to wierzyć. Z każdym mrugnięciem przytomniała, ale nie można mówić o jakiejś racjonalności. Dochodziła do niej siła słów. Prawda tych słów. Ale i kłamstwo tych słów. Było to stwierdzenie, z którego zdawała sobie sprawę, nawet niejednokrotnie o nim mówiła. Ale jednak... bolało. Bardzo bolało. Rozrywało jej serce na strzępy. Lecz wiedziała, że są powody, dla których nie może się poddać. Zgadzała się z nimi oraz zgadzała z nim. Chciała już pogodzić się. Jak zawsze. Naturalna kolej rzeczy. Przecież do tego przywykła. Czym się ta sytuacja różni od wszystkich poprzednich? Ma wybór. Może walczyć. Może starać się go przekonywać, że jest w błędzie. Ale czy warto? Czy ona będzie w stanie spojrzeć w otchłań i się w nią rzucić? Przedrzeć się przez te wszystkie bariery z młotem i poniekąd wymusić, żeby zmienił zdanie? Nie, nie wymusić. Ona nigdy nie wymusi na nim czegoś takiego. Tego się nie da wymusić. Może tylko sprawić, że przestanie to zauważać. Ale czy da radę? Jest taka słaba, tak cholernie słaba.
Uśmiechnęła się przepraszająco. Patrzyła tylko na swoje palce, powoli jednak przenosiła wzrok na niego. Wyglądała na tak bardzo zagubioną, tak bardzo chciała się rozpłakać, ale nie mogła. Nie rób tego. Nie rób tego. Przestań. Słyszała dzwonki w swojej głowie.
- Ach... R-rozumiem... Mo-mogłam się przecież tego spodziewać, pra-awda? - mówiła cicho i powoli. Brzmiała źle. Bardzo źle. PRZESTAŃ. NIE RÓB TEGO. - Chy-yba masz rację... Przecież... Prze-ecież ja tu tylko zginę. Nie po-powinnam tu być. Je-e-estem przez przypadek, prawda? Chyba powinnam jak najszybciej się stą-ąd wynieść... - wręcz wyszeptała. Ale wciąż nie płakała. Dlaczego tak było? Mogła przysiąc, że słyszała te durne dzwonki. Niech się w końcu zamkną!
Czy tego naprawdę chcesz? Jakby odpowiedź nie była oczywista.
Odchyliła delikatnie głowę, dodatkowo przechylając na prawo. Szeroko otwarte oczy płonęły czymś na wzór determinacji, ale i gniewu. Może nawet furii. Mina nic nie wyrażała. I to było w niej przerażające. Wszystko przekazywały oczy, które z odwagą i zuchwałością spoglądały w otchłań. W czarne oczy chłopaka.
Ach, te dzwonki są tak głośne.
- Tak mam według ciebie odpowiedzieć? - Głos miała niższy, bardziej charczący. Ale wciąż ten sam Runciowaty. - Tego ode mnie oczekiwałeś? Ślepego zgodzenia się na to, że mam sobie wracać do domu, bo tak postanowiłeś. Bez słowa wyjaśnienia. Bo tak. Powariowałeś? Pozwól więc, że się łagodnie nie zgodzę, Ray.
To było straszne. To było dziwne. To było przerażające. Fala złości dosłownie zalewała jej umysł, jej ciało, jej wszystko. Jej byt. Nigdy nie czuła się tak bardzo... przerażająca. Nienawidziła w sobie siły złości. Nie chciała się nigdy denerwować, więc nie robiła tego. Dlaczego więc teraz to zrobiła? Ciepłe i narkotyzujące poczucie pewności siebie i możliwości sprawiało, że się bała. Bała samej siebie i tego, że palnie znów to, czego nie chce. Że zamiast wywalczyć inne zakończenie tego epizodu, tylko przypieczętuje przewidywane. Przepisane. Frustracja i desperacja były tak silne, że nie potrafiła się im oprzeć. Nie mogła dłużej zatrzymywać tego w tym małym pudełeczku. Wciąż jednak nakładała na siebie kontrolę, aby nie zamieniło się to w wyżywanie się. Wyrzucanie i skupienie na nim swej zawiści do świata, do losu, do jego słów i do jego sprawiedliwości. Cały czas miała na uwadze to, że może go nie przekonać i nic na nim nie wymusi. Złość oferowała ulgę. Oferowała moc w słowach. Ale tak bardzo jej nienawidziła, że nigdy nie chciała tego czuć. Bo się po prostu bała tego.
- Kto ci, do cholery, pozwolił o tym decydować? Czyżbym była zbyt słaba, żeby ci dotrzymać kroku? Przepraszam, że nie jestem jak inna. Przepraszam, że nie umiem zabijać ot tak! - wręcz wywarczała. Zmrużyła oczy, które wciąż zionęły negatywnym uczuciem. Jakby jednak pierwsza faza zdenerwowania całkowicie przeszła. Ta nieopanowana. - I tyle masz mi do powiedzenia? "Nie nadajesz się, więc odejdź"? Żadnego wytłumaczenia, żadnego wyjaśnienia, żadnego chociażby jednego pieprzonego słowa?! Mam się sama domyślić czy szczerze żałować za swoje grzechy, bo, tak jakby, NIE ROZUMIEM. Mogę mieć sklerozę, ale nie przypominam sobie, żebyśmy kiedykolwiek robili coś poważnego razem. Oboje unikaliśmy tego, ale uczęszczaliśmy na treningi. Stwierdziłeś nagle, że ciebie hamuję? Narażam się na śmierć? TAK SAMO JAK TY! Oboje jesteśmy w niebezpieczeństwie, oboje mamy zabijać! Nie chcesz być ze mną? Nie możemy być partnerami? Przyjmę to z godnością, ale nie w taki sposób. Tylko ciekawe czym się różnię od tej siebie z tamtej chwili. Wywaliłam się tobie na buty. NA BUTY, RAY! Jasno zadeklarowałam, że nie jestem w stanie ot tak zmienić swego postrzegania na świat, że nie jestem w stanie tego zaakceptować z miejsca. I wiesz co? TY TO ZAAKCEPTOWAŁEŚ, DO JASNEJ CHOLERY! "Wspólne niebo", kurna mać. Ja w to wierzyłam. I wciąż wierzę. A ty najwidoczniej żałujesz. Żałujesz "decyzji, której miałeś nie żałować, bo ją podjąłeś w pełni świadomie". - Przerwała na chwilę. Spojrzała na niego wyczekująco. Zaprzeczy? Nie zaprzeczy? Zdenerwuje się i będą na siebie tak krzyczeć? Ha. Jego chyba nie da się ruszyć. A przynajmniej nie tak z błahego powodu, jakim jestem... - To tak brzmi. Jakbyś się mną rozczarował i żałował. "To nie jest miasto dla mnie"? Masz rację. Ale czy więc ty uważasz, ze jest dla ciebie? Bo ja tak nie uważam. - I ucięła. Dokładnie tak, jak on uciął to, dlaczego ona nie pasuje. - Co ty chcesz przez to osiągnąć? Mam sama zrezygnować? Zrobiłeś to tylko po to, aby mieć pewność, że nie zginę? Nie w ten sposób? Skąd masz pewność, że nie jestem na celowniku? Że pobyt tutaj to jedyne, co mnie ratuje? Co jeśli od urodzenia jestem powiązana z tym miastem? Albo czy jak wrócę, to nie zginę? Nikt mi nie da tej gwarancji. Zresztą, jak mam się czuć, że stchórzyłam? Jak mam żyć ze świadomością, że sama uciekłam, zostawiając równych sobie na pastwę losu? Nie będę mogła żyć w spokoju, nie zapomnę. NIE CHCĘ ZAPOMINAĆ!
Cisza była tak upojna. Taka wspaniała i przyjemna. Tylko czemu nie mogła trwać dłużej?
- Nazwij mnie głupią. Nazwij mnie samobójczynią. Nazwij mnie pierdołą, pieprzoną wariatką, ignorantką. NAZWIJ MNIE JAK CHCESZ! Ale ja nie zamierzam uciekać. Nie spławisz mnie tak łatwo.
Zuchwale i samolubnie przyjęła, że robi to celowo, a nie z zachcianki. Nie wiedziała tego, ale chyba taka prawda była dla niej bardziej znośna. Nie miała już sił krzyczeć, ale ten wyraz agresji nie chciał jej opuścić. Dyszała, choć już była nieco spokojniejsza. Jeśli można w ogóle tak to nazwać.
- Hej. Hej! Ray. Ray! RAY! - Odsunęła się od niego i rozłożyła ręce. Jej oddech przebijał się przez szum płynącej wody. - Czy ja żyję? Odpowiedz mi. Odpowiadaj. CZY JA ŻYJĘ?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Sob Sty 30, 2016 5:39 pm

Ponownie Ray miał przed sobą obraz czegoś, czego nie rozumiał. Zupełnie nie wiedział dlaczego ludzie ukazują tyle emocji. W czym to miało pomóc? Zagłuszały nasze prawdziwe myśli, nasze prawdziwe pragnienia iluzorycznym uczuciem, które przemija. Człowiek później siedzi z wyrzutem sumienia, pytając siebie samego dlaczego to powiedział i dlaczego to zrobił. Kiedy je zatrzymujesz, to zawsze jesteś ze sobą szczery. Przynajmniej w myślach i słowach. Jesteś ich panem, potrafisz je kontrolować oraz korzystać z nich jak tylko chcesz. Tak jak przed chwilą czarnowłosy, który uczucie troski, myśli z tym związane zmienił na zdradę, złamanie obietnicy, egoistyczne wyznanie, a prawdziwy powód był zupełnie inny. Tego jednak Rennevy nie wiedziała i zapewne nigdy się nie dowie. Tak będzie lepiej. Raymont zawsze wyśmiewał w książkach zachowania męczennicze, ale w tym momencie zdał sobie sprawę, że to wspaniały sposób, by osiągnąć swój cel. Stawał się w tym momencie osobą, którą nienawidził. Łamał wszystkie swoje zasady. Również te, które tworzył od wielu lat, jak i świeże. Gdyby usłyszał o kimś takim jak on w tym momencie, to uznałby go za zwykłego śmiecia. Może to ta ignorancja, wieczne odcinanie się od społeczeństwa, uznanie go za obrzydliwą rzecz sprawiało, iż nie przejmował się opiniami innych. Nie przeszkadzały mu, ale istniała jedna osoba, której nie mógł ot tak zignorować. Ciężar rany jaką jej zdawał będzie prześladował go do końca jego dni, lecz działał w lepszym celu. Tak myślał. Miał taką nadzieję. Sam chciał w to wierzyć.
Nie drgnął. Z rękoma schowanymi w kieszeniach stał tak samo jak wcześniej, wpatrując się w brązowe tęczówki. Obserwował ją. Chłonął całą tą złość jaką emanowała. Będzie ją sobie przypominał, aby nigdy, nawet na chwile nie zapomniał, że już jako siedemnastolatek, prawie osiemnastolatek był na tyle brutalny, aby z zimną krwią łamać obietnice mówiąc to prosto w twarz. I jeszcze uważać, że to właściwe. Rune w tym momencie przypominała mu osobę, której powiedziano, że umrze jeżeli nie wydostanie się z klatki. Straciła zmysły, rzucała się, aby tylko wyrwać się z tych ograniczeń. Z tego pudełka, które przygotował dla niej Ray. Dokonać tego mogła jedynie poprzez udowodnienie mu, że myli się, ale czy czarnowłosy nie jest upartą personą? Jest i to bardzo. Trzyma się swojej myśli do ostatniej chwili.
Pierwsza reakcja była taką, jaką się spodziewał - jakby wydarł jej duszę z ciała. Nie była w stanie płakać, nie była w stanie mówić, ale wszystko to, co obserwował później, było dla niego coraz bardziej niezrozumiałe. Dlaczego próbowała walczyć? Oboje znali prawdę. Oboje wiedzieli, że nie pasuje do Death City i nigdy nie stanie się prawdziwą Władającą zdolną zabić kogokolwiek. Nawet we własnej obronie. Oboje wiedzieli, że jego słowa to prawda, najczystsza prawda, ale też oboje nie chcieli w to wierzyć. Ray był już pogodzony z tym faktem, ale Rennevy, Rennevy właśnie go odrzucała. Wiedział, że przyjdzie czas kiedy go przyjmie. Nie musiała akurat w tym momencie spakować manatki i wrócić do domu. Po tym wszystkim zapewne braknie jej siły do Death City i Shibusenu, a później pokonana powróci do Walii. Stanie się to prędzej czy później. Wystarczyło teraz poczekać. Mógł odwrócić się, zignorować ją i pójść sobie. Bomba zegarowa została nastawiona, więc jego obecność tutaj nie była już konieczna. Zrobił co do niego należało, ale jednak wolał się upewnić, że Rune nie zdoła jej rozbroić.
Jego wzrok zmienił się lekko. Wciąż w nim czuć było troskę, ale dominowała teraz litość. Twarz zaś kamienna, bez wyrazu, taką jaką nosił zazwyczaj. Starał się być wyrachowanym, ale te czarne tęczówki nigdy z nim nie współpracowały. Zawsze zdradzały wewnętrzne, zablokowane emocje. Zdawały się być puste, lecz mówiły znacznie więcej niż słowa Raya. To zabawne. Nie zamierzał wtrącać się jej w słowo. Dał jej się wygadać, wyładować, by później poczuła, iż jej wszystkie emocje, cała ich gama nie ruszyła go ani trochę. Aby poczuła tę rezygnację. Czuł się nieco jakby obserwował burzę przez okno swojego potężnego domu. Wichura była groźna, ale na zewnątrz, gdyż mury zbudowane z własnych przekonań idealnie broniły przed nią. Przyglądał się każdej jej reakcji, aż nastało ostateczne pytanie. Należało przybić gwóźdź do tej trumny.
- Nie, nie dla mnie. Wyjedziesz do Walii, a ja o Tobie zapomnę. Będziesz dla mnie martwa. Nigdy Cię nie poznałem. - odparł spokojnym tonem. Przerażająco spokojnym nawet jak na niego samego. Zaskakiwał sam siebie jak świetnie potrafi wykorzystać ten fałsz, którym się brzydził. Jak wspaniałym jest marionetkarzem własnych emocji. Po tych słowach chwilę milczał. Szum w głowie łączył się z szumem wody. Ogłupiał go jeszcze bardziej, ale nie żałował tego. Nie mógł teraz żałować.
- Nie znasz mnie, nic o mnie nie wiesz. Wydaje Ci się, że jestem Ci w jakiś sposób znany. Mylisz się. W tym momencie bronisz iluzji w jaką wierzyłaś. Nie jestem tym Rayem, którego widziałaś dotychczas. Teraz możesz się przyglądnąć komu zaufałaś. Żałuj. - dodał po chwili. Kolejne uderzenie mające przypieczętować jego decyzję. Upewnić go, że rzeczywiście osiągnie swój cel. Pierwszy raz w życiu był tak zdeterminowany. Jaki był tego powód? Czy naprawdę mu na niej tak zależało? A może to zwykły upór? Strach przed pomyłką? Nie mógł znaleźć teraz odpowiedzi na te pytania. Nie mógł zaprzątać sobie głowy. Nawet nie było to możliwe przez ten cholerny szum. Spokój. W jakiś sposób był opanowany. Nawet jeżeli serce waliło jak szalone, nawet jeżeli tok myśli został zniszczony, nawet jeżeli złamał wszystkie swoje zasady, zburzył własny światopogląd. Był opanowany. Tego wymagała sytuacja. Jeszcze tylko kilka chwil i będzie mógł odpocząć. Bzdura. Piętno wspomnień przez wszystkie dni jakie mu pozostały. Wspaniale. Może już nigdy nie popełni podobnych błędów.
- To miasto nie jest dla mnie? Jestem zagrożony? To śmieszne jak bardzo wydaje Ci się, że możesz stwierdzać takie rzeczy. Ja do niego należę, jestem na nie skazany nawet gdybym nie chciał. Idealna część, jak brakujący puzzel. Byłaś świadkiem jak straciłem nad sobą kontrolę. Nikt mnie wtedy nie opętał. Nie poruszał moim ciałem. Ja sam to robiłem zwiedziony myślami. I sam nie mogłem siebie powstrzymać. Miałbym wrócić do domu? Aby zamordować ostatnie mi bliskie osoby własnymi rękami? Ciebie w tym momencie równie dobrze mogę zabić. Wracaj do Walii zanim to zrobię. - żałował tej całej wypowiedzi, gdyż zdradziła go nieco. Mógł zakończyć na poprzedniej. Ta była błędem, wskazówką. Całe szczęście, że Rennevy porwała złość. Furia zaślepia, nie skojarzy niczego ze sobą. Wspaniale. Pozwoli sobie jeszcze chwilę na nią popatrzeć. Ujrzeć jej reakcję, upewnić się, że poczuje własną niemoc, aby móc przekonany o swoim "sukcesie" wrócić do akademika. Nie mógł myśleć o tym jaki będzie jutrzejszy dzień. Nie chciał nawet wyobrażać sobie własnych myśli przed snem. Wtedy były najgłośniejsze. Kiedy zamykasz oczy, myśli stają się głośniejsze, wyraźniejsze. Pokazują ci obrzydliwą projekcję, której nie chciałeś widzieć. Czym innym były fantazje. One zawsze zapewniały przyjemne przeżycia, lecz myśli były surowe i brutalne. To one od zawsze były największym wrogiem Raya. Niezmiennie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Nie Sty 31, 2016 7:22 pm

Cisza. Z brzdęknięciem dzwonka w tle. Tak bardzo okrutna, tak bardzo przeszywająca. Ponownie nie słyszała nic, a paraliż całkowicie objął jej ciało i nie chciał puścić. Był niczym wąż dusiciel, który zdawał się coraz mocniej i mocniej zaplatać wokół jej ciała. Tak bardzo nie znosiła węży. Bała się takiego spotkać. Jeszcze gorzej, jak są one niewidzialne i ich istnienie jest tylko w naszych głowach. Każdy ucisk na klatkę piersiową, każde podwinięcie materiału brała za nadnaturalną siłę, która chciała ją zmiażdżyć. Wypowiedziane dźwięki przywierały do niej i powoli, powolutku przeszywały chłodem. Odbijały się bezgłośnym echem w jej głowie, a ten cholerny dzwonek coraz bardziej zanikał. Rozkapryszona kotka uczuć znudziła się zabawą, jeśli nie mogła wyjść poza pewien wyznaczony teren, więc dość okrutnie pozwalała świadomości dochodzić do tego, co się dzieje. Goniła ją i deptała ogon, aby wykrzesać z siebie jeszcze więcej tego destruktywnego uczucia, byle się nie poddać. Żałowała tego, nienawidziła tego. Ale jednocześnie bała się, że się podda, że nie będzie w stanie dalej walczyć. Z drugiej strony bała się, że się zatraci – jednak czy to jej wciąż groziło? Nie tak miał odpowiedzieć. Nie tego się spodziewała. Miał potwierdzić, nie zaprzeczyć. Niech to będzie powód do złości. Że miał czelność tak powiedzieć. Że miał czelność zakończyć jej życie. Zacisnęła pięści i rozerwała węża. Ale to uczucie gniewu było z każdą chwilą coraz mniejsze, coraz mniej żarliwe. Kotka zraziła się ograniczeniami, a teraz ma być jeszcze wyzyskiwana?
Jak bardzo obrzydliwy był ten spokojny ton. Jak bardzo straszne było to, że mógł o tym mówić z taką lekkością. Jak śmiał. Jak śmiał tak postępować.
- Więc zamierzasz tak po prostu o mnie zapomnieć? Tak po prostu mnie zabić? Powiedziałam, że ja nigdzie nie wyjeżdżam i nie zamierzam tego robić. Będziesz mnie wtedy traktować jak ducha? Jak nędzną duszę? A może już widzisz we mnie tylko ten cholerny płomyczek, hę?! - Myśl o tym sprawiła, że zadrżała delikatnie. Zaczynała coraz mniej rozumieć. – Nie mogę zostać w Death City, bo umrę. Jak pojadę do Walii, to też umrę. Jaki to ma więc sens? Chcesz mieć pewność, że nie będziesz musiał mnie oglądać w konwulsjach? Jak moje ciało tężeje? Skoro dla ciebie będę martwa, to jakie ma to znaczenie, gdzie jestem?! Ach, racja. Jak tu się przejmować śmiercią kogoś nieznanego, co? A jak nie wyjadę, to co? Będę żyć czy umrę?
Zamilkła. Podobno w stresie ludzie potrafią się uśmiechać i nie potrafią nad tym zapanować. A potem wychodzi się na nieczułych lub psychicznych ludzi. Tylko co ma się na to zaradzić, jak to jest automatyczny system zdjęcia ciężarów z barków? Może być to też nagły wybuch frustracji, palnięcie czegoś strasznego lub szydzenie. Ostatnia opcja jest chyba najgorsza, bo nie tylko wychodzimy na osoby nie do końca zdrowe na umyśle, ale i na zgrywające cwaniaków. Rennevy jedynie parę razy w swoim życiu przeżyła coś takiego. Nawet do końca nie pamięta, jak to się kończyło. Kłótnie z Florence bywały tak straszne, że obydwie wypychały je sobie z pamięci. Męczennicy zawsze zarzucają jakimś niezwykle bajeranckim tekstem, który ma wywołać u drugiej osoby poczucie winy. I zwykle takie postawy są wyśmiewane, bo wydają się nierealne i egoistyczne. Tak jak nienawidziła swojej złości, tak nienawidziła użalania się nad sobą. Niepotrzebnego obarczania swoimi problemami innych. Zaśmiała się gorzko z własnej głupoty. Uśmiech nałożony na usta ostatkami sił, brakowało tylko tandetnego deszczu, który spływałby niczym łzy po jej policzkach. Czy gdyby nie wepchnęła mu tej informacji siłą do głowy, to czy by dzisiaj musieli tak rozmawiać? Czy to wszystko od początku było jej winą? Ach, jakie to cudowne było tak się użalać nad sobą! Gdyby mogła, to pewnie przyjęłaby na siebie wszystkie grzechy i uznała je za swoje istnienie. Niech jeszcze bardziej się użala! Mocniej! Niech czerpie z tego masochistyczną radość, skoro jest taka biedna. Oczekuje łaski? W życiu! Oczekuje tylko jeszcze większego pognębienia, jeszcze większej rozpaczy swego istnienia.
Tak bardzo była żałosna. Męczennictwo było takim wygodnym chwytem, a użalanie nad sobą mogło stać się uzależnieniem. Nie sądziła, że go ruszy. Ha, jego się nie da ruszyć. Nawet jakby wypruwała z siebie swoje wnętrzności, to by się nie przejął.
- Ach, który mamy dzisiaj? – Brzmiała strasznie. Zmęczony, wysoki głos nie pasował do uśmiechu. Wyglądała na niezbyt obecną, na wręcz opętaną, ale emanowała przygnębieniem i bezsilnością. Coraz mniej sił miała na walczenie. Coraz bardziej dała się zatrzasnąć w pudełku, aby pozwolić na swą śmierć. Presja tej sytuacji przekraczała wszelkie granice, nie wiedziała co ma zrobić. Ale nie wariowała. Panikowała. Chwytała się wszystkiego, czego mogła. A pewnie i tak nie znajdzie klucza. – Szkoda, że dzisiaj nie jest osiemnasty października. Nie sądzisz, że nie powinnam odstawać od innych, co?
Determinacja była zagłuszana przez zmęczenie i przybicie. Obojętność na wszystko. Dwa szoki jednego dnia na pewno nie robiły dobrze na jej psychikę, czego można się spodziewać od tak kruchej dziewczyny? Jednakże wciąż nie płakała. Nie była w stanie. Płacz był tamowany, bo doskonale wiedziała, że jak się rozpłacze, to koniec. Straci go. Czy nie powinna więc walczyć z tą okrutną prawdą? Może chociaż tak może pokazać, że umie się bronić. Słowami. Ale nigdy też nie będzie potrafiła tak ładnie ranić. Tak precyzyjnie i mocno, żeby druga osoba się nie podniosła i krwawiła niewidzialną krwią. Miała przymrużone delikatnie oczy i kwaśną minę. Nie obojętną, ale trochę zmęczoną. Wciąż jednak była wyczuwalna jej złość, która została zalana i nie wiadomo, czy znowu się nie obudzi.
- Nie zamierzam niczego żałować. Niczego nie żałuję. Zbyt wiele wspaniałych rzeczy mnie tu spotkało, żebym mogła żałować. Prawda, prawie dwa razy zginęłam, ale nie przysłania mi to obrazu, jaki widzę. Wciąż widzę tego Raya, z którym się dźgałam w pokoju, z którym obiecałam sobie wspólne niebo. Wciąż jesteś tą samą osobą. I nie żałuję. Nawet jeśli właśnie próbujesz mnie całkowicie odtrącić, ja wciąż ci ufam. Nie wiem o tobie nic. Ty o mnie wiesz aż za dużo. Nie żałuję niczego. I nie będę. Przykro mi, ale nie jestem w stanie tego zrobić. Nieważne jak bardzo będzie mnie to bolało, nie będę w stanie. – Rennevy wyprostowała się. Spuściła wzrok, po czym dumnie znów na niego spojrzała. – Czy ty żałujesz? Czy uważasz, że popełniłeś błąd?
Znowu poczuła falę mdłości i niepohamowanego szyderstwa, jakie nakazywało jej go wyśmiać. Nawet nie zauważyła, jak z jej ust sam wydobył się dudniący i cyniczny śmiech. Krótki, zaledwie chwilę. Bardziej brzmiał jak okrzyk zwątpienia. Odchyliła na chwilę głowę i przymknęła oczy, jakby próbowała sobie coś przypomnieć. Zaraz potem zasłoniła oczy dłonią, a drugą wystawiła przed siebie, wskazując na chłopaka. Opuściła głowę, dalej zasłaniając oczy.
- ”Jako królowa muszę eliminować tych, którzy zakłócają spokój mego królestwa. A jesteś nim ty, szaleniec.” Tak to szło? Cha, cha, nawet nie pamiętam. – Rozsunęła palce tak, aby było widać jej oczy. – Pamiętasz kto to powiedział? Podpowiem, że była to identyczna sytuacja. I co teraz? – Zabrała rękę i opuściła drugą. Wypuściła powietrze, choć chyba próbowała westchnąć. Nie była świadoma tego, co tak naprawdę powiedział. Jak bardzo mogła to wykorzystać i odkryć jego zamiary. Po prostu mówiła to, co uważała, że ma powiedzieć. Nic znaczącego, nic ważnego. Jako upust swego stresu. Bierność do jego nawoływań. – To śmieszne, jak ci się wydaje, że od razu jesteś jego fragmentem. Idealna część? Nie rozśmieszaj mnie. Jeżeli zabijesz swoich najbliższych, to tylko dlatego, że na to przyzwoliłeś. Odrzucaj wszystkich po kolei, bo przecież możesz zabić. Tak przyjemnie jest być samotnym bohaterem, który z dobroci serca się izoluje? Nie może się zbliżyć, więc oszczędza tego wszystkim dookoła. Ach! Jaki litościwy! Pieprzony męczennik. Powinnam czuć się uprzywilejowana, że pozwalasz mi żyć? Ale chwila, moment! Przecież mnie już zabiłeś. Jestem przestrogą dla tych wszystkich, którzy będą chcieli próbować cię zrozumieć? Wspaniale. Nie dość, że męczennik, to jeszcze będzie mógł opowiadać o swych pomyłkach w życiu! – Otworzyła znów usta, ale nie wydobyły się z nich żadne słowa. Na chwilę się zatrzymała, bo dostrzegła w nim coś, co spowodowało u niej pęknięcie. Drobną rysę, która zaraz może doprowadzić do całkowitego rozsypania się dziewczyny. Które mogą doprowadzić do jej śmierci. – Miałeś tyle okazji, aby mnie zabić. Ale tego nie zrobiłeś. Na cmentarzu, żeby mnie pochować wśród innych martwych. W alejkach, w końcu nikogo tam innego nie było. W moim własnym pokoju, żeby pokazać mi, jak bardzo nic o tobie nie wiem. W kawiarni, w końcu oparzenie herbatą mogło cię doprowadzić do szaleństwa, czyż nie? Na ścieżce z parku, może od mnie i Lawera. Nie dość, że byś nadrobił moje szesnaste urodziny, to byś mógł od razu odpukać siedemnaste! W twoim pokoju, miałeś wtedy najłatwiej. Tyle zmarnowanych okazji. A teraz pokazujesz, że nie trzeba broni, aby móc zabijać. Mogę zginąć od jednego twego słowa, Ray.
Co ona zobaczyła? Co sprawiło, że zaczęła się kruszyć? Jego wzrok. To zmieszanie litości z troską, w połączeniu z kamienną twarzą. Nienawidziła tego, tak bardzo tego nienawidziła. Wszyscy tak wyglądali. Wszyscy tak na mnie patrzyli. Z troską, bo cóż się z takim dzieckiem stanie? Jak ona się podniesie po takim uderzeniu? Z litością, bo biedna dziewczynka straciła krewnego. Trzeba będzie jakoś ją pocieszyć, ale jak? Przybędę na pogrzeb i okażę współczucie, ale nie okażę tego po sobie. Bo nie wypada. Nie mogę się przecież w takim dniu śmiać i próbować jej rozweselić. Nawet w dniu jej urodzin. Potem wciskają wiązanki i jak najszybciej znikają z pola widzenia. Co roku te same, zmieniają się tylko napisy. Za każdym razem słyszałam to samo. Przynajmniej do momentu, kiedy jeszcze mnie tolerowali. Potem rzucali we mnie tymi wiązankami. Zjawiali się tylko na chwilę, bo ile można przychodzić na pogrzeb, kiedy ma się prezenty w bagażniku? Jeśli jakieś w ogóle. Przestań tak na mnie patrzeć. Jak śmiesz tak na mnie patrzeć? Nie masz prawa. PRZESTAŃ! NIE PATRZ TAK NA MNIE! PRZESTAŃ! BŁAGAM! PRZESTAŃ TAK NA MNIE PATRZEĆ!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Pon Lut 01, 2016 5:16 pm

Czy zamierzał o niej zapomnieć? W życiu. Jednak takich słów wymagała sytuacja. Gdyby tylko tak prostym było wymazywanie kogokolwiek z pamięci, to wielu ludzi odetchnęłoby z ulgą. Nawet pragnąc usunąć wszelkie wspomnienia, nie byliśmy w stanie tego dokonać. Z pewnością już nie te, które tak mocno się odcisnęły na nas samych. Aktualne wydarzenia nie zmieniły faktów z przeszłości, że Ray sporo dowiedział się o samym sobie, a także świecie dzięki Rune. Była i wciąż jest dla niego fascynująca. Na jej podstawie układał światopogląd. Była jego częścią. Częścią małego świata, który istniał jedynie w głowie, w wyobraźni, w myślach. Nie mógł jej usunąć ot tak. Zbyt wiele rzeczy opierało się o nią. Jednak i tak ryzykował. Jeżeli wszystko zniszczy, to później odbuduje od zera. Nieważne ile mu to zajmie - jest jeszcze młody, głupi. Zdawał sobie sprawę jak bardzo niedojrzały jest i że kiedyś będzie wstydził się za swoje czyny oraz słowa. W przyszłości, którą możliwe, że właśnie zaprzepaszczał. A może ją chronił? Czas pokaże.
Rennevy zamilkła, zaś Ray nie miał zamiaru się odzywać, więc stali w ciszy. Na zadane pytania nie było odpowiedzi, zatem nawet nie próbował jej znaleźć. Będąc tutaj dłużej zapewne umrze. Przez tak krótki okres czasu była o włos od śmierci. Trzeciego razu nie będzie. Trzeci zakończy wszystko. W Walii jest chociaż szansa. Była jedynie uczennicą NOT - nikt jej nie będzie śledził, aby zabić. Nie liczyła się dla prawdziwych morderców. Tutaj nie było inaczej, ale mogła zostać przypadkową ofiarą. Tak jak w cyrku i na tym całym zaćmieniu. Atak był skierowany na całą grupę, a kiedy od niej się odłączy, to pozostanie bezpieczna. W to chciał wierzyć czarnowłosy. Dlaczego ona nie rozumiała? Nie chciała zrozumieć? Czemu tak się upierała na zostanie tutaj? W tym momencie już nic ją nie trzymało.
Kolejne słowa... mogła sobie oszczędzić. Uderzała we własną ranę zmuszając go do patrzenia na ten ból. Jeszcze większy niż wywołał. Teraz sama się raniła. Robiła to specjalnie, by poczuł co jej zrobił? Możliwe. Jeżeli wierzyła, że podoba mu się to co uczynił, to bardzo dobrze. Niech sobie go wyobraża najgorszym z możliwych. Tak będzie nawet łatwiej. Mimowolnie jednak pięści się zacisnęły. Osiemnasty października. Mogła sobie oszczędzić tych słów. Powinna była ugryźć się w język. Śmierć w oczach chłopaka, którego nie zna nie powinna być porównywana do prawdziwej tragedii.
- Tak. Żałuję. Popełniłem ogromny błąd. - gdyby nie tamta bezmyślna obietnica, to teraz nie byłoby tej sytuacji. Nie musiałby jej ranić, a ona miałaby jeden moment bliżej śmierci mniej. Może nawet byłaby już w Walii zauważając, że to rzeczywiście nie jest miejsce dla niej i że nie ma tutaj oparcia. Tak byłoby znacznie lepiej. Od małego Ray nie przynosił niczego dobrego. Najpierw od Judith odszedł jej ukochany, a później zmarła starając utrzymać syna. W każdej kolejnej rodzinie był zbędnym balastem, aż do momentu trafienia do Harrisonów. Tam było stabilnie, ale Death City zaprowadziło znów harmonię - nadal niszczył swoją obecnością.
Następna wypowiedź ruszyła nim lekko, ale wciąż postanowił ją wykorzystać na swoją korzyść, aby dążyć do celu. Ubrać to tak w słowa, aby wyszło brutalnie, jakby kłamał, chociaż wcale tego nie robił. Przynajmniej starał się kłamać jak najmniej. Niedomówienia miały ogromną moc. Teraz właśnie z niej korzystał. Przez cały ten czas posiłkował się nimi. Starał się jednak trzymać jakichkolwiek zasad. Chociaż tych najdrobniejszych.
- Naprawdę przez ten czas, który ze mną spędziłaś wpadłaś na to, że potrzebuję zrozumienia? Że zależy mi, aby ktoś chociaż próbował? Nie żartuj sobie ze mnie. Nie dbam o to. Miałbym komuś opowiadać o swoich pomyłkach? Czy ja komukolwiek opowiadałem coś? Nawet nie potrafiłaś poznać własnej iluzji, którą stworzyłaś. To nie ma znaczenia. - ton zmienił się na pogardliwy. Było w tym nieco szczerości. Jeżeli jej słowa były prawdą, to rzeczywiście myliła się i to cholernie. Tak jak on nie potrafił spojrzeć jej oczyma na tragedię jaką przeżyła, tak ona nie potrafiła spojrzeć na świat jego oczami. Na świecie nie istniało nic takiego jak prawdziwe zrozumienie. "Rozumiem Cię", "wiem co czujesz", "czuję to samo" - jakie piękne kłamstwa. Urocze, wspierające. Obrzydliwe. Sama idea, że ktoś mógłby czuć się lepiej mając świadomość, że inna osoba miała lub ma równie źle jest chora. Gorzej, że ludzie cieszyli się, a nawet szukali takich, którzy mają gorzej od nich, by podnieść nie na duchu. "Nie jest ze mną jeszcze tak źle", "inni mają gorzej". Tyczyło się to niemalże każdego i w każdym wieku. Dotykało każdej sprawy. Ocen w szkole, sytuacji materialnej, relacji z innymi, sukcesów życiowych. Wszystkiego. Parszywy wytwór parszywego społeczeństwa.
Powoli coś w Rayu pękało. Nie pojmował jak Rune może nie rozumieć tego co on robi. Czemu ona się zapiera? Wyglądało jakby robiła to dla samego sporu, aby tylko nie przyznać mu racji. Nie poddawała się przed samym sobą? To nie w jej stylu. Chociaż czy i on ją znał na tyle dobrze, aby móc myśleć w ten sposób? Może ta niezdara miała w sobie więcej siły niż czarnooki sobie wyobrażał? Istniała taka możliwość. Mogła też jedynie dążyć do bycia silniejszą, niezłomną. Teraz miała spory pokaz. Mogła potrenować w prawdziwych warunkach.
- Nie rozumiesz. Wtedy w cyrku - każdy z nas stracił rozum, jednak w wasze umysły wkradła się obca część. W moim jedynie uaktywniła istniejąca. Nie wyobrażasz sobie jak blisko byłaś śmierci. Nie uratowałem Cię, nie uratowałaś sama siebie, nie uratował Cię również los, ani przypadek, ani żadna siła wyższa. Uratował Cię tamten chłopak z EAT. Gdyby nie postrzelił mnie, to zginęłabyś. Zabrakło jednego ruchu, a straciłabyś głowę. Rozumiesz? Na zaćmieniu również zostałaś uratowana. Ile razy ktoś musi Cię ratować, byś zrozumiała, że nie nadajesz się tutaj? Dwa razy to za mało? Chcesz spróbować postawić życie na szali trzeci raz i sprawdzić czy uda Ci się samej wyjść z opresji? - ręce opuściły kieszenie i zaczął lekko gestykulować. Lewa dłoń przeczesała włosy, odchylił głowę jakby nią zarzucił i z głośnym westchnięciem znów spojrzał wprost w jej brązowe oczy. Tym razem determinacja. Złapał ją za ramiona, podszedł na tyle blisko, aby nie mogła odwrócić wzroku od jego czarnych tęczówek. Prawa ręka przytrzymała ją obejmując cały policzek. Zmusił ją, by patrzyła, aby wreszcie do niej dotarło. Ileż mógł powtarzać się? Ileż ona mogła iść w zaparte nie mając żadnego powodu?
- Dlaczego nie rozumiesz? Dlaczego nie chcesz zrozumieć? Tu nie chodzi o mnie. Wyjedziesz, umrzesz dla mnie, ale to nie ma znaczenia. Ja się nie liczę. Kim ja jestem? Nikim ważnym. Nie chodzi mi o zgrywanie cholernego męczennika czy bohatera. Taka jest prawda. Wyjedziesz, ale przeżyjesz dla wszystkich innych. Będziesz miała szansę. Tutaj umrzesz. Death City zabije Cię albo w sposób dosłowny, albo w przenośni. Z pierwszym odebraniem życia dawna Rennevy umrze. Prawda, miałem tyle okazji, aby Cię zabić. Mogłem to zrobić. Nadal mogę. Ta myśl wciąż jest. Ta obawa. Ja nie robię tego wszystkiego z kaprysu. Nie mam przyjemności z ranienia Cię. Nie jest to dla mnie zabawne, ani lekkie. Nie robię tego dla siebie, chociaż jestem pieprzonym egoistą. Martwię się jedynie o otaczający mnie świat. Niektórzy są jego częścią. - i zamilkł na chwilę. Wciąż ją trzymał, by patrzyła na niego. Kilka sekund stał niczym rzeźba, nie drgnął, nie mrugnął. W końcu lekko nią potrząsnął. - Dlaczego nie rozumiesz? Dlaczego nie chcesz zrozumieć? - zapytał półgłosem i puścił ją cofając się, aż natknął się na brzeg fontanny. Usiadł na nim, uparł łokieć o kolano, a czoło wsparł na dłoni. Patrzył martwo na ziemię. Był tym zmęczony. Chciał jedynie, aby dotarło do niej, aby naprawdę odpuściła sobie bycie Władającą, aby odpuściła sobie przebywanie w Death City. Nie miała powodu, by tutaj zostawać. Czemu? Czemu nie chciała opuścić tego przeklętego miejsca? Siedział tak jakby chciał zważyć własną głowę na dłoni. Była ciężka przez ogrom myśli. Przez ten szum, który powoli ustawał. Dążenie do celu nawet przełamało blokadę emocji. W ostatnich wypowiedziach czuć było, że ton Raya nie jest tak obojętny jak zwykle. Mówił bardzo ludzko, a to nie było w jego stylu. Powiedział już wszystko co mógł. Po chwili podniósł się, odsunął kawałek od fontanny i znów z beznamiętną twarzą spoglądnął na Rune.
- Nasza rozmowa dobiegła końca. I nie tylko rozmowa. Żegnaj, Rennevy. Twoje niebo znów jest tylko Twoje. - powiedział i cofnął się o krok zanim odwrócił się, aby powolnym krokiem ruszyć w stronę przeciwną do akademików. Zamierzał pospacerować po parku. Nieśpiesznie, miał teraz wiele czasu. Zresztą, nie grał on żadnej roli. Mógł tak chodzić nawet kilka dni. To nie miało znaczenia. Musiał sobie to wszystko ułożyć. Musiało do niego dotrzeć co zrobił.
- Tak będzie lepiej. - szepnął do siebie przypominając sobie jej wzrok. Nie tylko teraz, ale zawsze. Odkąd ją poznał.
- Eyes of a fallen angel, eyes of a tragedy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Wto Lut 02, 2016 6:41 pm

Ach, czyli jednak była błędem. Jednak te wszystkie chwile razem spędzone mogły być zaliczane jako bezsensowne zmarnowanie czasu. Oczekiwała kolejnej fali mdłości i odrętwienia, ale ta nie nadeszła. Czyżby zdołała się już w parę minut przyzwyczaić do tego, że stojący przed nią chłopak jest w stanie ranić ją na wiele sposobów? Wbijał szpilki w jej kończyny, brutalnie rozpruwał żyły. Ale może to ona dramatyzuje? Może powinna się zgodzić i dać temu upust? Doskonale słyszy jego głos, doskonale widzi jego beznamiętną twarz, doskonale widzi całą postać. Na ile na nią faktycznie naciskał, a na ile ona to sobie wymyśliła? Czy powinna się w pierwszej kolejności zgodzić, a dopiero potem być na niego wściekła? Chwila, moment, może właśnie bezpodstawnie się burzy? Dzwonek w jej głowie już dawno przestał dzwonić, jakby zupełnie kotek stracił ochotę na zabawy. W głębi swej duszy na niego wyklinała. Że przecież obiecywał. Że przecież ona z początku się bała, że będzie potem tego żałować. Zapewniał, że tak nie będzie. No i co? Teraz próbuje jak najboleśniej udowodnić to, że ich spotkanie było jedną wielką pomyłką, którą los nie powinien był wygenerować. To bolało, tak bardzo bolało. Ale czemu jeszcze nie była w stanie płakać? Albo uciec? Przecież w uciekaniu od wszystkiego jest mistrzynią, dlaczego więc teraz nie może ruszyć chociaż palcem? Czy to dlatego, że postanowiła walczyć? Trwanie w tej walce jest niezwykle trudne i straszne. Prawie zaczęła żałować. Ale tego nie zrobiła.
Pokręciła głową. Nie miała sił wyartykułować swoich myśli. Były zbyt pomieszane ze sobą. Jedna strona krzyczała, że tak, chciała go zrozumieć i na tym tylko się skupiła. Druga, że nie, że sama wie co to znaczy „rozumiem cię” i jak wiele zawodu te słowa mogą przynieść. Z jednej strony było jej to obojętne. Udawała, że tego nie widzi, bo skupiała się na czymś innym. Gdzieś w głębi siebie miała wrażenie, że powinna być zdecydowanie bardziej zachłanna, bardziej żądna tego, co go tworzy. Co on przeżył. Potrafiła wyłowić pojedyncze zdania, ale nie sformułuje z nich wypowiedzi. Byłaby tylko przypadkowym zbiorem literek i głosek, które niczego nie wnoszą. A być może sprawiają, że traci na wiarygodności, na powadze, na poczytalności. Na wszystkim po kolei. Dlatego też milczała. Coraz bardziej czuła, że nie wytrzymuje. Że jej delikatne mury z papieru pękają, dając się całkowicie zalać. Nie chciała tego. Nie zamierza się poddawać. Dlaczego? Po co wciąż walczy? A czy to ma znaczenie? Czy istniał chociaż cień szansy na naprawę tego, co się właśnie rozsypywało? A może właśnie swoimi działaniami to wszystko niszczyła jeszcze bardziej? Które z nich było w istocie rzeczy prawdziwym winowajcą, a które wykonywało tylko ostatni ruch?
Zacisnęła pięści. Złość znów wróciła, uderzając ogniem w papierowe mury, które o dziwo były na niego odporne. Zmrużyła oczy, zmarszczyła brwi, na jej twarz przez chwilę znów wypłynęła mordercza siła. Agresja, której w sobie nienawidziła i choć było jej jak na lekarstwo, wydawała się ogromna i przerażająca.
- Jak możesz być pewien, że jedynie uaktywniła? – zapytała tylko, bo jej niechcianego uczucia starczyło tylko na te słowa. Nie spodziewała się odpowiedzi. Ale jak to jest, że wdarło się coś obcego, ale on wie, że to był on? Umysł może być naprawdę przekonywujący, ale dla niej brzmiało to po prostu dziwnie. Ale i tak niczego nie wskóra. Nie zmieni jego patrzenia na to, przecież nawet o tym nie pomyśli.
Doskonale sobie zdawała sprawę z tego, że jest tylko ratowana i chciała to w sobie zmienić. Jej maksyma, jej pieprzona maksyma ją do tego zmuszała, bo coś mówiło, że jak i ją odrzuci, to może całkowicie siebie stracić. Chciała iść ze wszystkimi równocześnie, także się starać. Ale co ma mieć z tych chęci, skoro jest tylko ciężarem dla innych? Od początku jest przecież najsłabsza, może to tylko były złe wyniki badań? Nie pamięta kompletnie ich przebiegu, ale może się pomylili? Może jest zwyczajna i trafiła przez pomyłkę? Tak wierzyła przez pierwsze parę tygodni, znów te myśli do niej wracają. Wizja dalszej pozornej sielanki w Walii była strasznie upojna. Strasznie miła. Ale jednocześnie i straszna, bo czuła, wiedziała, że kolejnych urodzin psychicznie by nie wytrzymała. Ciekawe czy jak już poznała Death City, to czy to miasto będzie się jej trzymało. Czy jak będzie odpoczywać w swojej mieścinie po czwartkowych zajęciach, to czy dwie ulice dalej będzie przechodziła wiedźma. Czy jej nauczyciel nie jest bronią lub władającym.
Serce jej stanęło, jak zorientowała się, o czym myśli. Mury coraz bardziej się rozkruszały, coraz bardziej ulegała.
Delikatnie się cofnęła, gdy tylko się do niej zbliżył. To był prawdopodobnie instynkt, który stwierdził, że jak tylko on ją dotknie, to całkowicie się złamie. Niby była przerażona, niby nie chciała czuć tego wyjątkowo lodowatego i kłującego dotyku. Jak przytrzymał jej twarzy, to myślała, że zaraz jej ukręci kark. Normalnie uważałaby ten gest za niezwykle uspokajający, potrzebny. Może nawet zawstydzający, bo czerwieniłaby się naprawdę szybko. Teraz jednak nie chciała go pod żadnym pozorem dotykać, nie chciała mieć z nim kontaktu. Wywoływał u niej ciarki i hiperwentylację. Ramiona delikatnie poruszały się do góry i do dołu, ale nie mogła strząść w ten sposób jego drugiej ręki. Czuła, jak policzek jej płonie zimnym płomieniem. Patrzyła wprost w jego oczy, które z tej odległości wydawały się jeszcze bardziej wszystko pochłaniać. Czuła, jak z każdą chwilą jej opór maleje. Przestaje istnieć. Okrutna prawda przebijała się przez papierowy mur łomem.
Ale wciąż nie rozumiała. Wciąż bała się zrozumieć.
Potrząśnięcie jej ciałem sprawiło, że wszystko jeszcze bardziej zawirowało. Zmarszczyła brwi, bo nie była pewna, czy na pewno wciąż przed nią stał. Czy może już dawno odszedł, a teraz sama drżała. Tak bardzo emocjonalny jak na Raya głos penetrował każdy zakamarek mózgu. Podniosła dłonie i dotknęła swojej szyi, czując dziwny ucisk. A nawet jej nie dotknął. Oddychała ciężko, lżej, lekko. Ale z przerażeniem. Patrzyła na niego, jak był zmęczony. Sprawiał takie wrażenie. Coraz bardziej go dręczyła, coraz bardziej nie chciał tego ciągnąć. Ona czuła w sobie kolejne odpadające kawałki papierowej cegły. Serce biło coraz ciszej i ciszej, bo doskonale sobie zdawała sprawę z tego, co on powie. Jak się pożegna, co powie. Otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Wyciągnęła do niego rękę, ale była za daleko, aby chwycić. Poczuła coś mokrego na swojej twarzy.
Pękła.
Świadomość ruszyła z kopyta. Próbowała go chwycić, ale przecież była za daleko. Słyszała swój głos, który był tylko pojedynczymi dźwiękami. Wyrywała się do przodu, ale nie robiła żadnego kroku. Kolejne łzy spływały po jej policzkach. Jedną ręką przeczesała grzywkę. Drugą. I jeszcze parę razy, prawie wyrywając przy tym całymi pękami swoje niemal białe włosy. Wzięła oddech i wsłuchiwała się przez ułamek sekundy w błogą ciszę. Podziwiała rozmazany świat. Aż w końcu pozwoliła swoim uczuciom wyjść na wierzch.
Kiedy ona ostatni raz tak płakała? Krzycząc z rozpaczy i własnej niemocy. Ten żałosny jęk rozrywał spokój lasu. Próbowała jakoś rękami wycierać cieknące łzy, przestać się tak zapowietrzniać, ale nie dała rady. Odpuściła i poczuła zimno ziemi. Osunęła się na kolana, ręce opuściła wzdłuż ciała i płakała z uniesioną głową do góry. Nawet nie próbując się zakrywać. Gdy już nie wytrzymała, powoli się zgięła w pół, łkając do swoich własnych kolan. Ręce miała przed sobą, z rezygnacją próbowały uderzyć ziemię. Na znak złości, na znak nienawiści. Ale kiedy tego nie czuła, to czemu miałaby to zrobić? Nie wiedziała, ile tak była skulona. Ray już dawno mógł być po drugiej stronie parku albo nawet w drodze do akademika. Właśnie, Ray… Teraz każda myśl o nim sprawiała jej ogromny ból. Powoli, powolutku się podniosła i dotknęła swej piersi. Dlaczego tam czuła tak przeszywający chłód? Czyżby… Czyżby tak wyglądał brak duszy? Prychnęła pod nosem. Oczywiście, że nie. Ale pewnie chłód był porównywalny.
Wstanie o własnych siłach sprawiało jej dość dużo problemów. Czuła już tę falę senności, która zaczęła ją nawiedzać. Tym razem nikt jej nie zaniesie do pielęgniarki, jeżeli zaśnie. Tym razem nikt tego nie zrobi. Jeśli zaśnie, to równie dobrze może się nigdy nie budzić. Zimno przeszyje ją do szpiku kości i własnymi szponami zatrzyma jej serce. Przerażająca wizja. Gdy już stanęła, spojrzała na swoje stopy. Jeden krok. Drugi. Trzeci. I kolejne. Coraz szybciej i szybciej, z niepewnego chodu zamieniło się to w bieg. Biegła przez ten pieprzony park, nawet nie wiedziała gdzie. Czemu jeszcze raz chciała go zobaczyć? Czemu do niego biegła? Przecież on wyraźnie powiedział, że nie chce mieć z nią już nic wspólnego.
Ale przypomniała sobie, że nie zapytała go o jedną rzecz.
Ciemne chaszcze opuszczonego parku zdecydowanie utrudniały jakiekolwiek poruszanie się. Nie była pewna, czy już zboczyła z drogi, czy też właśnie nią kroczy. Słyszała tylko swój oddech, więc pewnie się oddaliła dość znacząco od fontanny. Albo nie skupiała się dostatecznie mocno, aby ją usłyszeć. Wypatrywała jego sylwetki, bo wiedziała, że ją wszędzie rozpozna. Zdążyła już się w nią zapatrzeć.
Trzask. Zduszony krzyk. I ból. Leżała na ziemi. Twarzą do dołu. Czuła zimno ziemi, ale była jakaś przyjazna. Zdecydowanie bardziej niż okrutne wysokości. Przewróciła się na plecy, a potem usłyszała jego kroki. Uśmiechnęła się, ale to wyglądało bardziej jak grymas, który starał się być uśmiechem.
- Ironicznie... Nostalgicznie… Tym razem jednak nie wylądowałam na twoich butach. Trochę to czuję… – zaśmiała się cicho. – Hej, Ray. Zanim pójdę martwić się o moje życie i modlić się do przenajświętszej ryby piły o moje zbawienie, powiedz mi jedną rzecz… Ostatnią. Bo moja odpowiedź na nie brzmi „nie” i nieważne jak bardzo będę się starać, to nie będę w stanie tego zmienić. A zatem… Nienawidzisz mnie?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Czw Lut 04, 2016 5:11 am

Skąd Ray miał pewność, że ta myśl była jego? Że nie była obcym elementem? Kiedy codziennie przebywasz w tym samym otoczeniu, przyglądasz się tym samym obrazom, słuchasz tych samych głosów, to zaczynasz je wszystkie rozpoznawać. Jeżeli trwa to wystarczająco długo, to wszystko staje Ci się znane zupełnie idealnie i instynktownie. Tak jak dorośli podświadomie czytają w myślach wszystko co zauważą. Traci się kontrolę nad tym, gdyż jest to naturalną sprawą. Podobnie miał on z myślami. Znał je wszystkie, gdyż zmuszony był słuchać ich codziennie. Niektóre lubił, ale niektóre go przerażały. Szufladkował je pomimo tego, że wszystkie były jego własne. Odgradzał te, których nie chciał, by nie wpłynęły na niego. W cyrku słyszał znajomy głos, znajomą myśl. Swój prawdziwy debiut miała na samym początku uzyskania informacji, że Ray jest Magiczną Bronią. Wtedy zrodził się pomysł. Zakładał on wykorzystanie własnej mocy do zemsty na ojcu. Może i to byłoby czymś ważnym gdyby nie brak uzasadnienia emocjonalnego. Czarnowłosy nie czuł nic do swojego biologicznego ojca. Ani nienawiści, ani sympatii, ale zupełną obojętność. Potrafił wyrażać zdanie na każdy temat, a także o wszystkim. Umiał stwierdzić czy coś mu się podoba, czy nie, ale ojciec był poniżej wszystkiego. Bezgraniczna obojętność. Ten sam głos, który zaproponował morderstwo pojawił się w cyrku. Zabójstwo przecież było tak ekscytujące. Cokolwiek zadziałało na Raymonta, to jedynie zdjęło blokadę emocji. Frustracja, irytacja, złość, fascynacja i wiele innych złożyło się na chęć pozbawienia kogoś głowy. Najciekawiej jednak byłoby zabrać duszę komuś bliskiemu. Kolejna fala emocji. Tak też padło na Rennevy wtedy. Nie zdawała sobie sprawy z niczego. Nie rozumiała jego obaw. Nie szukał zrozumienia. On był świadomy, że jego umysł jest w pewnym stopniu chory. Stanem normalnym nie jest nadmiar myśli, które należy zagłuszać. Wiedział to doskonale i zdawał sobie sprawę, że to pewne zaburzenie. Szkodliwe? Dla niego wyjątkowo toksyczne, dla innych nieco mniej.
Zauważył jak się cofnęła, gdy ją chciał dotknąć. Zdawało mu się, że nawet zadrżała kiedy już to zrobił. Im dłużej mieli ten fizyczny kontakt, tym ciężej oddychała. Tak jakby strach się w niej piętrzył. To tylko kolejny powód, aby to wszystko zakończyć w tym momencie. Nie chcąc się zbędnie powtarzać - niech wraca skąd przybyła i żyje. Kiedyś wspomnienia przykryje mgła, ktoś da jej szczęście i przysłoni niemalże całkowicie dawne obrazy. Teraz nie potrafiła sobie może tego wyobrazić, ale Ray wiedział, że na każdego przychodzi czas, a zwyczajnie jedni potrzebują go więcej, inni mniej. Zdał sobie sprawę, że nie potrafi żyć w przyjaźni, więc co dopiero w związku i rodzinie. To zwyczajnie nie było dla niego. Niszczył siebie i innych. Może na wszystkich przychodził czas kiedy wspomnienia zostawia się za sobą, ale na niego raczej przyjdzie czas w innym znaczeniu. Nie czuł się z tego powodu gorzej.
W końcu nadszedł czas rozstania. Ruszył dróżką przez park. Początkowo szedł oświetloną, lecz dosyć szybko skręcił w wydeptane trasy bez latarni. W ciemności czuł się lepiej, jakby wstydził się, że ktoś ujrzy jego obrzydliwe oblicze. Jeszcze do niedawna był w zupełności przekonany, iż nic nigdy nie zmusi go do złamania własnych zasad. Jedyna opcja jaką przewidywał, to zagrożenie jego rodziny, ale nawet wtedy bagatelizował szansę, że stanie się obiektem własnej nienawiści. Jak zabawnie. Wystarczyło bardzo niewiele, aby podjął decyzję obracającą w pył jego "wewnętrzny kodeks". Naprawdę nie potrafił żyć w społeczeństwie.
Oddalił się dobry kawałek. Przestał słyszeć fontannę, chociaż wciąż w jego głowie tkwił szloch Rennevy. Pojawił się niedługo po oddaleniu się od niej i narastał. Im był dalej, tym głośniej go słyszał. Im było ciszej, tym stawał się donośniejszy. Wwiercał się w głowę, odbijał echem od myśli, był wyraźniejszy. Zatrzymał się obok drzewa i złapał się za głowę zakrywając uszy.
- Cicho, ciszej. - wymamrotał, starając się, jakoś zapanować nad tym. Niestety, nie mógł nic zrobić. Był bezsilny wobec samego siebie, bezsilny wobec innych, bezsilny wobec świata. Na dobrą sprawę potrafił jedynie niszczyć. Czy niszczenie to zmiana? Oczywiście. Ale czy na dobre? Rzadko. On jednak zawsze podejmował ryzyko. Pieprzony idiota. Zacisnął zęby, blokada na chwilę jakby przeskoczyła przez zębatkę przepuszczając emocję - złość. Lewa pięść natychmiast się zacisnęła, by z całym impetem natrafić w stojące obok drzewo. Nawet ono musiało zostać przez niego skrzywdzone. Poczuł ból, ale ten wcale nie ćmił myśli. Zsunął się na bok, oparł ramieniem o pień, by po chwili wesprzeć na nim czoło. Dłonie swobodnie zwisały. Czuł jak po palcu powoli, bardzo powoli spływa ciepła ciecz. Dotarła do samego opuszka serdecznego palca i spokojnie zaczęła kapać. Łatwo zedrzeć skórę uderzając w twardą korę drzewa. Był całkowicie wycieńczony. Ten dzień zabrał z niego całą duszę. Treningi w Akademii były niczym w porównaniu z wyczerpaniem jakie czuł teraz. Fizycznie było całkiem dobrze, lecz psychicznie... całkowity chaos, zrezygnowanie, brak siły, aby złożyć kilka słów w całość. Z jednej strony się cieszył - ten stan zaczął oszczędzać mu przemyśleń, których z pewnością w tym momencie nie potrzebował. Te dobiłyby go jedynie, przybiły gwoździe do trumny i zakopały kilka metrów pod ziemią. A on przecież chciał wziąć jeszcze kilka wdechów chłodnego powietrza zanim nastanie koniec.
Ruszył dalej. Drobna rana szybko przestała krwawić pozostawiając jedynie bordowe smugi na jego dłoni oraz oczywiście ledwo zakrzepniętą krew na uszkodzeniu skóry. Wrócił na główną ścieżkę i to nią szedł, nie wiedząc nawet, gdzie prowadzi. Chwilę był oświetlony, chwilę nie. Przechodził spod jednej lampy, pod drugą. Zwyczajnie kierował się wzdłuż nich. Miał sporo czasu, więc nie śpieszył się do akademika, chociaż najchętniej poszedłby spać. Sen, o ile nie dręczył koszmarami, to był idealnym oderwaniem się od rzeczywistości na chwilę. W pełni skuteczny. Muzyka czasami zawodziła, zajęcia różne też, ale sen zawsze wyłączał mózg na pewien okres. Ray miał o tyle dobrze, że jego zapamiętywanie marzeń sennych było całkowicie przeciętne - czasami z dokładnością, ale najczęściej pamiętał idealnie jedynie przez kilka minut lub godzin, a później umysł zupełnie się pozbywał tych wspomnień. To pozwalało uwolnić się też od nieprzyjemnych wizji wytworzonych przez nasz mózg.
Z pustką w głowie szedł dalej, aż usłyszał kroki. Ktoś biegł. Leniwie obrócił głową zauważając jak już ta osoba była bardzo blisko. Runęła na ziemię. Twarz wróciła do beznamiętnego wyrazu, oczy wyrażały... nic. Zupełny brak czegokolwiek w nich. Na słowa nie uśmiechnął się, nie zasmucił, nie poruszył wargą, policzkiem, powieką, brwią. Kamienna twarz. A co się działo w środku? Coś przerażającego. Nie wiedział co ma powiedzieć. Zadane pytanie było zbyt ciężkie, chociaż tak oczywiste. Sytuacja jednak wszystko komplikowała. Jego świadomość również. Stan Rune także nie pomagał. To ten moment, w którym usta się otwierają, ale nie wydobywają się z nich słowa. On powstrzymał je od rozwarcia. Trwał tak próbując cokolwiek ułożyć sobie, ale z czego? Nie nienawidził jej, ale jak to powie, to skąd pewność, że nie zniszczy swoich dotychczasowych "osiągnięć"? A jak stwierdzi, że nienawidzi ją, to... nie, nawet w tym stanie nie był tak okrutny. Musiał pozostać neutralny. Beznamiętny. Tak jak zawsze. Jednak nie mógł.
- Głupia, powinnaś mnie nienawidzić całą sobą tak, jak ja Ciebie nienawidzę. Nienawidzę Cię za to, jak bliska mi się stałaś. - odparł spokojnie i cofnął się o krok. Nie podał jej ręki, nie podniósł jej jak zawsze, nie zapytał czy wszystko w porządku. - Wstawaj. Nie pomogę Ci. Nikt Ci nie pomoże teraz. Jeżeli chcesz tu przeżyć, to wstań o własnych siłach. - dodał po chwili i odwrócił się. Nie spoglądał na nią czy rzeczywiście wstała, czy zasnęła tak jak zrobiła to na alejkach po płaczu. Teraz też płakała. Możliwe, że tu zaśnie. Bił się z myślami. Chciał schować się i sprawdzić czy rzeczywiście da radę. Ale co to da? Znów jej pomoże, znów skorzysta z czyjejś pomocy, znów uzna, że jednak Ray mógł się mylić. Obrzydzony samym sobą skierował się do wyjścia z parku. Czuł prawdziwe mdłości z powodu własnego zachowania. Może chciał wyrzygać duszę? Przecież od teraz i tak mu się nie przyda. Stracił ją kilka chwil temu, stała się martwa, więc organizm może chciał się jej pozbyć? Zbędny element ograniczający tak wspaniałą maszynę do zabijania jaką mógł się stać. Tak idealne narzędzie zbrodni i kary. Istny niewolnik miasta.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   Czw Lut 04, 2016 7:39 pm

Zaśmiała się cicho. Brzmiało to tak żałośnie, ale i tak spokojnie, że można by ją podejrzewać o jakieś załamanie nerwowe. Ale nic takiego się nie działo. Grymas z każdą chwilą naprawdę przypominał uśmiech. Ten sam pogodny i przypisany Rennevy. Jedynie miała zaczerwienione policzki i nos, widać było ślady po łzach, a jej oczy wyglądały na niezwykle zmęczone. Poruszała palcami swojej nieco stężałej ręki. Stukała o ziemię, ale nie słyszała żadnego rytmu. Wyobrażała go sobie w głowie. Te silne uderzenia, których echo przenosi się na rzeczywistość. Najpierw szły równo z jej biciem serca, a potem zaczęły wystukiwać nieznany jej rytm. Czy też może znany, ale zapomniany. Z każdą kolejną chwilą poznawała go na nowo. Ciekawe czy on też go znał. Możliwe. Pewnie nawet nie widział, że poruszała ręką. Może to i lepiej, bo uznałby, że zaczyna wariować. Szaleć ze smutku i złości, którą powinna odczuwać. Ale nie czuje. Kotek poszedł spać.
- Gdybym nienawidziła każdą osobę, która ode mnie odeszła, byłabym bardzo nieszczęśliwym człowiekiem, nie sądzisz? A może też i godnym pożałowania, bo śmiem gniewać się na zmarłych. I chociaż według ciebie to naturalna kolej rzeczy ciebie nienawidzić, dla mnie naturalną koleją rzeczy jest… Nawet nie wiem jak to nazwać. Nigdy nie będę w stanie cię nienawidzić. Florence też mi coś ważnego obiecała przed śmiercią. Tak samo ojciec. Jedynie dziadkowie nie byli na tyle odważni. -  Westchnęła. Drugą ręką przejechała po podłożu. Było naprawdę przyjemnie zimne. – ”Ale nie możesz mnie przyrównywać do nich!” – to chcesz powiedzieć? Nawet jeśli nie chcesz, to odpowiem. Masz rację, oni zmarli i to nie z własnej woli. Ty się ode mnie właśnie odciąłeś, bo to uważasz za słuszne. I ja nie mam żadnych argumentów przeciw. Zresztą, czy ja miałabym jakieś szanse w negocjacjach? Jesteś kimś, kto bardzo mocno wierzy w swoje założenia. A przynajmniej takie miałam odczucie, skoro twierdzisz, że to wszystko było iluzją. Co mi ta nienawiść da? Nie zwróci nikogo, kogo straciłam. Jeśli zacznę ciebie nienawidzić, nie będę mogła ci spojrzeć w twarz. Nawet temu Rayowi ze wspomnień, którego dziwnie mocno sobie cenię. – Wciąż wybijała niemal niesłyszalny rytm. Drugą ręką sięgnęła do swojej szyi. Dotknęła jej pod brodą, zjeżdżała coraz niżej, rozwiązując przy tym delikatnie szalik. Dotknęła wisiorka, który dostała od niego. I wstążeczkę, która dumnie prezentowała pół gwiazdki i literkę R. Ciekawe o którym imieniu myślała, kiedy ją pisała. O swoim czy o jego? – Nic nie poradzę na to, że mnie nienawidzisz. Prawdę mówiąc, jeżeli to nazywasz nienawiścią, wtedy skłamałam. Nienawidziłam cię. Za to, że tak łatwo się przed tobą otworzyłam. I chociaż już tego nie czuję i nie nazywam poprawnie, to przez tę „nienawiść” nie jestem w stanie pozwolić na to, żebyś odszedł. Co nie zmienia faktu, że nie jestem w stanie ciebie skreślić. Nie umiem szczerze cię nienawidzić. Czy to też oznaka słabości?
Ścisnęła mocniej w ręce wisiorek. Zawieszka była dziwnie ciepła, aż ją parzyła w palce. Ten ból był ak rozkoszny, że nie potrafiła jej puścić.   Nie potrafiła zwykle znieść tego palącego uczucia w palcach, spowodowanego zmianą temperatury. Było straszne i nie lubiła go. Co prawda ten obecny ból nie przyrównywał się do opisanego, to jednak przywoływał takie skojarzenie. Wiedziała, że nie wyrzuci tego. Nie zakopie na dnie szafy. Czy jeśli on jej nienawidzi, to czy spali wstążkę? Zakopie i zrobi z niej grób na jej przyszłą śmierć? Ha, jakby miał coś takiego robić. Wyrzuci, potnie, spali, byle by tego cholernego kawałka materiału nie widzieć. Nie musi go widzieć. Nie musi pamiętać o nim. Bo ona będzie. Może jednak ma coś w sobie z masochistki? Nie dość, że słabeusz i głupiec, to jeszcze masochistka. Taka żałosna była.
Znów się zaśmiała. Ale krócej i jakby… weselej. Czyżby już na dobre odchodziła od zmysłów? Czy też może właśnie próbuje się podnieść i zrozumieć, że nie ma już co dalej ciągnąć? Równie dobrze mogła udawać, że walczy. Wystawia swoją godną potępienia odwagę na próbę, bo zawróciła i znów do niego podbiegła. Znów na niego upadła. Lgnęła do „zagrożenia” i czekała na magiczny ratunek.
- Wiesz, że takie jedno „wstawaj” może znaczyć więcej niż wyciągnięcie ręki? Bo czuję, że kogoś jeszcze obchodzi mój los, kogoś jeszcze obchodzę. Nie przechodzi obojętnie i daje motywację do działania. Zresztą, czemu miałoby cię obchodzić to, czy wstałam, skoro chcesz o mnie zapomnieć? Nie łatwiej zapomnieć o kimś, kto nie wstał? – Odchyliła głowę, próbując go znaleźć. Ale to przejeżdżanie czaszką po podłożu było zbyt nieprzyjemne, więc sobie odpuściła. – Cha, cha, nie martw się. Chociaż nie, w tym momencie sobie schlebiam. Nie zaprzątaj sobie tym myśli. Zamierzam wstać. Tylko jeszcze nie teraz. Możesz w spokoju mnie zostawić, bo do tego się przymierzasz. Albo ja ci nikczemnie i samolubnie przeszkadzam. Przepraszam. Wina mojej sklerozy.
Westchnęła. Chwilę tak patrzyła w górę, próbując znaleźć cokolwiek interesującego na tym niebie. Przestała wystukiwać melodię, bo zaczęła sobie przypominać jak ona szła. Wraz z paroma innymi, które boleśnie mocno pasują do jej obecnego nastroju. Zaśmiała się z siebie w duszy, która jednak dawała o sobie znać. Wyrażanie smutku piosenkami jest iście lamerskie i dramatyczne, że aż niedobrze się jej robiło na samą myśl. Jednocześnie nie mogła się odpędzić od wrażenia, że to właśnie one potrafiły idealnie przekazać te uczucia. Uśmiechnęła się pod nosem i przymknęła oczy. Nie czuła tej senności aż tak mocno. Złożyła pod biustem swoje ręce, jakby się modliła. Nie, jakby wkładali jej ciało do trumny. Niemalże białe włosy błyszczały w żółtym świetle latarni, nadając dziwnej atmosfery wokół niej. Spokojna, acz zapłakana twarzyczka przypominała tę ducha. Nieżywego ciała. Chociaż była ubrana ciepło, robiło się zimno na jej widok. Ale oddychała. Obydwie kokardy dzisiaj trzymały się pilnie głowy, żeby nie zlecieć, żeby nie powtarzać tego zdarzenia. Tego jego błędu, tej jej radości. Słyszała swój oddech i swoje bijące serce. I spokój, który był przerażający. Pewnie wróci do akademika i znów się zacznie. Pytania bez odpowiedzi, zadręczanie się czy wypytywanie nieistniejącego strażnika losu. Szukanie winy w swoim istnieniu. Ach, ale nie chciała o tym jeszcze myśleć. Znów pękała, chociaż wyglądała tak spokojnie. Czy on już poszedł? Czy miało to znaczenie? Czy wyśmieje ją za to, że znów śni na jawie i gada od rzeczy?
Otworzyła delikatnie oczy i wystawiła jedną rękę przed siebie. Jakby chciała chwycić to niebo. To czarne i nieprzyjazne niebo, gdzie gwiazdy się chowały. Chciała odłamać jeden kawałek tego szkła i mieć je dla siebie. Na znak tego, że miała je z kimś dzielić. Bo teraz będzie ono niezwykle puste. Nie ma co zrobić z takim niebem. Z kim się dzielić. Nawet jeśli ktoś się zjawi… Nie, nie zjawi. Nie da się kogoś zastąpić.
Ach, te potłuczone niebo było identyczne jak ona. Ciężar tego szkła całkowicie ją przygniatał. Wyszeptała niemalże bezgłośnie wersy piosenki. ”Covers over me. Over me…” Zasłoniła oczy rękami i zakryła ten deszcz. Ten okrutny deszcz, który swymi kroplami ozdabiał kawałki i odłamki szkła.
Chwilę jej zajęło, nim się pozbierała. Było to naprawdę ciężkie zadanie. Ale powoli ruszyła swoimi kończynami. Najpierw jedną nogą, potem drugą, a reszta poszła jej niesamowicie szybko. Otrzepała siebie z brudu, jaki mógł na niej zostać, po czym uznała, że i tak ją będzie czekało mycie głowy. Zadrżała z nagłego powiewu zimna. Odwróciła się przodem do miejsca, gdzie jeszcze przed momentem stał Ray i się ukłoniła. Ale to nie był ukłon na pożegnanie. Nie zamierzała póki co wyjeżdżać, więc pewnie zdążą na siebie parę razy spojrzeć. Skierowała się w kierunku wyjścia po drugiej stronie parku. Westchnęła ciężko. Pierwszy szok minął. Prawdziwa burza będzie w akademiku, doskonale to wiedziała. Ale tym razem nie będzie nikogo, kto ją powstrzyma przed rozdrapywaniem swoich ran, by tylko poczuć sens istnienia. Przykleiła na swoją twarzyczkę uśmiech, po czym szybko go zdjęła. Jakiekolwiek próby rozweselenia się sprawiały, że chciała płakać jeszcze bardziej.

//ZT//
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Stary park z fontanną   

Powrót do góry Go down
 
Stary park z fontanną
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Stary dąb
» Opuszczony domek na drzewie
» Stary Cmentarz
» Stary farmer farmę... A nie to nie ta piosenka.
» Pomnik Piotrusia Pana

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Death City :: Peryferie-