IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Pią Wrz 18, 2015 6:49 pm

Taka sobie kawiareneczka. Stoi taka ściśnięta między dwoma wielkimi budynkami, a jej szyld ledwo widać. Jednak jak już trafisz w to miejsce, to na pewno nie pożałujesz. Może się wydawać, że jest niewiele miejsca, podczas gdy tak naprawdę jest właśnie na odwrót. Niezwykle zagospodarowana przestrzeń sprawia, że całkiem spora gromadka się tu zmieści.
Na każdym stoliku stoi waza z liliami. Białe obrusy, ciemne meble, wystrój jest zawsze czarno-biały z jakimś kolorystycznym akcentem. I w tym roku postawili na czerwonawy.
Nie jest za znana, ale jak już wspomniałam, gdy już ją odkryjesz, to dość często do niej wracasz. Niezwykle przyjazny personel oraz chętnie zatrudniają młode osoby, nawet jeśli tymczasowo. Tylko najpierw trzeba znaleźć...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Sob Wrz 19, 2015 8:20 pm

Chyba nie muszę powtarzać, że Ray szczerze nienawidził zatłoczonych miejsc? Oprócz samego przeludnienia dochodził do tego hałas. Niezorganizowane dźwięki tworzące harmider również nie zyskiwały aprobaty chłopaka. Nic dziwnego zatem, że omijał wszystkie kawiarenki jakie były, gdyż za sprawą magicznego fenomenu albo dziwnej przypadłości w Death City, jakoś mieszkańcy mieli bzika na punkcie słodyczy. Lepiej nie wspominać o cukierniach, kiedy lokale serwujące kawę miały ogromny zapas ciast i innych słodkości. Raymont osobiście niezbyt przepadał za tym smakiem, był on w gruncie rzeczy dosyć mdły, mało wyrazisty. Znacznie ciekawszy był ostry i kwaśny. Chociaż ciężko było uznać to specyficzne pieczenie za smak, skoro był to ból. Mniejsza. Czarnowłosy przechodził tą samą ulicą po raz n-ty, kiedy dostrzegł coś, co umykało mu za każdym poprzednim razem. Między budynkami znajdowała się mała kawiareneczka. Zaskoczenie wzrosło w momencie zauważenia, że w środku praktycznie nikogo nie ma. Nie trzeba być jasnowidzem, by przewidzieć, że Ray postanowił wstąpić napić się herbaty i ogólnie odpocząć od zgiełku. Ileż można siedzieć w pokoju akademika albo w jakichś parkach, które swoją drogą też były dosyć tłoczne.
Wewnątrz było zaledwie kilku klientów siedzących dodatkowo osobno. Nie prowadzono żadnych rozmów, więc utrzymywała się stosunkowa cisza. Co chwilę jedynie dało się usłyszeć stukot widelców o talerzyki lub filiżanek o podstawki. Przyjemne miejsce. W sumie nie było się czym dziwić, że tak mało osób tutaj się znajduje skoro inne kawiarenki pękają w szwach. Sam Raymont przechodził tą samą uliczką już któryś raz i jako osoba dosyć spostrzegawcza nie ujrzał nigdy wciśniętego między budynki lokalu. Szyld również nie rzucał się w oczy. Kawiarenka-ninja. Trzeba było przyznać, że nazwę to jednak miała chwytliwą. Nie dało się jej zrozumieć, ale zapadała w pamięć.
Wnętrze nawet było większe niż wizualnie się zapowiadało z zewnątrz. Ładny, prosty wystrój z kontrastem, czyli czymś co Ray bardzo lubił. Dodatkowo była to czerwień, a nie przypadkowo chodził ponad pół życia w czarnych strojach z dodatkiem szkarłatu. To miejsce podbiło jego serce natychmiast. Mało znane, ciche, ładne, unikatowe. Oby tylko herbata była dobra. Ruszył do stolika, takiego czteroosobowego, bo w sumie nie grało to większej roli. Miejsc dużo, klientów mało, więc mógł usiąść gdzie chciał. No to tak zrobił. Z lewej strony, niedaleko ściany usadowił swoje zacne cztery litery. Na wejściu nawet zdjął słuchawki, aby być kulturalnym. Wisiały sobie teraz na karku, a lewa dłoń podgłośniła o trzy stopnie muzykę z telefonu, aby była słyszalna nawet bez ukochanych słuchaweczek na uszach. Na stoliczku leżało menu. Nie wiadomo czy na każdym było, czy po ostatnim kliencie zostało, ale chłopak postanowił je otworzyć i dokładnie przejrzeć. Może było tutaj coś wartego uwagi oprócz herbatki?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

Nauczyciel
Posty : 32
Data dołączenia : 04/09/2015
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Nie Wrz 20, 2015 9:34 pm

Asmodeusz z Midori kierowali się powoli do centrum miasta. Dwójka zeszła ze schodów kamiennych zbliżając się do uliczek gdzie można zauważyć dużo pięknych domów z ogrodami. Zapach kwiatów zwróciło uwagę mu. Po chwili powiedział:
- Jak tutaj pięknie.. nie spodziewałem się tego - dodał do swojej siostry. Wyprostował ręce kierując do je góry i ziewnął,  ponieważ jest bardzo zmęczony. Błękitnooki z ciemnowłosą zauważyli , niedaleko kawiarnię w której mogli się zatrzymać. Miał w końcu coś zjeść i później odpocząć odprowadzając siostrę do domu. Stali patrząc się czy jest otwarte wciąż i weszli czekając na reakcję jednej z kelnerek ,które mogłyby ich przyjąć serdecznie. Jedna z nich podeszła i zagadała do nas pytając stolik dla palących czy nie. Asmo odpowiedział wtedy:
- Wolimy nie dla palących - dodał do kelnerki i poszła pierwsza, a my szliśmy za nią. Zaczął rozglądać się widząc nastolatka, który jest bardzo podobny do jego młodsza brata. Podszedłem do siostry zabierając kurtkę i zbliżył się do wieszaka żeby powiesić. Kiedy to zrobił wrócił do stolika żeby usiąść i czekając na menu. Po kilku minutach dostali dwie książeczki to on ją otworzył spoglądając w nią. Nie potrafi zbytnio skupić się w tej chwili, bo dyskretnie spojrzał na młodzieńca, który tak siedzi w miejscu dla czterech osób możliwe, że nie lubi dużo osób. Jedynie zgadywał w tym momencie tylko. Po chwili spytał się siostry:
- Midori kochana, co byś chciała zamówić, ja stawiam - odpowiedział do niej z uśmiechem lekkim. Rozglądał się dookoła podziwiając tajemniczy nastrój i ta muzyka, która przykuła ku uwadze jemu. Nie chciał nic mówić za głośno do ciemnowłosej żeby nie robić zbytnio zamieszania, ale podsunął dyskretnie zdjęcie mówiąc:
- Zauważyłaś może zgodność, niedaleko nas siedzi osoba bardzo podobna do młodszego brata, możesz dyskretnie porównać wygląd na zdjęciu i teraz - dodał do niej zaciekawiony, czy o tym samym pomyślała co on. Nie potrafił o niczym myśleć. Ma przeczucia, że w końcu odnalazł po ciężkich poszukiwań z nią, naszego kochanego i zarazem młodszego braciszka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Wiedźma
Posty : 83
Data dołączenia : 05/09/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Sro Wrz 23, 2015 3:20 am

Ciągnięcie brata za rękę przez tak długą drogę nie wydawało się złe. Przynajmniej dosyć szybko opuścili ścieżkę, na której zaczynało robić się niebezpiecznie. Oczywiście, miała tu na myśli samą siebie. Gdyby pozostali w tamtym miejscu dłużej na pewno nie wytrzymałaby już presji swojej chorej ciekawości, która z każdą chwilą pożerała ją od środka. Hana wiedziała, że takich akcji najlepiej unikać w obecności Asmo. Im mniej wiedział o tej stronie dziewczyny, tym zdecydowanie lepiej dla niego. Całe szczęście mężczyzna szybko o tym zapomniał. Po czym wnosiła? Zwrócił uwagę na ulicę w mieście. Midori nie odpowiedziała na jego stwierdzenie, jednak uśmiechnęła się wesoło przytakując. Musiała pozbyć się z myśli Drake’a, który w tak krótkim czasie zdołał ją już dosyć mocno zainteresować. Szczególnie ten jego niewyjaśniony chłód. Nawet jego policzek był zimny, gdy musnęła go delikatnie wargami. To z pewnością nie przypadek. Prawdopodobnie rozwiązanie ukrywało się w jego rasie. Długowieczny potwór, który swoją obecnością sprawia, iż temperatura dookoła schładza się gwałtownie… Jeśli ktoś jej powie, że to nie coś ciekawego, to nie wiedziała, co w takim razie jest.

Kiedy uznała, że już jest wszystko w porządku z jej postrzeganiem innych zerknęła w tę samą stronę, co jej brat. Stała tam dość urocza kawiarenka. Ciemnowłosej szybko przypomniało się z poprzedniej rozmowy, iż białowłosy nie jadł odpowiedniego posiłku. Ten najwyraźniej miał w głowie to samo,  bo weszli do środka, a już po chwili siedzieli przy stoliku, spoglądając na menu. Tak wiele pyszności znajdowało się w karcie, że nie wiedziała, co mogłaby wybrać. Nie, żeby oferta brata związana z wzięciem na siebie kosztów tego wypadu ją bardzo zadowalała, jednak wiedziała też, iż próby wybicia mu tego z głowy są niemożliwe. Pod tym względem potrafił być nieźle uparty, dlatego po raz kolejny tylko przytaknęła. Desery wydawały się tutaj naprawdę pyszne, więc prawdopodobnie na nich skupi swoją uwagę. Dawno nie wychodziła na miasto, by zjeść coś dobrego. To była doskonała chwila, by nadrobić, choć w małej części, stracony czas.

Przerwała swoje rozmyślania w momencie, w którym Asmodeusz podsunął jej zdjęcie ich „zaginionego” brata. Z początku spojrzała na nie bez słowa, po czym zgodnie z instrukcjami zerknęła dyskretnie w stronę osoby, którą wskazał niebieskooki. Podobieństwo było naprawdę niesamowite, a sam fakt, że jego pobyt jest oficjalnie potwierdzony, nie było mowy o pomyłce. Midori nawet zaczęła myśleć, iż dzisiejszy dzień jest naprawdę niesamowicie „szczęśliwy”. Spotkała białowłosego, pewnego ciekawego potwora i teraz jeszcze ostatnią już osobę z ich rodzeństwa. Najwyraźniej Los im sprzyja. Oby ta dobra passa trwała dłużej, bo jak na razie, każda chwila w okolicach tego miasta zdawała się nieść za sobą coraz to ciekawsze rzeczy. Mówi się, że im dalej w las, tym ciemniej, jednak w tym wypadku nie istniała siła, która mogłaby powstrzymać Hane w dalszych poszukiwaniach.  

Dziewczyna przez dłuższą chwilę skupiła się na studiowaniu zdjęcia, po czym nagle wstała od stołu. Nie mówiąc Asmo, co zamierza zrobić, odłożyła lodową różę na stolik i ruszyła w kierunku ciemnowłosego chłopaka, siedzącego nieopodal. Nie zatrzymała się jednak, co mogło wydawać się prawdopodobne na pierwszy rzut oka. Wręcz przeciwnie, będąc już przy nim, pierwszą reakcją Hany było bezpośrednie pochylenie się i przytulenie chłopaka w locie. Są chwile, kiedy mogła zachować spokój. Niestety, takie momenty z pewnością do nich nie należały. Sama myśl, że to jest jej brat powodowało naprawdę przyjemne i ciepłe uczucie wewnątrz. Możliwe, ze byłą wręcz nazbyt szczęśliwa, skoro posunęła się od razu do takiego powitania, ale co mogła na to powiedzieć? Nie miała matki i ojca. Bracia to jedyne, co posiadała. Prawdopodobnie właśnie ta część sprawiła, że zareagowała nieco... bezmyślnie? Tak, do doskonałe określenie dla osoby, która zamiast się przedstawić postanawia objąć w gruncie rzeczy nieznajomego osobnika. Bardzo dojrzałe zachowanie, chociaż chłopak i tak miał szczęście. Zawsze mogła go pocałować na przywitanie. To dopiero byłby szok, więc właściwie otrzymał dość lekką formę powitania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t672-zielony-kwiatek?nid=1#3923

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Sro Wrz 23, 2015 2:40 pm

Podobno jak odnajdziesz coś, do czego jesteś stworzony, to podczas wykonywania tej czynności zaczynasz się zachowywać inaczej niż zwykle. To trochę tak, jakby taka pierdółka znalazła taką pasję, kiedy po jej pierdołowatości zostają jedynie opowieści kierowniczek. Ojej, no tak, właśnie o tym mówimy. Hm? Że jak to? A no tak to, że gdyby ktoś powiedział, że Rennevy zaczęła pracę jako kelnerka, to pewnie od razu tłum pognałby po najlepsze dowody niezdarności i zakłopotania. A tu taki lekki zonk, bo przychodzą... I nic nie jest potłuczone. Absolutnie nic. Ba, jeszcze tego, nie słyszą nigdzie tego charakterystycznego jąkania. Wystrzeliwanych sylab szybciej niż najlepsze karabiny. Zamiast tego miejsce wam wskazuje urocza panienka, która w niczym nie przypomina pierdółki. Zgadzałoby się tylko imię i kolor włosów.
Zacznijmy może od jej bluzeczki. A może raczej koszuli. Biała w ledwo widoczne paski nie opina się nigdzie, a jej rękawy są elegancko podwinięte. Zapinana na guziczki ukryte pod jeszcze jedną warstwą materiału. Przy całym szeregu zapięć znajdują się drobne falbanki, marszczenia materiału. Najważniejsze jest to, że koszula jest widoczna tylko w dwóch miejscach - na rękach i biuście. Odpowiednio dobrana kamizeleczka, zapinana właśnie pod piersiami i je odsłania, sprawia, że te krągłości zostały wyeksponowane, choć nie spotkała się z aprobatą panny Nightwish. Koloru kawy z mlekiem, z broszką przedstawiającą filiżankę, a pod tym dość zwykła plakietka z kaligraficznie napisanym "Wciąż się uczę". Kołnierzyk koszuli delikatnie opadał, a nie sterczał czy stał na drakulę. Nie dało się tego zauważyć, ale wisiorki, z którymi Rennevy się nie rozstaje, znajdowały się pod ubraniami, jako że niezbyt pasowały do stroju, a ona nie chciała ich zdejmować. Były dla niej tak ważne, że nie potrafiła się z nimi rozstać. Na lewym nadgarstku spoczywał pożyczony zegarek, aby mniej więcej była zorientowana w czasie. W kawiarence nie było zegara, a jak czasem się pojawiał, to szybko przestawał działać. Brakowało tylko jakiegoś bajeranckiego łańcuszka jako ozdoby.
Chociaż na najwięcej uwagi zasługuje górna część jej ubioru, to od pasa w dół także było niezwykle dobrze. Już nieco opinające spodnie koloru identycznego co kamizelka sięgały jej mniej więcej do kolan. Czuła się w nich naprawdę dziwnie, czuła na sobie każdą ich odgniotkę, każdy ruch. Znaczy, nie pokazywały one na pewno tego, czego nie powinny, ale też prawdą było to, że także eksponowały pewne krągłości. Niestety Rennevy nie miała dłuższej koszuli, a na spódniczkę jej nie pozwolili. To była w sumie niezła forma ochrony, bo jak się wywali, to będzie widać spodnie, a nie jej majtki. Sprytne. Jednakże ten argument dla naszej panienki Nightiwsh nie był na tyle wystarczający, aby dać się pokazać w takim stroju. Nawet jeśli każda kelnerka w tej kawiarni ubierała się tak samo i różniły się tylko plakietkami.
Myśleliście, że ubiór to dramat? Spójrzcie na jej nogi. Widzicie to? Zaczynacie się bać? Nie martwcie się, ona boi się bardziej. Bowiem najgorsze buty, jakie Rune mogła wdziać, to szpilki. I to wcale nie niskie. Czarne, wyglądem przypominały sandały, tyle że na wysokim obcasie. Bez żadnych dekorów, bez żadnych pierdółek. Znaczy, pierdółka je miała na nogach, a one nie przyozdobione zostały ani jedną broszką, ani jedną przypinką. Nie wiedziała, ile one miały – tak z pięć centymetrów? Nim nauczyła się na nich chodzić, to trochę minęło. Trochę bardzo, a proces wymiany zastawy przyspieszył, skracając ją o jakieś pięć talerzyków, dwie szklanki i trzy filiżanki. Może powinna sobie potem wpisać w CV, że jest specjalistką od wymiany zastaw.
Jednak najlepsze zostawiłam na koniec. Co to takiego? Jej główka i twarzyczka. Włosy, jej niemal śnieżnobiałe włosy, upięła, a może raczej zaplotła, w luźny warkocz, który opadał na jej lewe ramię. Luźne i niesforne kosmyki wymykały się z fryzury, co tylko dodawało jej uroku. Na samym końcu wpięła sztuczną lilię, obowiązkowo czerwoną. W końcu musi pasować do wystroju całego lokalu. Miała na sobie najdelikatniejszy z najdelikatniejszych makijaży, jaki się dało zrobić. Jedyne, co było widać, to smakowicie malinowe usta, podkreślone błyszczykiem. Błyszczykiem, bo jak zaczęto nakładać jej szminkę, to długo ona nie wytrzymała. Jej rzęsy nie potrzebowały koloru – one zawsze były niezwykle długie i czarne jak smoła. Ogółem: nie wyglądała starzej, ale poważniej. Najważniejsze jednak, że nie wyglądała jak ta znajoma i urocza pierdoła. Może wyolbrzymię, jeśli powiem, że wygląda seksownie, AAAALEEEEE takiego drapieżnego uroku odmówić jej nie można. Chyba.
Podeszła do stolika, przy którym usiadł jakiś chłopak, a obecnie przytulała go jakaś dziewczyna. Próbowała jakoś zapytać, podpytać, grzecznie poprosić. Jednakże to nie zdawało się działać, więc w końcu ostentacyjnie chrząknęła, by skupić na sobie uwagę tej jakże uroczej parki. Skupiła się zaraz potem na trzymanym w ręce notesiku z długopisem, na którym zapisywała sobie numer stolika. Dostała przykaz nauczyć się numerów, jeśli będzie duży tłok, co było rzadkością, a że ma tak dobrą pamięć, to postanowiła sobie nawet przy minimalnym ruchu zapisywać te numery. I to był chyba stolik numer osiem. Chyba.
- Najmocniej przepraszam państwa. Nie mam nic do okazywania uczuć w miejscach publicznych, jednakże chciałabym zebrać zamówienie. - Starała się mówić poważniej niż zwykle. Czasami się jej nie udawało, czasami trochę. Teraz brzmiała dość stanowczo, ale nie władczo. Dość cicho. Podniosła głowę i spojrzała na chłopaka. - Na co się pan... z-zde-ecydował? - Nagle cała jej otoczka gdzieś przepadła.
Właśnie stała TAK ubrana przed RAYEM. Czy ona może już umrzeć? Tak?
Zerknęła ukradkiem na przytulającą go dziewczynę. Pierwszy raz ją widziała, nawet nie kojarzyła ze szkoły. Nie potrafiła ocenić, ile ma lat. Wyglądała jednak na pewnego stopnia rówieśniczkę. Poczuła zaraz potem delikatne ukłucie, które z każdą chwilą przybierało na sile. Nie rozumiała tego uczucia - przecież chyba nie była o niego zazdrosna... Prawda? Był wolnym człowiekiem, prowadził własne życie, jego... spotkania nie mają nic do jej spraw. Pewnie gdyby obściskiwała się z chłopakiem w kawiarni, w której on by pracował (chociaż wyglądał w jej wyobrażeniach niezwykle dobrze, to wiedziała, że jest to niemożliwe), to Ray pewnie nawet by nie zareagował. Zatem ona też nie powinna reagować. Nawet jeśli to ją niezwykle dziwnie mocno irytowało.
Skupiła wzrok na karteczce, na której zaraz ma się pojawić jego zamówienie. Albo ich zamówienie. Próbowała ukryć swoje zakłopotanie i powoli objawiający się rumieniec, ale się nie dało. Jej znikomy makijaż na pewno tego nie ukryje, chociaż pewnie i tony podkładu nie zakryją jej rumieńców.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Sro Wrz 23, 2015 9:23 pm

Dzień niby identyczny jak wszystkie inne, które przeżył. No, prawie wszystkie. Nie zapowiadało się na nic niesamowitego, bo w żadne niezwykłe miejsce się nie wybierał. Mimo wszystko parę minut później miał zmienić swoje zdanie na temat dzisiejszej doby. Nieświadomy nadchodzącego siedział i przeglądał menu w połowie słuchając muzyki ze słuchawek, które wciąż wisiały na karku. Nie zwrócił uwagi, że ktoś wszedł do środka, chociaż kątem oka dostrzegł, iż usiedli naprzeciw niego. Wolał jednak nie spoglądać w tamtą stronę, by nie wyjść na dziwaka, który obserwuje ludzi w kawiarenkach.
Pogoda była całkiem przyjemna, nawet Ray miał nieco bardziej radosny nastrój niż zwykle, więc postanowił się nagrodzić w jakiś sposób. Tytuły deserów mogły być najpiękniejsze, najbardziej wyszukane, lecz jeżeli nie miały w nazwie przymiotnika związanego z malinami, to znaczyły tyle co nic dla czarnowłosego. W końcu wybrał. Tak, czarna herbata i malinowy puchar. Postanowił jednak spojrzeć dalej na inne smakołyki dostępne, może coś brzmiało bardziej zachęcająco, o ile się dało. Ktoś podszedł do niego, nie oderwał wzroku zbyt szybko, gdyż myślał, że to kelnerka chcąca odebrać zamówienie, lecz czy w zakresie obowiązków kelnerek jest przytulanie klientów? Zamurowało go. Wypuścił z rąk menu i spojrzał delikatnie w bok dostrzegając, że włosy tej osóbki są brązowe. Rennevy nie miała brązowych włosów. W ułamku sekundy przypomniał sobie wszystkie dziewczyny, z którymi był na tyle blisko, by się przytulać, a one miały tej barwy fryzurę, lecz było ich - jak się nie trudno spodziewać - zero. Siedzący naprzeciwko mężczyzna zdawał się wpatrywać w chłopaka jakby rozpoznając go, chociaż Raymont nie potrafił stwierdzić, że kojarzy tego białowłosego.
- Jestem w ukrytej kamerze? - przemknęła szybko myśl przez umysł Raya, lecz nawet nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie. Z dosyć szeroko otwartymi oczyma, podniesionymi brwiami i niemalże rozchylonymi ustami twardo siedział, nawet nie drgnął. Serce przyśpieszyło, krew od razu napłynęła mu do głowy, że musiał z całych sił próbować się nie zawstydzić, nie zarumienić, a uścisk nieznajomej nie zwalniał. Musiał przyznać, że pachniała zupełnie inaczej niż Rune. Przyjemna woń kwiatów przywodziła na myśl wiosenny ogród, coś rześkiego, takie zapachy lubił - nie były przytłaczające.
- Co powinienem zrobić? Objąć? Odsunąć? Pogłaszczyć? Cholera. - ostatecznie nic nie zrobił, był zbyt speszony tą sytuacją. Ray właśnie został publicznie przytulony przez nieznajomą mu dziewczynę. Fatal error, proszę zresetować system R.A.Y.
Z odrętwienia zarówno fizycznego jak i umysłowego wyrwał go głos. Głos przerażająco znajomy, a brzmiący inaczej niż kojarzył. Przytulony niezbyt miał pole widzenia, więc odchylił się do tyłu powoli podnosząc swój wzrok. Wysokie szpilki, odsłonięte w części nogi, które nawet Raymont potrafił ocenić jako wyjątkowo zgrabne, szczególnie na wysokim obcasie. Dalej obcisłe spodnie ukazujące kształty, a jeszcze wyżej bluzka z kamizeleczką podkreślającą niezbyt wielki, ale odpowiedni biust. Okej, czarnowłosy widział wiele ładnych i zgrabnych kobiet, to nie robiło na nim, aż tak potężnego wrażenia gdyby nie fakt, że na ramieniu spoczywał warkocz o dziwnie znajomej barwie. O ile włosy jedynie kojarzyły się z pewną osóbką, o tyle ujrzane później usta były mu świetnie znane. Wpatrywał się godzinami jak wypowiadają słowa, uśmiechają się lub krzywią i wciąż nie miał dość. Czyje one były? Haha, to proste, tylko jedna osóbka na świecie miała takie ładne usteczka, a teraz dodatkowo wyeksponowane za pomocą błyszczyku, otóż była to Rennevy. Spojrzał dopiero w tym momencie na jej całą twarz, a wzrok jakby z szoku dostroił się na tyle, że ujrzał całokształt. Rune w stroju kelnerki. Pomijając przytulenie z zaskoczenia, teraz już otworzył usta ze zdziwienia. Serce biło mu szybko, a teraz mógł przysiąc, że wymienił się na nie z kolibrem. Uderzało z zastraszającą prędkością, twarz powoli się rumieniła, a w głowie było tylko "Wow". Otóż, wrażenie byłoby mniejsze, gdyby to ciało należało do kogoś innego, ten wizerunek, ale świadomość, że właśnie TO ciało, w TYM stroju, z TAKIMI ustami należy do Rennevy... brak słów, by wyrazić to uczucie.
Wtem dotarło do niego, że właśnie jego - raczej - partnerka obserwuje, jak ten się obściskuje z inną dziewczyną tuż przed jej nosem. Oczy otworzyły się jeszcze szerzej, brwi wjechały na najwyższe piętro tego wieżowca, lecz usta nagle zamknęły się. Spojrzał błyskawicznie na obejmująca go osóbkę odchylając się od niej na tyle, by móc spojrzeć w twarz. Krzesło już zdążyło się przechylić - cud, że jeszcze nie przewrócił się. Co miał przed sobą? Również urodziwą istotkę o pięknych, zielonych oczach. Mózg Raya zupełnie się zawiesił, zbyt wiele informacji, zbyt wiele wydarzeń do przetworzenia. Cannot compute. Usta zaczęły jakby w próbować układać się do jakichś słów, lecz głosu brak. Spoglądnął jakby wzrokiem krzyczącym "Pomocy!" w stronę białowłosego, który wciąż się przyglądał całemu zajściu, a później rzucił wzrokiem znów na Rune, która również powoli przegrzewała się. W końcu uświadomił sobie, że powinien wziąć się w garść. Przecież kobiece wdzięki, aż tak nie działają na niego. On potrafi kontrolować emocje, prawda? PRAWDA?! Urodziwa nieznajoma przytulająca go i oszałamiająca Rune z nutką seksapilu nie mogą zrobić z niego - spokojnego, opanowanego Raymonta niemowy surfującej na fali emocji. Co to była za bajka? Ray w Krainie Emocji, cholera?
- Przep-przepraszam, n-nie pomyliłaś mnie z kimś...? - zapytał brązowowłosej, która raczej musiała wziąć go za kogoś innego. No z jego pamięcią nie było jeszcze tak tragicznie, by nie pamiętać ludzi, z którymi miał kontakt kiedyś. Jego głos był mało stanowczy, ogólnie brzmiał mało jak Ray. Zbiór tego wszystkiego wpłynął na niego zbyt potężnie. Uderzyło w niego jak młotem i dżebło porządnie o ścianę. Kolejne słowa jakie chciał powiedzieć to "Rune! To nie tak jak myślisz!", ale co one niby znaczyły? Czy usunął to nagłe zawstydzenie i speszenie związane z tym, że ujrzała go w takiej sytuacji. Umysł przepełniały mu przerażające wyobrażenia tego co może sobie teraz o nim myśleć. - Chyba się nie znamy... - dodał również niezbyt pewnie i przeniósł wzrok na Rennevy. - Co powiedzieć?! - krzyknął w myślach.
- Cześć Rune. Nie-nie wiedziałem, że tutaj pracujesz. - rzucił pierwsze co mu wpadło do głowy, aby jakoś rozładować sytuację. Niech ktoś mu wytłumaczy co tutaj się dzieje, bo zejdzie na zawał niedługo. Serce wciąż tłukło jak szalone, wciąż nieznajoma pachniała tak przyjemne, a Rennevy wciąż wyglądała cholernie pociągająco!
- Poczekaj chwilę... za chwilę złożę zamówienie. - odparł nagle znów spoglądając na brązowowłosą. To musiała być ukryta kamera, nie ma innej opcji, takie wydarzenia nie spotykają Raya. Aż tak przystojny nie jest, by dziewczyny rzucały się na niego zupełnie go nie znając. Nawet jego aura jakoś niezbyt do tego zachęcała. Coś było nie tak, z pewnością, tylko jeszcze nie wiedział co. Mimo wszystko nic nie mogło zaprzeczyć faktom, które już przytoczył odnośnie dziewczyny i jego - raczej - Władającej. One wciąż były takie, a to wszystko rzeczywiście się wydarzyło. Mayday, mayday, pomocy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

Nauczyciel
Posty : 32
Data dołączenia : 04/09/2015
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Sro Wrz 23, 2015 10:15 pm

Asmodeusz był bardzo zaskoczony widząc reakcję swojej siostry, no cóż poradzić trzeba w końcu ujawnić się. Nie wiedział co powiedzieć widząc reakcję i pomyślał sobie ah te przytulanie swojej siostry. Dobrze pamięta swoje spotkanie pierwsze dzisiejsze, to teraz chciałaby zrobić podobnie jak u swojego brata młodszego. Spoglądał się cały czas w swojego braciszka młodszego, nie wiedział że tak szybko poszukiwania zakończą możliwe że sukcesem. Ciepełko w kawiarni natężyło się że rozpiął swoją koszulkę jedynie początek żeby nie udusić. Mogło faktycznie poza lokalem zrobić się bardzo zimno. Delikatnie ziewnął możliwe że był bardzo zmęczony dzisiejszym dniem ale nie skończył się żeby go zakończyć ciepłym łóżkiem wtulając się w poduszkę. Ciągle zmieniał pozycje spoglądania się. Ostatecznie spojrzał się patrząc na papiery życiorysu naszego kochanego brata. Wtedy pisnął głosem, możliwe ze Ray mógłby to usłyszeć:
- Raymont Miyazawa - wypowiedział subtelnym głosem,  zmierzając wzrokiem na swojego młodszego najmłodszego brata który tam siedzi i uśmiechnął się ciepło. Nie miał zamiaru siedzieć tutaj sam dlatego wziął kurtki Midori i swoją, podchodząc do cztero-miejscowego stolika. Wtedy nie miał jeszcze nic do zamówienia ale może jak wpierw powie kim jest naprawdę to wszystko się wyjaśni. Mina Raya może być bezcenna, takie zaszokowanie tym bardziej zmieszanie. Błękitnooki wyprostowany jak na faceta przystało podszedł z papierem gdzie było wszystko o nim napisane położył na siedzeniu. Teraz będzie najlepsza akcja którą teraz zrobi:
- Witam Ciebie Raymont Miyazawa, mój drogi braciszku - dodał ceremonialnie uśmiechając się podchodząc do kolumny opierając o nią. Może być faktycznie zmieszany, siostra rzuciła się od tak robiąc bezmyślnie bo przecież może byc to nie on i co wtedy? Jednakże co ona zrobi za scenę bardzo dwuznaczną może przecież być to źle odebrana, bo przecież tutaj była kelnerka która była w szoku. Musiał jakoś wyjaśnić tą sytuację ponieważ będzie zaraz wojna lub kłótnia, a on nie ma ochoty użerać się:
- Ekhem przepraszam, ale wtrącę się młoda Damo jak mi zezwolisz - skierował słowa do kelnerki bardzo grzecznym tonem, wtedy zaczynał przedstawiać się oficjalnie i ukłonił mówiąc - Jestem Asmodeusz Settan Miyazawa, a osoba, która tula się do niego, to moja siostra i zarazem też Ray'a - odpowiedział kończąc swoją rozmową. Za pewne reakcja jej będzie zaskakująca dlatego zapewniał mówiąc dalsze słowa - Nie martw się, będzie dobrze - dodał mówiąc sympatycznym głosem. Białowłosy uśmiechnął się do młodzieńca.
- Ja szukałem Ciebie próbując pytać o naszego ojca ale oczywiście nie będę o nim tutaj mówić bo nie zasługuje nawet na przypominanie o nim wręcz... - dodał jak przestał opierać się o ścianę lub o kolumnę, zbliżył do stolika gdzie dwójka już siedzi i dołączył się do nich. Poklepał swojego brata w plecy mówiąc:
- Witaj w rodzinie Ray - odparł do niego ze spokojem i przemiłym głosem. Wiedział że może taka sytuacja się zakończyć. Zaciekawiło go jedynie co powie na to nasz brata oraz ta piękna dama, która czeka na zamówienie. Możliwe że wie co też zamówić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Wiedźma
Posty : 83
Data dołączenia : 05/09/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Nie Paź 04, 2015 9:08 pm

Hana była naprawde szczęśliwa w tym momencie. Najwyraźniej jej poziom endorfiny we krwi wzrósł tak mocno, że zupełnie nie zwróciła uwagi na to gdzie się znajduję. Zresztą to nie było coś, czym przejmowałaby się osoba pokroju zielonookiej. Tak samo, jak przy spotkaniu Asmodeusza, nikt nie mógł odebrać jej tej chwili. Również nie widziała niczego złego w okazywaniu uczuć, nawet jeśli robiła to nieco zbyt otwarcie. Może czasem, aż za bardzo. Jednak co można poradzić? Chyba nie naruszała żadnych praw tego świata, które uważają tego typu okazywanie emocji za coś niewybaczalnego.

Mimo posiadania naprawde szczerych intencji zupełnie zapomniała o wszystkim innym. Mówiąc „wszystkim innym” ma się tutaj na myśli fakt, że najwyraźniej jej nowo-odnaleziony brat nie miał pojęcia, co się działo, a ona wcale nie ułatwiała mu odnalezienia się w tej nowej sytuacji. Właściwie, gdyby z ust Raya nie wypłynęło pytanie, z pewnością trwałaby w tej ciszy do końca dnia, póki w końcu nie straciłby cierpliwości, a po tym zapewne uciekł. Oczywiście, pierwszą myślą Midori nie było rozwianie jego wątpliwości. Chyba nie byłaby sobą, gdyby tak zrobiła. Zamiast tego zachwycała się nad przyjemnym tonem głosu chłopaka. Była nastawiona na wiele rzeczy muzycznie, więc takie coś zwracało jej uwagę. Jednym z wymagań grania na skrzypcach jest dobry słuch. Sam zainteresowany z pewnością nie wiedział o rzeczach, które darzyła uczuciem, ale nie miała nic przeciwko, by kiedyś mu o tym powiedzieć. Jednak wszystko w swoim czasie. Teraz musiała w końcu wziąć się w garść, jednak jak to zrobić, gdy masz ochotę skakać ze szczęścia lub nie wypuszczać brata z objęć. Nie sądziła, by była, aż taka silna, chociaż na pewno ciężko byłoby mu zwiać. Pod żadnym pozorem to nie groźba, a przyjacielska sugestia, że lepiej nie próbować takich akcji.

W tej chwili, która dla dziewczyny trwała zdecydowanie za krótko zdążyła zauważyć, iż ciemnowłosy zna kelnerkę. Miło byłoby, gdyby jeszcze się tym przejęła w jakikolwiek sposób. Niestety, nawet to nie wróciło jej na ziemie. Najwyraźniej „Houston, We've Got a Problem” . I to dość poważny patrząc na to, że młoda Miyazawa najwyraźniej nie drgnęła nawet o cal. Chyba to całe „szczęście” dość mocno szkodziło jej na główkę, bo nie potrafiła zebrać nawet jednej logicznej myśli. Na szczęście z ratunkiem przybył Asmo, którego głos nieco zwrócił jej uwagę na tyle, by przestała dusić czarnookiego i spojrzała na mężczyznę. Jak to Midori, z początku nie skomentowała żadnego słowa wypowiedzianego przez białowłosego. Robiła tak za każdym razem uważając, iż nie ma po prostu nic do dodania. Przynajmniej w teorii. W praktyce z pewnością znalazłaby sporo takich rzeczy. Nie można jednak zapominać, że chciała być „kochaną” siostrzyczką, więc unikała takich momentów, jak ognia. Teraz musiała być podwójnie ostrożna.

-Zostaniesz z nami na zawsze? –zadała dosyć dziecinnie pytanie, ale spoglądała na niego z wyraźną nadzieją, jakby z nutką strachu, że może odmówić.

Zupełnie nie zwróciła uwagi na fakt, że nie przedstawiła się tak, jak zrobił to przed paroma chwilami błękitnooki. Zresztą to nie jedyna rzecz, która dzisiaj zdążyła jej umknąć. Jak tak dalej pójdzie to naprawdę będzie robić się tylko ciekawiej. Chyba za bardzo podlegała pozytywnym emocjom. Jak to się mówi, ze skrajności w skrajność. Zwykle spokojna, nie wychylająca się z tłumu osóbka pod wpływem takiej ilości szczęścia potrafi zachowywać się prawie, jak fanatyk. No, może nie, aż tak źle. Raczej nie ogłuszyłaby Raya, związała, zaciągnęłaby do ciemnej piwnicy, w które przetrzymywała go w pół przytomnego, a wszystko tylko po to, by został z nią na zawsze… nie, raczej wątpliwe, by posunęła się do takich rzeczy. Przecież mogłaby tym skrzywdzić nowego brata, a tego z pewnością nie potrafiłaby sobie wybaczyć. Chyba, że zrobiłaby to tak, by włos mu z głowy nie spadł. Oczywiście, to były takie luźne myśli, ponieważ nawet nie planowała takich drastycznych metod „przywiązywania” kogoś do jej osoby. To zbyt okrutne. Może była wiedźmą, jednak nie przesadzajmy. Miała swoją godność, jednak tylko ona wiedziała, czego tak naprawdę nie zrobiła, a co i owszem. Raczej Hanie nie spieszyło się zdradzanie takich informacji.

Asmodeusz wyraźnie wolał spełniać się w roli starszego osobnika i w przeciwieństwie do dziewczyny, rozegrał wszystko o wiele spokojniej. Przedstawił się, powiedział parę słów znajomej Raya, a nawet wspomniał o ojcu. Wiedźma nie miała nic przeciw jego gadulstwu, chociaż czasami zastanawiało ją, jak można tak wiele słów wypowiedzieć do więcej niż jednej osoby. Nie, żeby ona nie potrafiła tego, ale nigdy nie widziała powodu. Często w wielu rozmowach była raczej wycofana i unikała konfrontacji. Przynajmniej przy rodzinie. W praktyce wychodziło to nieco gorzej, ale również nie zawsze dostrzegała powód, by zagłębiać się w konkretny temat. Za to, jeśli już to robiła używała dobrze dobranych słów. Czasami, gdy obserwowała innych była pełna podziwu, jak wiele z nich jest w stanie wypowiadać kolejne zdania zupełnie bezmyślnie. Tej części człowieczeństwa nie rozumiała. Sama wolała przemyśleć coś pięć razy, niż powiedzieć za dużo. Różnie to wychodziło, ponieważ nie ma osób nieomylnych, jednak dosyć często wychodziło jej to z pożądanym skutkiem.

Chociaż tutaj cieszyła się i jednocześnie trwała w niepewności, jej umysł zarejestrował wyraźnie jedną, dosyć ważną dla niej, rzecz. Kiedy Asmo podszedł do nich zapomniał zabrać ze sobą jej lodową różę, którą dostała od Drake’a, którego niedawno spotkali. Może nie było to nic znaczącego. W końcu nie znała go na tyle, by powiedzieć, że ma to jakąś wartość sentymentalną, czy jakąkolwiek tego rodzaju, jednak z drugiej strony podobała się dziewczynie wystarczająco mocno, by zapragnąć wziąć ją do domu. Poza tym, powinna o nią zadbać. Po pierwsze, był to prezent. Dodatkowo, miała również nadzieję, iż spotka tego „zimnolubnego” potwora jeszcze nie raz. Tym razem wolałaby, żeby odbyło się to bez obecności jej braci. Kochała ich oboje, nawet jeśli jednego dopiero pierwszy raz widziała na oczy, jednak są rzeczy, których lepiej, by o niej nie wiedzieli. Każda kobieta musi mieć swoje małe sekrety. Z pewnością nie zrobi niczego, co mogłoby im zaszkodzić, więc nie powinni się martwić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t672-zielony-kwiatek?nid=1#3923

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Pon Paź 05, 2015 4:55 pm

Odruchowo założyła jeden z niesfornych kosmyków za ucho, ukrywając swoje czerwieniejące policzki. Nie wiedziała, czy powinna czuć się dumna, że spowodowała u Raya takie zachowanie, taki szok. Czy też może powinna czuć się zła, że wywołała u niego tyle emocji, może on nie był do tego przystosowany? Szybko odpędzała myśli, które mówiły jej, że on tak się zachował z jej powodu. Przecież właśnie z kimś się ściskał, a jego reakcja świadczyła o tym, że niezbyt znał tę osobę i nie do końca chciałby być z nią teraz w tej pozycji. Gwałtownie pochyliła się do przodu, jakby chciała łapać chłopaka, który dość mocno bujnął się na krześle, a po jego stanie było widać, że kompletnie nie panuje nad sytuacją. Nie widziała go nigdy w takim stanie i uznała, że to byłaby katastrofa. Już wystarczało jej nieogarnięcie, nie potrzebowali jeszcze kłopotów Raya, bez urazy. Ten jego rozpaczliwy wzrok, kompletne zakłopotanie… Aż się jej go strasznie szkoda zrobiło i niezbyt wiedziała, co ma z tym faktem zrobić. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, jednak szybko je zamknęła. W sumie ona też była po części powodem jego zachowania, za co było jej strasznie głupio. Przygryzła nieco wargę, zastanawiając się, co by tu zrobić. Trwało to dość krótko, bowiem błyszczyk smakował okropnie. I tak już musiała być czerwona, a ledwo powstrzymywała falę uczuć, kiedy usłyszała głos Raya. Nagle zachciała być jego wybawcą. Pieprzyć świat, uratuje Raya przed klątwą urokliwych nieznajomych. Odlepić od niego brunetkę, wyprowadzić przed kawiarenkę i spróbować jakoś przywrócić do stanu użytkowania. Jeszcze będzie jej za to wdzięczny. Ciekawe, czy było przez chwilę widać, jak irytacja delikatnie wypłynęła na jej twarzyczkę. Lekko przymrużyła oczka. Tak, właśnie tym się to objawiało. Już miała w planach możliwe sposoby na uratowanie Raya, po czym jakby się zresetowała. Zarumieniła się jeszcze bardziej. Boże, o czym ja myślę…? Uśmiechnęła się dla niepoznaki. Próbowała znów się przerzucić na tryb „profesjonalnej kobiety w pracy”.
- N-nie pytałeś… W su-umie pracuję tu od niedawna, a ni-nie było okazji o tym powiedzieć. Co do zamówienia, to się n-nie spiesz. Widzę, że ma-asz parę spraw na głowie… – Ona naprawdę próbowała brzmieć tak, jakby cała ta sytuacja kompletnie na nią nie wpływała. Nie była zazdrosna o Raya, nie mogła być. Pewnie nie była dla niego kimś tak ważnym. On miał pełne prawo się przytulać z kim chciał, nawet jeśli tym kimś była naprawdę urokliwa dziewczyna. I nie powinna czuć tego mrocznego uczucia, które ściskało jej serce. Pieprzone przypadkowe spotkania w najmniej oczekiwanej chwili! – N-nigdzie się mi nie spieszy, tylko ten stolik mam do obsłużenia… – powiedziała. Oczywiście był jeszcze jeden stolik, właśnie ten, gdzie siedział białowłosy mężczyzna.
Który nagle znalazł się koło nich. I zgadnijcie kto to taki? Tak! Białowłosy mężczyzna ze stolika, zza którego prawdopodobnie wyszła ta dziewczyna. Spojrzała na niego zaskoczona, ale też i trochę poirytowana, że wcale nie ułatwiał tej dziwnej sytuacji. Jednak jakaś etyka zawodowa nie pozwalała jej tego okazać. Powstrzymywała nawet westchnięcie, które się w niej zbierało. Odprowadziła wzrokiem rzucone przez niego papiery i na chwilę wytężyła wzrok. Miała lekką wadę, także żeby odszyfrować dziwne literki potrzebowała chwili. A gdy już się to stało, to uniosła brwi i kryła zdziwienie wymieszane z lękiem. To wyglądało jak życiorys Raya. Ale taki dość dokładny, zawierał on parę kartek. Zerknęła na białowłosego, który kompletnie nie przejął się tym, że jej – podobno – partner właśnie schodzi na zawał i zaczął wygłaszać swoje przedstawienie się. No bo ej, stan agonalny to za mało. Gdy tylko usłyszała z czym wyjechał, to mimowolnie otworzyła usta, które zaraz potem szybko zamknęła. Z wytrzeszczem spojrzała na Raya, potem na dziewczynę. Dobrała się do długopisu i swojego notesiku i zaczęła pisać. Napisała cztery proste słowa i coś na dole maznęła. Zmierzyła wzrokiem mężczyznę, po czym pozwoliła mu się całkowicie przedstawić. Serce zaczęło bić jej szybciej. Nie wiedziała już, jakie to uczucie. Z wytrzeszczem patrzyła się w swoje notatki, próbując nie przypominać sobie o pewnej osobie. Ale niestety przed oczami stanęła jej Florence i jej piękny uśmiech. Drgnęła, gdy tylko usłyszała te dwa słowa.
Będzie dobrze. Ale z czym ma być dobrze? Co ma być dobrze? Ma się uspokoić, bo właśnie jakaś obca para podeszła do Raya, stwierdziła, że jest jego rodzeństwem, a ona ma tylko to zaakceptować? Pokiwać głową i ich zostawić? O nie, nie zamierzała niczego takiego robić. Skąd oni mieli pewność, że są na tyle blisko? Że ona się tym przejmie? Ona będzie sobie tak dalej stać i czekać cierpliwie na zamówienie, a potem ruszyć do kolejnego stolika? Ha! Jeszcze czego! Nic nie będzie dobrze, jeśli myślą, że mogą tak sobie robić raban i robić sieczkę z mózgu. Co to jest, do cholery, ukryta kamera? Nabijanie się z przypadkowych ludzi? Coś podkreśliła na tym swoim notatniku, po czym przełożyła karteczkę, która zwisała przodem do Raya. Były na niej zapisane cztery proste słowa, cztery pozycje, które można zamówić. A pod spodem zawijas, który przypominał znak zapytania. A może nawet nim był, bowiem Runcia pogrubiła pierwszą literkę górnego wyrazu. Jeśli przeczyta on pierwsze liter, to powinno wyjść proste słowo. „Help?”. Rennevy myślała na najwyższych obrotach, zastanawiała się nad sposobem wyciągnięcia Raya z tego wszystkiego. Bo to nie jest normalne, że przychodzą do niego ludzie, oświadczają, że są rodzeństwem i wygląda to tak, że liczą na entuzjazm Raya. Ona doskonale wiedziała, że entuzjazm i Ray to dwa zupełnie inne światy, to po pierwsze. Całe to zajście zaczynało ją poważnie irytować. A skoro ją irytowało, to nawet nie chciała myśleć, co Ray odczuwał w tej chwili. Czy może doświadczył tego pięknego uczucia ugotowania mózgu. Pytanie brunetki tylko sprawiło, że coraz bardziej chciała wyładować to ohydne uczucie, jakim był gniew. Ale nie mogła. Nie chciała dać sobie pozwolić na zdenerwowanie. To była jedna z tych rzeczy, która sprawiała, że potem czuła się okropnie.
Już nawet nie wiedziała, czy jest zła, bo to Ray jest obiektem żartu, czy też ważne dla niej słowo „rodzeństwo”.
- Ja bardzo państwa przepraszam, ale utrudniają mi państwo pracę. To nie jest program w ukrytej kamerze czy jakaś opera mydlana, więc proszę mi nie straszyć klienta. Zaraz do państwa podejdę, a tymczasem proszę o zaprzestanie wygadywania głupstw – powiedziała dość chłodno, starając się zachować profesjonalnie neutralny wyraz twarzy. Postukała długopisem w swój notesik, cały czas zerkając dyskretnie na Raya, czy ten zrozumiał jej propozycję. I czy się zgadza. Ale coś czuła, że jej próby mogą okazać się bezcelowe, jako że on już dawno stracił orientację w tym, co się dzieje. – Jeśli państwo nie zrozumieli, to proszę o opuszczenie lokalu. Tam są drzwi. Jeśli będzie trzeba, to mogę wezwać ochronę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Wto Paź 06, 2015 4:57 pm

Ten dzień nie był łaskawy dla Raya, a przynajmniej teraz. Z jednej strony przytulanie się było całkiem przyjemne tak samo jak widok takiej Rune, lecz oba te wydarzenia okraszone absurdalną sytuacją spowodowały mało znaną Raymontowi mieszankę emocji. Czuł różne rzeczy, ale takiej kombinacji jeszcze nie, a z pewnością nie z taką mocą. Dezorientacja wzrastała z każdą chwilą. Rennevy również wydawała się zakłopotana, a nieznajoma mu dwójka wręcz przeciwnie, czuli się aż nazbyt swobodnie. To musiał być jakiś żart, nie było innej opcji.
Panna Nightwish była tutaj kelnerką od niedawna, to tłumaczyło dlaczego on nic o tym nie wiedział. Z drugiej strony - nigdy nie wpadł na pomysł, że może zacząć pracować dorywczo. Nie pytał też zbytnio o jej prywatne sprawy, bo czuł, że to wtrącanie się. Niezobowiązujące rozmowy jakie zazwyczaj prowadziły wystarczały mu, by stopniowo ją poznawać i dowiadywać się więcej. Nie był z tego typu ludzi łapczywych na informacje o drugim człowieku. Skoro znali się i spotykali, to prędzej czy później dowie się o niej więcej. Wewnętrznie uradował się, że nie musi już teraz składać zamówienia, gdyż zupełnie zapomniał co wybrał z menu. Takie momenty nie były zbyt korzystne na jego myślenie.
Białowłosy, którego prosił wzrokiem o pomoc niestety niczego nie ułatwił. Podszedł, podsunął jakieś papiery, na które najpierw czarnowłosy nawet nie spojrzał, a później trafił z imieniem, lecz nie z nazwiskiem. Dziewczyna przestała go akurat przytulać co znacznie ułatwiło powrót do standardowego zachowania, a przynajmniej miało ułatwić, gdyż chłopak był całkowicie zagubiony o co tutaj chodzi i nadal było mu daleko do osiągnięcia normalnego, charakterystycznego dla niego spokoju. Już miał się coś odezwać, kiedy nieznajomy zaczął mówić coś do Rune, coś czego Ray nie zrozumiał. Usłyszał słowa, znał ich znaczenie, ale... o co chodziło do cholery?
- Wybaczcie, ale nie jestem Raymont Miyazawa, ani nie mam żadnego brata czy siostry. - powiedział zupełnie zdezorientowany. - To jakiś żart, prawda? - zapytał starając się uśmiechnąć, co wyszło krzywo. Nie potrafił się uśmiechać, a jeżeli to był żart, to mało dla niego śmieszny, gdyż nie wiedział nawet co powinien powiedzieć czy zrobić. - Jestem Raymont Walker lub Harrison, lecz z pewnością nie Miyazawa. I jestem przekonany, iż jestem jedynakiem, moja matka miała tylko mnie. - wytłumaczył już nieco spokojniej. Wspomnienie o Judith przywracało spokój chłopakowi, a nawet nadawało nieco powagi. Wszystko co było związane z matką szanował zbyt mocno, aby podchodzić do tego w tak niechlujny sposób. Jego zarumieniona twarz wróciła do normy, chociaż wciąż wyglądał na zdziwionego tym wszystkim. Spojrzał na papiery i zamurowało go. Rzucił wzrokiem na Rennevy, z którą również było coś nie tak jak być powinno. Wrócił oczyma do akt, które były... o nim. Zdjęcie, data urodzenia, prawdziwe imię i nazwisko, inne niż podali. Zatem dlaczego powiedzieli do niego "Miyazawa"? Poniżej było jeszcze więcej informacji, z których wyłapał wystarczająco, by stwierdzić, że mają jego dosyć uogólniony życiorys, lecz ze szczegółowymi punktami. Gdzie mieszkał, gdzie się uczył i tak dalej. Nie miał teraz czasu czytać, chciał zapytać skąd to mają, lecz nagle Asmodeusz odezwał się. Tych słów mógł nie mówić, nawet lepiej, gdyby tego nie zrobił. Ojciec był Rayowi obojętny, ale nie lubił, gdy ktoś mu przypominał o jego istnieniu. Sam białowłosy zdawał się również niezbyt szanować "ojca", lecz z pewnością mówił o innym. Raymont natychmiast otrzeźwiał, wrócił do siebie na wspomnienie o osobie, o której nie chciał pamiętać. Jego serce nie zwolniło, ale na twarz wrócił spokój, niestety chwilowy, gdyż dało się przez niego wyczuć irytację chłopaka.
- Nie rozumiem dlaczego mnie szukałeś, nie znam swojego ojca, nigdy go nie widziałem, nic o nim nie wiem. - powiedział powoli i stanowczo, aby nie musiał powtarzać tych słów. Nie mówił o tym nikomu, nawet Rennevy nie wiedziała, że wychowała go sama matka, gdyż "tatuś" porzucił ją - jak się później okazało - w ciąży. Ray nie raz zastanawiał się dlaczego nie upominała się o należne jej alimenty, ale doszedł do wniosku, że zapewne nie chciała mieć z nim nic wspólnego. To przez niego nie żyje.
Co miało znaczyć to klepnięcie? Co znaczy "witaj w rodzinie"? O co chodzi z tym miłym tonem? On miał już rodzinę, a nawet nie jedną. Walker i kilka rodzin, w których przebywał zanim trafił do Harrisonów. To wystarczająco, nie potrzebował kolejnej w świecie gdzie każdy powinien mieć jedną. Nawet jeżeli była to prawda, to na co oni liczyli? Że on nagle stwierdzi "super, kocham was, tak się cieszę"? Przecież nawet ich nie znał. Co z tego, że mogli być jego rodziną, spotykali się pierwszy raz. Nie wiedział czy to żart, nie wiedział nawet czy chce, by to był żart. Jeżeli nim był - to lepiej niech szybko wyjdą, bo niestety nie udało im się rozbawić chłopaka. Jeżeli to nie był żart, to... zyskał rodzeństwo? Cholera, niby czuł, że to dobrze, ale ta nagła informacja. Nie mógł tego ot tak zaakceptować. Siedemnaście lat, prawie osiemnaście żył jako jedynak, bez biologicznej rodziny, a teraz nagle pojawia się i brat, i siostra, by z radością oznajmić mu, że nie jest jedyny.
Chciał coś powiedzieć, możliwe, że coś niemiłego, lecz usłyszał głos dziewczyny, której imienia wciąż nie znał, lecz nazwisko się domyślał "Miyazawa", tak? Zabrzmiała na tyle niewinne, że poczuł się winny za tą irytację jaką poczuł względem ich. Nie pomyślał jak to może wyglądać z ich perspektywy o ile to wszystko jest prawdą. Poświęcili czas, siły, chęci na szukanie go, ucieszyli się, że jednak istnieje, a on teraz chciał, by znikli, aby to wszystko się nie wydarzyło. Niestety nie mógł jej odpowiedzieć, chociaż z grzeczności chciał natychmiast rzucić "Na zawsze". Była tak urocza, że czułby się winny mówiąc do niej cokolwiek innego niż "tak", a nie mógł tego powiedzieć, wtedy skłamałby. Nie znał ich, nawet jeżeli byli rodzeństwem, to nie musieli się lubić, to nie zobowiązywało. Nie w tym przypadku.
Nagle przed jego oczami zawisła kartka. Cztery rzeczy możliwe do zamówienia. O co chodziło? Nie zamówił jeszcze niczego. Przejechał jeszcze od góry do dołu oczyma sprawdzając napisane słowa, a wtem coś zauważył. Niby coś zauważył, ale nie wiedział gdzie. Pogrubiona litera od słowa "Herbata", a poniżej już nie było pogrubienia, aczkolwiek wszystkie zaczynały się wielką literą. Nagle dostrzegł o co chodziło. To był szyfr. Spojrzał na nią i pokiwał głową oznajmiając, że tak, potrzebuje pomocy. Szczególnie wymaga chwili na ochłonięcie, poukładanie sobie w głowie kilku spraw, a później na spokojnie porozmawianie. Czuł, że to nie jest żart. W aktach dostrzegł wzmiankę o ojcu o nazwisku "Miyazawa", to tłumaczyłoby dlaczego go tak nazwali. Czyli zrobił jeszcze dwójkę dzieci oprócz niego. Na to by wychodziło. Oni jednak nosili jego nazwisko, zatem byli rodziną, taką normalną. Judith nie była mężatką, nie miała nazwiska męża, a jedynie swoje panieńskie.
Nagły głos Rune zaskoczył go, gdyż... nie brzmiał tak jak zwykle. Był chłodny, Ray mógłby przysiąc, że nawet wyczuł zdenerwowanie w nim. Wymówką było utrudnianie pracy, ale późniejsze słowa zaprzeczyły temu. Stwierdziła, że ta dwójka wygaduje głupstwa i upomniała ich. Coś było nie tak, lecz czarnowłosy nie miał nawet pomysłu co. Wątpił, by chodziło o samo przytulenie się, na to zareagowała inaczej. Zauważył zmianę jej postawy, gdy Asmodeusz zwrócił się do niej. Widocznie coś w jego słowach musiało zadziałać na nią. Raymont wolał się nie odzywać teraz. Nie miał nic do powiedzenia, czekał na wyjaśnienia, należą mu się, nawet jeżeli siostra była radosna, a brat zadowolony. Rzekoma siostra i rzekomy brat.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

Nauczyciel
Posty : 32
Data dołączenia : 04/09/2015
Wiek : 28

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Wto Paź 06, 2015 8:14 pm

Asmodeusz zauważył na pięcie, które szykowało się w danym stopniu. Najwyraźniej Midori w złym momencie podeszła do Raya, czyli naszego odnalezionego brata na którego wygląda. Pomyślał sobie "A mogliśmy poczekać na lepszy moment", no cóż musiał ratować swoją siostrzyczkę przecież widział jak kelnerka patrzyła się wcześniej jakby chciała ją w "zabić wzrokiem", dlatego jako na starszego brata przystało trzeba było zareagować w takiej sytuacji. Zauważył na początku że kelnerka ta sama, która stała przy stoliku chciała podejść do mnie. Nie wiedział czy dobrze zrobił, że wstał, bo mógł zamówić jedynie coś do zjedzenia i podejść z zamówieniem do tamtego stolika, ale cóż stało się jak miało stać. Po kilku sekundach odetchnął trochę nieswojo drapiąc palcami o czubek głowy i poprawił później grzywkę, żeby nie zawinął się kosmyk na jego prawe oko. Po chwili jak przedtem pokazał i położył na stolik papiery o Rayu to za pewne pomyślała, że wkręcamy go dlatego niestety jego teraz zirytowało co ona teraz powiedziała. Reakcję jej widział normalnie jak klatki slajdowe. Nie wiedział właściwie co teraz powiedzieć musiał przemyśleć każdą wypowiedz i  zawsze sądził żeby powiedzieć dwójce prawdę, i załagodzić sprawę w takim momencie ale widać nie było szans, żeby kombinować w takiej poważnej sytuacji. W dodatku Rune widział na liście uczniów wysłanych jak dostał na lotnisku dziennik i była dziewczyna o imieniu jak jest na plakietce. W tym momencie grabi, bo pewnie nie wie, że rozmawia ze swoim nowym nauczycielem powinien nauczyć ją szacunku. Młodzieniec wtedy powiedział:
- Szczerze Panienko, rozumiem co czujesz, za pewne lekkie zamieszanie w tym momencie, tylko nie wiem czy bym to porównał do opery mydlanej czy ukrytej kamery, bo to co widzisz jest rzeczywistością dlatego proszę wybaczyć ale chcielibyśmy wyjaśnić sytuację nietypową i wręcz delikatną w tym momencie - odpowiedział do niej poważnym głosem i z grzecznością, potem pytając no cóż musiał być niemiły w tym momencie bo jej irytacja grała na jego nerwach i później dodał do wypowiedzi - a moim zdaniem oddaleniem nas od lokalu to nie jest dobry pomysł, po prostu chcemy porozmawiać, to coś złego panienko ? - spytał, bo był gotowy pokazać dowód osobisty i papier na to, że są rodzeństwem, a on wie, że nie posiada nazwiska Miyazawa tylko imię swojej mamy, ale mógł usłyszeć te nazwisko, a jeśli nie to mu wszystko wyjaśni, za pewne też Midori. Znał doskonale sytuację teraz jak może być wie nawet, że jeśli młodzieniec który został stratowany przytuleniem siostry jest bardzo zaskoczony. Wzrok spojrzał raz na Rune i jak na dwójkę myśląc wciąż nadal, że zdaje sobie sprawę też Ray może przemówić w dodatku krzyknąć na starszego brata, który może mówić źle do kelnerki ale musi w tym momencie zrozumieć uczucia dwójki odnalezionych osób z jego rodzeństwa. Rodzeństwo jest jedynym wsparciem bo nie uznaje ojca jako rodziny, stracił wszystko, ale nie ma zamiaru odseparować od młodszego brata i swojej siostry. Jedynie miał nadzieję, że jego młodszy brat nie uzna ich za zdrajców którzy faktycznie ujawnili się bo mieli taki rzekomy kaprys, bo będzie w głębokim błędzie.  W chwili nie wiedział co dalej powiedzieć zastanawiając jak żeby załagodzić sytuację. Odetchnął chwilowo z ulgą, jakby coś u niego uszło co trzymał przez tyle lat rozłąki. Niestety Asmo uronił łzę jedną i schylił głowę w dół żeby kelnerka nie widziała, że cały czas roni łzy, wtedy mogła nawet Midori nie spodziewać się tej sytuacji. Asmo nie wiedział czy powiedzieć całą historię jego życia, czy tylko urywki, kierował słowa głównie do Rune, ale nie wykluczał rozmówców jak Ray czy też Midori wtedy przemówił:
- Dobrze to co powiem, niech będzie między nami, bo nie chciałbym żeby to wyszło dalej i zostało tutaj wypowiedziane przeze mnie - dodał na początku mówiąc, żeby zatrzymali te informacje dla siebie, jeśli faktycznie ona jest bliska jemu to możliwe, że wie co on może czuć jego młodszy brat wtedy zaczynał wypowiadać kolejną dalszą część - powiem jedynie że podczas dorastania poznałem swoją kochaną siostrzyczkę Midori, którą przygarnąłem pod swój dach żeby nic jej nie brakowało i miała wszystko co zapragnęła, ja dałem jej miłość rodzinną i szczęście, które za pewnie brakło nie raz w życiu, później jak zostałem wezwany po śmierci mojej mamy za granicę nie mogłem przystać na zostawienie tak sprawy jak dowiedziałem się, że posiadam brata młodszego i zdałem sobie sprawę, gdyż nasz braciszek może nie chcieć z nami rozmawiać czy co gorsza nas nie znać jednakże nie poddałem się chwili słabości i zaczynałem szukać sposobów żeby dowiedzieć o wszystkim. Nie dawało mi spokoju ile próbowałem z Ojcem rozmawiać o ostatnim potomku Miyazawa i wtedy wymsknęło mu się z jego ust, że jest to nie obchodziło mi zdanie co ma do powiedzenia dalej wtedy jedynie zacząłem szukać i w końcu odnalazłem jego życiorys oraz zdjęcia jak wygląda - dodał spokojnym głosem jeszcze dodał do wypowiedzi  - gdy poznałem siostrę dzisiaj, uradowałem ją, że jest szansa odnalezienia naszego brata młodszego czując, że jest gdzieś tutaj w Nevadzie. Moim zdaniem rodzeństwo powinno trzymać się, a nie rozdzielać i nie jestem jak jego ojciec który zostawia od tak sprawę, ja walczę ale on tchórzy  - dodał kierując wzrok swój na kelnerkę i ostatnia łza z policzka mu poleciała przed chwilą próbując zasłonić ręką prawą i wytrzeć chustą swoją oczy, za pewne i tak wiedział, że jego siostra zauważy łzy swojego brata. Nie gra na uczuciach innych, ani nie jest aktorem, po co miałby tak naprawdę robić? że grać na ich nerwach, nie łatwo rozczulić Asmodeusza sytuacjami, dlatego zdawał sobie sprawę, że może być teraz co raz gorzej, a nie co raz lepiej. W chwili po wypowiedzeniu tych słów  nie okazał irytacji w głosie jak ona, jakby panikowała bo to było widać na jej twarzy. Starszy brat Raya pokazał swoją klasę i honor, że potrafi być zrównoważonym władającym który posiada jednak uczucia nadrzędne. Jest inny niż jego ojciec, nienawidził jak ktoś porównywał w sytuacjach, bo tak naprawdę nie znali jaki jest w charakterze czy zachowaniu. W tym momencie powiedział później wypowiadając słowa jej:
- Nie zamierzamy okłamywać Raya, bo tak naprawdę ja i Midori za późno dowiedzieliśmy się, że posiadamy młodszego brata, a tym bardziej nie lepiej wyjaśnić nie porozumienia zamiast grozić nam wywaleniem z lokalu, to nie jest wyjście panienko - dodał ostatnią wypowiedzią łagodniejszym tonem, po co jej irytacja w dodatku doskonale wie on, że martwi się o swojego pana, ma różne podejrzenia wobec niej ale nie będzie tego zdradzać, woli poczekać na kolejne dalsze posunięcia w tej sytuacji czy naprawdę miał w tym przypadku rację. Wolał naprawdę porozmawiać, jedynie czekał na reakcję swojego braciszka możliwe, oczywiście jeśli nie będzie chciał go znać zrozumie to i odejdzie stąd. Asmodeusz milczał nie miał nic więcej do powiedzenia, bo powiedział już swoje tak naprawdę, za pewne jego siostra nie zostawi tak sytuacji. Złożył ręce na piersi przymykając oczy na spokojnie, jakoś stracił apetyt przez tą rozmowę, która tak naprawdę miała inaczej potoczyć się. Zamknął totalnie oczy rozmyślając nad tym co było w dodatku jeszcze ta twarz mamy, nie mógł zbytnio sobie wybaczyć, że od tak poszła i nie powiedziała o sytuacji jaka wtedy zaistniała, ale cóż jedynie pasja po niej pozostała. Kiedy wypadła plakietka nauczycielska musiał szybko podnieść i schować bo jeszcze ktoś ją zobaczy woli być ostrożnym i czujnym nie znał za bardzo otoczenia, a mało komu ufa. W chwili ziewnął zatykając ręką twarz, żeby było nie zauważone i faktycznie trochę robiło się lekki pod wieczór ? może takie odnosił wrażenie, bo szkło jest ciemne i przydymione dlatego mógł mieć dziwne wrażenie, że ściemnia się. Czasami wzrok splata mu figle niesłychanie.  Nadszedł ten moment gdy usłyszał słowa swojego młodszego brata, jednak to on, wiadomo nie powie od razu "witaj braciszku, jak fajnie, że mam Ciebie i siostrę", zdawał sobie faktycznie sprawę, że może być jednak naprawdę gorzej. Jest ta nadzieja w tym żeby nie rozstali się po pierwszym spotkaniu. Wtedy musiał jednak faktycznie mu powiedzieć co czuje i jeszcze on to powiedział "witaj w rodzinie" oraz "Miyazawa?", jednak mógł nie wspominać nazwiska, ale co by było wtedy gdyby nie zrobiłby tego? No cóż.. czas w końcu załatwić sprawę. Może był za bardzo ostry w wypowiedzeniu słów do kelnerki, bo faktycznie bardzo o niego się martwi. W tej chwili odetchnął jak usłyszał słowa pierwsze od niego i odpowiedział:
- Wiem, że nie jesteś z rodziny Miyazawa, doskonale o tym wiem - odpowiedział krótko, bo co miałby powiedzieć, że wiem bo ojciec nie chciał go albo że zostawił mamę i jego na pastwę losu oraz dodał później do słów w swej wypowiedzi - to nie jest żart, gdyby to był żart czy ja bym płakał i szukał nadaremnie informacji o Tobie ? Nie jestem z tych którzy robią żarty, jestem poważnym facetem i szanuje każde uczucia istot, co poradzić, że noszę jego nazwisko to dla mnie nic nie znaczy gdybym wiedział panieńskie mamy to bym zmienił i nie miał nic wspólnego z tamtym typem, bo nim gardzę oraz tym co Tobie zrobił... - odpowiedział do niego z lekkim walnięciem prawej dłoni ściskając i lekki grymas zrobił jakby był wkurzony, ale czy naprawdę on był ? A może po prostu słabość wstąpiła w niego. Kiedy przemyślał wszystkie za i przeciw w tej sytuacji czuł też mieszane uczucia co dalej będzie czy rodzeństwo które u niego rzekomo znalazło się będzie trzymało razem czy będą osobno? Nikt tak naprawdę nie wie co los im przyrządzi. Settan zamyślony w swoich myślach nie mógł oderwać swoich myśli. Potem zapadła cisza strasznie krępująca spojrzał kątem oka na Raya, widział zmieszanie, ból i cierpienie nie dał się zwieść bo doskonale zna język ciała i duszy. Wtedy usłyszał pytanie, które nie spodziewał się nigdy, że takie zada i odetchnął odpowiedział spokojnie na jego pytanie:
- Ray, wiem co czujesz nawet mogę domyśleć się, niestety nie miałem łatwo jak Ty, to że nie wiesz nic o nim to lepiej dla Ciebie, bo nie chciałbym żebyś przechodził to samo co ja miałem... jego drwiny i co gorsza żądania co mam robić.. ale odżyłem jak usłyszałem, że mam siostrę, która mi pokazała że można żyć oraz po tym jak dowiedziałem się iż jesteś trzecim i w dodatku młodszym bratem - odpowiedział całą prawdę o nim, wiedział, że może być teraz koniec albo faktycznie wyjaśni się sprawa. Błękitne oczy ujawnił przy nim, lekko twarz miał spuchniętą przez swoje łzy, które zasuszyły się na jego policzkach. Nie mógł już chwili wytrzymał i wypowiedział najważniejsze słowa, które drążyły w jego krwi i ciele:
- Powiem Ci szczerze Ray, szukaliśmy Ciebie, żebyś wiedział, że jeszcze masz nas, na pewno masz rodzinę bliską i dalszą, cieszę się z tego naprawdę - odpowiedział i wypowiedział kolejne słowa - wiem, że pora głupia się utworzyła, że lepiej by było inaczej porozmawiać i uświadomić to, że posiadasz rodzeństwo, na którym możesz polegać jednak, bo my Cię nie zostawimy bo jesteś naszym kochanym młodszym bratem, i wiem nie znasz nas ale chcielibyśmy zaistnieć w twoim życiu oraz poznać jaki jesteś na co dzień - skończył swoje słowa, za pewne trochę rozpędził się ze słowami swoimi, ale naprawdę uczucia i słabość wyszły od chłopaka jednakże to poszło od serca, a nie jak rola aktorska bo nie była i nie będzie. Zamilkł w końcu w tej sytuacji mając nadzieję, że nie będzie żadnych problemów i spojrzał ukradkiem na swoją siostrę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora

avatar
Wiedźma
Posty : 83
Data dołączenia : 05/09/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Wto Paź 06, 2015 11:13 pm

Słowa dziewczyny, która zdawała się pracować w tej kawiarence z początku niezbyt ją przejęły, jednak kiedy przeszła do momentu, w którym zaczęła oskarżać ich działanie, jako farsę, Hana odwróciła się do niej, zwracając w końcu uwagę na kogoś innego, niż brat. Nie można powiedzieć, by patrzyła na nią krzywo, czy nawet z agresywnością. Wręcz można pokusić się o stwierdzenie, że prócz patrzenia na nią, nic więcej nie miało miejsca. Obserwowała, jednak czy coś konkretnie myślała na jej temat? Raczej nic, co wymagałoby większych oględzin. Nie zwykła oceniać innych po wyglądzie. Preferowała raczej dłuższe pogawędki. Dopiero po chwili odezwała się, chociaż w jej tonie również nie można było doszukać się jakiejkolwiek złości, czy niezadowolenia.

-Jesteś jego dziewczyną, narzeczoną, żoną? –spytała bezpośrednio i całkiem spokojnie, nie widząc w tym niczego złego.

Jeśli ta osoba była związana z Rayem, zielonooka mogła wybaczyć to wtrącenie się w ich sprawy. Nie zamierzała ograniczać ciemnowłosego w żaden sposób, ani odbierać mu znajomych, przyjaciół i innych. Z drugiej strony w momencie, w którym nie łączyłaby ich żadna głębsza więź spośród trzech wymienionych przez Hane, ta osoba nie powinna wtrącać się w rozmowę ich trójki. Przede wszystkim, wracając do śmiesznej groźby kelnerki, młoda Miyazawa nie widziała nigdzie spisanej zasady, że nie wolno przytulać się w tym miejscu i rozmawiać o sprawach rodzinnych. Między innymi z tego powodu, argument o tym, że wezwie ochronę stał się dosyć zabawny i jednocześnie niezbyt mądrym posunięciem. Każe ich wyrzucić, bo…? Właściwie, co takiego złego robili, by zasłużyć sobie na opuszczenie tego miejsca? Kompletnie nic. Szczególnie, że cała sytuacja nie była wcale jakimś głupim żartem, a wręcz przeciwnie. Prawdą. Chyba, że to kawiarenka, w której lepiej się nawet nie odzywać, ani nie patrzeć na osoby w innych stolikach, bo skończy się na bruku. Raczej takie działanie nie przysporzyłoby im zbyt wiele klientów. Poza tym, jeśli Ray chce, by wyszli niech sam to powie.

Kiedy nagle Asmo zaczął jeden ze swoich ”wykładów” cały zapał Hany do rozmów gwałtownie przygasł. Zdecydowanie, mężczyzna nieświadomie potrafił całkowicie ostudzić temperament dziewczyny i to w sposób ekspresowy. Możliwe, że powinna mu za to podziękować. Dzięki tej akcji jedyne, co zrobiła to spojrzenie na białowłosego i ciche westchnięcie. Wiedziała, iż próba uciszenia go nie zadziała, a kiedy już raz rozpocznie przekazywanie informacji to również mało prawdopodobne, by ktoś mógł go powstrzymać. Zdecydowanie musiał mieć to po swojej matce. Midori nie była tak gadatliwa, więc wątpliwe, że ojciec przekazał to z genami. Ray również nie wydawał się zbyt wylewny. Mógł powiedzieć wiele, a jego zdania były dosyć krótkie, chociaż konkretne. Inna sprawa, że niespecjalnie sprawiały jej przyjemność. Jakby na to nie spojrzeć, nie odpowiedział na jej pytanie, które chyba było ważniejsze, niż cokolwiek, co zostało tu powiedziane.

Odwróciła się nagle od ciemnowłosego i wyminęła mówiącego wciąż błękitnookiego, podchodząc do poprzednio zajmowanego stolika. Wzięła z niego lodową różę, po czym wróciła znowu do pozostałej trójki, jednak zamiast stanąć na swoim miejscu, usiadła przy stoliku czarnookiego. Nie patrzyła na nikogo z zebranych, zajmując swoją całą uwagę trzymanym w dłoniach kwiatem. Dlaczego? Białowłosy szybko nie skończy mówić, a przerwanie mu byłoby niegrzeczne. W końcu jest kochaną siostrzyczką. Ponadto brak odpowiedzi na zadane przez nią wcześniej pytanie dość mocno ostudziło zapał zielonookiej. Właściwie czego ona się spodziewała? Że chłopak od razu przytaknie i stwierdzi ”spoko, zostańmy rodziną!”? W teorii była optymistką, ale coś takiego zakrawało o głupotę. Musiała to po prostu przełknąć i być cierpliwa. Dała radę siedzieć w miejscu, między czterema ścianami, wpatrzona w okno przez parę lat, to chyba czas na przemyślenia nowopoznanego brata nie powinien sprawić jej problemów. Z pewnością nie chciała, by ten zmuszał się do przebywania z nimi. Niestety, nie mogła powstrzymać smutku, który pojawił się i nie chciał odejść.

Słysząc część o przynależności do ”rodziny Miyazawa” przez chwilę miała ochotę coś powiedzieć, jednak w efekcie tylko mruknęła cicho pod nosem coś w stylu – Nie tylko on. Asmodeusz mógł tak mówić, ale w gruncie rzeczy ojciec chciał tylko jego. Samą dziewczynę po prostu zostawił z matką i wyjechał, Los wie gdzie. Może dlatego to określenie niezbyt przypadło jej do gustu. Mimo to nie zamierzała teraz się o to kłócić. Dla mężczyzny ojciec dalej był częścią przeszłości, więc mogła zrozumieć powód, dla którego ciągle go wspomina. Ona niestety, albo i stety, nie posiadała tego problemu. Nawet nie pamięta, jak ten osobnik wyglądał, a żeby było ciekawiej, nie zna również jego imienia. Możliwe, że kiedyś przewinęło się gdzieś w ”rodzinnym domu”, ale nie kojarzyła tego. Z drugiej strony miło, że cała trójka nie posiada głębszych emocji wobec tego osobnika, który dał im życie, a jednocześnie sprawił tak wiele negatywnych emocji. To chyba rodzinne.

Zerknęła z ukosu na Asmodeusza, który chyba nieco tracił zimną krew. Zawsze był wylewny, ale żeby zachowywać się w ten sposób? Chyba zaistniała sytuacja wpływała na niego niezbyt korzystnie. Oczywiście, sama nie mogła powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Czuła się strasznie, co zresztą było widoczne chociażby po tym, iż już nie wisi na Rayu, a grzecznie siedzi, jak opuszczone dziecko w kącie. Czemu opuszczone? Ponieważ smutek na jej twarzy może wpłynąć na decyzję ciemnowłosego. Jak już wcześniej sobie postanowiła, nie chciała w żaden sposób go do niczego zmuszać, a coś takiego mogłoby zostać odebrano, jako manipulacja jego emocjami. Prawdopodobnie za dużo myślała, stąd to stwierdzenie, jednak co mogła poradzić na to, że jej rozumowanie było nieco… skomplikowane.

W dość krótkiej chwili padło naprawdę wiele słów, choć sama dziewczyna praktycznie niespecjalnie uczestniczyła w tej wymianie zdań. Mogła za to spokojnie powiedzieć, że błękitnooki zrobił to za nich oboje. Zrobił to po swojemu, jednak były w tym wszystkie emocje, które oboje odczuwali i co do tego nie powinno być wątpliwości. Co prawda, sama Midori pewnie ograniczyłaby to wszystko, ale nie dlatego, że chciała cokolwiek ukrywać. Przywykła raczej to wymieniania konkretnych informacji i to najlepiej, jak najkrócej. Może było to spowodowane faktem, iż długi czas nie chciała z nikim rozmawiać. Sama nie wiedziała, ale tak już było i wcale nie miała ochoty tego zmieniać. Teraz jednak musiała wesprzeć jakoś najstarszego Miyazawe, dlatego też spojrzała na niego i z delikatnym uśmiechem, skinęła głową, by pokazać mu swoją aprobatę. Nieźle się nagadał, więc należało mu się chociaż tyle. Z początku chciała do niego podejść i przytulić, ale to wywołałoby prawdopodobnie kolejne poruszenie ze strony już i tak wyraźnie niezadowolonej kelnerki. Później to zrobi i wiedziała, że mężczyzna to zrozumie. Gorzej, jeśli ta osoba, w domyśle wyżej wymieniona, znowu znacznie wygłaszać swoje mądrości. Zwykle Hana nie nastawiała się wrogo wobec żadnej nowej osoby. Jakby na to nie spojrzeć, jej zdaniem wszyscy byli interesujący. Są jednak rzeczy, na które nie pozwoli nikomu. Mimo to dalej grzecznie siedziała. Jeszcze nie czas, by to ona zaczęła się odzywać. Poza tym wtedy obaj bracia mogliby zobaczyć jej niezbyt przyjemną stronę, a przecież tego nie chciała. Wycofanie się było w tym momencie naprawdę świetnym pomysłem i jakże korzystnym dla niej. Przynajmniej na razie. Cierpliwości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t672-zielony-kwiatek?nid=1#3923

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Wto Paź 13, 2015 5:52 pm

Cała złość w jednej chwili kompletnie wyparowała z Rennevy. Wyglądało to dość śmiesznie, bo wystarczyło jedno mrugnięcie, aby dziewczyna wróciła do normalności, na którym nie było nawet cienia zdenerwowania. Było tak, jakby wzięła to uczucie i szczelnie zamknęła w pudełku na klucz, które stało sobie teraz w jakimś opuszczonym pokoju jej umysłu. Zaraz potem to samo stało się z jej uczuciami do Florence – szczelnie zapakowane, ale z namaszczeniem, obowiązkowo dobrze przetransportowane. I tak oto w jej główce stały takie trzy pudełka, których obiecała sobie nigdy nie otwierać lub nie otwierać w złym momencie. W pierwszym takim pojemniku była jej złość, jej furia, jej zawiść do świata. Nienawidziła siebie za takie uczucia, dlatego nie można za często było zobaczyć jej w takim stanie. Flore zawsze się śmiała, że zdenerwowana Rune to jak zadrzeć z rozognionym bóstwem. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że trochę przesadzała. Zła czy nie zła, to nadal była sobą, nie potrafiłaby w takim przypływie emocji kogoś zranić. Zawsze uważała, że jej zdenerwowanie było jak atak małego pieska. Niby coś może zrobić, ale jest to tak skromne, że nikt nie bierze tego na serio. Porażający jest jej wzrok mordu, ale to temat na inną rozmowę. Zapytacie pewnie, co jest w pozostałych dwóch pudełkach. W tym środkowym, starannie zamkniętym i zadbanym pojemniku było to, co ceniła sobie najbardziej. Pamięć o rodzinie. Głos Florence. Ciepła ręka ojca. Uśmiech matki. Niezwykłe kłótnie jej dziadków. To nie było dla nich więzienie, o nie. To było zabezpieczenie, aby nic im się nie stało. Aby nigdy nie uciekli z jej głowy, nie zatonęli w nawałnicy wspomnień i burzy myśli. Chciała, aby na zawsze tam byli, bo to był jej największy skarb. Trzecia skrzyneczka… była i dla niej tajemnicą. Zniszczona, w dziwnych momentach o sobie przypominała dziwnym stukaniem. Zapieczętowana za pomocą łańcuchów, nie posiadała zamka, ścianki wydawały się jednocześnie kruche i mocne. Nie lubiła tej skrzynki. Nie wiedziała, co ma z nią zrobić, ani co jest w środku. Jednak bała się jej wyrzucać, ba, chociażby dotknąć. Nigdy nie była oświetlona, bo pewnie nawet gdyby została, to jej ciemność pochłonęłaby całe światło.
Spuściła wzrok. Wpatrywała się w pustą kartkę swojego napisu, zastanawiając się nad odpowiedzią. Czuła się niewyobrażalnie głupio. Niesamowite zrezygnowanie, którego tak bardzo nie lubiła, powoli dopierało się do niej, oplatając wokół jej nóg swoje macki. Jej usta delikatnie drgnęły, jakby chciała, ale nie mogła ich otworzyć. Wszystko zaczynało być dla niej zbyt… szybkie, zbyt wielkie. Potrafiła odczuć na swoim ciele wyimaginowany ciężar ich spojrzeń, irytacja w głosie parzyła ją w uszy. Dlaczego musieli przyjść? Dlaczego ona musi się tym zajmować? Rennevy, zrób cokolwiek. Zarumieniła się. Spojrzała w bok, unikając spojrzeń ich wszystkich. Czy wspominałam, że powoli ją to przerasta? Bała się odwrócić głowę. Jakby byli gotowi ją zjeść, rozszarpać.
- W-w pewnym sensie pracujemy ra-razem. Je-esteśmy partnerami – powiedziała cicho. – Prze-epraszam, że się o niego martwię. – Zwróciła się do białowłosego, który powoli sprawiał, że ogień, który przed chwilą w sobie stłumiła, zaczął znów wzrastać. Ale od razu go przykryła, odcinając dopływ tlenu. Na jej twarzy pojawił się zakłopotany uśmiech. – Bardzo proszę załatwiać sprawy prywatne w taki sposób, żeby klient, którego chciałam obsłużyć, nie wyglądał, jakby miał zaraz zejść. W zakresie moich obowiązków jest sprawdzanie, aby każdy klient czuł się komfortowo. Nie mam nic przeciwko rozmowom, cisza nie służy. Jednakże byłabym wdzięczna, jeśli mogłabym dokończyć wypełnianie swojej powinności, którą państwo mi przerwali. Nie zamierzam wnikać w państwa rozmowę, nawet jeśli czuję, że powinnam, bo tyczy to mojego partnera. – powiedziała grzecznie, a w jej głosie nie było nawet cienia ironii, zdenerwowania czy paniki. Brzmiała uprzejmie, jakby zwracała się do nauczyciela w szkole czy wręcz kolejnej osoby, która jest od niej starsza.
Zerknęła w stronę Raya. Chciał pomocy. Cholera, co ona powinna zrobić? Zaczęła nerwowo spoglądać w różne strony. Alarm pożarowy nie wchodził w grę, miałaby potem przez to kłopoty. Zaproszenie Raya na stronę będzie bardzo jawną próbą wyciągnięcia go z tarapatów. Kompletnie nie słuchała tego, co mówił białowłosy. A przynajmniej nie przysłuchiwała się. Myśl, Rennevy, myśl. Widać, że nie radzi sobie, a ty już wystarczająco wpadłaś. To ja w tej sytuacji wychodzę na osobę piekielną, powinnam jakoś odwrócić rolę. Chwila, czy on płacze? Że co, kurna? I jeszcze śmie mi wmawiać, że to nie zakrawa o operę mydlaną. Ludzie na ziemi, co za hipokryzja. Powiesz mi historię swego życia po to, abym ci współczuła? Złożyła gratulacje, że przeżyłeś? Czy może powiesz mi sekret w miejscu publicznym i to wcale nie na uboczu po to, abym nie rozpowiedziała dalej? Myślisz, że mnie obchodzi, co robiłeś? A czy ciebie obchodzi to, co ja robiłam po śmierci mojej siostry? Tyle że wiesz, moja siostra była raczej spokrewniona ze mną. Nie przyszła sobie do kawiarenki i nie stwierdziła nagle, że będziemy rodziną. Za późno się dowiedzieliście? Nie moja wina. To wcale was nie usprawiedliwia. Ktoś was kiedyś nauczył taktu? Nie ogarniacie, że właśnie robicie burdel oraz wychodzicie na popaprańców? Co jak co, ale to chyba najgorszy możliwy sposób na wyznanie komuś, że jest się jego ukrytą rodziną. Wkurzacie mnie. Chociaż czemu ja się przejmuję? Ach, no tak, już wiem. A gdyby tak oblać ich obydwoje herbatą? Jeszcze mnie pozwą za wandalizm. Aaaaleeee peeeeeech~. Moment, stop, zaczynam myśleć jak najpodlejsza szmata.
Gdy już białowłosy zakończył wywód przeznaczony dla niej, odwróciła się do niego. Ale podczas wykonywania tej czynności iskierka gniewu wyskoczyła na zewnątrz, sprawiając, że dosłownie przez ułamek sekundy wyglądała tak, jakby odwracała się do niego z mordą. Z morderczym spojrzeniem. Z ustami wykrzywionymi w grymas niezadowolenia. Jednakże zamiast tego był jej wciąż zakłopotany uśmiech, a oczy wyrażały najprawdziwsze zdezorientowanie.
- Och, rozumie… – nie dokończyła zdania, bowiem usłyszała głos z innego stolika. Spojrzała w tamtym kierunku, kiwnęła głową, po czym ukłoniła się w stronę tej nieszczęsnej trójki. – Najmocniej przepraszam, zaraz do pa-aństwa podejdę. – I odeszła.
Ukradkiem odetchnęła z ulgą, a na jej twarzyczkę wróciły kolorki. Okazało się, że ma przynieść kolejną herbatę. Grzecznie się uśmiechnęła i poszła szykować ten (wspaniały) napój. Jednakże jej koncentracja na sprawach roboczych została całkowicie zmącona, przez co nie potrafiła się skupić na żadnej z czynności. Przez jej głowę przelatywały różne pomysły wyciągnięcia Raya z tej patowej sytuacji, ale co kolejny, to tym głupszy. Sapnęła z irytacją, nalewając przy tym przez pomyłkę kawę. Spojrzała na czarny napój z niesmakiem, jako że zapach tego tak bardzo ją gryzł. Odsunęła filiżankę, wzięła nową i nalała już tym razem herbaty. W poszukiwaniu swojej tacy prawie wyrżnęła bokiem o kant blatu i rąbnęła głową o szafkę. Poziom jej stresu gwałtownie rósł, przez co i zaczęła panikować. Ostrożnie położyła na tacy filiżankę, zgrabnie pochwyciła i ruszyła w kierunku stolika. Ciągle sobie zaprzątała głowę sprawą wyciągnięcia Raya z tej sytuacji, że nawet nie zauważyła, jak bardzo zaczęły się jej nogi plątać od zdenerwowania.
Wszystko było takie szybkie. Nie poczuła samego spadania. Czy wygiętej kostki. Usłyszała dźwięk uderzenia filiżanki o blat stołu i cichy plusk jej zawartości. Ona sama wylądowała w bardzo niewygodnej pozie, napierając na stolik. Uniosła wzrok, by zobaczyć, że koszulka Raya była cała w herbacie. I to wcale nie takiej zimnej herbacie. Na szczęście nie wrzącej, jednakże chłopaka dalej mogło boleć. Chyba że ma wysoki próg bólu, może tego aż tak nie odczuwał… Czy ona już może umrzeć? Rune sparaliżował prawdziwy strach, który zagościł na jej twarzy. Szybko ustawiła się do pionu, utykając lekko, jako że odezwała się kostka. Nie była skręcona, a jedynie strasznie bolała.
- O Boże… – zdołała z siebie wydusić, zanim chwyciła Raya za rękę i pociągnęła do siebie. – Na-na-na-na-na-najmocniej pa-a-a-ana przepraszam! Pro-oszę za mną, trzeba te-te-te-temu zaradzić!
Poprowadziła go do pokoju dla personelu, który miał przejście do składziku. Utykając, otworzyła szybko drzwi, wręcz wepchnęła tam chłopaka, po czym weszła i z prędkością błyskawicy zamknęła drzwi na klucz. Oparła się o nie, po czym zsunęła się, aby się skulić i schować twarz w dłoniach. Chwilę tak posiedziała, po czym opamiętała się i doskoczyła Raya.
- Zde-de-de-dejmuj koszulkę, ja poszukam lo-o-o-odu – powiedziała nerwowo, po czym zaczęła się krzątać po pokoju.
Podeszła do drobnej lodówki, którą próbowała otworzyć w drugą stronę. W końcu rozgryzła ten skomplikowany system i dopadła woreczka z lodem. Jednakże od tego nieznacznego chłodu urządzenia ona pękła. W sensie, że Rennevy. Nie zauważyła ona jednak tego i odwróciła się do chłopaka z woreczkiem lodu w ręce oraz łzami w oczach.
- Je-je-je-jest mi ta-a-a-ak przykro…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Sro Paź 14, 2015 7:03 pm

Działo się wiele, bardzo wiele i zbyt wiele jak dla Raya. Rozumiał natłok wydarzeń, chaos, którego nienawidził. Wiedział, że to się często zdarza i przyzwyczaił się, ale od dawna nie czuł takiej dysharmonii uczuć. Mimo młodego wieku był bardzo poukładanym chłopakiem w sferze emocjonalnej. Panował nad sobą, był dosyć rozsądny, nie wpływały na niego bodźce, które zazwyczaj na siedemnastolatków działają. Przeżycia i charakter zafundowały mu dojrzałość umysłową i ład, którego nie dało się zakłócić, a przynajmniej tak myślał do momentu spotkania Rennevy. Dziewczyna zamieszała mu trochę w głowie, rozmowy z nią sprawiały, że dawne, pewne stwierdzenia stawały pod znakiem zapytania. Poznawał przy niej również nowe odczucia, całkowicie mu obce. Powoli przyzwyczajał się do tego, lecz teraz, w tej chwili czuł się zagubiony. Wszystko co czuł nie tworzyło labiryntu, a pokój, w którym można się poruszać w każdą stronę, po każdej z trzech osi. Całe to pomieszczenie było zasypane różnymi rzeczami, a gdzieś ukryte było wyjście. Tak można byłoby to zobrazować. Nagła informacja o posiadaniu rodzeństwa była potężnym uderzeniem w zorganizowany świat wiedzy, emocji i przekonań Raya. Tak jakby ktoś wszedł do składziku z tymi rzeczami, pozrzucał je wszystkie na ziemie i powiedział "A teraz poukładaj na nowo". Nic dziwnego, że chłopak czuł irytację zburzeniem jego dotychczasowego światopoglądu, który budował tak starannie, przez tyle lat. Wszystko zaczynał od nowa, dobrze, że miał solidne fundamenty.
Pytanie rzekomej siostry nieco zaskoczyło go. Wiedział, że widać było, iż coś łączy go z Rune, ale chyba nie wyglądali na parę, narzeczeństwo albo małżeństwo, prawda? Jeżeli tak, to musieli być w wyjątkowo nieśmiałym związku. Chciał się już odezwać, ale wrodzony spokój nie pozwalał mu na szybkie wypowiedzi, co innego Rennevy na fali emocji, która natychmiast wytłumaczyła. Pokiwał głową zgadzając się, aż usłyszał kwestię z martwieniem się o niego. To miłe, bardzo miłe, ale nieco go zdziwiło. Wyglądał na kogoś o kogo należy się martwić? Pewnie nie, chociaż jeżeli chodzi o kwestię nagłych emocji, to w sumie miała rację. Druga sprawa - dlaczego się martwiła? Wiadomo, byli blisko, byli partnerami i mieli ze sobą świetny kontakt, ale czy to już był ten poziom zaangażowania emocjonalnego? W drugą stronę sprawa była oczywista, Ray martwił się o różne sprawy związane z dziewczyną, więc możliwe, że ona również to czuła.
Nie wtrącał się w przepychankę słowną Rune i Asmodeusza, gdyż oboje mieli poniekąd rację. Liczył tylko na to, by białowłosy nie powiedział zbyt wiele lub zbyt ostro, bo to sprawiłoby, że Raymont wtrąciłby się do rozmowy dosyć szybko ją kończąc. Jeżeli zjawił się nagle jako brat i nie potrafił zrozumieć, że ten tytuł nie sprawia, iż jest mu bliższy niż Rennevy, to nie miał nawet co próbować tworzyć rodzinne relacje z chłopakiem. Jednak Miyazawa był uprzejmy i w delikatnych słowach wyraził swoje zdanie, chociaż widać, że chciał powiedzieć coś mocniejszego. Nic dziwnego, ta sytuacja wzbudzała emocje u każdego, a nie każdy zdawał się je kontrolować.
Początkowo Ray nie zauważył łez swojego brata, lecz głos za chwilę wszystko zdradził. To wydarzenie nie było jedynie trudne dla czarnowłosego, lecz dla nich też. Powinien to poszanować, ale jak tu wziąć to na spokojnie i z grzecznością skoro nagle dowiadujesz się o rodzeństwie? Słuchanie historii Asmodeusza sprawiło, że chłopak poczuł pewną więź ze swoją siostrą. Były dwa powody, a pierwszym z nich był fakt, że oboje byli niechciani przez swojego ojca. W tym momencie to nawet lepiej - dla Raya tamten mężczyzna zwyczajnie nie istniał. Oboje mieli jedynie swoje matki, chociaż ona później i brata. Drugi powód był znacznie prostszy, gdyż polegał na podobnym zachowaniu. Wokół działo się wiele, bardzo wiele. Asmodeusz ciągle opowiadał i tłumaczył, a Rennevy starała się ogarnąć jakoś sytuację, lecz Raymont wraz z brązowowłosą siedzieli teraz dosyć spokojnie i przysłuchiwali się z wolna odpowiadając dosyć krótko i konkretnie. Wiadomo, czarnowłosy nigdy by nie podszedł do nieznajomej osoby i jej nagle objął, ani nie zadawałby tak ważnych, mocnych pytań jak to pierwsze, lecz pewna "maniera" zachowania pozostawała w nich identyczna.
Białowłosy skończył mówić i płakać jednocześnie. Ray nie wiedział jak zareagować. Nie mieli łatwego życia. On nie był tak wylewny, nawet troszeczkę. Rzadko mówił o swojej przeszłości i problemach, praktycznie w ogóle. Mówił niekiedy dużo, lecz omijał te tematy zgrabnie, by nikomu zbyt wiele nie zdradzić, nawet bliskim. Dlaczego? Taki był. To nie kwestia strachu, że zostanie zraniony, bo był zbyt zdystansowany, zbyt ignorancki kiedy tylko zechciał, aby czymś się przejął. To zwyczajnie sprawa zbudowania osobowości - inni czuli się dobrze mówiąc o sobie, dzieląc się swoim bólem, a on czuł się źle kiedy to robił. Nie rozumiał też łez. Kiedy on ostatnio płakał? Po śmierci matki, tak, wtedy i tylko wtedy. Od tamtego momentu nic nie zasługuje na łzy. Rune chciała coś odpowiedzieć, lecz została wezwana do innego stolika. Może to nawet lepiej, bo nieświadomie Asmodeusz naciskał na bolesne klawisze jej wspomnień. Rodzeństwo, rodzina, to wszystko zostało jej zabrane. Ostatecznie przemilczał ten moment. Siedział spokojnie i słuchał, a gdy skończyła się wypowiedź nic nie mówił. Nastała cisza, podczas której Ray starał się jakoś przyswoić nową wiedzę, nowe informacje. Szybko jednak białowłosy wrócił do mówienia. Słysząc te słowa, czarnowłosy lekko się uśmiechnął, w głębi duszy nawet prychnął śmiechem.
- Dobrze, że nim gardzisz. Rób to za nas dwóch, bo ja względem niego nie mam uczuć. Nie zasługuje nawet na mój gniew. Po tym co zrobił mojej matce nie należy mu się. - odparł krótko. Nie umknęło mu, że Asmodeusz nie tylko gardził ogólnymi poczynaniami ojca, ale także konkretnie tym co zrobił czarnowłosemu. W gruncie rzeczy nic mu nie zrobił. Dał mu życie, dał mu zdolności Magicznej Broni, ale nic mu nie zrobił. Zrobił za to Judith. Gdyby nie ciąża, gdyby nie Raymont, to wciąż by żyła. Gdyby jej nie zostawił, to mogliby tworzyć szczęśliwą rodzinę, mogłaby mieć kochanego męża, dom, żyć jak powinna. Gdyby.
Może i starszy brat chciał dobrze, próbował jakoś zbudować więź, ukazać, że rozumie Raya, lecz wyjątkowo niefortunnie dobierał słowa. Czarnowłosy przez chwilę nawet poczuł złość, jego dłoń zacisnęła się, lecz natychmiast rozluźniła. Odsunął od siebie te myśli.
- Wiesz co czuję? Nie miałeś tak łatwo jak ja? To dosyć zuchwałe stwierdzenie. Masz moją historię, dobrze wiesz co przeszedłem. Nie twierdzę, że Ty miałeś łatwo, ale z pewnością, ani ja, ani Ty, ani nasza siostra nie mieliśmy łatwo i raczej nigdy nie zrozumiemy swoich uczuć, gdyż każde z nasz przeszło przez inne piekło, jedynie zgotowane przez tego samego człowieka. - odpowiedział stanowczo, twardo. Nie chciał używać tego tonu w momencie kiedy Asmodeusz ledwo uspokoił uczucia i próbował z czułością tłumaczyć sytuację, ale to wyszło samo z siebie. By mogli stworzyć jakąś wieź, musieli być szczerzy ze sobą.
Ostatnia wypowiedź białowłosego sprawiła, że Ray opuścił głowę i podparł ją ręką za czoło, zasłaniając swoje oczy, które i tak zostały zamknięte. Wziął głęboki oddech, a później usiadł znów normalnie odrzucając grzywkę, która opadła mu na twarz. Westchnął ponownie i delikatnie się uśmiechnął.
- Zaistnieć mówisz? Mieliście wybuchowe wejście w moje życie. - powiedział znacznie luźniej, tak zwyczajnie, że czuć było, iż żartuje, chociaż wciąż był zagubiony. - Ciężko się przyzwyczaić do myśli, że od teraz mam siostrę i brata. Dwie, jedyne mi znane osoby, które są spokrewnione ze mną i dodatkowo chcą żyć jak rodzina. Wybaczcie moje zachowanie, ale to zbyt wiele jak na jeden dzień przeżyć. Nie chciałem was urazić, wy też przeszliście wiele i natrudziliście się, by mnie znaleźć, a ja was tak potraktowałem. - dodał po chwili wpatrując się we własne dłonie i dopiero na końcu spojrzał raz na siostrę, raz na brata.
Chciał coś powiedzieć jeszcze, gdy nagle usłyszał huk, a później poczuł ból. Skrzywił minę, zmrużył prawe oko i wydał z siebie charakterystyczny syk bólu, który w gruncie rzeczy nie był tak duży. Szybko przeminął mocniejszy i zostało samo pieczenie. Widocznie pewne rzeczy się nie zmieniają, pewne osoby pozostają sobą. Niezdarna Rennevy zawsze będzie tą słodką niezdarą, nieważne w jakim stroju i roli.
- Nic Ci nie jest? - zapytał podnosząc się, chciał ją złapać za dłoń, by pomóc jej wstać, ale ona była szybsza - to ona go chwyciła. - Spokojnie, nie była bardzo gorąca. Nic się nie stało. - powiedział, ale już zostawał ciągnięty w jakąś stronę. Spojrzał przez ramię na rodzeństwo. - Za chwilkę wrócę, poczekajcie. - rzucił do nich i ruszył za Rune.
Weszli do jakiegoś małego pomieszczenia, które jego partnerka zamknęła natychmiast na klucz. Początkowo zdziwił się dlaczego to zrobiła, ale po chwili zrozumiał, że lepiej, aby nikt nie wszedł jak on zdejmie koszulkę, a ona będzie obok niego. Inna sprawa, że mógł zrobić to sam albo ona zaczekać na zewnątrz, albo nawet mógł to zrobić w łazience, ale skoro tak chciała Rennevy... nie przeszkadzało to jakoś Rayowi. Po wejściu oparł się o ścianę najpierw, w tym samym momencie, w którym brązowooka siedziała przy drzwiach. Spojrzał w sufit i głęboko westchnął.
- Dzięki za uratowanie, potrzebowałem chwili na ochłonięcie. - powiedział kiedy usłyszał polecenie zdjęcia koszulki. Nie było problemu. Zdjął najpierw bluzę, a później stojąc bokiem do dziewczyny zdjął z siebie mokrą koszulkę. Zrobił z niej kulkę i położył na stojącym obok krzesełku. Na jego brzuchu była czerwona plama, zwyczajnie zaczerwieniona skóra. Nie bolało w sumie jakoś, jedynie lekko piekło jakby dostał w to miejsce klapsa. Zarzucił na siebie bluzę, którą nawet nie zapiął, bo czekał na lód. Cała ta sytuacja z rodzeństwem sprawiła, że nie czuł się nawet skrępowany teraz. Miał już taką gamę emocji, iż teraz nic nie mogło go zaskoczyć.
Ujrzenie płaczącej Rune z pewnością nie należało do przyjemnych momentów z życia Raya. Nie chciał by płakała, kiedykolwiek, nie przy nim, chciał ją od tego bronić, a ciągle jedynie wywoływał łzy. Czuł się z tym źle. Podszedł do niej i objął dłońmi jej twarz, głównie policzki. Kciukami otarł jej łzy uśmiechając się lekko. Wiedział czym są spowodowane, wiedział, że to przez bolesne wspomnienia, te same, które poznał w swoim pokoju podczas zadawania pytań. Zbliżył się o krok i przytulił ją. Prawa ręka spoczywała na jej plecach, a lewa na głowie delikatnie gładząc ją raz za razem.
- Nic się nie stało, nie przejmuj się. - powiedział cicho wciąż ją trzymając przy sobie i gładząc po głowie. Znów to specyficzne, przyjemne uczucie przy objęciach. Tym razem zignorował je, czuł, że nie powinien się cieszyć w chwili kiedy Rennevy cierpi. Po chwili odsunął się od niej na krok i uśmiechnął się nieco mocniej. - Muszę przyznać, że pięknie wyglądasz w tym stroju. Będę częściej tu wpadał dla tego widoku. - dodał i wziął od niej woreczek z lodem. Chciał jeszcze wtrącić "i dla tych wspaniałych ust podkreślonych błyszczykiem", ale wolał nie zdradzać swoich słabości. Nie żeby mogła je wykorzystać, ale czuł zażenowanie myśląc, że ktoś mógłby się dowiedzieć. Przyłożył lód do zaczerwienienia i zaczął nim zataczać kółka. Robił tak chwilkę jedynie, bo ból nie był duży, szybko przeminął. W końcu kucnął obok Rune, gdyż już wcześniej zauważył, że utyka idąc. Musiało ją porządnie boleć. Najpierw przejechał dłonią po jej kostce przyglądając się jej uważnie. Nie była skręcona, z pewnością, bo inaczej by nie wstała, przemieszczenia jakiegoś też nie było widać, więc raczej jedynie ją zwichnęła. Przyłożył do niej trzymany woreczek z lodem i spojrzał w górę, na Rennevy.
- Bardzo boli? - zapytał wciąż trzymając lód. Dłuższą chwilę okładał tak to miejsce chłodząc je, aby nieco znieczulić, aż w końcu podniósł się i odstawił na bok woreczek.
- Ochłonąłem, mogę do nich wracać. Nie martw się o mnie, jakoś sobie to poukładam w głowie. - powiedział i puścił do niej oczko. Przeszło mu to całe dziwne odczucie, czuł się spokojnie, nawet nieco przyjemnie, więc wszystko wróciło do normy. Poprzytulał i pogłaszczył Rune, która wciąż świetnie wyglądała i zyskał dwójkę rodzeństwa. Może jednak ten dzień nie był taki zły. Zapiął bluzę, by nie świecić odsłoniętym torsem, a później przekręcił klucz i otworzył drzwi wychodząc. Wrócił do stolika gdzie siedziało jego rodzeństwo.
- Wybaczcie, że kazałem wam czekać. - odparł kulturalnie i usiadł na swoje miejsce. Odsunął dokumenty, które wciąż leżały na blacie i jakimś cudem nie zostały zalane herbatką. Już nie były potrzebne.
- Nie wiem jak prawidłowo zacząć, pewnie nie istnieją sposoby na poznawanie swojego rodzeństwa. - powiedział nieco speszony. Czuł się dziwnie myśląc, że musi tworzyć więzi z własną rodziną, która jest z nim spokrewniona. Nikt normalnie nie poznaje od zera swojego brata i siostrę. - Wciąż nie znam Twojego imienia. - powiedział spoglądając na brązowowłosą. Skoro mieli tworzyć więzi, to należało znać chociaż swoje imiona. Oni dobrze wiedzieli jak on się nazywa, a Asmodeusz się przedstawił, lecz nie siostra. - I ile macie lat? - ciekawiło go czy jest najmłodszy, czy nie. W sumie to właśnie ona wyglądała na najmłodszą z ich trójki. Było tyle pytań, ale jak je zadać? Musieli powoli, krok po kroku zacząć się poznawać. Mieli przed sobą całe życie, nie było z czym się śpieszyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Pon Lis 02, 2015 10:01 pm

Przez tę jedną ulotną chwilę widziała wręcz wszystko, co niekoniecznie chciała widzieć. I czuć to wszystko, co powinno grzecznie siedzieć w pudełkach, które własnoręcznie zamknęła i zaryglowała w pokoju. Dosłownie każdy moment ze swojego marnego życia, gdzie to Florence wydawała się lśnić jaśniej niż zwykle. Gdzie to była jej drugim słońcem. Naprawdę nienawidziła tych chwil, kiedy to zdawała się żyć przeszłością. To było niezgodne z jej maksymą, której zamierza strzec jak oczka w głowie. Ma to zostawić za sobą, lecz nie zapominać. A nie wygrzebywać przy każdej okazji, by tylko sobie pocierpieć, licząc na jakiekolwiek współczucie od otoczenia. Otóż, droga Rennevy, z czego pewnie zdajesz sobie sprawę, nie możesz tak robić. Zakładać, że jak tylko się wyżalisz, to ktoś będzie cię pocieszał. To jest myślenie egoistyczne, które jest tylko pokrętną drogą do krzyczenia "hej, ja jestem tu i chcę, aby ktoś się mną zainteresował", czyli, pospolicie mówiąc, do zwrócenia na siebie uwagi. Zawsze pojawia się możliwość, że rozmawiasz z kimś, kto wycierpiał zdecydowanie więcej niż ty. Oczywiście nie wolno porównywać bólu, bo to jest idiotyczne. Otrzymujemy rezultat nieco inny od tego, jaki chcieliśmy uzyskać. Bo nie do końca nam współczują. I chociaż ona doskonale o tym wie, to jednak nie potrafiła powstrzymać tej nagłej fali uczuć, jaka nią zawładnęła.
Zrozumiała, jakim jest złym człowiekiem. Pozwoliła, aby jej własne potrzeby przyćmiły coś tak oczywistego. Coś tak miłego dla innej osoby. Zamiast cieszyć się, że Ray odnalazł swe rodzeństwo, to ona ubolewa nad swoim. Z jednej strony też... nie wiedziała, czy powinna się cieszyć. Była świadkiem jedynie urywki rozmowy, a poza tym nic nie wiedziała o jej partnerze. Dlaczego był rozdzielony z nimi, czy w ogóle o nich wiedział. Ba, na pewno o nich nie wiedział. Przecież ta cała pokręcona sytuacja właśnie z tego wynikała. Bo on nie miał zielonego pojęcia, że ktoś poza nim istnieje z tej jego rodziny. Właśnie, rodziny. Jaka była sytuacja u niego? "Nie jest z rodziny Miyazawa". Co to znaczyło? Dlaczego przedstawił się dwoma nazwiskami? Wiedziała, że jest Walker, ale czemu powiedział też Harrison? Przez chwilę przemknęła jej cicha myśl, że on po prostu jej nie ufa na tyle, że mógłby to jej powiedzieć. Mogło to mieć dla niego zbyt wielkie znaczenie. Czy wtedy w pokoju straciła w jego oczach? Poczuł się tak, jakby szastała informacjami na lewo i prawo bez pomyślunku? Poczuła delikatny ścisk w środku. Czy właśnie taka była w jego oczach? Chciała to z siebie zrzucić, ale najwyraźniej nie powinna była. Czuła się winna temu. Mogła obwiniać to, że to on jej nic o sobie nie mówił, lecz nie widziała w tym powodu. Obwiniała siebie, że musiała wyskakiwać z tym jak filip z konopi. Oraz to, że nie potrafi się cieszyć z jego szczęścia. Nie zdziwi się, jak jego rodzeństwo ją znienawidzi. Sama by się w tym momencie znienawidziła.
Poczuła jego miły dotyk. A może sobie wmówiła, że jest miły. Otarł jej łzy, a potem przytulił. Czy mogła go teraz objąć? Miała do tego takie prawo? Stała więc jak ten słup i pozwalała niewidzialnym łzom polecieć. Była jednocześnie tak słaba, ale tak zawzięta. Czy miał jej za złe to, że tak się zachowała? Głupio było jej się przyznać, że poczuła dziwne ukłucie, gdy siostra go obejmowała. Ale teraz, gdy on wydawał się zaakceptować, że to siostra, to jakoś... to zniknęło. Nie potrafiła zrozumieć, co się wydarzyło, nawet nie próbowała. Odkładała to za siebie, jednak zostawiała w pamięci. Pozwoliła sobie na lekkie rozpłynięcie się w jego ramionach. To uczucie przy obejmowaniu także ją obejmowało. Było takie... magiczne. Jednakże w tamtym momencie nie mogła się w pełni cieszyć jego specyfiką. Spojrzała załzawionymi oczami na Raya, który się uśmiechnął. Miał taki przyjemny uśmiech. Wymuszony? Niewymuszony? Litościwy? Zarumieniła się mocno i uciekła wzrokiem gdzieś na bok. I to wcale nie dlatego, że stał właśnie z odsłoniętym torsem. Znaczy, po części dlatego też, ale po prostu zakłopotał ją ten komplement. Jak zresztą każdy. Zwłaszcza wypowiedziany przez Raya.
- C-cóż... Pra-aca wymaga... - bąknęła cicho w odpowiedzi. Uśmiechnęła się niemrawo. - Bę-ędzie mi bardzo miło. Tylko mam nadzieję, że za-a-a-a każdym razem nie będę ko-ończyła z herbatą na two-oich ciuchach.
Odwróciła głowę, aby nie patrzeć się zbytnio na wciąż nieco rozebranego chłopaka. Dlatego też przeszedł ją porządnie dreszcz, gdy poczuła na swojej kostce zimno lodu. Spojrzała w dół, napotykając jego spojrzenie. Zaskoczona, znów się zarumieniła. Była taką niezdarą, chociaż próbowała zachować pozory. Najwidoczniej kolejna rzecz, która jej nie wychodzi. Pokręciła głową i się uśmiechnęła.
- B-bywało gorzej. Prawie nogę zła-ła-łamałam za pierwszym razem. Także... By-ywało gorzej.
Potem tylko widziała, jak szedł. Nie zdołała z siebie nic wydusić. Może nie powinna była nawet. Uśmiechnęła się, jeśli tak można nazwać ten krzywy grymas. Nie powinna się zrażać, broń Boże. Uznała, że zacznie od uśmiechu. Że to będzie pierwszy krok do pogodzenia się z tym, że on zyskał rodzeństwo. Ona straciła, on zyskał. Rozumiała to, a w jej piersi powoli kiełkowało ciepłe uczucie, które zamierzała pielęgnować. Tylko dlaczego tak bardzo się jej trzęsły ręce? I dlaczego ten krzywy uśmiech przypominał powstrzymywanie gorzkich łez? Spojrzała na zegarek na ścianie. Och, minęła już jej zmiana. I to jakieś dobre piętnaście minut temu. Pewnie koleżanka już obsłużyła poszkodowanego pana. Spojrzała na zwiniętą koszulkę Raya i westchnęła. Jeśli miał ją tak suszyć, to będzie się suszyła całe wieki. Podeszła, wzięła ją i rozwinęła, wieszając na kaloryferze w pomieszczeniu. Zaczynały już powoli grzać, zmiana pory roku zbliżała się nieuchronnie. Zaraz potem zaczynała się przebierać w bardziej nieformalne ciuszki.
Rozpięła z należytym szacunkiem kamizeleczkę, zastanawiając się, czy zdążyła się odbić na jej ciele. Następna poszła koszula. Stojąc w samym staniku, zaczęła rozwiązywać swój warkocz, podchodząc do szafki z rzeczami pracowników i poszukując swojego ubrania. Wyjęła je, po czym założyła bluzkę, i zmieniła spodnie na luźniejsze i mniej podkreślające wszystko. Włosy spięła w kitkę, obwiązując zieloną wstążką. Zapakowała ubiór do szafeczki, biorąc ze sobą tylko koszulę. Zmieniła buty na wygodne trampki, wypuszczając powietrze z ulgą. Wizja żylaków ją trochę przerażała. Zamknęła szafeczkę i podeszła do wieszaka z ubraniami, który stał w najbardziej zacienionym kącie pomieszczenia. Ubrała swój zniszczony płaszcz, upewniając się, że wszystko wzięła. Sprawdziła jeszcze koszulkę Raya, ale była jeszcze wilgotna. Wyszła, gasząc światło i zamykając pokój.
Podeszła tylko na chwilę jeszcze do ich stolika.
- Ray, poproś potem którąkolwiek z kelnerek o bluzkę. Zostawiłam ją na kaloryferze w pokoju. Jak coś, to powiedz, że ja prosiłam. - Spojrzała na rodzeństwo, po czym ukłoniła się w ich kierunku. - Najmocniej przepraszam za moje zachowanie. Mam nadzieję, że będzie mi dane jeszcze naprawić swoje błędy. Chociaż nie mam żadnego prawa tego mówić... Cieszę się, że tu jesteście.
Wyprostowała się, posyłając dwójce ładny uśmiech, po czym wyszła. Rozmyślała o tym, czy ostatnie zdanie było kłamstwem czy prawdą. Oraz czy dostanie wypowiedzenie z pracy.

//ZT//
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Wiedźma
Posty : 83
Data dołączenia : 05/09/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Wto Lis 03, 2015 4:37 pm

Słysząc taką odpowiedź była skłonna stwierdzić, iż bycie „partnerem” to niezbyt wysoka pozycja, by poznawać rodzinne sekrety. Inna sprawa, że gdyby to naprawdę stanowiło problem sam Ray już dawno pewnie mógłby ją pogonić. Nie zrobił tego, więc Hana zamiast odpowiedzieć, skinęła tylko powoli głową, jakby nad czymś głęboko rozmyślała. Możliwe, iż działo się to za sprawą kolejnych słów kelnerki, skierowanych dla odmiany w stronę Asmodeusza. Ta dwójka chyba będzie w przyszłości miała spore problemy z dogadaniem się, choć nie twierdziła, że ona sama będzie miała prościej. Ta „partnerka” wyraźnie z góry określiła ich, jako wrogów. Chyba nie było siły, która mogłaby zmienić jej zdanie, a sama Midori nie zamierzała na siłę nikogo zmuszać do akceptowania jej istnienia. Jeśli chce toczyć z nimi wojnę zielonooka przyjmie wyzwanie i z pewnością tak łatwo nie odpuści. Tylko po co im to było? To zupełnie niepotrzebne działanie, które przysporzy samych problemów, zamiast pomóc im rozwiązać sytuację. Nawet nie powinna brać pod uwagę takiej opcji. Ta atmosfera, jaka została tu wytworzona, najwyraźniej źle na nią oddziaływała. Musiała uspokoić swoje myśli i dalej utrzymywać cierpliwość, która w jej przypadku była konieczna.

Z drugiej strony, zastanawiając się nad wszystkimi zebranymi informacjami, które tutaj zostały odkryte, dziewczyna mogła spokojnie zauważyć, że gdyby jasnowłosej nie zależało na Rayu z pewnością nie robiłaby takich scen. Hana widziała, iż robią niemałe przedstawienie, szczególnie ta stojąca dwójka, która zdawała się wyraźnie nie lubić, a mimo to ta „partnerka” brata wyraźnie miała głęboko w poważaniu fakt, iż mogą pojawić się problemy przez jej zachowanie. Zasada „klient, nasz pan” nie została stworzona bezpodstawnie. Ona jednak dalej trwała w swoim postanowieniu. Nie trzeba być geniuszem, by zauważyć, że lubi go bardziej, niż trochę. Mimo to, ta informacja zostanie dla osobistej wiadomości brązowowłosej. Nie wszystko, czego się dowie, musi zostać od razu powiedziane na głos. Zamiast tego, dalej wpatrywała się w lodową różę, od czasu do czasu delikatnie skubiąc chłodne w dotyku płatki, uważając, by ich nie wyrwać.

Kolejna rozmowa, jaka rozpoczęła się po odejściu kelnerki nieco bardziej ją zainteresowała. W końcu pierwszy raz ich nowo odnaleziony brat powiedział więcej, niż parę słów zawartych w jednym zdaniu. Sprawa osoby, którą nazywali ojcem była dla niej dosyć prosta. Można nawet uznać, że w pewien sposób nienawidzi go, ale nie patrzyła na to przez pryzmat jej przeszłości. Przecież nie miała okazji go poznać, porozmawiać, nawet osobiście zobaczyć. Jednak to, co zrobił jej rodzeństwu było zupełnie inną sprawą. Nie dbała o to, czy ojciec ją kochał, czy też nie, ale jeśli zostawił Asmodeusza i ją, mógł chociaż okazać uczucia Rayowi. Fakt, była najmłodsza, więc w teorii posiadała największe szanse na pozostanie z tym osobnikiem. Z naciskiem na „teorie”, bo w praktyce urodziła się wiedźmą. Chyba nie można gorzej trafić, patrząc na to, jak wielu ich nie lubi za samo istnienie. W tych czasach samo słowo „wiedźma” jest prawie, jak przekleństwo. Oczywiście, nie twierdziła, że miała najgorzej z ich trójki. Kto, jak kto, ale ona nigdy nie przedłoży swojego cierpienia nad swoich braci.

Następna wymiana zdań nie było lepsza, jednak sprawiła, że Hana w końcu uniosła głowę i spojrzała bezpośrednio na Raya. Nie mogła się nie zgodzić z jego punktem widzenia. Mogli powiedzieć sobie nawzajem, iż się rozumieją, wiedzą, co czują, ale czy to jest prawda? Westchnęła ciężko, gdy tylko o tym pomyślała. Nie ma możliwości, by wiedzieć takie rzeczy, nawet jeśli przeżyło się podobne wydarzenia. Każda osoba reaguje inaczej na pewne kwestie, czuje coś innego. W pewien sposób, każda istota żywa jest pod tym względem indywidualistą. Dodatkowo, cała trójka należała do zupełnie innego rodzaju. Władający, Broń i Wiedźma. Prawda, nie mogli dobrze zrozumieć tego, co czuła druga osoba. Jedyne, co byli w stanie zrobić to wesprzeć się w jakiś sposób, tylko czy to ma prawo bytu, gdy w gruncie rzeczy są dla siebie obcymi osobami? Midori właściwie dopiero teraz zrozumiała, że za wiele jest znaków zapytania, by z góry określić, jaka będzie przyszłość. Może dlatego stwierdzenie, iż mieli „wybuchowe wejście” idealnie pasowało jej do zaistniałej sytuacji. Jasne, że nie żałowała, jednak nie powie również, że jest dumna ze swojego gwałtownego zachowania. Ray miał rację. Wszystko stało się zbyt szybko. Gdyby teraz się nad tym spokojnie zastanowić, mogli najpierw spokojnie go poinformować, ustalić spotkanie, a nie wyskakiwać z czułostkami tylko dlatego, że ujrzeli go w zaledwie parę stolików dalej. Zdecydowanie był to strzał w kolano. Właściwie to dziwiła się, iż jeszcze tu jest. Zdecydowanie nie czuła się w żaden sposób urażona jego słowami. Miał sporo racji. Może nawet więcej, niż oni, choć to zabawne stwierdzenie patrząc  na to, że mówił głównie Asmodeusz. Wątpiła, by zdołała go przegadać.

Wydarzenia, które nagle rozegrały się przy niej były praktycznie, jak na zwolnionym filmie. W jednej chwili usłyszała kroki, a już w drugiej nastąpił głośny dźwięk uderzającej o stół filiżanki oraz sama postać upadające w tę samą stronę kelnerki. Zerwała się na równe nogi patrząc na to wszystko z zaskoczeniem, ale i wyraźnym zmartwieniem. Nie zdążyła jednak nawet się odezwać, jak jego „partnerka” pociągnęła go w sobie znanym kierunku. Po jej wyrazie twarzy mogła uznać, że naprawdę był to zwykły wypadek, a nie celowe działanie. Mimo wszystko podążyła za nimi wzrokiem, dalej milcząc, choć w środku miała ochotę zrobić coś bardzo nieodpowiedniego i z pewnością złego. Przymknęła powieki i z powrotem usiadła na krześle. Skoro zabrała go na zaplecze to jasnowłosa dziewczyna prawdopodobnie zajmie się jego ranami. Zastanawiała ją jednak inna rzecz. Nim odeszli usłyszała, jak Ray mówił, iż wylany napój nie był bardzo gorący. Herbata nie wylała się tylko na niego, ale także na stolik, może dlatego wyciągnęła wolną rękę w stronę płynu znajdującego się dalej na blacie dotykając go opuszkami palców. Może nie był to wrzątek, ale z pewnością można uznać, że wylana została właśnie „gorąca” herbata, mimo iż sam chłopak zaprzeczył, jej wysokiej temperaturze. Prawdopodobnie chciał uspokoić brązowooką, która sama przeraziła się tej sytuacji.

Czekając na powrót, jeśli takowy w ogóle nastąpi, Raya starła pozostałości po napoju serwetkami, wycierając jednocześnie swoje palce z tej substancji. Kazał im czekać, więc nie zamierzała na razie opuszczać tego miejsca. Przynajmniej takie na początku były jej myśli. Z każdą minutą, która dłużyła się jej niesamowicie, stwierdzała, iż powinni teraz odejść. Wszystko zdarzyło się zbyt szybko i gwałtownie. Och brat powinien spokojnie o tym pomyśleć, zastanowić się nad całą sytuacją. Może dlatego spojrzała na Asmo i westchnęła ciężko.

-To nie był dobry ruch –mruknęła bardziej do siebie, niż do niego, chociaż z pewnością słyszał jej słowa.

Zerknęła w bok słysząc kroki coraz bliżej nich. Czyli jednak postanowił do nich wrócić. Już przez chwilę zaczęła dopuszczać do siebie myśl, że może postanowił uciec tylnym wyjściem. Wcale nie dziwiłaby mu się. Wręcz przeciwnie, to działanie byłoby w pełni zrozumiałe. Gdyby była na jego miejscu, pewnie nawet mogłaby to zrobić. Oczywiście, gdyby zapomniała o tym, jak zachowuje się na co dzień. Chociaż słowa Raya o sposobach na poznawanie swojego rodzeństwa były dość ciekawe. Jakby na to nie spojrzeć, ona zademonstrowała z pewnością dość wylewną i emocjonalną opcję. Asmo z kolei jest gadułą. Teraz wiedzą, że oba ich działania nie wydawały się zbyt dobrym pomyłem.

-Midori Hana – odpowiedziała na wzmiankę o swoim imieniu.

Zupełnie zapomniała, iż wcześniej go nie wypowiedziała. Właściwie to nawet zrozumiałe, w końcu działo się sporo, a później jeszcze więcej. Podsumowując całą historia do tej pory trwa, jednak chyba na dzisiaj powinni zakończyć ten rozdział. Czas na przemyślenia jest bardzo wskazany w takich sytuacjach, jednak nie chciała wyjść na osobę, która ucieka od problemów, nie odpowiadając na zadane pytania. Musiała chociaż tę jedną sprawę doprowadzić do końca. Mieli przed sobą wiele czasu, a fakt, iż mieszkają w tym samym mieście tylko to ułatwiał. Jeśli Ray będzie chciał z nimi porozmawiać, powie mu, gdzie można ich znaleźć. Chociaż w gruncie rzeczy nie wiedziała, w którym miejscu mieszkał Asmodeusz. Jako, że ten aktualnie milczał, co było dość zaskakujące i niepokojące zarazem, pewnie poda swój adres. To była najrozsądniejsza decyzja. Czas, by to ona się odezwała.

-Mam 16, a Asmo 24 – powiedziała za nich oboje, po czym spojrzała na podchodzącą do nich dziewczynę, która najwyraźniej zamierzała wyjść – Miłego dnia, „partnerko” Raya –uśmiechnęła się delikatnie żegnając ją, a chwilę później sama wstała z miejsca i spojrzała na ciemnowłosego – Nie musisz na siłę nas teraz poznawać. Mamy czas. Proponuje skończyć naszą rozmowę na tym etapie i kiedy wszyscy opanujemy nasze emocje, znowu się spotkamy – wzięła od Asmo długopis, który na szczęście miał przy sobie, co zauważyła już przy ich wcześniejszym spotkaniu, i nie przejmując się dokumentami, oderwała z nich kawałek kartki, by kolejno napisać swój adres, po czym podsunąć czarnookiemu– Tutaj mieszkam. Jeśli uznasz, że chcesz nas poznać bliżej możesz przyjść o każdej porze.

Jej słowa były prawdziwe. Jak dla niej, równie dobrze mógł wpaść nawet w środku nocy. Z pewnością wpuściłaby go i porozmawiała. Miała króliczy sen, więc z pewnością usłyszy, gdy ktoś postanowi ją odwiedzić. Asmodeusz także nie był problemem. Zawsze mógł zostać u niej jakiś czas, a nawet jeśli nie, to nic nie stało na przeszkodzie, by do niego zadzwonić w razie potrzeby. Według Hany to wszystko było bardzo dobrym planem. Może nie była najstarsza, jednak myślała dosyć trzeźwo i wolała na spokojnie poprowadzić ich całe poznanie się. Nawet jeśli teraz Ray wydawał się w miarę spokojny, na pewno jest nieco tym przytłoczony i zmęczony. Zbyt wiele informacji i zdarzeń na raz potrafi naprawdę wykończyć.

-Dbaj o siebie do tego czasu  – powiedziała z uśmiechem i podeszła do niego, delikatnie muskając wargami jego czoło na pożegnanie.

W następnej chwili, wzięła dokumenty przekazując je najstarszemu z braci, po czym chwyciła białowłosego za ramię i pociągnęła do wyjścia. Trochę niepokoiło ją to, że ten tak długo milczał, jednak prawdopodobnie także miał problem z całą tą sytuacją. Im wszystkim przyda się nieco odpoczynku i spokoju. Zdecydowanie, czas na przemyślenia i podsumowanie ich pierwszego, niezbyt udanego, spotkania. Zerknęła jeszcze ostatni raz na Raya, zanim przekroczyli próg, a chwilę później już ich nie było.


[zt x2]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t672-zielony-kwiatek?nid=1#3923

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 19

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Sro Lis 04, 2015 8:38 pm

Midori Hana. Siostra również nie należała do wspaniałej rodziny Miyazawa, której jedynym członkiem z rodzeństwa był widocznie Asmodeusz. Swoją drogą mieli zaskakujący zestaw imion. Midori, Asmodeusz i Raymont. Nawet w ten sposób nie przypominali rodziny. Z tego co wydawało się Rayowi, brązowowłosa miała w sobie japońską krew. Tworzyli istny miszmasz kulturowy. Różnili się nawet przynależnością. Broń, Władający i Wiedźma. Ojciec widocznie był tolerancyjny, nie robiło mu różnicy z kim idzie do łóżka.
- Ładne imię. - odparł zupełnie zwyczajnie i szczerze. Brzmiało dobrze, więc było ładne, ot własne zdanie bardziej niż komplement. Nawet jakoś nie uśmiechnął się, chociaż raczej powinien, gdyż wyglądało to trochę jak grzeczność od niechcenia. Nie zwrócił na to uwagi, gdyż otrzymał kolejną informację. Czyli nie był ani najmłodszy, ani najstarszy. Tak jak myślał. Asmo zdecydowanie wyglądał najdojrzalej, zaś Midori miała coś w sobie, co wskazywało, że nie ma wiele latek. Ray trochę obawiał się, że może mieć setki lat, chociaż to oczywiście było absurdalne. Nie mogliby mieć wtedy tego samego ojca, aczkolwiek mimo to przez chwile odczuwał niepokój.
- Zatem jestem po środku. - powiedział spoglądając na nadchodzącą Rune. Nie była już w swoim stroju kelnerki, a zwyczajnym, codziennym. Widocznie musiała kończyć swoją zmianę. Wysłuchał jej i kiwnął głową dając znak, że zrozumiał. Oczywiście oglądnął sobie ją przed tym od stóp do głów oceniając jak wielką różnicę robi strój. - Na razie. - rzucił podnosząc dłoń pożegnalnie i odprowadził ją wzrokiem do drzwi, by po wszystkim spojrzeć znów na siostrę. Zaskoczyła go, nie myślał, że po tym wszystkim odpuszczą sobie szansę na porozmawianie. Miała jednak cholerą rację, ta rozmowa znacznie lepiej wypadnie jak Ray zdoła się oswoić z myślą, iż zyskał dwójkę rodzeństwa. I nie tylko tą myślą, ale tysiącami innych, które teraz tworzyły istny mętlik w jego głowie. Wziął kawałek kartki z adresem i spojrzał na niego, by złożyć ją na pół i schować do kieszeni spodni.
- Tak będzie najrozsądniej. Z pewnością wpadnę, ale... - tutaj się zatrzymał, westchnął lekko. - Nie wiem kiedy. Muszę to wszystko poukładać sobie. - dokończył tłumacząc, by nie myślała, że pojawi się zaraz jutrzejszego dnia. Jak szybko da radę się z tym uporać, tak szybko odwiedzi ją, gdyż miał setki pytań, na które sam nie mógł sobie odpowiedzieć.
Czułe pożegnanie, mimo że względem brat - siostra, to i tak nieco speszyło go. Rodzeństwem byli jedynie na papierze, ich relacje były niczym nieznajomych ludzi, którzy zwyczajnie powiązani są przeznaczeniem. Zdołał jakoś zatrzymać zawstydzenie, uśmiechnął się nawet mimowolnie spoglądając jak odchodzą.
- Do zobaczenia. - rzucił wstając i odprowadzając ich wzrokiem, aż znikli nie tylko za drzwiami, ale również w szybie. Zaraz, gdy tylko stracił ich ze wzroku opadł bez sił na krzesło, niczym szmaciana lalka. Wyglądał teraz jakby dusza opuściła ciało. Zmrużone oczy, podniesione w górę wlepione zostały w sufit. Twarz jak zwykle beznamiętna, a myśli? Pustka. Nie wiedział co myśleć o tym wszystkim co tutaj się wydarzyło. Stwierdzenie, że to był zaskakujący dzień było z pewnością bardzo delikatnym określeniem. Czuł się zupełnie wycieńczony psychicznie, co wpływało również na jego ciało. Nie chciało mu się ruszać z miejsca. Siedział tak dobre piętnaście minut zanim postanowił wstać i poprosić kelnerkę o swoją koszulkę, którą wpakował w kieszeń bluzy. Założył słuchawki na uszy, puścił muzykę i to wyjątkowo głośno, by nie słyszeć własnego umysłu, a następnie wyszedł z kawiarenki żegnając się uprzednio. Ruszył ulicami Death City, nawet tłumy mu nie przeszkadzały. Przechodził między ludźmi niczym duch, by szybko trafić do akademika.

Z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Potwór
Posty : 25
Data dołączenia : 11/09/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Sro Lis 18, 2015 9:16 pm

Kiedy Moony złapała go za rękę ten lekkim ruchem pomógł dziewczynie wstać. Starał się to zrobić dość delikatnie. Dziewczyna miała miłą i ciepłą dłoń w dotyku. Drake'owi zawsze podobała się ta różnica między chłopakami, a płcią przeciwną. Oni byli szorstcy, twardzi, a one delikatne, gładkie i miłe. Ale wracając. Kiedy pomógł jej wstać puścił jej dłoń i odsunął się lekko. Nie było to spowodowane tym, że się wstydził czy nie lubił przebywać w towarzystwie płci pięknej. Chodziło o to iż chłopak jako nieumarłym, a w dodatku lisz, co za tym idzie był dość zimny, a aura wokoło niego była dość chłodna, więc nie chciał aby Moony niepotrzebnie marzła.
Po krótkiej chwili ciszy znaleźli się przed ową kawiarenką. Z zewnątrz nie wydawała się za duża. podszedł do drzwi i otworzył je wpuszczając Moony pierwszą po czym wszedł za nią. Kiedy patrzyło się na wnętrze kawiarenki wydawała się o wiele większa niż z zewnątrz. Drake rozejrzał się za jakimś pustym stolikiem. Jeden znajdował się przy lewej ścianie w kącie i do niego się udał. Zanim usiadł, odsunął krzesło dla dziewczyny i dał jej usiąść.
-Przyjemnie tu.-powiedział rozglądając się jeszcze chwile.
Wziął do ręki kartę z ciastami i napojami. "Czego by tu spróbować?" zastanawiał się przez chwilę. Przeglądając rubrykę z ciepłymi napojami rzuciło mu się w oczy "latte". "Do tego sernik i będzie w sam raz." dodał w myślach.
-Zdecydowałaś się już na coś?-zapytał
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t696-kroczacy-miedzy-smiercia

avatar
Uczeń NOT
Posty : 60
Data dołączenia : 27/02/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Czw Lis 19, 2015 5:22 pm

Droga, mimo ciszy, nie dłużyła się za bardzo, a nawet była całkiem przyjemna. Lubiła sobie czasami pomilczeć, pozbierać myśli, poukładać wcześniejsze wydarzenia czy też poszukać w głowie kolejnych, ciekawych tematów do rozmów, gdy już dotrą na miejsce.
Kawiarenka spodobała się dziewczynie, wyglądała dość normalnie jak na miejsce, w którym będzie przesiadywać z kimś takim jak Drake. Rzeczywiście, otaczała go chłodna aura, która przyprawiała o gęsią skórkę, ale.. nie zwracała na to uwagi. Cały on sprawiał wrażenie.. zimnego. Nie sądziła, że jego serca takie jest (o ile tłoczyło krew, nie znała się na liszach), ale to jak wyglądał. Ponura sylwetka, ciemne ubrania, prawie jak got, metal albo emo. Moony nie mogła nie przyjrzeć się mu z bliska, chociaż jej spojrzenie nie było nachalne. Była bardziej zainteresowana niż zdziwiona czy zniesmaczona.
Gdy usiedli przy stoliku, podziękowała uśmiechem i skinięciem głowy za przysunięcie krzesła, a potem złapała za menu. Miała ochotę na karpatkę i kubek zielonej herbaty, nie interesowały ją te zmyślne desery.
- Owszem. - odparła sięgając to torby, którą miała ze sobą i wyciągnęła portfel. Nie chciała się naprzykrzać oczywiście, chociaż faceci mieli jakiś dziwny zwyczaj płacenia za kobiety. Ona wolała dołożyć się lub zapłacić za swoje niż udawać, że oh przypadkiem! zapomniała portfela.
- Właściwie to czemu się tak ubierasz? Nie, żebym się czepiała, ale to ciekawe. To jakaś subkultura? W życiu nie widziałam takich ubrań w normalnym sklepie, kupujesz na zamówienie? - spytała podpierając głowę na ręce i lekko ją przekrzywiając, przyglądając się chłopakowi z zainteresowaniem. Nie na co dzień bywało się w kawiarni z liszami, chciała się czegoś o nim dowiedzieć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t270-moony-wbija-na-parkiet-i-od-ra

avatar
Potwór
Posty : 25
Data dołączenia : 11/09/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Czw Lis 19, 2015 10:55 pm

-Ja zapłacę. W końcu to ja Cię zaprosiłem, więc nie masz się czym przejmować.-powiedział widząc jak dziewczyna wyciąga portfel-Ja poproszę latte i sernik.-powiedział kiedy kelnerka do nich podeszła-Co dla ciebie?-zapytał.
Kiedy Moony złożyła swoje zamówienie, a kelnerka odeszła, aby przynieść zamówione napoje i ciasta, usłyszał pytanie dziewczyny. "Dlaczego tak się ubieram?" zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią. Nie należało to do rzeczy o jakie najczęściej był pytany.
-Te ciuchy mają tyle co ja, czyli są dość stare. Mogłyby robić w muzeum za eksponat.-powiedział śmiejąc się-Z tego co pamiętam to kupiłem je w jakimś sklepie magicznym ze specjalnymi ciuchami. Na moje jest rzucone zaklęcie "załamania czasu". Polega ono na tym, że te ciuchy nie ulegają czynnikom czasu. Ale dlaczego akurat te? Spodobały mi się i tak jakoś zostało. Sprawiają też, że wyróżniam się wśród innych liszy.-odpowiedział, ale nie satysfakcjonowała go ta odpowiedź, ale nie wiedział co mógłby jeszcze dopowiedzieć na temat "dlaczego nosi te ciuchy", możliwe że jest to spowodowane tym, że są one najbliższe czasu jak jeszcze był człowiekiem-Większość liszy chodzi ubrana w długie szaty przeważnie w kolorze czarny z zielonymi bądź niebieskimi akcentami. Moim zdaniem te stroje pasują bardziej do liszy głównie polegających na magii. Ja jestem raczej liszem bitewnym.-dodał po chwili.
Materiał z którego były wykonane ciuchy Drake też nie był jakimś tam byle jakim. Jest stworzony w większości z mithrilowej nici co czyni go dość dobrą zbroją. On nie odczuwa ciężaru swojego stroju, ale pewne mógłby być za ciężki dla jakiegoś przeciętnego człowieka.
Lisz zauważył ciekawość malującą się na twarzy Moony, a także jej zaciekawiony wzrok. Nie miał zbyt dużo do ukrywania na temat tego kim teraz jest. Jest kilka rzeczy, o których wolałby nie wspominać, ale jeśli zostanie o takową zapytany wtedy będzie się nad tym zastanawiał.
-Chciałabyś wiedzieć coś jeszcze?-zapytał miłym głosem-Jak widzę zaciekawiła cię moja osoba, a raczej to, że jestem liszem. Jeśli chcesz coś wiedzieć pytaj śmiało.-dodał lekko się uśmiechając.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t696-kroczacy-miedzy-smiercia

avatar
Uczeń NOT
Posty : 60
Data dołączenia : 27/02/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Nie Lis 22, 2015 1:45 am

To, że chciał zapłacić było typowe dla facetów, tak jakby fakt, że to dziewczyna chce zapłacić, uwłaczało ich męskości i godności, będąc śladem na honorze czterech pokoleń wstecz. Dlatego też nie wykłócała się, znów wrzuciła portfel do torby i podparła głowę ręką. Gdy przyszła kelnerka, złożyła swoje zamówienie w składzie - karpatka i zielona herbata - po czym skupiła się na tym co mówi chłopak. "Są dość stare(...)", czyli co? Ile on ma lat? Wyglądał na koło 19-20, na pewno nie wiele starszy od niej, chociaż i tak wyglądała na starszą niż była. Poczuła się trochę niepewnie.
"A co, jeśli mógłby być moim dziadkiem..?" przeszło jej przez myśl, ale odgoniła to od siebie. "Kobieto, skup się na człowieku, a nie na takich rzeczach. Niechaj ma i 1200, ale czas inaczej leci dla różnych ras!"
Powróciła na ziemię i znów skupiła się na tym co ten mówi. Nie mogła przyznać, że jego głos był przyjemny, bo w jakimś stopniu zawierał w sobie taką ciemną, nieprzyjemną aurę, jednak.. coś w tym było takiego, że czuła, że wie o czym mówi. Jakby rozmowa sprawiała mu przyjemność, możliwość wymienienia się zdaniami z kimś ciekawym. Czy Moony była ciekawa?
- Nie myślałeś nigdy, żeby się uwspółcześnić? -spytała ni stąd ni zowąd. Jeśli dłużej pomyśleć, to dziewczyny nie interesowała jego potworzasta strefa, a bardziej ciekawiło ją to co ma w środku. Nie anatomia, a to jakim jest człowiekiem. Zainteresowania, marzenia, cele, poglądy.. To go określało, a nie fakt, że był swego rodzaju nekromantą. Liszy może być na pęczki, ale takiego jak on nie ma ani jednego i to właśnie było najciekawsze. Z jego przyzwoleniem, chciała poznać tę część. Jego magia i umiejętności zostały zepchnięte na bok.
- Albo wtopić się w tłum tak jak inne potwory? Zrobić coś nowego? Spróbować zażyć normalnego życia? Normalnego w kontekście ludzkim, oczywiście. -  spytała, a w tym samym momencie przyszła kelnerka z zamówieniem. Na szczęście nie przysłuchiwała się rozmowie. Moony przysunęła swoją filiżankę przed siebie i położyła na jej bokach dłonie, żeby je ogrzać.
- Ja jako władająca mam już niewielkie pole popisu, ale szczerze mówiąc.. Nie chcę być władającym zawsze. - zwierzyła się wzruszając ramionami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t270-moony-wbija-na-parkiet-i-od-ra

avatar
Potwór
Posty : 25
Data dołączenia : 11/09/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Nie Lis 22, 2015 10:19 pm

Uwspółcześnić się, tylko po co. Niby racja, jeśli zmieniłby ubrania na bardziej normalne jak na te czasy to pewnie nie przykuwałby tak uwagi, ale czy robi to dla niego jakąś różnicę? Przyciąganie uwagi, nie przyciąganie uwagi, były to dla niego dość obojętne pojęcia.
Wtopić się w tłum, być jak inni, zrobić coś nowego. Dla niego brzmiało to dość zabawnie chociaż sam nie wiedział czemu.
-Czy czasem nie lepiej wyróżniać się w tłumie? Mieć ten element w wyglądzie, który jest charakterystyczny dla ciebie? Mi nie przeszkadza to, że gdziekolwiek nie pójdę gdzie są ludzie to czuje na sobie ich wzrok. Dlaczego? Bo sam lubię obserwować innych.-zaczął, a w tym momencie przyniesiono ich zamówienie. Drake przysunął do siebie filiżankę i upił z niej łyk-Wiem jak wygląda normalne życie w kontekście ludzkim. Nie zawsze byłem liszem. Zanim się nim stałem to byłem człowiekiem i swoje przeżyłem. Nie jest to dla mnie żadną nowością. Wiem jak wygląda życie. Teraz nawet jak wygląda śmierć. Mogę obserwować jedną jak i drugą stronę medalu.-powiedział z lekką tajemniczością w głosie-Tak poza tym to przecież teraz korzystam z normalnego życia. Siedzę z tobą w kawiarence i rozmawiam całkiem normalnie.-dodał z lekkim uśmiechem-Ja już dawno wtopiłem się w tłum. Może wyróżniam się pod względem wyglądu, ale pomimo tego potrafię się ukryć w tłumie.-wytłumaczył-Z tymi ubraniami łączy się wiele moich wspomnień dlatego nie chce ich zmieniać.-zakończył z wciąż nie schodzącym mu z twarzy lekkim uśmiechem.
Czym był on spowodowany? Tym, że miło mu się rozmawiało z Moony oraz tym, że nie traktowała go jak potwora z cechami ludzkimi tylko jako człowieka. Nie pytała jak to jest być liszem, jak to jest wskrzeszać umarłych i inne tego typu rzeczy. Pytała go o najzwyklejsze w świecie rzeczy.
-Faktycznie, będąc władającą nie możesz być bronią czy wiedźmą, bądź będąc człowiekiem nie możesz zostać dywanem, ale nikt nie broni ci stać się kimś innym. Nie musisz zawsze być władającą. Teraz nią nie jesteś. Jesteś Moony, dziewczyna, która jest władająca, a teraz rozmawia z liszem. Pomimo, iż słowo władająca już do ciebie przylgnęło nie oznacza, że nie możesz być kimś innym.-powiedział lekko pochylając się w stronę dziewczyny i mówiąc lekko ściszonym głosem-Tylko nie zapominaj kim jesteś.-dodał odsuwając się.
Przecież człowiek nigdy przez całe życie nie pełni jednej roli. Raz jest kimś, a zaraz kimś innym. Jest szansa, że nie o to chodziło dziewczynie, ale Drake uznała, że nawet jeśli nie to było sensem jej wypowiedzi, to jego słowa i tak nie kolidują z innym znaczeniem. Czekając na odpowiedź upił kolejny łyk kawy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t696-kroczacy-miedzy-smiercia

avatar
Uczeń NOT
Posty : 60
Data dołączenia : 27/02/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Pią Lis 27, 2015 12:35 pm

Moony była zdania, że takie nowości są urozmaiceniem szarej rzeczywistości. Jej powód dla którego zaczęła ubierać się tak kolorowo był bardziej skomplikowany i znacznie bardziej prywatny. Moonyś z początku swoim kolorem włosów i barwnymi, szalonymi ciuchami chciała zwrócić na siebie uwagę innych. Kiedyś była znacznie mniej rozmowna, chociaż bardzo lubiła rozmawiać. Wciąż lubi, ale teraz robi to jeśli tylko ma na to ochotę. Nie zawsze oczywiście, bo wciąż gdzieś tam w niej jest ta nieśmiałość.
Może to przez Kazuyę? Zaczęła zauważać tą różnicę - ta Moony z przed poznania broni i ta po fakcie. Ludzie nawet nie są świadomi jak takie niby nic nie znaczące spotkania zmieniają życia! Co jak co, ale Księżycowa spotkała ją w bibliotece. Pamięta jak dziś, gdy siedziała z Yuuną i wtedy Kazu wtrąciła się do rozmowy o pokoju na świecie.. Wtedy nie była do końca przekonana do tego czy się dogadają, ale Moony udało się ją ujarzmić. A chłopczycy udało się rozruszać błękitnowłosą. Same profity! Może kiedyś też będzie tak wspominać pierwsze spotkanie z Drakiem?
- Ale obiecaj mi, że kiedyś pokażesz mi jak wyglądasz w normalnych jeansach i t-shircie~! - odparła zdeterminowana i pociesznie ucieszona. Upiła łyk herbaty, wręcz zachwyciła się jej smakiem, aż miała ochotę wypić całą na raz, nie zważając na to, że nie ma przełyku z azbestu.
- Sama wybrałam przyjazd tu, nikt mi nie kazał. Może to właśnie chęć zmian mnie tutaj przyciągnęła? Nowe, ciekawe życie, pełne broni, magii i wszędzie czyhającego niebezpieczeństwa. To twoja codzienność od lat, ja tak żyję od niedawna.. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego, że w jednej chwili obok mnie stoi człowiek z krwi i kości, a w drugiej trzymam go jako kosę. - zwierzyła się dość niepewnie, ale z uśmiechem. Nic nie przeszkadzało w tym, żeby się z czegoś "spowiadać", chociaż to nie do końca to słowo.
- Wcześniej mieszkałam w Norwegii, jestem Norweżką ogólnie. Potem w Anglii.. aż wylądowałam tu. - dodała po chwili, a gdy on coś mówił to pałaszowała karpatkę. O, jaka dobra!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t270-moony-wbija-na-parkiet-i-od-ra

avatar
Potwór
Posty : 25
Data dołączenia : 11/09/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Sob Lis 28, 2015 3:43 pm

W pierwszej chwili zdziwiło go to. Moony była pierwszą osobą, która chciała go zobaczyć ubranego w normalne ciuchy. "Kiedy to ostatni raz byłem normalnie ubrany?" zastanowił się, uśmiechając się samemu do siebie. Ciekawiło go jak teraz będzie się czuł w nowych ubraniach.
-Niech będzie. Może następnym razem ubiorę się jakoś normalnie.-powiedział uśmiechając się miło-Tylko najpierw będę musiał jakieś jeansy i T-shirt kupić.-dodał po czym wziął łyk kawy.
Kiedy dziewczyna zaczęła opowiadać on zajął się sernikiem. Ciasto był bardzo dobre. Rozpływało się w ustach. Słuchając Moony zaczął się zastanawiać czy faktycznie przywyknął już do tej rzeczywistości, w której teraz żyje. Ciągła czujność spowodowana tym, że w każdej chwili ktoś lub coś może cie zaatakować. Wszędobylska magia, która otacza go już od wielu lat, bądź Shibusen i jego uczniowie. Czy faktycznie do tego przywykł? Raczej nie. Ciągle pojawia się coś nowego co nie pozwala się przyzwyczaić do tych reali. On sam bawi się swoją magią jak dziecko, kiedy jego pobratymcy starają się za wszelką cenę stać jak najpotężniejszymi. W większości przypadków Drake nie miałby problemu z innym liszem czy arcyliszem. Może i mają wiedzę i moc, ale kiedy oni siedzieli z nosem w książkach on zdobywał wiedzę praktyczną i doświadczenie pozwalające mu się rozwinąć.
-Może i jest to moja codzienność od lat, ale każdy dzień wygląda tak jak gdybym dopiero wkroczył w ten świat. Do tych pokręconych reali nie da się przyzwyczaić. To jest chyba najlepsze w tym wszystkim.-powiedział-Tak jak ty nie możesz przyzwyczaić się do zmiany twoich towarzyszy w broń, którą możesz władać, ja nie mogę przyzwyczaić się do tego, że jestem w stanie stworzyć coś z lodu bądź zmienić nic nie warte kości w mojego sługę.-dopowiedział tworząc małego ptaszka z lodu, który usiadł mu na palcu, a następnie zmiażdżył go w dłoni.
Takie były jego odczucia. Może i są ludzie czy potwory, które uważają, że przyzwyczaiły się do tych reali, ale jest to złudne stwierdzenie.
"Półwysep Skandynawski, jest tam jedna siedziba liszy." stwierdził w myślach.
-Zimno tam w Norwegii, ale ładne krajobrazy tam są. Piękne miejsce.-stwierdził.
"Anglia co?" przeleciało mu przez myśl. Dlaczego nie powiedział nic na temat tego miejsca? Najwidoczniej miał jakiś powód albo wspomnienia, do których wolał nie wracać. Nie mniej jednak zainteresował go fakt, iż mieszkała w Anglii. Ciekawił go powód tak dalekiej przeprowadzki.
-Jak to się stało, że wylądowałaś w Anglii? Przecież to dość daleki dystans od twojej rodzinnej Norwegi.-zapytał z wyczuwalną ciekawością w głosie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t696-kroczacy-miedzy-smiercia

avatar
Uczeń NOT
Posty : 60
Data dołączenia : 27/02/2015

PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   Pią Gru 04, 2015 7:11 pm

// przepraszam, że tak długo :C

Uśmiechnęła się szeroko i pokiwała głową w uciesze, aż błękitna grzywka żwawo podskoczyła na czole. Właściwie cieszyła się, że złapała kontakt z tak ciekawą osobą. Miała wrażenie, że nie często ludzie chcą przebywać w jego towarzystwie czy dalej idąc, pójść do kawiarenki. Sprawiał wrażenie tzw. "podejrzanego typa" i to pewnie odpychało "normalne" towarzystwo. Moony nie chciała widzieć go właśnie przez ten pryzmat. Zaufała mu i wierzyła, że nie był to zły pomysł.
- Jeśli jesteś wiekowy to na pewno masz porównanie. Te czasy są szalone! Odkrywcy kosmosu, panujemy nad falami dźwiękowymi, wi-fi i te sprawy.. Mój mózg nie jest zbyt fizyczny, więc fakt, że tyle już osiągnęliśmy powala mnie na łopatki. - odparła marszcząc lekko brwi. To samo działo się z medycyną i czuła, że to właśnie ona jest w tym momencie jedną z najważniejszych możliwych do rozwinięcia dziedzin. Sama kiedyś chciała pomóc jej się rozwinąć, ale nie czuła się na tyle silna. Na razie pomagała społeczeństwu w tym, by jednak nie trafiali do szpitali za sprawką potworów.
Gdy zobaczyła małego skrzydlatego z lodu, oczy jej się wręcz zaświeciły. Był uroczy, miał w sobie pełno magii i tego specyficznego piękna. Jednak Drake po chwili zmiażdżył go. Zmarszczyła brwi, zrobiła obrażoną minkę i prychnęła zakładając ręce.
- Jak mogłeś go zgnieść? Był śliczny! - pisnęła niby to oburzona, ale widać było, że oczy trochę jej się śmieją. Nie była zła, tłumaczyła to sobie tym, że ktoś mógłby ich zobaczyć. I tak już zwracali uwagę.
- W Norwegii mieszkałam z babcią i siostrą, moi rodzice podróżują. Skandynawia ma swoją magię, a ten ptak.. skojarzył mi się z nią. Z lodowatymi nocami, błyszczącym śniegiem na drzewach, gwieździstym niebem.. - rozmarzyła się na chwili, a teraz radosne iskierki w jej spojrzeniu zastąpiła swoista melancholia. - Pewnego dnia rodzice wrócili, wywieźli mnie i siostrę do Anglii. Ona też ma klimat, ale to nie to. Ja jestem człowiekiem lodu i chłodu, a nie deszczu i mżawek! Chociaż lepszej herbaty w życiu nie piłam, jeśli chodzi o angielską. - odparła. Gdy zmienili temat na Anglię, to chmury z nad jej głowy trochę się rozstąpiły. Widać było, że tęskni za Norwegią.
- A ty? Skąd jesteś, skąd przybyłeś, nocny wędrowcze? - spytała próbując nawiązać. Też chciała się czegoś ciekawego dowiedzieć o chłopaku. Miała nadzieję,że też jej się zwierzy. Chociaż odrobina info, jakaś wskazówka, sprawiłaby jej przyjemność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t270-moony-wbija-na-parkiet-i-od-ra
Sponsored content


PisanieTemat: Re: "Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka   

Powrót do góry Go down
 
"Ra-tatan" - taka sobie kawiareneczka
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Recepcja
» ej też sobie zrobię!
» O sobie!
» Jakiego Patronusa byś sobie wyczarował?
» Powiedz coś o sobie

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Death City :: Centrum miasta-