IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pamiętniki Barbie

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Akolita
Posty : 76
Data dołączenia : 16/08/2015

PisanieTemat: Pamiętniki Barbie   Pią Sie 21, 2015 2:02 pm


"Dlaczego osoby których tak bardzo nienawidzę muszą być tak blisko mnie...?"


Rodzina Lawera:

Ojciec

Archibald Austin Lawerence Rain
"Ojciec, Elf, Król Elfów, Legolas, Idiota, Thranduil"
Stosunek negatywny, krytyczny.
x Jasne, wnet białe, długie, zadbane włosy
x Czarne oczy
x Tak samo cyniczny i egoistyczny jak Lawer

Matka

Agrippina Nicety-Rain
"Mama"
Stosunek krytyczny, neutralny, czasami pozytywny
x Ciemne włosy
x Szare oczy
x Wiedźma posługująca się smoczą magią
x Rok temu została zabita przez dwójkę uczniów z Shibusen
x Wypisz, wymaluj matka Lawera

Siostra

Lily Rain
"Idiotka, Szmata"
Stosunek krytyczny, negatywny
x Jasne włosy
x Szare oczy

Siostra

Lucy Rain
"Idiotka, Szmata"
Stosunek krytyczny, negatywny
x Jasne włosy
x Szare oczy
x bliźniacza siostra Lily (obie z wyglądu podobne do ojca)

Brat

Ambrose Rain
"Idiota"
Stosunek krytyczny, negatywny
x Jasne włosy
x Szare oczy

Brat

Arcady Rain
"Idiota"
Stosunek krytyczny, negatywny
x Jasne włosy
x Szare oczy
x bliźniaczy brat Ambrose (obaj z wyglądu podobni do obojga rodziców)



"Czasami mam wrażenie, że byłem złą osobą w niewłaściwym miejscu o nagannym czasie..."




”Jedziemy?”

Patrzyłem na mamę z niezrozumieniem. Wtedy miałem ze trzy lata, nie rozumiałem wielu rzeczy, a zwłaszcza kiedy mama powiedziała, że jedziemy odwiedzić ciocię, wujka, Florence i Rennevy. Nie wiedziałem jeszcze, że ta nieznana mi Rennevy stanie się jedyną ważną osobą w moim dotychczasowym życiu. „Mhym! Tylko na chwilę pożegnać się.” Patrzyłem na nią nadal z miną mówiącą iż nic nie rozumiem. „Pożegnać? Czemu?” Zapinała mi wtedy ten idiotyczny płaszczyk! „Bo wiesz... Tatuś dostał zaproszenie do takiego Pana!” Uśmiechnęła się do mnie tymi szarymi oczami. „To dlaczego nie może jechać sam po co ja mam tam jechać i się męczyć?” Byłem szczery, nie zamierzałem od tak odpuścić, było mi tutaj dobrze! Mój pokój, mój dom, moje rzeczy! „Wiesz... Tata ma tam pracować i- ” już wtedy miałem nawyk przerywania! „I chcesz powiedzieć, że będziemy tam długo?” Zmartwiłem się nieco. Mama sapnęła i przeczesała brązowe, rozczochrane włosy. „Mhym! Ale będziemy tam mieć ładne, duże mieszkanie z ogrodem, co prawda ogród jest na balkonie, ale co z tego, skoro jest śliczny!” Nie bardzo jej słuchałem, bardziej zajęty byłem szarpaniem się, nie lubiłem tego durnego płaszczyka! A tak w ogóle to było ciepło jak na luty! Nie potrzebowałem płaszczyka! „Lawer!” W końcu tym swoim delikatnym głosem ledwo wydobyła z siebie nieco groźniejszy dźwięk. „Nie chcę tego głupiego płaszczyka! Przez to ci dwaj idioci się śmieją! I te wałiatki też!” W końcu siłą go zdjąłem, jakoś! „Lawer! To toi bracia i siostrzyczki! Nie śmieją się z Ciebie! Tylko tak cię zaczepiają, z miłości.” Zaśmiała się.  Jakoś do mnie miała najwięcej cierpliwości, jednak to nie znaczyło, że zawsze mnie broniła... Wręcz przeciwnie! Była bardziej przywiązana do nich, w końcu ze mną spędziła najmniej czasu... „To nie z miłości, to z czystej nienawiści!” Warknąłem, wtedy nieco się zatrzęsła. „A-a skąd ty znasz takie słowo? N-nie ważne! Lepiej wróćmy do rozmowy o tym gdzie jedziemy! To miasto jest ogromne i wiesz jak się nazywa? Nowy York!” Ja tylko przewróciłem oczami. Wtedy do pokoju wszedł ojciec. Wtedy tylko w jego towarzystwie byłem spokojny i miły. Dla niego miałem największy szacunek... Do czasu... „Tata...” Szepnąłem i uśmiechnąłem się do niego. Kretyn.. Nawet do własnego dziecka się nie uśmiechał. Cały czas z kamienną twarzą, bez uczuć... „Więc, jedziemy?” Zignorował mnie... Jak zwykle! Wyszliśmy z domu... Po kilku godzinach już tam byliśmy, Walia. Cioci dawno nie widziałem. „Cześć!” Przywitał nas wujek. Wtedy weszliśmy do środka. Miałem jak zwykle, beznamiętną minę. Coś tam do mnie mówili, ale ja się nie odzywałem, nie miałem ochoty. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to tak odpowiada ojcu... „Cały Lawerence, nie odzywa się dużo, woli przemyśleć swoją wypowiedź, a jak nie jest pewny co powiedzieć to po prostu się nie odzywa.” powiedział z dumą... Jeszcze wtedy nie wiedziałem że za kilka lat będę mówić specjalnie za dużo, aby tylko wywołać w nim gniew, rozczarowanie i wstyd. „Chodźcie! Zobaczycie naszą córeczkę!” Wujek zaprowadził ich wszystkich do pokoju. Tylko ja zostałem, w końcu ci mnie zdenerwowali i te też! Siedziałem sam na krześle przy stole. „Hm... Lawer? Nie idziesz?” Ciocia do mnie podeszła. Ja pokręciłem głową. „Nie zmieszczę się. I jestem za mały, tak mówiła Lily.” Ona się tylko zaśmiała. „Nie prawda. Florence zaprowadzi Cię do Rennevy.” Wtedy do pokoju weszła moja starsza kuzynka – Florence. Bardzo ją lubiłem, bo chociaż była starsza, to jednak nie traktowała mnie tak jak to robili bliźniacy czy siostry. „Chodź Lawer!” Złapała mnie za rękę. Razem poszliśmy do pokoju z Rennevy. Florence była bardzo miła, dobra i uprzejma! Nie tak jak ci idioci, czy idiotki. Mamy, Taty i bliźniąt już nie było w pomieszczeniu. „Poszli na dwór porozmawiać z moim tatą i mamą.” Uśmiechnęła się do mnie. Ja wydobyłem z siebie ciche „Mhym.” Na środku stała taka dziwna kołyska, bardzo ładna, ale na swój sposób dziwna. Popatrzyłem ze zdziwieniem na Florence, która stawała na specjalnym stołku przy tym mebelku. „Chodź! Śmiało! Tu leży Rennevy!” Powoli postąpiłem tak jak ona... Rzeczywiście  w kołysce leżało dziecko. „Hmm? TO jest Łennevy?” zdziwiłem się. Ona się lekko zaśmiała. „Mhym! TO jest Rennevy, kiedyś urośnie, może nigdy nie będzie tak samo duża jak ty w przyszłości, ale będzie większa jak jest teraz.” Parzyłem na to dziecko z pogardą, jednak zara zna mojej twarzy pojawił się uśmiech. „Ona... Nie będzie... Tak... Yyy...” Dukałem... Florence popatrzyła na mnie z niezrozumieniem. „Tak?” Ja nieco się zarumieniłem. „Włedna... Nie będzie włedna jak ci idioci i idiotki?” Florence pokręciła głową na boki. „Spokojnie, będziemy ją uczuć, żeby była bardzo przyjazna i milusia.” Uśmiechnąłem się szerzej. „A-a-a kiedy włócę z Nowego Yołku, to czy Łennevy będzie już umiała się bawić i czy mógłbym się z nią wtedy pobawić?” Mocno zarumieniony odwróciłem wzrok od kuzynki, która serdecznie się uśmiechała. „Mhym! Myślę że tak!” Wtedy się do niej uśmiechnąłem. „Lawerence! Ruszamy!” Melodyjny głos ojca zabrzmiał w moich uszach. Wtedy się poderwałem. „Dobrze!” Odpowiedziałem. Delikatnie pogłaskałem Rennevy po głowie. I zeskoczyłem ze stołka. „To widzenia Florence!” Pomachałem jej i pobiegłem do samochodu. „Co ty taki uchachany?” „Co Laweruś?” Bliźniacy nie mogli popsuć mi humoru, byłem zauroczony tą małą dziewczynką... Wtedy rozpierała mnie myśl o tym, że kiedyś, za te kilka lat będę miał w końcu przyjaciela...

"Mamo, kiedy oni sobie w końcu pójdą?"

Wtedy bracia bardzo mnie denerwowali... W sumie nic dziwnego! Kiedy oni mnie nie denerwowali? Dla mnie byli od zawsze głupimi, dziecinnymi bachorami! Cóż za nastawienie... W końcu każdy by się zdziwił, kiedy trzylatek wyzywa swoich pięć lat starszych braci od gówniarzy! Ja zawsze byłem dojrzalszy, pod tym względem byłem uderzająco podobny do ojca, który nigdy nie miał w sobie chociażby iskierki lekkoducha. Ja tak samo, wszystko brałem na zdrowy rozsądek, zachowywałem się jak stary gbur, a nie beztroski dzieciak... Wracając... Bracie wtedy tak mnie zirytowali, że poszedłem do rodziców. Mama zrobiła zdziwioną minę. "Jak to pójdą? Kto?" Pogłaskała mnie po głowie. Jak ja tego nie lubiłem! Zdjąłem z siebie jej delikatną dłoń. "No ci dwaj! Ambłose i Ałcady!" Nienawidziłęm ich imion, w końcu moja wada wymowy nie pozwalała mi na ich poprawne wymówienie. A oni się śmiali, przedrzeźniali mnie jak tylko mogli... "Ale kochanie, gdzie oni mieliby sobie iść?" Mama nie wiedziała o co chodzi. "No do swojego domu! Są u nas za długo! Lily i Lucy też są tu za długo." Wtedy ona się roześmiała, a ja mówiłem an poważnie! "Kochanie, to twoja rodzina, oni nigdy już od nas nie odejdą." Pamiętam, że wtedy z oczy popłynęły mi łzy. Mama spoważniała. "La-lawer! Nie płacz. Spokojnie." Ta informacja mną wstrząsnęła. A miałem nadzieję, że oni są tylko sąsiadami! A tu taka niespodzianka! Argh! Do teraz żałuję że mam nie powiedziała: "Pójdą za pięć minut, to prawda, trochę się zasiedzieli."

"Tato?"

Był jakiś niespokojny. Nie rozumiałem wtedy wielu rzeczy, więc widok ojca, który nerwowo przeszukuje szuflady był dla mnie niezrozumiały, w końcu co miał rozumieć taki czteroletni gówniarz jak ja? Chciałem wiedzieć wiele rzeczy, ale niestety... Przeklinał. Teraz wiem, ze chodziło o pieniądze, bo jak nie wiesz o co chodzi, to chodzi o pieniądze! Szukał drogich monet, takich zabytkowych... Niestety, ale dzień wcześniej bawiłem się nimi w ogrodzie...
"Tak Lawerence?" Nigdy nie nazywał meni inaczej! Zawsze mówił moje pełne imię. "Coś się stało?" Spytałem nieśmiało i podszedłem do niego. "Wiesz co... Ni mogę znaleźć takich pięciu monet." Warknął. "O! Wiem gdzie są!" Uśmiechnąłem się do niego. Ten się odwrócił z rządzą mordu w tych jego czarnych oczach. "Wczołaj bawiłem się nimi w ogłodzie! Ale niestety, nie pozbiełałem ich, a-ale możemy poszukać ich łazem! Dobrze, tato?" Wtedy jakby czas się zatrzymał, pamiętam że nagle mój policzek zaczął strasznie mnie piec. Chwilę później zobaczyłem rękę ojca, która się od niego oddalała. A kolejno poczułem jak upadam. Kiedy otworzyłem oczy leżałem na podłodze, a z mojego nosa sączyła się krew. Od tamtej pory nigdy więcej nie użyłem słowa "tata" w kontekście do mojego ojca. W tym momencie z mojego idola stał się dla mnie nikim, od tamtej pory nie poruszałem ani tematu monet, ani tematu pobicia, po prostu patrzyłem na niego z góry, pyskowałem mu...

"Zgubiłaś się?"

Patrzyłem na tą małą dziewczynkę z żalem. Siedziała samiuteńka gdzieś za namiotem i płakała. Mi się wydawało, że już jestem dorosły, w końcu miałem sześć lat! To dla mnie był wyczyn, w końcu chłopcy w moim wieku byli o wiele niżsi ode mnie, tylko ja byłem takim wyrostkiem, co to prawie był równy z nauczycielką. Ona była o wiele, wiele niższa. Włosy miała dokładnie takie jak ojciec, identyczny kolor! A te zapłakane oczka były ciemne jak dwa węgielki! "M-mhym" Przytaknęła ocierając łzy. "Jak masz na imię? Ile masz lat?" Ukucnąłem przy niej. Był jej naprawdę ciężko cokolwiek z siebie wydusić. "R-r-r-rennevy N-n-n-na-a-aig-gh-t-t-twis-s-sh. T-t-t-sy." Była bardzo zapłakana i zrozumiałem tylko imię i wiek, nazwisko w ogóle brzmiało jak jakieś syczenie. "Łennevy? Bałdzo ładne imię! Chyba nawet coś mi tata wspominał, że znam kogoś takiego!" Uśmiechnąłem się do niej. "Ja jestem LaweRence, ale możesz mi mówić LaweR." Pamiętam, że czasami udawało mi się wymówić "r", ale tylko z naciskiem na tą literę. Ona niestety, ale nadal była bliska płaczu. Wtedy wpadłem na pomysł! "Płoszę! Dla Ciebie! Chodź, łazem poszukamy twoich łodziców!" Podałem jej balonika, którego trzymałem za sznurek w prawej dłoni. Miał ciekawy, błękitny kolor, w dodatku na nim był wydrukowany czarny uśmiech i oczka. Wzięła balonik i przytaknęła. Wtedy przywiązałem sznurek balonika do jej nadgarstka. "Uważaj żeby ci tylko nie odleciał!", następnie załapałem ją za rączkę i razem poszliśmy do moich rodziców. "Mamo!" Podbiegłem do niej z Rennevy. "To jest Łennevy! Pomożesz nam szukać jej łodziców?" Byłem taki zmartwiony, nie miałem pojęcia jak mogę znaleźć rodziców tej małej w takim tłumie. Niespodziewanie przyszedł ojciec. "O! Rennevy, cześć pamiętasz nas?" Popatrzyłem na niego z niezrozumieniem. "Skąd znasz Łennevy?" Popatrzyłem na niego, a następnie na dziewczynkę, która machała głową na boki. Wtedy ojciec lekko podniósł kącik ust ku górze, to niespotykane, w końcu jest takim spokojnym i poważnym człowiekiem. "Lawerence, to twoja młodsza kuzynka - Rennevy Ursula Catherine Nightwish." Powiedział wnet na jednym wdechu. Ja nadal patrzyłem na niego jak na wariata. "Oj nie patrz tą idiotyczną miną, to nie przystoi mojemu potomstwo." Powiedział z powagą, jak ja go nie lubiłem! Skrzywiłem się. "To toja kuzynka, jestem bratem jej mamy, a twojej cioci, która z resztą przed chwilą tu była, ale właśnie poszła Cię szukać, młoda damo." Nienawidziłem kiedy do mnie mówił z tą niechęcią, powagą, a do innych wnet z maluteńkim uśmiechem. Po kilku minutach Rennevy trafiła do mamy, a po wizycie w tym wesołym miasteczku pojechaliśmy do nich na podwieczorek. W sumie nic dziwnego, że jej nie poznałem, ostatnio widziałem ją jakieś dwa lata temu, jak była malusia, później pojechaliśmy na dwa lata do Ameryki, bo ojciec dostał wspaniałą propozycję pracy, z której nic nie wyszło...

"Jak to nie wiesz gdzie jest wujek?"

Rune brzmiała bardzo źle! Próbowała udawać, że jest wszystko w porządku, ale z każdym słowem jej głos coraz bardziej się załamywał, zanosił się od łez. Nie rozumiem, teraz mówi bardzo niejasno! Z tego co zrozumiałem, to wujek wyszedł rano z domu i do tej pory nie wraca, już bardzo późno. "Spokojnie! Włóci! Może spotkał jakiegoś swojego kolegę, któły zapłosił go na kawę i stłacił poczucie czasu! ... Łennevy?" Przestałą mówić, teraz się mocno rozpłakała. "A gdzie ciocia? Nie mów mi że znów poszła... Poszła..." Nawet teraz nie potrafiłbym wydusić z siebie tego okropnego zwrotu "Poszła pić" - Nie potrafię z siebie tych okropnych dwóch słów, które mogą tak zranić... Słyszałem jak przez łzy przytakiwała. "Łennevy! Czekaj chwilkę! Idź do pokoju, usiądź na łóżku i postałaj się uspokoić!" Słyszałem jak mówiła "Dobrze", wtedy się rozłączyłem. Wiedziałem co robić. Było już grubo po godzinie dwudziestej. Tata oglądał telewizję, coroczne derby. "Tato. Pamiętasz jak mówiłeś, że jestem już dużym, samodzielnym chłopcem?" Popatrzyłem mu prosto w te jego czarne oczy. Ten się zastanowił chwilę. Słyszał moją rozmowę z Rennevy. "Tylko uważaj. Pieniądze są w sekretarzyku." Jak dobrze, że ten stary pierdziel choć raz zrozumiał kim ona dla mnie jest! Szybko zabrałem kilka funtów i ruszyłem na stację kolejową, uprzednio zawitałem w sklepie z zabawkami, który właśnie zamykali. Pamiętam, że pani kasjerka była bardzo zdziwiona na mój widok. Ja tylko wysapałem "Czy mogę szybko kupić jedną rzecz?" Ta przytaknęła. Nie zastanawiałem się długo! Ten wielki miś był mym zakupem! Jego cena choć przerażająca, nie była dla mnie wyzwaniem, dla osoby która miała przy sobie sto funtów! Zapłaciłem i popędziłem na pociąg! Jak dobrze, że akurat zdążyłem na pośpieszny do Cardiff. Bez zastanowienia kupiłem bilety i wsiadłem do pociągu. Musiałem wyglądać dziwnie! Może i miałem te moje 175 centymetrów wzrostu, ale na tle tych wszystkich mężczyzn wyglądałem jak mały gówniarz, który urwał się z domu! Ale wtedy o tym nie myślałem - Rennevy była priorytetem. Jak dobrze, że komunikacja działa idealnie! W zalewie godzinę z obrzeży Londynu trafiłem do Cardiff! Tam wysiadłem. Szybko na przystanek autobusowy! Już po kilku minutach byłem na miejscu! Z wielkim misiem pod pachą pobiegłem pewnie w kierunku domu kuzynki! Ciocia nigdy nie pije w domu, zawsze wychodzi, a Florence mieszka u chłopaka, więc Rennevy jest sama! Zapukałem głośno. "Łennevy! To ja!" Otworzyła drzwi ze strachem. Patrzyła na mnie tymi ciemnymi oczami. I rzuciła mi się w ramiona. Weszliśmy do domu. Tam zadzwoniłem do ojca. "Ojciec, jestem u Łennevy. Wrócę jutro, dobrze?", pamiętam że przytaknął i powiedział, że ona potrzebuje mojej obecności. Wręczyłem jej przedwczesny prezent urodzinowy. Mówiła, że go nie przyjmie, że nie może... "Nie podoba Ci się?" zaśmiałem się. "T-t-t-o-o n-n-nie ta-a-ak... W-wiem ż-że z-z-z pienię-ędzmi-i jest u-u w-was t-t-też za-za-zapewne kru-ru-rucho..." Ja tylko pokręciłem głową. "Nie, Ojciec ostatnio lepiej załabia! Dostał avans, a tobie ten miś jest potrzebny!" I bez dalszych komentarzy wzięła misia. "D-d-dziękuję... Lawer." W końcu się uśmiechnęła przytulając do mnie. Wtedy zrobiłem herbatę. Oboje piliśmy ją bez słowa. Nadal była smutna i śpiąca... Od tych łez musiała się porządnie zmęczyć. Umyłem naczynia, wtedy Rennevy już przysypiała na krześle. Nie była jakaś wysoka, duża, ciężka, więc bez problemy wziąłem ją na ręce. Zaniosłem do łazienki. "Łunnevy! Obudź się na chwilkę!" Kiedy to mówiłem napuszczałem jej wody do wanny. Z dużą ilością piany, tak jak lubi! Wtedy się odwróciłem do niej tyłem, zaraz po tym jak wstała, w końcu nie wypada mi patrzeć jak się rozbiera. Kiedy weszła do wanny czekałem do momentu jak skończy myć ciało. Podszedłem do niej i umyłem jej jasne włosy. Później podałem Runnevy ręcznik i przyniosłem jej piżamę. Kiedy się ubrała, wtedy zaprowadziłem ją do pokoju. "Załaz przyjdę! Też się umyję, dobrze?" Przytaknęła. Szybko więc wziąłem prysznic. Niestety, ale nie miałem piżamy, więc wyszedłem z łazienki w samych bokserkach. Nie spała, a myślałem, że padnie! "Łunnevy? Śpisz?" Siedziała na łóżku i płakała. Usiadłem na przeciwko niej. "Ej! Spokojnie! Z tatą na pewno w porządku, mama też włóci niebawem! Ja tu jestem i będę z tobą na nich czekał! A teraz, proszę. Zaśnij, może ci poczytam?" Odsłoniłem kołdrę, położyła się. Przykryłem ją dokładnie. Usiadłem na łóżku i zacząłem czytać jedną z tych baśniowych opowieści. Może i miałem te trzynaście lat, byłem tylko gówniarzem który nie wie nic o życiu, ale jak dla mnie to te historyjki dawno straciły sens. Nie wierzyłem w nie... Dobrze wiedziałem jak było... Ciocia zaczyna się staczać, ojciec w rzeczywistości wyciska z siebie siódme poty, aby ten szmaciarz - szef go docenił... Pieniędzy w naszej rodzinie nigdy dużo nie było, a jak były to kradzione, nikt nas nie doceniał... "I żyli długo i szczęśliwie!" Ale kto powiedział, że żyli razem? Odłożyłem książkę. Dalej nie spała, zamartwiała się tym wszystkim. "Łennevy..." Położyłem się przy niej i przytuliłem ją. Teraz zapewne nie mógłbym tak zrobić, w końcu można by to nazwać kazirodztwem... Chociaż to tylko moja kuzynka, nie siostra... Wtedy szybko zasnęła... Tylko ja długo miałem otwarte ślepia, przeczuwałem, że to chyba koniec tego pseudo spokojnego życia i że dopiero teraz zacznie się prawdziwa paranoja...

"Czemu nikt nie odbieła stacjonałnego telefonu u Łnnevy?"

Pewnego dnia chciałem się dodzwonić do Kuzynki, miałem wtedy z 16 lat? Niestety, ale nikt nie odbierał. Zmienili numer? Nie. "Przeprowadzili się do Dziadka..." Z każdym dniem rozmowa o Rennevy stawała się coraz cięższa. Rodzice nie chcieli o niej gadać, widziałem że samo wymienienie jej imienia sprawiało im nie lada wyzwanie. Dziwne. Mama niedawno mówiła, że "chciałaby mieć taką pocieszną córcię". Nic dziwnego! Jak w domu mamy tylko te dzieci Neo! Argh! Bracia, których jest wszędzie pełno! Ci idioci mają już po 21 lat! Nadal nie mają własnej chałupy! I dziewczyny! Na pewno są pedałami! Na pewno! Siostry! Apfu! Dwie straszne kobiety! Złe, złe kobiety! Podstępne! Obie mają już jakiś chłopaków, typowe obszczymurki, dziwne że mama i ojciec pozwalają im na takie znajomości a jak ja tylko wspominam o odwiedzinach u Rennevy, to oboje robię te swoje zakłopotane miny "Niestety... Ale... Yyy..." Coś musi być nie tak! Nawet samego mnie pociągiem nie puszczają! Co jest do cholery? Przecież jako mały szczeniak jechałem pociągiem do Walii! A teraz? Teraz jak już jestem prawie dorosły, to już nieee! Co ja dziewczyna, żeby ktoś miał mnie gwałcić?! Właśnie... Muszę coś z tą wadą wymowy zrobić! To zaczyna mnie wkurzać!

"Same problemy?"

Tego wieczora specjalnie zakradłem się pod drzwi ich sypialni. Rozmawiali o Rennevy, mówili takie wstrętne rzeczy! O co chodzi z tym: "Przez nią są same problemy", nie rozumiem! Przecież to takie słodkie, bezproblemowe dziecko! Taka delikatna, mała Rennevy.

"Jak to zabraniacie mi?!"

Jak oni mogą! Od tak! Dzisiaj przy obiedzie Ojciec wstał i z poważną miną odwalił szopkę! "Niestety, ale postanowiliśmy zerwać wszelkie kontakty z moją siostrą i jej córką Rennevy Ursulą Catheriną Nightwish" - Aż mnie krew zalała! Co ten Legolas sobie myśli! Nie dość że wygląda to jeszcze zachowuje się jak pieprzony król Elfów! Thranduil się znalazł, kuźwa! Ja wtedy wstałem i do niego z mordą! "JAK TO?!" Te dwie szmaty zaczęły się śmiać, a ci idioci patrzyli jak na idiotę i zaczęli sobie stroić żarty! Co ja kurde! To że młodszy nie znaczy że jakiś inny! Właśnie oni powinni mnie podziwiać! Ja przeżyłem cięcie... Wallace nie... Wtedy zaczęła się mieszać matka! Ale mnie cholera bierze kiedy ona udziela się na tematy Rennevy i cioci! Niech zajmie się swoim braciszkiem - pijaczkiem, który teraz pewnie żebrze gdzieś przed monopolowym na wódę! Dalszej rodziny to ona kurna nie ma! Wszyscy sie albo zapili, albo jakiś zniknęli! Co to kurna ma być! Ojciec - kretyn z resztą! Jak się odezwie na temat zapitego w trzy dupy wujaszka to ta zaczyna beczeć, a jak ona tylko zaczyna obgadywać ciotki i wujków to nic! To ten pieprzony elf jej przytakuje! Niech się odpierniczą od Rennevy! Od mojej Rennevy! "Lawer. Musimy zerwać z nimi kontakt." Ten jej wnerwiający zbyt spokojny głos tak mnie wpierniczyał! "CZEMU?!" Tak uderzyłem w ten pieprzony stoliczek, że aż te dwie siksy się uspokoiły i patrzyły teraz poważnie podobnie jak ci dwaj idioci! "Lawer. Przyczyna nie jest ważna, po prostu One... Ona... To nie jest już część naszej rodziny." Wtedy wszystko we mnie eksplodowało, kiedy tylko powiedziała o tym, że one to już nie jest nasza rodzina. Kto jak kto, ale ona o tym decydować nie mogła! "A kto ci dał prawo decydować o rodzinie, skoro masz tylko zapitego w trzy dupy brata?! Nienawidzę Cię!" Wtedy wstałem, wnet wywróciłem stół i... I dałem jej w twarz... To był pierwszy raz kiedy uderzyłem kobietę. Ale nie wiedziałem co robię! Nie panowałem nad sobą, ponadto moja ręka aż mnie piekła, aż prosiła się sama aby w coś nią uderzyć. Momentalnie poczułem ogromny ból. Brzuch... Aż mnie odrzuciło do tyłu. Ostatnią rzeczą którą ujrzałem była ta zimna, beznamiętna twarz ojca. Później ocknąłem się na ziemi. Wszyscy dalej jedli. Po raz pierwszy widziałem strach w oczach rodzeństwa. Nie mieli odwagi popatrzeć na mnie, a co dopiero na Ojca, czy mamę, która właśnie trzymała lód przy zaczerwienionym policzku. Jak oni mogli mi to zrobić? Jak mogli mi odebrać Rennevy?
Oczywiście co to było dla mnie? Wielokrotnie sam uciekałem na dworzec i byłem gotowy pojechać pociągiem do Walii, do Rennevy, jednakże niestety za każdym razem ten pieprzony Elf mnie zatrzymywał, zawsze wtedy mówił: "Ona już nie jest jedną z nas."
Co to kurde ma znaczyć! Tylko powtarza słowa matki! Mam magiczne moce, jestem niesamowitym gościem! Nie będzie mną dyktował, dureń jeden!

”Nienawidzę Cię!”

Krzyknąłem mu prosto w twarz... Czemu Październik jest z jednej strony tak radosną jak i smutną porą? Padał deszcz, ściemniało się, a ja stałem na stacji kolejowej. Byłem cały mokry. Przede mną stał on... Ojciec. Jego długie, proste wnet białe włosy nie błyszczały, jedynie leżały na nim całe przemoczone, a spod nich patrzyła na mnie beznamiętna para czarnych ślepi. On był poważny, beznamiętnie patrzył mi w twarz, w moje rozwścieczone szare oczy, zmarszczone brwi i skrzywione usta. „Lawerence, wróć do domu. Twoja matka się martwi.” Powtórzył spokojnie. To już za bardzo mnie denerwowało dość. To już koniec. Obaj dobrze to wiedzieliśmy. Ja już dawno miałem skończone osiemnaście lat, mogłem decydować sam o sobie, nie potrzebowałem nadzoru wstrętnego dziada jakim był mój Ojciec. „NIE! TO już nie jest mój dom!” Wykrzyknąłem mu w twarz. „Jak ty się zachowujesz... Dla Ciebie poświęciłem mój pot, łzy i krew, abyś mógł codziennie coś jeść, żebyś nie musiał żyć pod mostem!” Odpowiedział mi. Mnie ta wypowiedź tylko rozwścieczyła. „Byłem najlepszym ojcem jaki tylko mógłby być.” Wybuchłem cynicznym śmiechem. „Co takiego? Najlepszy ojciec? No tak, brawo kochany tatusiu! Wyrazy uznania! Najlepszy ojciec roku! Ojciec o którym mógłbym tylko marzyć... A nie! Nie muszę! Bo już mam w domu takiego gbura, który cały czas mi ubliżał, który ignorował każdy mój miły, drobny gest! Tatusiu przepraszam, że wtedy zgubiłem te pieprzone nic nie warte monety! Tatusiu przepraszam że wtedy nie nadstawiłem drugiego policzka! Przepraszam że byłem taki słaby! Że tak szybko zemdlałem! Przepraszam, że po prostu byłem szczery! Tatusiu! Najukochańszy tatusiu! Ja powinienem się rzucać teraz przed tobą na kolana i błagać o wybaczenie mojego gówniarskiego zachowania za to że tak bardzo zależy mi na tym aby odzyskać jedyną, ostatnią osobę dla której jestem coś wart! Która mnie chociaż troszkę kocha! Która nie powie mi że LAWERENCE! Coś ty zrobiłeś, mój potomek nie może się tak zachowywać, wstydź się! Albo nie przejdzie obok mnie, leżącego na podłodze nie patrząc, nie pytając czy wszystko dobrze, która po prostu mnie wysłucha! A tobie trzeba dać medal! Złoty! A najlepiej to by było gdyby wtedy, osiemnaście lat temu mama urodziła nie małego chłopca, a złoty puchar, wtedy może nie przechodziłbyś obok mnie obojętnie, może wtedy jakbym był mały codziennie być się do mnie uśmiechał, poświęcałbyś mi więcej czasu jak innym pieniądzom, byłbym cenniejszy! A gdybym zbił szybę, albo zgubiłbym monety... A nie, nie mógłbym bo byłbym pieprzonym pucharem, który stoi grzecznie na półce! W końcu byłbym idealny! I coś dla Ciebie wart! Wtedy chwaliłbyś się mną kiedy byś tylko mógł! Patrzcie to mój puchar! Złoty! Wspaniały! Najlepsze osiągnięcie! Nazwałem go nawet Lawerence, tak jak nazywał się mój idol, mój pradziadek, który był dla mnie wszystkim! A teraz patrzcie, to mój skarb, najcenniejszy! Patrzcie jak się mieni, jak błyszczy! Mam nadzieję, że będzie kimś w życiu wspaniałym! I na pewno się zajmę tym, aby spełnił swoje marzenia, aby żył tak dobrze, jak ja miałem przez całe moje pieprzone życie, a nawet lepiej! Bo go bardzo kocham! Bo jestem jego tatą! Bo on jest moim synkiem, moim skarbem! Wszystkim co mam! Bo go kocham! A on kocha mnie! I razem jesteśmy rodziną! I-i-i każdy go tu szanuje, bo Lawer! Lawer! Lawer to mój syn! Kocham go! Z Lawerem można się pośmiać! Patrzcie, nawet wyglądamy podobnie! Patrzcie, nawet mamy podobne zainteresowania i cechy charakteru, an przykład obaj jesteśmy cynicznymi dupkami! Wiecie, Lawer to jest ktoś! To chyba najlepsze co meni w życiu spotkało! I jest dla mnie idolem! A-a-a ja jestem jego idolem! I razem wychodzimy na piwo do baru i się śmiejemy i odwiedzamy Rennevy! I-i-i- nawet po-pomagam mu w zadaniach do-do-domowych! Cz-czemu? B-b-bo go ba-a-ba-ba-a-ardzo kocham! B-bo to mój synek, a-a-a ja jestem jego tatusie-em i go bardzo ko-kokocham! KOCHAM! K-k-k-k-ko-o-o-ocha-aam...” Mój głos zaczynał się łamać... Moje szare oczy zalały się łzami... Wcześniej tego nie czułem, ale... Chyba pierwszy raz wykrzyczałem coś co w sobie dusiłem przez te wszystkie lata... Pomyśleć, że kiedyś go tak kochałem... Dalej tak jest... Ale... Chciałbym aby był dla mnie takim idolem jak wtedy... Leciały mi łzy po policzkach, były takie ciężkie... On patrzył... Patrzył inaczej... Oczy nie były takie zimne, tylko jakby też tak szklane jak moje, usta miał lekko otwarte, tak jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Przy kolejnym mrugnięciu jemu też poleciały łzy. Czy było mi go żal? Nie... Za późno. Na żal zbiera mu się te piętnaście lat za późno... Gdyby wtedy się powstrzymał, przestał w porę, gdyby wtedy mnie nie uderzył, albo chociaż po fakcie przeprosił... Nie... Za późno... Za późno... Zamknął oczy i zaczął płakać. „Co?! ŻAL CI MNIE?!” Wrzasnąłem do niego. „Trochę za późno! Trzeba było myśleć te piętnaście lat temu, tatusiu!” Ryknąłem. Z bezsilności kolana się pode mną ugięły, nogi miałem jak z waty, ale nie upadłem. Wtedy on upadł na kolana. Zasłonił dłonią usta i płakał... Z moim oczu także toczyły się łzy... Patrzyłem na niego jednak z góry. „To koniec... Żegnaj.” Odwróciłem się do niego tyłem otarłem łzy. „L-l-la-a-awer...” Usłyszałem jego głos, który nie brzmiał jak zawsze, był inny, taki załamany, smutny. „P-p-prze-rze-rzepra-raszam...” Wyszeptał. Ja tylko uroniłem łzę i beznamiętnie na niego patrzyłem. „Za późno...” Otarłem ją i cicho wyszeptałem. Żal mi go było... Tak bardzo chciałem mieć ojca za przyjaciela... Ale to już nie możliwe w kilka minut nie naprawi tych osiemnastu lat... Nagle przyjechał pociąg... Pośpieszny do Walii. Bez namysłu do niego wsiadłem posyłając mu jeszcze to smutne spojrzenie. Przez kolejne kilka godzin drogi płakałem... W końcu nic mi nie zostało, nie mam już nikogo z wyjątkiem Rennevy! W kieszeni kilkaset Funtów, telefon. Tyle. Tak było mi go żal... Tak bardzo chciałbym aby życie inaczej się wtedy potoczyło...

”Rennevy?! Rennevy?!”

Stałem już pod drzwiami domu babci i dziadka w którym od niedawna mieszkała. Niestety, ale nikt nie odpowiadał... W końcu zacząłem w nie walić tak mocno jak tylko umaiłem. Nic... Darłem się wniebogłosy. Nic. Światła pogaszone. Może ich nie ma? Nonsens! Coś się stało! Tak! Coś się stało! Mocno! Łup! Z bara wyważyłem drzwi. W pomieszczeniu utrzymywało się gęste powietrze, którym nie dało się oddychać, w dodatku po zapaleniu światła zorientowałem się że to nie jest zwykłe powietrze, lecz dym. Szare kłęby dymu. „RENNEVY!” Krzyczałem tak głośno... Zasłoniłem usta rękawem, aby nie wdychać tego świństwa. Ale tu było zimno! Szybko! Jeden pokój, drugi, trzeci, kuchnia, piętro! Nigdzie nie ma po niej śladu! Ale... Zaniepokoiła mnie jedna rzecz w jej pokoju. Nie było jej ubrań, najważniejszych rzeczy, a pod łóżkiem i na nim była niezliczona ilość karteczek. „jE   S  t e ś      Ty l K o   M O   J   a”, to jedyne co udało mi się odczytać z tych bazgrołów. Moje serce przyspieszyło. „RENNEVY!” Teraz chyba był tymi krzykami trupa obudził. Sam się nieźle wystraszyłem! Co z moją Rennevy? Dlaczego ktoś tak pisał na karteczkach? Co robić? Wtem przypomniało mi się, że jestem czarodziejem. Zamknąłem i ponownie otworzyłem oczy. Teraz wszystko stało się wyraźniejsze. Moja moc; wszechwidzące oczy, smocze oczy. Dalej jak dureń biegałem po domu, ale nie było śladu po dziewczynie, czy jej matce. Wtedy zobaczyłem że w pokoju obok świeci się światło. Drzwi tutaj były lekko uchylone. Mocno w nie uderzyłem. „Rennevy?” Wszedłem... Niestety. Jej brak. „Ciociu?” Nic... Wtedy zobaczyłem stolik. Na nim stały trzy zdjęcia; wujka, Florence i Rennevy. Co niepokojące... Obok były dokumenty, a wśród nich na stole leżały takie rzeczy jak akt zgonu Florence i dokument potwierdzający zaginięcie wujka. Zmroziło mnie. „KTO TU JEST?!” Wrzasnąłem. Wtedy zostałem zmuszony do użycia smoczej łapy. Moja lewa dłoń pokryła się łuskami, a paznokcie przerodziły się w pazury. Wypatrzyłem, że drzwi obok prowadzą do łazienki w której światło było także zapalone. Nie mogę się czaić! Muszę działać szybko! Podbiegłem, otworzyłem je... Przeszył mnie wtedy niesmak, obrzydzenie. W wannie leżała ciocia. Ubrana w swoje najlepsze ubrania... Podszedłem bliżej... Martwa. Wokoło niej rosła plama krwi w  której pływała żyletka. Nie podchodziłem bliżej. Nie potrzebowałem ostatecznego potwierdzenia jej śmierci. Uciekłem. Szybko wybiegłem z tego domu na zewnątrz i biegłem nie patrząc za siebie. Tylko... Gdzie jest moja Rennevy?

"Poczekaj! Stój!"

Biegłem jak porypaniec przez całą noc... Następnego dnia miałem już zwidy, wszędzie ją widziałem. Raz stała w parku, jednak nikogo tam nie było, zaraz ukazywała mi się przy drzewie, jednak widziałem, że to tylko moja wyobraźnia... Ale wtedy jak to krzyczałem na prawdę wydawało mi się, że ta osoba, która szła przede mną z koszykiem to była ona! Miała tak samo jasne włosy, jednakże jej były nieco dłuższe od tych Rennevy, posturą także się nieco różniła, ale wtedy na to nie zwracałem większej uwagi. To musiała być ona... Znaczy tak myślałem. Miała na sobie rzeczy które prawdopodobnie Rennevy by na siebie założyła: Białą koszulę i spódniczkę z wysokim stanem koloru błękitnego. Powoli traciłem czucie w nogach, tak byłem wyczerpany. Widziałem jakby przez mgłę moją wyciągniętą rękę i ją, która powoli się do mnie odwraca. Wtedy upadłem. Czułem jak boli moja prawa ręka! Tam mocno! Była cała poparzona! Z tych  nerwów praktycznie płonęła przez większość czasu... Pamiętam, że pierwsze co poczułem to miłe ciepło i ulga. Powoli, powolutku otworzyłem oczy. Leżałem w jakimś łóżku w małym pokoiku. Moje obie dłonie były pokryte chłodnymi bandażami, które przynosiły mi ulgę. Byłem sam. Rozejrzałem się po pomieszczeniu... Nikogo nie ma. Powoli usiadłem. Na ścianie obok okno pokazywało przepiękny ogródek. Musiałem daleko zajść, jestem na jakiejś Walijskiej wsi... Wtedy, kiedy obserwowałem skaczące po gałęziach ptaki ktoś otworzył drzwi od pokoju. Ktoś tu wszedł. To była właśnie ta dziewczyna. Włosy miała bardzo podobne do tych Rennevy, jednak były one ciemniejsze i miały taki wnet różowy akcent. Zbadałem ją wzrokiem. Nie przypominała Rennevy. Jej oczy miały błękitną, jaśniutką barwę, jednak uśmiech miała podobny, taki delikatny i przyjemny. Kolor skóry też przypominał Rune – jasny. Była od niej wyższa i miała nieco większe kształty od niej... „Dzień dobry.” Zaczęła nieśmiało. Na jej twarzy pojawił się rumieniec, złączyła dłonie na wysokości ud i wlepiła oczka w podłogę. „Dobrze się pan już czuje?” Spytała. „Tak, dziękuję... Wiesz może co się ze mną konkretnie stało?” Podrapałem się po głowie i poprawiłem rozczochrane kudły. Przydałaby mi się gumka do włosów, w końcu są na tyle długie aby je spiąć... „Cóż... Biegł Pan, zdaje się, że kogoś wołał. Ja akurat szłam nieco przed Panem i obejrzałam się, bo w sumie to nie byłam pewna, czy to mnie ktoś nie woła. I wtedy Pan upadł na ziemię. Ja podeszłam i zauważyłam, że ma pan jedną rękę bardzo poparzoną, a drugą nieco poranioną... Pytałam się czy wszystko dobrze, ale nie odpowiadał Pan, więc pomyślałam, że tak samego tutaj Pana nie zostawię, więc jakoś udało mi się pana do domu przytargać.” Każde jej słowo brzmiało tak jakby ktoś lał miód na moje serce, taki miała przepiękny głos... „Dziękuję.” Uśmiechnąłem się. „Ale proszę, nie mów do mnie na Pan. Jestem Lawerence, ale możesz mi mówić Lawer.” Uśmiechnąłem się do niej. „Miło mi poznać, ja jestem Agnes.” Popatrzyła na mnie w końcu. „Dziękuję Ci jeszcze raz serdecznie za pomoc, ale niestety, muszę powoli ruszać w drogę, muszę znaleźć kogoś bardzo ważnego!” Powoli wstałem, jednak ona gwałtownie zrobiła krok na przód. „N-nie możesz!” Popatrzyłem na jej czerwoną od zawstydzenia twarzyczkę. „Hm?” Przekrzywiłem głowę. Ona się cofnęła i wlepiła wzrok ponownie w podłogę. „P-przepraszam... Nie mogę Cię zatrzymywać, po-po prostu jestem bardzo samotna, moi rodzice zmarli kilka miesięcy temu, dalsza rodzina nie utrzymuje ze mną kontaktów, a właściwie mnie nie chce za bardzo znać... Przepraszam.” Normalnie bym to zignorował i sobie poszedł, ale jednak trochę mnie ona zainteresowała. „A ile ty masz w ogóle lat, że mieszkasz sama w takim domu? Jak się utrzymujesz?” Skrzyżowałem ręce na kratce i z zainteresowaniem wpatrzyłem się w nią. Wyglądała na zmartwioną. „A nikomu nie powiesz? Bo... Bo nie chcę aby inni wiedzieli...” Przytaknąłem. „Widzisz... Ja nie mam jeszcze osiemnastu lat, ale już w przyszłym roku będę pełnoletnia! Sprzedaję ciasta i owoce, w dodatku pomaga mi dalsza rodzina, która co miesiąc przesyła kilkaset funtów prosząc mnie o mówienie wszystkim, że jestem pełnoletnia i o nieprzyznawanie się do nich...” To mnie zaniepokoiło. „To źle... Ale cóż! Nie powiem, jak tobie na tym bardzo zależy, mogę też przez krótki czas zostać i tobie pomóc w pewien sposób, jednak wiedz że muszę kogoś znaleźć!” Zachichotałem. Cóż... To dla mnie było zabawne! Pomaganie takiej dziewczynie, życie z nią pod jednym dachem...

”Ciociu, to ty?”

Wtedy wybrałem się po warzywa do Cardiff. A tam spotkałem kobietę identyczną jak ciocia, mama Rennevy, ale ona nie żyła! Była martwa! „Hm? Lawer? Dziecko co Ty tu robisz?! Przecież zerwaliście z nami kontakt!” Z uśmiechem zaprzeczyłem. „Oni, nie ja!”. Szedłem za nią aż do domu. „Ale myślałem, że jesteś martwa, wczoraj w wannie widziałem cie z podciętymi żyłami!” Ta tylko z irytacją pokręciła głową. „Nie, nie, nie! W wannie były brudne ubrania i płyn do prania! I już mam winowajcę, który wyważył mi drzwi! Dobrze, Lawer, zaraz mam gości, więc przyjdź może... Albo nie, nie przychodź!” Nie chciała ze mną rozmawiać, to wyjaśnione, w końcu rodzice mówiąc zrywamy kontakt, mówili także o mnie... Trudno! Ale nadal martwi mnie to, że nie wiem co z Rennevy. Ona na każde moje pytanie o nią odpowiadała, że z nią wszystko dobrze, albo że nie wie...

”Jesteś chora?”

Mieszkałem z nią już kilka tygodni, w tym czasie bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Ale tego dnia nie wiedziałem co się dzieje. Nagle podała mi jakieś wyniki od lekarza. Przytaknęła. „Mam raka serca.” Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. „A-ale jak to?” Potrząsałem tą kartką, jakoś tak trudno mi było się pogodzić z faktem, że jedna z osób dla której byłem coś wart nagle umiera. „Stwierdzono go już rok temu, od tamtej pory rodzina się ode mnie odwróciła...” Widziałem, ze była bliska płaczu. „A-a-a-aale... Agnes! Będziesz żyć, prawda?” Wtedy z jej oczu popłynęły łzy. „Tydzień czasu...” Zamarłem. Teraz, kiedy mam już jedną osobę, która na pewno żyje, jest przy mnie i jestem dla niej ważny to okazuje się, że już musi odchodzić z tego świata... Wnet ona się do mnie przytuliła. „Agnes...” Wyszeptałem. Objąłem ją niepewnie. „Lawer... Ja przepraszam, że tak teraz to tobie mówię, ale jestem w tobie chyba zakochana, jesteś jedyną osobą która mi została. Kocham cię../” Moje serce robiło się coraz cięższe... Wyznaje mi uczucia, podczas gdy ja mam ja tylko za przyjaciółkę, dobrą znajomą... Nie kocham jej. Nie, nie mogę jej teraz zawieść! „J-ja Ciebie też.” Wyszeptałem z ogromnym bólem. Dlaczego jestem takim masochistą? Albo sadystą? Nie! Masochistą, bo ja jej tym jak i następnymi pocałunkami dawałem przyjemność, tylko ja odczuwałem do siebie żal, pretensje. Gdybym tylko wtedy tak nie biegł! Nie męczył się! Nie przeżywałbym tego co teraz! Za każdym razem kiedy dotykałem jej ciała czułem swego rodzaju ból, wyrzuty sumienia. To toczyło się za szybko nawet nie wiem kiedy wylądowaliśmy w łóżku. Każda czynność z nią związana niosła za sobą taki ból, taką niechęć... Ale nie mogłem przestać! Męczyłem się przez kolejne noce, kolejny tydzień... Kiedy w końcu zaczęła umierać... Tak się męczyła... To sprawiało jej taki ból... Cały czas przy niej byłem, widziałem jak cierpi i jedyne co słyszałem było moje imię i te dwa ciężkie słowa „Kocham Cię”. Te ostatnie godziny jej życia, nie mogłem na nią patrzeć... „Pomóż mi...” Z łzami w oczach złapałem jej dłoń i poprowadziłem ją do siadu. Nie wiedziałem co robię... Po prostu przemieniłem moją lewą dłoń w straszliwą smoczą łapę i... I przebiłem jej klatkę piersiową. Kolejno mocno ją przytuliłem. Tej samej nocy uciekłem z tego miejsca i już nigdy tam nie wróciłem...

”Rozwód?”

Dzisiaj zadzwonił mój telefon. Miałem ochotę w ogóle go nie odbierać, gdy na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie Thranduila i napis „Ojciec”. Westchnąłem... Cóż! Raz się żyje! Niech myśli że mi zależy. Jednak zamiast jego spokojnego głosu usłyszałem szlochanie. Był to głos Lucy, młodszej z bliźniaczek. Z tego całego lamentu zrozumiałem tylko że rodzice biorą rozwód. To lekko mną wstrząsnęło, jednak nie bardzo, w końcu nie żal mi było ojca, bardziej matki, ale w sumie kiedy tylko pomyślę o tym jak nie lubiła cioci i wujka to od razu przechodzi mnie dreszcz nienawiści. „T-t-ta-ak! R-r-r-ro-o-ozwód!”. Westchnąłem. „Lucy, uspokój się. Czemu? Co ten Thranduil znowu zrobił i czemu dzwonisz do mnie z jego telefonu?” Przyjąłem to na trzeźwo, nie miałem zamiaru płakać jej w słuchawkę, zwłaszcza dlatego, bo właśnie siedziałem na lotnisku. Lotnisku? Tak, wróciłem do Londynu metrem, postanowiłem wrócić do Ameryki, skoro już nie znajdę Rennevy, to czemu nie miałbym sob urozmaicić życia podróżą? Miałem dużo pieniędzy, jeszcze Agnes dała mi mnóstwo pieniędzy które jej zostały, plus napisała do tej całej rodziny, że mają wpłacać pieniądze na moje konto bankowe, haha, tyle wygrać! Mam odpowiednią ilość pieniędzy na bilet w te i we wte plus na jakieś tanie mieszkanko! „B-b-o-o-o, Ma-ma-ma-ma ekhehehe!” Tak zaczeła beczeć, że aż się zdenerwowałem. „Uspokój się idiotko i mów normalnie! Marnujesz mój cenny czas!” Ale dziecinada, niby rok starsza a taka z niej beksa! Kurd ona zaraz będzie miała dwie dychy na karku i jeszcze jest zależny od tego elfiego jelenia! „M-mhym! Bo Tata po-powiedział, że n-nie chce ży-żyć z wie-wiedźmą po-pod je-jednym da-achem. Zo-zostawił te-telefon i wy-wyszedł z do-omu. Ma-mama płacze.” Westchnąłem. „Lucy. I co w takim razie chcesz ode mnie?” Przejdźmy do rzeczy! W końcu nigdy bez przyczyny do mnie nie dzwonili, czwórka zwyrodnialców! „Lawer. W-wróć do nas, braciszku! J-jak wrócisz to o-oni się po-pogodzą! Ta-tata chce, mama chce abyś wrócił, my też tę-tęsknimy za naszym małym bra-raciszkiem!” Wnet się poplułem. „Zaraz co? Braciszkiem? A czy ty przypadkiem razem z Lily nie miałyście mnie za szatańskie nasienie, to już się nie pamięta jak jakieś dwa lata temu zrobiłyście fałszywy akt adopcji, aby mnie poniżyć? A Ci dwaj debile Ambrose i Arcady? Oni też nie pamiętają jak mi dokuczali?” Aż się rozkręciłem! Nie będę z nią gadać tak jak z ojcem! Nie ma bata! „A-ale Laweruś! Proszę, my cię tak kochamy, tak tego żałujemy!” Odstawiłem telefon od ucha. „Pieprz się!” I rozłączyłem się. Kolejno wyłączyłem telefon i czekałem dalej na samolot. Trudno. Trochę za późno na przeprosiny... Chyba powinienem zmienić numer... Nie chcę aby nadal mieli ze mną jakikolwiek kontakt! Po kilku minutach wsiadłem do samolotu i... Odleciałem. Żegnaj Anglio!

"Mamo...?"

Minęła już dobra godzina odkąd opuściłem samolot. Postanowiłem, że pójdę pozwiedzać tutejsze "wolne tereny". Wtem jednak zauważyłem kobietę, która przypominała mi matkę. Miała identyczny, niski wzrost, ciemne, krótkie włosy, które lekko kręciły się przy końcach. Stała jakaś niespokojna. Rozglądała się nerwowo. Dziwne... Nikogo tutaj nie było, kogo mogła się obawiać? W końcu wyglądała na zmartwioną, taką wnet przerażoną! Poszedłem bliżej. Ona szybko się obróciła w moim kierunku. Szybko mnie przytuliła. "Lawer! Synku!" Wtem odsunęła się nieco i zaczęła dłońmi głaskać mnie po obu policzkach delikatnie je trzymając. "Proszę! Szybko, wróć pierwszym lepszym samolotem do Anglii, błagam! Tu jest niebezpiecznie, nie możemy tu być, nie wolno nam!" Z jej oczu zaczęły toczyć się łzy. Coś mnie ruszyło, ale nadal miałem do niej żal o to, że tak krytykowała rodzinę ojca. "Nie, nie mam zamiaru! Wracać tam do tych buców! Nie ma mowy!" Chciałem się od niej odsunąć, odejść od niej, jednak było tak dobrze, ona była tą jedną, jedyną osobą w domu, która okazywała mi miłość, jednakże nie twierdzę, że była dla mnie tak dobra jak Renevy, czy Agnes. "Oni Cię zabiją!" Wnet wrzasnęła. Wtedy oczy mi się powiększyły. Zabiją? Kto dlaczego? Nie rozumiem... "Ona też! Wiem, że szukasz Rennevy! Ona nie jest już naszą rodziną, jest jedną z nich!" Wtedy całkowicie straciłem orientację... Jak to ona jest jedną z nich? Kim? Nie dokończyła. "Pozabijają nas! Oni kolekcjonują nasze dusze! Uciekaj! Ratuj się... Hy! Nadchodzą! Schowaj się!" Wtedy jej oczy stały się całe czerwone, smocze. Popchnęła mnie w krzaki. Upadłem. Nie mogłem nic zrobić. Widziałem jak drży. Wtedy przed nią znalazł się jakiś chłopak dość niski. W ręku trzymał długą, cienką szabelkę. "A więc to dzisiaj zostaniesz Death Scythe, Dorothy!" Wykrzyczał patrząc na matkę. "Hehe, prawda, Dave!" Z szabli wydobył się głos! Zrobiłem wielkie oczy. "Odejdźcie... Nie ręczę za siebie!" Wtedy obie jej ręce pokryły się czarnymi łuskami, a z pleców wyrosła para smoczych skrzydeł. Nie wiedziałem nawet kiedy zaczęli się bić... Była słaba... Chłopak zadawał jej duże obrażenia... Widziałem jak upada... Nagle zmieniła się w niedużego smoka. A więc tak wygląda ostateczny stopień przemiany? Najpierw oczy, później ręce, skrzydła, a następnie całe ciało staje się tym okrutnym potworem? Jaka szkoda, że matka nie wyćwiczyła dobrze mocy, że jej dobrze nie rozbudowała, że tak bezmyślnie się przemieniła, wykorzystała technikę, której praktycznie nie potrafiła użyć... Wtedy widziałem jak chłopak wyciąga szablę do przodu... I wtedy mama... Ona nie była gotowa na to, że broń przemieni się we włócznię... Chciała zadać chłopakowi cios z bliska, jednak gdy broń się wydłużyła, nie zdążyła się już zatrzymać... Nadziała się na nią. Jej brzuch przeszyło ostrze. Moje oczy powiększyły się, usta otworzyły. "Ma-ma-..." Oczy zrobiły się szklane. "Ko-ko-kocham C-cię... La-lawer..." Wtedy jakby zniknęła. Rozpłynęła się. Przycisnąłem dłoń do ust, z których chciał się wydobyć przeraźliwie głośny wrzask. Tylko łzy leciały potokiem. Wtedy włócznia stała się wysoką, szczupłą dziewczyną. "Brawo, partnerze! W końcu mogę awansować na Death Scythe!" Krew mnie zalała, gdy przybili sobie piątki. Wyszedłem z krzaków. Wtedy miny im zrobiły się takie zaskoczone. "Dzień dobry, proszę pana, czy wszystko dobrze, czy ta wiedźma nic panu nie zrobiła?" Nawet nie wiem kiedy moje oczy stały się czerwone, a smocza łapa objęła szyję chłopaka. "Ty wredny gówniarzu" Syknąłem. Patrzyłem mu prosto w oczy. "Dave! Łap!" Zmieniła się we włócznie i chciała wskoczyć mu w rękę, aby ten mógł mnie nią ugodzić, jednak moja ręka była szybsza. Puściłem szyję chłopaka i obie dłonie usadowiłem na broni. Obie daleko od siebie i wtedy wziąłem zamach... Połamałem ją na pół, przez kolano, tak jakby to była zwykła gałązka. Następnie rzuciłem odłamki na bok. Wtedy zobaczyłem, że dziewczyna leży martwa na ziemi. Robiłem to wszystko patrząc z nienawiścią w te przerażone oczy chłopaka. "TY POTWORZE!" Wrzasnął do mnie ze łzami w oczach. "Mógłbym nazwać was tak samo." Wtedy złapałem go ponownie za szyję. "Jednak tego nie zrobię, ponieważ potworów powinniśmy się bać." Wtedy nagrzałem dłoń tak, że stanęła w płomieniach. Cierpiał. Ale nie chciałem go jeszcze zabijać, niech się namęczy! Zakończyłem to przebijając jego brzuch łapą. Rzuciłem zwłoki na ziemię i poszedłem przed siebie...

”Deathcity?”

Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że istnieje takie miasteczko. Było tu dziwnie, tak perfekcyjnie, każdy budynek wyglądał niemal identycznie... Cóż! Na jakiś czas trzeba się gdzieś zatrzymać... Problem w tym, że nie mogłem znaleźć hotelu, ale zaczepiła mnie jakaś kobieta. „Nie chciałby Pan kupić mieszkania?” Popatrzyłem na nią zaintrygowany. „Nie jestem pewien... A w jakiej cenie Pani sprzedaje?” Stała z walizkami i nerwowo się rozglądała. „Bardzo Tanio! Za połowę ceny! Albo mniej! Pan zapłaci mi pięćdziesiąt dolarów i dam Panu od ręki!” Zająknąłem się, nie wiedziałem co się dzieje. W sumie... Czemu nie! Wyjąłem portfel, dałem te pieniądze. „W tej kamienicy, mieszkanie numer 15!” Wręczyła mi kluczyki. Wtem skądś wytrzasnęła miotłę i... Odleciała! Chwilę się zastanowiłem nad tym co zrobiłem. Poszedłem sprawdzić co kupiłem. Było to przepiękne mieszkanie, tylko... Za jasne! Kilka dni i będzie przypominać ciemną jaskinię, tak jak lubię! Zakluczyłem mieszkanko i poszedłem na miasto, chciałem sprawdzić gdzie jestem. Dziwnie tu, jakoś tak wesoło, po ulicy latają dzieciaki i idą weseli dorośli. Tam sklep, tu sklep... W sumie nie jest to jakaś zapyziała wiocha, ale przy Londynie to nic... W sumie to nawet tu ładnie... Ale poczułem w sobie rodzaj zaniepokojenia. „Hej, Ann, mam dziwne przeczucie!” Jakaś dziewczynka szła przez miasto z koleżanką, obie nieśmiało patrzyły w moją stronę, jednak ja starałem się to zignorować. „Co się stało, Alice?” Ta druga za bardzo nie wiedziała co się dzieje. Obie szły w tą samą stronę co ja, jednak one szły nieco dalej ode mnie, jednak mogłem usłyszeć ich rozmowę. Nawet nie wiem kiedy na ulicy byłem tylko ja, one i kilku mijających mnie mężczyzn. „Ch-chyba wyczuwam cza-czarodzieja! A-albo to wiedźma!” Wstrząsnęło mną. „A-ale o-on?” To było jednoznaczne. Widziałem kątem oka jak wskazała na mnie palcem. Przytaknęła. Cholera! Kolejna walka? Mordowanko? „Gotowa?” Głupie, tak głośno rozmawiały! Trupa by obudziły tym pseudo szeptem! Widziałem jak Ann zmienia się w tasak, który ląduje w ręku tej drugiej. „S-STÓJ!” Pisnęła. Zatrzymałem się i popatrzyłem na nią beznamiętnie. Broń miała wyciągniętą przed siebie. „M?” Podniosłem jedną brew. „Jesteś czarodziejem! I teraz zginiesz!” Wybuchłem momentalnie śmiechem. „Powiedziała trzynastolatka!” Pokręciłem głową na boki. Ale mnie idiotka zdenerwowała. Wtedy na mnie ruszyła. Co mogłem zrobić? Uaktywniłem błyskawicznie oczy i rozżarzoną ręką chwyciłem tępą część ostrza maczety, tym samym robiąc unik. Szybko przysunąłem się do dziewczyny i smoczą łapą chwyciłem jej obie ręce, które spoczywały na rękojeści broni. Była całkowicie bezbronna. Nie widziałem dobrze jej miny, ale słyszałem piski, które wydobywały się z broni. Ustąpiłem. „Czemu tak wam zależy na zabijaniu wiedźm i czarodziejów?” Spytałem ostrym głosem. „Z jakiej organizacji jesteście?” Spytałem głośniej, gdy nie odpowiadały. „Z-z-z Shibusen!” Trzęsły się obie. „Co to za pieprzony Shibusen?” Warknąłem. „T-to skzoła, w której szkolą magiczne bronie i władających! Zabijamy was, ponieważ wiedźmy i czarodzieje w większości chcą zniszczyć naszą szkołę, ponieważ działa na waszą niekorzyść!” Zrozumiałem, ale teraz przepełniła mnie chęć zniszczenia tej szkoły. „A gdzie ona do cholery jest?” Zamilkły. Wtedy chwyciłem łapą tą jedną za szyję i podniosłem. „Gdzie. Ona. Jest?” syknąłem. „T-tam! Wystarczy, że pójdzie pan kilka metrów prosto i skręci w prawo, a później w lewo i tam zobaczy pan szkołę, przed nią będą wielkie schody!” Puściłem ją wtedy i... Wziąłem zamach łapą, nie chciałem świadków! Ale nagle jakby coś mnie pociągnęło, zaciągnęło w ciemną uliczkę, zatkało usta. „Dlaczego my tu jesteśmy?” Jakby nic się nie stało zaczęły ze sobą rozmawiać. „N-nie wiem! Chodźmy lepiej do szkoły!” i pobiegły w kierunku który mi wskazały. Wtedy mnie puszczono. „Co do cholery?!” Zacisnąłem pięści. „Spokojnie... Jesteśmy czarodziejami podobnie jak Ty. Odradzamy niszczenie szkoły w sposób taki, jaki teraz chcesz zrobić, my tego pożałowaliśmy. Lepiej idź i spiskuj, albo pogódź się z tym, że nic nie wskórasz. A teraz żegnamy.” Czułem się jak we śnie... Dziwne... Cóż... Poszedłem więc do szkoły! Ogromne wrażenie wywarły na mnie jej schody! Wow! Stało tu dużo ludzi, niektórzy na mnie zerkali nieśmiało, coś podejrzewali, inni nie zwrócili na mnie uwagi. Podszedłem do słupa na którym widniało ogłoszenie, dość ważne. „Poszukujemy kucharza do zawodówki śmierci. Przyjmiemy każdego z talentem!” Coś tam dalej było, ale nie patrzyłem na dalszą część tekstu! Poszedłem po schodach do szkoły... O Boże ile to mi czasu zajęło! Ale chęć niszczenia Shibusena od bólu nóg była silniejsza! Kiedy w końcu wszedłem do szkoły udałem się do dyrektora... To była śmierć! Przywitał mnie, porozmawialiśmy chwilę, zgrywałem grzecznego, miłego mężczyznę i... Dostałem tę pracę! Hahaha! Jakże obrzydliwie się z tym czuję! Teraz mogę zniszczyć tą okropną zawodówkę dla młodocianych zabójców wiedźm i czarodziei. Tylko... Dlaczego tamta dziewczynka na korytarzu miała tak jasne włosy?

_________________


My voice. | My theme. | I'm always like that.
#9C9C9C
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t583-lajel
 
Pamiętniki Barbie
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Izba Pamięci
» Jak to jest stracić pamięć? ~Roko Scarlet
» Pamiętnik Jessi
» Łąka pamięci
» Sklepik z indiańskimi pamiątkami

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Off-top :: Inne historie-