IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Cmentarz

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość

avatar
Uczeń EAT
Posty : 400
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 21

PisanieTemat: Cmentarz   Pią Lut 20, 2015 8:11 pm


Nazywany ,,Cmentarzem haków" ze względu na zwisające z nagich drzew haki. Ciche, mroczne miejsce niemal zawsze okryte mgłą. Znacznie oddalone od Shibusen, znajdujące się niemal na samym końcu Death City.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t82-nienawidze-cie-elijah-2015

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Sob Lut 21, 2015 6:06 pm

Delikatnie stawiała swoje stopy, jakby miała zaraz natrafić na minę i pożegnać się z życiem. A jej ciało wtedy by się rozleciało na parę kawałków. Następnie wszystkie gazety opisywałyby tragiczne losy nastolatki, która przyszła odwiedzić groby, a ją rozsadziła jakaś mina. Nie sądzicie, że to trochę smutne? Tak jak Rennevy. Była teraz dość smutna. Bo się nie uśmiechała. Może też chciała przyjść do takiego miejsca jako manifest swoich myśli samobójczych i ran psychicznych? Jeżeli człowiek się nie uśmiecha, to znaczy, że coś go trapi. A jak długo się nie uśmiecha, to znaczy, że coś go przygniata i nie chce zejść. I nie chodzi mi tu o takiego kota, co to lubi się na kimś położyć. Chodzi mi o takiego większego kota, który zowie się „problemy egzystencjalne”. I bynajmniej nie chciał z Rune zejść.
Jej włosy delikatnie powiewały od wiatru, który właściwie nie wiedział czy wiać. Raz zawiał, raz nie, raz mógłby sobie darować. Dorzućmy do tego bardzo ponurą scenerię cmentarzyska, pełnego czyichś grobów i… haków? Cokolwiek zwisało z drzew. Najbardziej to to chyba przypominało haki, dlatego więc zostańmy przy tej opcji. Dziewczyna szła dość powoli, w rękach ściskała białe róże, które kupiła za jakieś drobne z kurtki. Nie założyła dzisiaj w ogóle kokardek, tak więc pasma zwisały bezwiednie, bez jakiegokolwiek dekoru czy innego duperela. Wyglądała wtedy zupełnie inaczej, tak jakoś… poważniej. Miała na sobie mocno podniszczony płaszczyk z przykrótkawymi rękawami, spod których dosłownie wyrastały zdecydowanie za duże od swetra. Przynajmniej nie było jej zimno w dłonie. Założyła wyjątkowo długą spódnicę, bowiem sięgała ona prawie do ziemi. Na stópkach eleganckie buciki, te same, które miała w dniu przybycia do szkoły. Można powiedzieć, że się nawet odstawiła. I wędrowała wśród nieznanych grobów.
Chociaż wcale nie chodziła tak bez celu. Wchodząc w każdą nową alejkę, jej wzrok od razu skupiał się na tabliczkach. Mijała groby rodzinne, dziecięce, pojedynczych osób, małżeństw oraz takie niepodpisane. Jednak nie szukała konkretnej osoby. W końcu jej rodzina spoczywa na cmentarzysku w jej rodzinnym miasteczku. Wciśnięte gdzieś, liczyło sobie już trzy ciała. I na szczęście w tym roku nie trafiło czwarte. Nie pojawiła się po raz czwarty ta sama data, której się najbardziej obawia. A każdy na jej miejscu takiej by wyczekiwał, chociaż… Gdyby istniały takie same okoliczności, pewnie zachowywałby się identycznie jak ona.
Zatrzymała się. Znalazła drugi. Drugi grób z wyrytą datą osiemnasty października. Jej urodziny. A także dzień, w którym może tracić bardzo ważne rzeczy. Delikatnie wyjęła jedną różyczkę i odłożyła. Chwilę tak stała, wbijając wzrok w ten biedny kawał kamienia. Następnie zamknęła oczy, ukłoniła się i poszła dalej. Szczerze mówiąc, wyglądała jak siedem nieszczęść. Albo jak jakaś zjawa, co to ogląda groby i zostawia na paru kwiaty, według tylko sobie znanej kombinacji. O ile pamiętała, „zaliczyła” już grób kobiety i mężczyzny. Niech to będzie za dziadków. Nawet jeśli leżą jakieś dwie alejki od siebie. Przypominała sobie, jak jej dziadkowie często się kłócili, najczęściej z powodu oglądanego programu. Dziadek lubił wojenne filmy oglądać, a kiedy ona i Florence przychodziły oglądać, to zawsze trafiły na te brutalne sceny. Wtedy babcia się darła, że powinien dziadek przełączyć, ale on tego nigdy nie robił. Do teraz ją to ciekawi.
Westchnęła ciężko. Powinna była już tu przyjść wcześniej, jednakże pewne sprawy całkowicie jej na to nie pozwalały. Od jej urodzin trochę minęło, a miała to załatwić właśnie wtedy. Ciekawe czy istniała możliwość, aby mogła wrócić w tamtym dniu na chwilę do Walii. Odwiedziłaby matkę i upewniła, że z nią na pewno jest wszystko w porządku. Niby nie powinna się martwić, ale… Jakoś nadal się bała. Nawet jeśli trochę minęło od tamtego dnia.
Miała także okazję pomyśleć o wydarzeniach z cyrku, alejki czy korytarza. O obietnicy. O tym „wspólnym niebie”. Jak tak zaczęła rozmyślać, zorientowała się, że w sumie dawno nie widziała Raya. Nie zdążyła mu wyjaśnić i przeprosić za akcję, jaką tam zrobiła. Tylko ona mogła zasnąć w miejscu, którego się bała i obawiała się tajemniczej strzykawki znikąd. Ale nie, musiała się popisać swoją pierdołowatością. W tym momencie wydała z siebie dziwny dźwięk, który wyrażał zakłopotanie. Coś między „nyu” a „ee”. Tak mi się wydaje, bo to w sumie był dość dziwny dźwięk. I jeszcze dziwniejszy wyraz twarzy, który nie do końca wiadomo co wyrażał.
Rozejrzała się dookoła. Ciekawe czy ktoś tu w ogóle przychodzi. Niby znicze się świecą, kwiaty świeże w miarę… A nikogo kompletnie nie było. Prócz tych dziwnych haków, które zwisały z gałęzi drzew. Do czego służyły? Powoli zaczynało ją to interesować. Bo to dość dziwne, że takowe dyngsy wiszą. Chociaż dobrze, że to nie pętle, bo by jeszcze bardziej przywodziły na myśli samobójstwo i takie tam. Rennevy poczuła, jak jej ciarki przechodzą po plecach. Jeszcze tylko dwie róże i może wracać…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Sob Lut 21, 2015 8:17 pm

Zwyczajne dni, które obfitowały w masę wolnego czasu sprowadzały Raya do myśli "Co robić?", które szybko były rozwiązywane. Dzisiaj było podobnie, a odpowiedzią na problem nadciągającej nudy jak chmury burzowe, był spacer po peryferiach Death City. W te obszary czarnowłosy zazwyczaj się nie zapuszczał, bo wolał najpierw poznać centrum, które i tak było dosyć pokaźnych rozmiarów. Takie wędrowanie mogłoby się wydawać nudne. Ba! Nawet oczywiste, że jest całkowicie beznadziejne dla ekstrawertyków, którzy potrzebują nieco bardziej aktywnej czynności, lecz introwertycy pokroju Raymonta świetnie się bawili. Oczywiście, każdy introwertyk woli swoje mieszkanie niż otwartą przestrzeń, ale Ray kochał poznawać nieznane co różniło go. Jego zakres zainteresowań był niesamowicie szeroki dlatego podróże nawet tak błahe jak po mieście były dla niego czymś przyjemnym. Chłopak zwyczajnie potrafił smakować życie w wielu jego wymiarach i w istocie był smakoszem, a nie głodomorem, który "łapał" zębami go jak najwięcej, by "nachapać" się zanim umrze z przejedzenia. Gdzie miałby się śpieszyć? Sprawdzić swoje przekonania na temat drugiej strony mógł innym razem.
Gdzie zaprowadziły go nogi? Na cmentarz, a raczej w jego pobliże. Trafniejszym pytaniem byłoby jednak "Gdzie zaprowadziła go muzyka?", bo to w nią wsłuchany szedł chłonąc obrazy. Nie rozmyślał nad niczym konkretnym, delektował się dźwiękami i obserwował. Jak zazwyczaj miał pełną głowę myśli, tak teraz było tam spokojnie. Był to jeden z powodów jego miłości do wszelkiej maści muzykalności. Potrafiła pobudzać jego wyobraźnię, a także uspokajać ją. Działała na niego ignorując często jego warstwę obojętności, blokadę emocji, co pozwalało uwolnić je, wpłynąć na wnętrze Raya bez zbędnego otwierania się.
Widok miejsca pochówku zmarłych jednak zatrzymał Raymonta, a nawet sprawił, że zdjął swoje ulubione, czerwone słuchawki. Muzyka w nich była dosyć cicho, lecz i tak słyszał delikatne dźwięki, mimo że spoczywały mu na karku. W innej sytuacji wzrok cmentarza nie wzbudziłby w Rayu żadnego specjalnego uczucia, ani myśli, aczkolwiek zwisające z drzew haki były dosyć intrygujące. Jakoś nie dziwiło to chłopaka, w końcu był w Death City, tutaj same dziwne rzeczy. Nie dało się jednak powiedzieć, że nie zainteresował go ten obraz. Od razu zrodziły się w jego głowie pytania "Dlaczego haki?", "Co one tu robią?", "Kto je zawiesił?", "Może coś symbolizują?" i tak dalej. By znaleźć odpowiedź na nurtujące go kwestię postanowił wejść do środka, a raczej na plac. Przekroczył bramę i wyciągnął telefon z kieszeni, by zatrzymać muzykę. Dlaczego to zrobił? Z czystego szacunku dla zmarłych. Tak samo wyciągnął ręce z kieszeni. Można pomyśleć, że Ray był wierzący, ale to niestety nieprawda. Trudno powiedzieć też, że był niewierzący. Określał siebie jako deistę, a zatem twierdził, że istniał jakiś Bóg, który był istotą nadrzędną i stworzył świat na zasadzie maszyny, mechanizmu, który działa, a następnie porzucił go. Sprawiało to, że mógł stwierdzić "Wierzę w Boga", ale jednocześnie nie zaliczał się do żadnej religii. Inaczej było ze sprawą wyznawania, gdyż tego nie robił, to już nie dotyczyło go. Dlaczego zatem na cmentarzu zachowywał się jakby był wyznawcą? Dlatego, że szanował zmarłych, a także wyznania innych. Każdy miał swoje zdanie i jego odmienność od przekonań Raymonta nie znaczyła, że mógł uważać je za gorsze lub głupie. To zupełnie nie ten typ człowieka.
Powolnym krokiem przechadzał się dróżkami obserwując nagrobki w poszukiwaniu rozwiązania zagadki cmentarza haków, lecz niestety wskazówek nie było. Groby były zupełnie zwyczajne, lecz nagle dostrzegł na jednym białą różę. Była zupełnie świeża, jakby ktoś niedawno ją położył. Dzień był raczej nieszczególny, data już minęła. Kilka kroków dalej spotkał znów białą różę i znów tą samą datę. Przyglądnął się chwilę, a następnie ruszył dalej swoim powolnym oraz cichym krokiem. W końcu przecinając jakąś alejkę ujrzał białowłosą dziewczynę, a przynajmniej mu się tak wydawało. Podobnie nie był pewien czy w rękach trzyma wcześniej widziane kwiaty, czy nie. Skierował się zatem w jej stronę, aby lepiej się przyjrzeć. Początkowo był przekonany, że to zupełnie nieznajoma osoba, jednak zbliżając się powoli odczuwał, że jakoś kojarzy ją, ale skąd? Jaśmina była blondynką, a Rune nosiła zawsze kokardki - a przynajmniej tak wnioskował po rozmowie z nią i własnej obserwacji, ale tym razem włosy nie były ozdobione wstążkami. Początkowo miał w planach jedynie przejść obok, by dostrzec ową personę, lecz gdy dotarło do niego, że to jednak nikt inny jak Rennevy, to wszystko się zmieniło. Nie wypadało ot tak przywitać się "Cześć", gdy jest się na cmentarzu, a druga osoba widocznie przeżywa jakieś ważne chwile, skoro zostawia kwiaty na grobach z tą samą datą. Również dziwne byłoby jakby przeszedł bez słowa, w końcu znali się i... trochę poplątały się ich życia ze sobą.
- Dziwnie wyglądasz bez wstążek. - odezwał się spokojnym głosem, by nie przestraszyć dziewczyny. W sumie dotarło do niego, że komplementem to on nie rzucił... biedna Rune. - Najpierw nie poznałem Cię. - dodał po chwili i przyglądnął jej się, aby zapamiętać obraz Rennevy również bez tych dodatków na włosach i dodać podpis "Tak też może wyglądać, nie zapomnij". Spojrzał na trzymane kwiaty zastanawiając się chwilę czy powinien zapytać. Nagle coś do niego dotarło, coś co umknęło jego pamięci. Przecież zostawiała róże na nagrobkach z datą jej urodzin, to musiało coś symbolizować. A może po prostu znała tych ludzi? Mieli inne nazwiska, ale dzień i miesiąc się zawsze zgadzał.
- Co tutaj robisz? - równie dobrze mogłaby zapytać go o to samo, lecz pytanie tego typu zdawało się być wyjątkowo bezpiecznym, aby nie stać się natrętnym albo ciekawskim. Ray sam takich ludzi nie lubił, a więc tym bardziej nie chciał wyjść na kogoś tego pokroju. Chłopak mimo swojej spostrzegawczości nie dojrzał, że coś ze strojem dziewczyny jest nie tak. Zauważał różne drobnostki, o których inni by nie pomyśleli, ale jednak jego męska strona osobowości, która niezbyt zwracała uwagę na strój była silna. Skoro wyglądała ładnie to po co miał drążyć temat? Nie było co szukać dziury w całym, a raczej przydługawych rękawków...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Sob Lut 21, 2015 9:47 pm

Rune jakoś nie miała czasu nad zastanawianiem się nad symboliką. Nienawidziła być w takich miejscach. Takich, gdzie świat przypominał jej o ulotności życia i wydarzeniach, których raczej nie chciała pamiętać. Znaczy, ona by nie chciała, ale wie, że powinna. Bo jak tylko zapomni, to oznaczałoby poddanie się. Poddanie się i porzucenie tego wszystkiego, nad czym pracowała. Owszem, ma nie przejmować się swoimi upadkami, ale nie może ich zapominać. Ma z nich wyciągać lekcje, wnioski, obserwować nowe rzeczy. Uciekanie niczego jej nie przyniesie. Nawet jeśli czasem bardzo chciałaby uciec, nie potrafi jakoś się do tego przyznać. Woli udawać, że wszystko jest w porządku, samej pokonać problem. A potem jest zła na siebie, że przy najbliższej okazji wylewa z siebie całą tę frustrację. Następnie o tym nie myśli, minęło. Znowu napotyka problem, znowu go kisi w sobie, znowu kogoś tym obarcza. I tak w koło Macieju. Potem jeszcze dochodzi kwestia kota Problema Egzystencjalnego, bowiem nie robi ona postępów i to ją dołuje. Wtedy mamy tę taką zadumę. Zadumę i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie. Rzadko kiedy takową znajdzie, dlatego co? Wrzuca to do worka z przeszłością i brnie do przodu. Ach, jakie to problematyczne. Wszystko to zamyka się w błędnym kole, z którego ona wyleźć nie może.
Nigdy nie sądziła, że bez ukochanych wstążek wygląda tak inaczej. Nie zastanawiała się w sumie nad tym. Ale jakby pomyśleć, że skoro zawsze w nich chodzi, to nic dziwnego, że to jest nagła zmiana, ten brak. Raczej sama z siebie ich nie zdejmowała. W sensie, że tak na co dzień. Musi się dopiero coś „zadziać”, żeby ominęła tę część. Coś, przez co ona uzna, że niestosowne jest pokazanie się w kolorowych kokardkach. Czy ona wygląda aż tak poważnie bez nich? Twarz chyba jest taka sama, w magiczny sposób raczej nie straciła swoich kolorków, a oczy swego blasku, nieprawdaż? Jeżeli jest inaczej… Cóż, te kokardeczki jednak mają wielką moc.
Szła już chyba wzdłuż dziewiątej alejki. Kompletnie nie rozumiała tutejszego rozkładu grobów, bo w jednej alejce jest chronologicznie, w drugiej alfabetycznie, a w jeszcze innej byle jak. Przez co osoba z nazwiskiem na „k” jest obok osoby z nazwiskiem na „z”. Zdumiona potem uznała, że chyba za rzadko bywa na grobach, skoro ją to dziwi. Może jakoś się jej ubzdurało? Podświadomie uwielbiała porządek, a gdy takowego nie ma, to od razu się jej psuł humor. Wewnętrznie brak uporządkowania ją zabijał. Chociaż czy nie było już maniaka symetrii? Mniejsza z tym. Rennevy liczy na to, że nie będzie musiała w przyszłym roku pędzić na złamanie karku do Walii. Tyle.
Cała drgnęła, gdy tylko usłyszała za sobą głos. Ramiona podskoczyły do przodu, prawie ugryzła się w wargę, a kwiaty wypadły jej z rąk. Z kokardkami czy nie, to nadal ta pierdoła. Powoli odwróciła się do właściciela znajomego głosu. Ray. Dawno go nie widziała. Ostatni raz wtedy, kiedy zostawił ją podle u pielęgniarki. Czy tam pielęgniarza. Osoby w kitlu, która mogła w każdej chwili wbić jej skalpel w czoło za nieposłuszeństwo. Ale przynajmniej dobra herbatka była…
- O, dzień dobry. Nie mów mi, że kokardki to esencja mojego wyglądu. Chyba że tak idealnie dobieram, że nie możesz się im oprzeć, Ray. – Uśmiechnęła się lekko, stojąc bokiem do chłopaka. Zaraz potem na jej buźce pojawiło się poirytowanie i nieco wydęła policzki. – Jak mogłeś zostawić mnie wtedy w gabinecie? Mogłam zarobić skalpelem w czoło, tacy nieprzewidywalni są mężczyźni w kitlu. – mruknęła, szybko się rozpromieniając. Jakoś nie potrafiła się na niego wściec za to. Nawet jeśli wtedy nazywała go cholerą i tak dalej. Jak na niego patrzyła, nie potrafiła mu wygarnąć. Uśmiechnęłaby się, jednakże nie chciała robić tego w takim miejscu. Starała się zachować resztki powagi.
Na pytanie chłopaka nie zareagowała od razu. Najpierw odwróciła wzrok. Potem spojrzała na kwiaty i odwróciła głowę, stojąc całkowicie do niego bokiem. Zazwyczaj starała się zachować brak emocji, jednakże teraz nie potrafiła. Przy nim nie potrafiła. I to ją cholernie irytowało.
- Nic ważnego – odpowiedziała chłodno. Chciała się ugryźć w język. Tak miało wyglądać „brak emocji”? Super.
Szybko jednak spróbowała zaimprowizować. Odwróciła się do niego przodem… idealnie zgrywając się z wiatrem. Dosłownie. Akurat w tamtej chwili zerwał się mocny, choć nie aż tak porywczy wiatr, który bujnął jej włosami. Przysłoniły one jej usta i nos, a ona wpatrywała się w Raya swymi brązowymi oczkami. Natarczywie, w pełnym wytrzeszczu, zachowując powagę. Ściskając w rękach dwie białe róże, wyglądała naprawdę jak ktoś, kto nawiedzał groby. W dodatku jeszcze ta spódnica, która także została porwana przez wiatr… Ona to ma czasem wyczucie do takich scenerii.
- Bawię się w ducha – wypowiedziała to tak samo chłodno, jak poprzednie zdanie. Zaraz potem odgarnęła niesforne pasma, przechyliła nieco głowę i się uśmiechnęła lekko. Cała zaświatowa otoczka poszła się walić. – Zaraz skończę. Poczekasz? Chyba że chcesz iść ze mną. Tak w ogóle, to co ty tu robisz? Nie wyglądasz, jakbyś przyszedł nawiedzać zmarłych – zapytała ze szczerą ciekawością. Raczej nikt nie przychodzi na cmentarz dla samego przyjścia. A jak przychodzi… To ona wolałaby trochę się oddalić od owego osobnika.
Spojrzała na grób, który miała tuż koło siebie. Idealnie trafiła na datę. Wyjęła jeden kwiat, położyła i chwilę stała w milczeniu. Ukłoniła się lekko i odwróciła do Raya.
- Została ostatnia. Jeżu, jak tu zimno… – powiedziała nagle, zaciągając rękawy swetra jeszcze bardziej na dłonie. Ciekawe skąd ona ten sweter wytrzasnęła. Bardzo fajny. I cieplutki. Kompletnie go nie rozpoznawała, ale może zawsze chowała go na dno szafy. Tak jak z tą spódnicą, co teraz miała. Nawet nie wiedziała o jej istnieniu, dopóki nie dogrzebała się na dno torby. Przez dobre pół godziny zastanawiała się po cholerę komuś zszyta firanka. Naprawdę, tak było.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Nie Lut 22, 2015 1:57 am

A jak wyglądało rozwiązywanie problemów w wykonaniu Raya? Cóż, bardzo prosto i znacznie mniej dokuczliwie niż u Rune. Ignorancja to cecha, którą zwykło się uważać za negatywną, lecz w rzeczywistości ma też swoje dobre strony - jak każda.  Właśnie dzięki niej chłopak mógł pozostawać niewzruszony i jakoś sobie żyć dalej. Czy była to opcja godna pochwały? Skądże, w końcu dla niego nawet zazwyczaj nie było problemu. Oczywiście nie zawsze ignorował przeciwności losu, bo niekiedy dotyczyły zbyt bliskich mu osób. Dopóki skupiały się na nim - wszystko było w porządku, lecz gorzej jak za cel obrały sobie kogoś, kto wiele znaczył dla Raymonta. Wtedy zazwyczaj nie radził sobie. Starał się pomóc, lecz gdy tylko nie mógł popadał w głęboką irytację własną bezsilnością. Bywał wtedy... dziwny. I to nie tak dziwny jak jest zazwyczaj, wydawał się jakiś "nie swój". Niby panował nad emocjami, ale jednocześnie nie potrafił ich zagrać, a wewnętrzne konflikty nie pozwalały mu uśmiechać się jak ktoś zażartuje, a przecież gdy nie uśmiechnie się, to wyjdzie na jaw, że coś jest nie tak, prawda? No, zatem tak to u niego wyglądało.
Reakcja Rune na jego widok jakoś go nie zdziwiła. Zawsze na początku przestraszyła się go. Jak upadła na korytarzu na jego buty, jak spotkał ją w alejce, a teraz na cmentarzu. Powoli zaczął się zastanawiać czy Rennevy nie ma jakiejś traumy związanej z osobami pokroju czarnowłosego. Później niby wszystko było normalnie, ale start rozmowy zawsze ten sam. Jego spokojny głos był, aż tak przerażający? Przecież nie krzyczał nigdy, a mówił normalnie. Może nawet ciszej niż uznawane jest za "normalnie". Chociaż... tym razem mógł zwalić winę na scenerię. Cmentarz z hakami nie był zbytnio radosnym miejscem, które wprowadza lekkoduszny nastrój. Raczej to dosyć ciężka atmosfera rodem z dobrego filmu grozy, ale wszystko zmieniało się w momencie spotkania kogoś znajomego. Miło było usłyszeć jej głos, szczególnie, że trochę się nie widzieli. Nie spotykali się nigdy umówieni, a wpadali na siebie zazwyczaj. Czasem bardziej dosłownie, czasem mniej...
- Śmiałe stwierdzenie. - odparł na temat "niemożności opierania się", ale coś w tym było. Dziewczyna znacznie lepiej wyglądała w kokardkach, a może to kwestia przyzwyczajenia? - Powiedzmy tak - Rune bez kokardek to nie Rune, to... Ursula. Albo Catherine. Ewentualnie "Rune bez kokardek". - dodał po chwili z lekkim uśmiechem. Patrzył na nią zdziwiony jak mówiła o tym porzuceniu w gabinecie. Przecież zostawił ją z lekarzem... i to w Shibusen... była tam bezpieczniejsza niż gdziekolwiek indziej. Na jej słowa zbliżył się i swoją lewą dłonią odgarnął jej grzywkę zbliżając nieco twarz i wpatrując się w czoło.
- Hmmm... nie wygląda jakbyś oberwała skalpelem, więc chyba wszystko dobrze. - stwierdził zupełnie zamyślony, aż odsunął się po chwili do swojego wcześniejszego miejsca i uśmiechnął się znacznie bardziej niż wcześniej. Nie czuł się najlepiej żartując z niej na cmentarzu kiedy odwiedza jakieś groby, lecz sytuacja, aż się prosiła - Ray musiał skorzystać.
Jego pytanie było raczej zbyt ogólnikowe, bo nie spotkało się z precyzyjną odpowiedzią, ani nawet szczerą. Szczerość podważały dwie rzeczy, a jedną z nich był ton wypowiedzi. Rune mistrzynią w ukrywaniu emocji nie była, by mówić "beznamiętnie" trzeba trenować, lecz w tej sytuacji nawet taki styl byłby podejrzany. Najlepiej być naturalnym. Chciał już się odezwać, aczkolwiek nie zdążył, gdyż Rennevy zrobiła coś co mózg Raymonta określił jako "zjawiskowe". Brzmiało to jakby takie wydarzenie było całkowicie magiczne, niecodzienne oraz wspaniałe - i takie poniekąd było. Czy wiatr dodawał uroku? Brzmi jak bzdura, a Ray podpisałby się pod tym obiema rękoma, mimo że jest leworęczny. Widok targanych przez podmuch włosów, które po części zasłoniły twarz oraz brązowych oczu, które wpatrywały się w niego, prosto w niego, a on w nią sprawiły, że aż zabiło mu szybciej serce. Nie należy jednak tego przeinaczać w miłość, zakochanie, zauroczenie czy inne wzniosłe uczucie. Chłopak zwyczajnie zachwycił się urokiem i urodą jaką emanowała Rune. Ledwo powstrzymał się od otworzenia ust z podziwu, lecz nie opanował swoich oczu, które otwarły się znacznie szerzej - już nie wyglądał na tak spokojnego i obojętnego jak zwykle. Całej magii tego widoku nie zniszczył nawet żart, a kolejne czynności jedynie dodały jej. Z "transu" wyrwały go dopiero kolejne słowa. Nie wiedział czy się zarumienił, nawet go przez chwilę to nie obchodziło, bo dopóki mógł na nią patrzeć w tamtej chwili, dopóty reszta mogła nie istnieć. Uspokoił się natychmiastowo odwracając wzrok na chwilkę, by wszystko wróciło do normy.
- Pewnie, zaczekam. - odparł początkowo ignorując pytanie skierowane w jego stronę, by móc powiedzieć to co chciał wcześniej. Jeszcze ujrzał jak kolejny kwiat wędruje na nagrobek z tą samą datą. - Jednak nie wydaję mi się żebyś robiła tutaj coś nieważnego. Kładziesz róże na grobach z taką samą datą, a na sobie nie masz kokardek, które wydawały się znaczyć dla Ciebie bardzo wiele. - powiedział dosyć poważnie. Nie lubił wtykać nosa w nie swoje sprawy, ale jednocześnie nie lubił gdy ktoś zbywał go w ten sposób. Jeżeli nie chce się o czymś mówić, to odpowiada się prosto z mostu, szczerze, a nie ukrywa.
- Ja zwyczajnie przechodziłem i zaintrygowały mnie haki, a później te świeże kwiaty. Obserwując Twoją reakcję na mój widok, wyglądało to jakbym przychodził nawiedzać żywych, a nie zmarłych. Zresztą... jak się nawiedza zmarłych? - zapytał z uśmiechem, gdyż dotarła do niego porażająca logika bijąca ze stwierdzenia Rune. Czy to ten sławetny kobiecy tok myślenia?
Swoim ogrzewaniem dłoni przydługawą częścią ubrania zwróciła uwagę Raya, który na ten widok najpierw zdziwił się nie mniej niż wcześniej, a później prychnął śmiechem powstrzymując się, gdyż był na cmentarzu. Czarne, długie rękawy mimo braku szczególnych cech były dla Raymonta wyjątkowo charakterystyczne, gdyż to właśnie sweter, który najbardziej lubił, a który zostawił pod głową Rennevy w gabinecie medycznym. Ledwo powstrzymując się od dalszego rozbawienia, ze łzami w oczach złapał za jej rękaw jakby chciał chwycić za dłoń i podniósł jej rękę, by przyjrzała się.
- Niezły gust, masz sweter idealnie w moim stylu. Sam bym taki nosił. - powiedział z trudem i całkiem szerokim uśmiechem na swojej niemalże zawsze spokojnej twarzyczce. Nie mógł uwierzyć, że założyła za duży na siebie ciuch, który nawet nie był jej i tego nie zauważyła. No, ale w końcu Ray zdążył nieco poznać Rune i stwierdzić, że to u niej całkiem normalne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Nie Lut 22, 2015 9:11 am

Może Rennevy miała parę traum na koncie, ale na pewno nie chodziło o osoby takie jak Ray. Chyba że mówimy o takich, co to lubią zachodzić dziewczyny na cmentarzach od tyłu. To wtedy może się ich nieco bać. Przestraszyła się, bowiem kompletnie nie spodziewała się, że go spotka. Że kogokolwiek spotka z żywych i znanych sobie. W końcu ten cmentarz jest troszkę za miastem, a przez ten cały czas widziała chyba tylko jednego przechodnia. Czyżby to miejsce było odwiedzane tylko kiedy jest „ważna potrzeba”? Cholera wie. Jednak proszę sobie wyobrazić: spokojnie załatwiacie swoje sprawy, a tu nagle zagaduje was ktoś od tyłu. Możliwości jest wiele: duch, trup, wiedźma, czarownik, wampir albo jakiś kolega z pracy, który przypadkowo także przyszedł coś zrobić. Wszystkie są jednakowo możliwe.
Na jego uwagę o tym, że ona bez kokardek to nie Rune się nieco zachmurzyła. Wydęła policzki, słysząc swoje pozostałe dwa imiona. Nie żeby wtedy myślała o swoich przeżyciach w śnie cyrkowym, kiedy to spotkała „Ursulę” i „Catherine”. No, może trochę. Nie mówiła mu o tym, raczej nie chciała, ale jakoś nie miała problemów ze zmianą tematu. Może aż tak ją to nie dotknęło? Albo… Nie wiem co.
- No, proszę. Pamięta drugie i trzecie imię, ale nie pamięta pierwszego. A to ja mam kiepską pamięć – powiedziała z lekkim kpieniem. Nadal nie wyszła z obrębu „lekkiego uśmiechu”, bo nadal uznawała to za niestosowne. – Śmiem twierdzić, że owa „Rune bez kokardek” to po prostu Rennevy, panie Raymoncie – odparła, nakładając nacisk na swoje imię.
Dziewczyna nie była chyba nadal przyzwyczajona do tego, że są w nieco bliższej relacji niż kolega-koleżanka. Bardziej coś jak przyszli partnerzy w pracy. Albo to ona się tak wszystkim przejmowała. Odruchowo cofnęła swoją głowę, gdy tylko Ray się do niej zbliżył. Odwróciła wzrok, gdy tylko się zbliżył. I nawet jeśli nie patrzył jej w oczy, ona nie mogła na niego spojrzeć. Starała się nie rumienić, ani nie reagować zbyt impulsywnie, bo jeszcze coś sobie zrobi. Na przykład ukłuje się niewidzialnym kolcem róży, o. Skalpela nie ma, bo udało mi się przeżyć, ty cholero. I nawet nie myśl, że to było bezpieczne miejsce. To było BARDZO niebezpieczne miejsce. Mogłam w każdej chwili umrzeć. A ty byś nawet o tym nie wiedział. Na jego komentarz odpowiedziała niepewnym skinieniem głowy. Jeszcze nie czas na zestawienie wszystkich fobii i zboczeń Rennevy. Nawet jej nie przeszkadzało to, że chłopak sobie z niej zażartował. Jak on kiedyś dostanie skalpelem w czoło, to ona powie tylko, że przecież lekarze nie są straszni. Cha, cha, takie zło.
Rennevy Ursulo Catherine Nightwish, co ty do cholery wyprawiasz? Co to w ogóle był za tekst? „Bawię się w ducha”. Dobrze, że ten wiatr zawiał, to byś nie musiała pokazywać swojego zmieszania. Albo tej swojej przyćpanej miny, kiedy nie wiesz co powiedzieć. Ale nie powiem, akcja ładna… Nawet jego coś ruszyło. I nie, nie mówię tu o wietrze. Jednakże nie mogłaś niczego lepszego wymyślić? Zacznijmy od tego, że nie umiesz chować emocji. Umiesz zmieniać temat, ale nie potrafisz ukrywać swych intencji. Dlatego nawet nie próbuj ściemniać, dobra? Możesz wyskakiwać z czymkolwiek – przeplataniem słów z angielskiego i japońskiego, co to kuzyn uczył, albo dźgać w imię Wielkiej Ryby Piły. Wsio ryba co. Ale nawet nie próbuj ukrywać emocji. Gadasz z fachowcem, przecież, kobieto.
Chłopak odezwał się mniej więcej w momencie jej ukłonu. Grzywka częściowo zasłaniała jej buźkę, dlatego on nie był w stanie zobaczyć jak marszczy brwi i przygryza wargę z frustracji. Szybko jednak się tego pozbyła i zwyczajnie zignorowała to stwierdzenie. Zdziwiło ją nieco podejście Raya, ale nie zamierzała odpowiadać. Chciała tego uniknąć. Niech on sobie tworzy teorie spiskowe czy cokolwiek innego, byleby ona nie musiała odpowiadać. Bo nie jest na to gotowa. Może nigdy nie być. Chciałaby, żeby to on jakoś połączył fakty ze sobą. Ale pewnie nie da rady. Westchnęła. Szkoda, że niektórym nie da się czytać myśli. Oszczędziłoby jej to opowiadania o sobie i takie tam.
- Nawiedzać żywych mogą tylko duchy. Znaczy, jeśli mówimy o tym negatywnym sensie. A nawiedzanie zmarłych to właśnie czynność, którą teraz robimy. Ze wskazaniem na ciebie. Znaczy, na mnie. No… Jak się uprzeć, to oboje wykonujemy tą samą czynność. Otóż przyszliśmy i nie dajemy spokoju. A to jakiś kwiatek, a to jakiś znicz, a to zaczynamy gadać. Gdzieś w tle przewijają się jeszcze skalpele w czołach oraz zabawy w ducha. Gdybym była teraz nieżywa, to bym teraz wstała i wyszła. I nawet nie mów mi, że tak się nie da. Dla chcącego nic trudnego, może akurat moje super moce się objawią i znowu powstanę. Przecież mówiłam, że los się lubi nade mną znęcać, nie? – opowiadała zawzięcie, jak to na Rune przystało. – I tak oto ludzkość nauczyła się robić budyń – skwitowała. Wraz z siostrą miały takie powiedzenie, kiedy opowiadały o czymś zawzięcie, zbaczając przy tym z tematu. Tyle że Flore mówiła o kisielu, a Ren o budyniu. Rodzinne.
Nie wiedziała co jest takiego zabawnego w stwierdzeniu, że jest jej zimno. I w tym, że zaciągnęła rękawy zbyt długiego swetra na dłonie. W dodatku złapał ją za rękę, tak zdecydowanie. Powinna krzyknąć „och, nie! Przekroczyłeś moją przestrzeń osobistą!” czy też nie? Teoretycznie ona już parę razy naruszyła jego, ale pomińmy ten fakt. Co miała takiego zauważyć w tym sweterku? Ray by sam taki nosił? Okej, fajnie, ale co to…
Ups. Wpadka.
Rune spojrzała najpierw na rękaw… Potem na Raya… Na rękaw, na Raya, rękaw, Ray, rękaw, Ray, a zmieszanie coraz bardziej ogarniało jej ciałko. W końcu wyszczerzyła oczy, twarzyczkę oblał rumieniec, a z niej wydobywał się dźwięk podobny do piszczenia świnki morskiej. Wcisnęła chłopakowi pozostałą różę zdecydowanie, ale zachowując przy tym ostrożność, żeby kwiat się nie pogniótł. Zaczęła szybko rozpinać kolejne guziczki poszarganego płaszczyka. Już chciała odpiąć ostatni, kiedy sobie nagle przypomniała, że pod sweterkiem ma tylko baaaaaaardzo przezroczystą koszulę. Bo wszystkie inne musiała wyprać. Dlatego nałożyła na siebie jeszcze sweter. Dlatego też z powrotem zaczęła zapinać swój płaszczyk, jeszcze bardziej czerwona z zawstydzenia. Odebrała swój kwiatek i nieco przyspieszyła kroku.
- Od-ddam go w akademiku, jasne? Nie będ-dę się rozbierać na cmentarzu! – zapiszczała.
W niemal błyskawicznym tempie przeszła kolejną alejkę i znalazła grób z datą jej urodzin. W dodatku nagrobek był podpisany „Florence Rutherford”. Florence… Zapomniawszy na chwilę o wstydzie i swetrze, położyła ostatnią różę i ukłoniła się. To była ostatnia. Dziadkowie zaliczeni, siostra także, ojciec też. Wszyscy już. Nawet jeśli ten ostatni nie umarł naprawdę, straciła nadzieję, że kiedykolwiek wróci.
Raczej nie zgubiła Raya, nie…?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Pon Lut 23, 2015 1:46 am

Ray bardzo dobrze pamiętał wszystkie imiona dziewczyny, a nawet nazwisko, lecz nie miał pojęcia, że Rune oraz Rennevy to coś osobnego całkowicie. Dotychczas uważał, że to jak z jego Ray i Raymont, zwyczajnie skrót chociaż nieco mniej zaczerpujący z oryginału. Ale przecież istniały zdrobnienia, które niekoniecznie były jedynie cząstką pełnego imienia, a czymś przerobionym, co przywodziło na myśl prawdziwe mienie. Ściągnął brwi ze sobą jakby nie rozumiał czegoś i z krzywym grymasem obserwował rozmówczynię.
- To Rune nie jest skrótem od Rennevy, panno Nightwish? - zapytał ujawniając przy okazji fakt, że pamięta jej nazwisko. Normalnie powinna "zaklaszczyć" z tego powodu. Czarnowłosy nie znał wielu ludzi dlatego zapamiętywanie ich szło mu z łatwością, zresztą zawsze mógł przywołać do głowy ich obraz, a następnie godność sama mu przychodziła na myśl. To działało na prostej zasadzie skojarzeń opartej na ich wizerunku. - Zresztą fakt braku kokardek należy wyszczególnić. To coś niespotykanego. - dodał po chwili ledwo powstrzymując się od wciśnięcia dłoni do kieszeni. Trudno opanować swoje odruchy, zwyczaje. Można to porównać do próby nauki nazywania jakiegoś przedmiotu nazwą do tego nie pasującą. Ciągle chcemy to zrobić tak jak mamy w zwyczaju, lecz w ostatnim momencie powstrzymujemy się. Tu było podobnie, a przynajmniej tak się wydawało Rayowi. Miał z pewnością talent do tworzenia porównań i opisów, ale tkwił w tym taki problem, że nie każdy rozumiał o co mu chodzi albo nie posiadał na tyle bujnej wyobraźni, by sobie wytworzyć samodzielnie to, co Raymont miał gotowe. Chociaż częściej zwyczajnie był nietrafny, a raczej trafny tylko dla siebie.
Zignorowanie jego próby chociaż wyciągnięcia od niej "Nie ufam Ci na tyle, by o tym opowiadać" spotkało się z... nie, nie z irytacją, a obojętnością. Chłopak nie potrafił zbytnio przejmować się czymkolwiek dlatego nawet, że nie lubił ukrywania faktów, to jakoś nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Westchnął cicho jakby oddając powietrzu myśli skierowane na temat jej czynności. Nie ma co się nad tym dłużej zastanawiać skoro nie powie.
- Nie chce, to nie. Nie moja sprawa, nie mój problem. - pomyślał zakańczając ten zapewne niewygodny dla Rennevy wątek.
Jej tłumaczenie "nawiedzania zmarłych" było dosyć przytłaczające. Ray zdawał sobie sprawę, że Rune potrafi sporo gadać i szybko, ale nie, że tak... natarczywie. Chociaż może to nie było dokładne określenie. No cóż, zwyczajnie postarał się wszystko to objąć swoim umysłem i zrozumieć. Wniosek? Nawiedzanie zmarłych = odwiedzanie cmentarzy. Dla niego wszystko dało się zrobić krócej, łatwiej, prościej. Uroki bycia mało ambitną osobą w większości przypadków miały swoje plusy i to właśnie był jeden z nich. To też zaleta bycia leniwym - taka osoba zawsze znajdzie najmniej męczący sposób rozwiązania jakiegoś problemu, który będzie równie efektywny co ten zwyczajny. Może Raymont leniem nie był, ale nie lubił podejmować wysiłku, który nie był niezbędny do zaspokojenia jego pragnień albo celów, więc nawet jak robił coś tak banalnego jak zamiatanie to rozplanowywał to w głowie w taki sposób, aby być najwydajniejszym przy najmniejszej ilości nakładu pracy. Trwało to ułamki sekundy, w końcu proste rzeczy nie wymagały wiele czasu, lecz taktyka do większych często zmuszała do dłuższych zastanowień.
Przerwa i puenta świetnie zredukowały nacisk jaki był na Rayu przez poprzednią wypowiedź do zera. Zaśmiał się lekko i złożył palce w dosyć rozpoznawalny dla ich obojga znak, którego nie dało się zapomnieć. Nawet jak miało się dziurawą pamięć niczym siatka na ryby. A akurat o rybę tutaj chodzi.
- Ryba piła. - powiedział krótko z pełną powagą i już miał spróbować pierwszy raz zastosować zapewne swoją najlepszą technikę, lecz powstrzymał się - w końcu cmentarz. Od samego wejścia znielubił to miejsce. Ogólnie chłopak nie lubił ograniczeń, jakichkolwiek, a teraz musiał nakładać na swoje zachowanie pewne granice, które nie powinno się przekraczać. Dlatego też nie widział sensu w subkulturach, ograniczaniu się w gatunkach muzycznych, filmowych, literackich, a także mody. Nie lubił też społeczeństwa, które narzucało mu pewne wzory zachowań jakie były dopuszczalne, a wszelkie wychylenia uznawało za negatywną dewiację, którą trzeba naprawić. Czy był aspołeczny? Skądże, zwyczajnie brzydził się ogółem masy ludzkiej. Dosyć ciężkie słowa, ale sam sobie jeszcze nie zdawał z powagi własnych poglądów. Rozbroił się z "ryby piły", by nie straszyć biednej Rune kolejną rzeczą.
Jej reakcja na dostrzeżenie faktu noszenia nieswojej części garderoby tylko dopełniła komizmu sytuacji, przez co Ray ze spuszczoną głową i wzrokiem wpatrzonym w ziemię chichotał starając się opanować. Słowo "starając" brzmi jakby pokładał w to pełnię swoich możliwości, lecz w rzeczywistości nie chciał blokować emocji. Miło się czasem pośmiać. Szczególnie jak ma się do tego mało sposobności. Po chwili już był dosyć spokojny, a wtem Rennevy wypaliła ze swoją wypowiedzią. "Oddam go w akademiku, jasne? Nie będę się rozbierać na cmentarzu!" Gorzej w słowa chyba się nie dało tego ująć. Główną bolączką było niedopowiedzenie, które zostawiało furtkę, wejście, drzwi, ba! Całą bramę z balonikami i mrugającym zaproszeniem, by wyobraźnia Raya mogła się zająć tym sformułowaniem analizując je na wszelakie możliwe sposoby.
- Odda mi sweter w akademiku? Ale męskim? Przyjdzie do mojego pokoju i tam rozbierze się? A może w żeńskim? Zaprowadzi mnie do swojego pokoju i tam rozbierze się, bo w końcu "nie będę się rozbierać na cmentarzu", a prawie to zrobiła przy mnie, więc czemu nie w pokoju na osobności? Skoro publika jej nie przeszkadzała, gdyby to nie był tylko cmentarz. Chociaż... z pewnością coś pod spodem ma... prawda? Kogo ja pytam? Raczej chodzi o jej mieszkanie, bo musi coś na siebie ubrać... ale będę musiał pójść do żeńskiego akademiku. Nigdy nie byłem w takich miejscach... - myśli pędziły, a on zarumieniony stał i obserwował Rune, którą po chwili stracił ze wzroku, bo zwyczajnie nie podążył za nią dalej. Miał zaczekać, a więc czekał w miejscu. Może to była dla niej bardzo prywatna czynność? Wolał zastosować uprzejmą nieuwagę, by nie naruszyć jej sfery prywatności w takiej chwili. I tak pochłonęły go dalsze rozmyślania.
- A co jeżeli ubrała mój sweter świadomie? - gdyby nie naturalny spokój, to zapewne ta myśl zostałaby wykrzyczana w umyśle Raya. - Może to ten typ dziewczyn, które lubią nosić męskie ubrania? I czuć męski zapach... Czekaj, czekaj... jakby mi teraz oddała ten sweter to zapewne założyłbym go, by nie nosić w rękach, a wtedy... to ja byłbym dziwny. Czułbym jej zapach na własnym ubraniu. Z tego co pamiętam to jej włosy wyjątkowo przyjemnie pachniały. O czym ja myślę do cholery? - otrząsnął się w przenośni i dosłownie, bo jak pies zrzucający z siebie wodę pokiwał gwałtownie głową na boki i wziął głęboki oddech wypuszczając z siebie nieco pary. Zdał sobie sprawy, że nawet nie odpowiedział jej czy ma czas, czy nie ma problemu z oddaniem go zupełnie kiedy indziej, ale skoro już nie wspomniał to raczej za późno. W umyśle pojawiło mu się też pytanie "A co jeżeli to tylko pretekst?", lecz szybko odciął je od wyobraźni, by nie wyjść na zboczeńca przed samym sobą. No i nie chciał urazić Rune. Nawet w swoich wyobrażeniach. Zatem stał sobie czekając, aż Rennevy wróci w to miejsce, no bo chyba nie ucieknie, prawda? Raczej nie jest porywaczką swetrów i już nigdy jej nie ujrzy, a co gorsza swojego ulubionego sweterka?! Gorzej jak ona też na niego czekała teraz, bo poczekają sobie razem, aż któreś z nich wpadnie, aby poszukać drugiego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Pon Lut 23, 2015 7:28 pm

- Nie do końca. – Przechyliła głowę i nieco szerzej się uśmiechnęła. Aczkolwiek jakoś nieswojo się jej zrobiło. Jakoś nigdy nie pomyślała, że Rune i Rennevy brzmią podobnie i można jakoś je ze sobą powiązać. Raczej myślała o tym pierwszym jak o ksywce nadanej przez siostrę, która przyczepiła się do niej na dobre. Oczywiście poczuła też małą dumę, ponieważ zapamiętane zostało jej nazwisko, co raczej nie było spotykane. Przynajmniej ona nie spotkała się z tym, aby ktoś w miarę szybko zapamiętał jej nazwisko. Zazwyczaj musiała powtarzać je nawet i pięćdziesiąt razy dziennie, aby dany osobnik wiedział, że jest Nightwish. W ogóle, czyż ona nie ma takiego poetyckiego nazwiska? Takie ładne. – Teraz wiesz, jak wyglądam bez ważnych części mojego ciała, jakimi są wstążki.
Rune czasem potrzebowała się tak rozgadać. Chociaż też zależy z kim rozmawia, o czym, gdzie i w jakich okolicznościach. Bo oczywistym jest, że nie rozgada się w trakcie lekcji o tym, jak znowu źle wpięła wsuwkę czy też znowu się o coś potknęła. Chyba że zostanie o to poproszona, to czemu nie. Chociaż pewnie nie mówiłaby wtedy o tym z taką pasją. Czasem przychodzą do niej nagłe ochoty na rozmowy na dany temat, wypowiedzenia się na jakiś temat. Idealnym przykładem był ten całkowicie z czapy wzięta konwersacja o pojęciach „sprawiedliwości” i zabijaniu na korytarzy, kiedy to oni się spotkali. Może jednak powinna sporadycznie tak jakimś zupełnie innym tematem zarzucać? Chociaż moment, mówimy o dziewczynie, która potrafi całkiem szybko zmienić bieg rozmowy i to nie zawsze umyślnie.
Na sam widok zaprezentowanej ryby piły aż serducho mocniej załopotało. Nie sądziła, że zapamięta to, co wtedy w alejce pokazała. Sama uwielbiała wymyślony przez siostrę gest, lecz kompletnie się nie spodziewała, że chłopakowi przypadnie do gustu. I jeszcze powaga, z jaką została wypowiedziana owa „komenda”… Piękne. Od razu sama splotła rączki w ten sposób, na wszelki wypadek, jakby jednak została zaatakowana. Niestety ujawniła wcześniej swe punkty witalne, dlatego też powinna być naprawdę czujna. Potraktowała to jako wypowiedzenie bitwy i ona zamierza się na nią stawić. A kiedy to się stanie – to już nie od niej zależy. Raczej. Chyba że sprowokuje, to wtedy od niej zależy. Ale nie zrobi tego na cmentarzu, błagam. Tak więc trzeba jeszcze trochę poczekać.
Podczas przechodzenia alejek zdawała sobie sprawę z tego, że jest niesamowicie czerwona. Policzki niemal płonęły, a wewnętrzne ciepło ją od środka całkowicie roztapiało. Normalnie zapadłaby się pod ziemię. Oczywiście gdy by nie fakt, że są na cmentarzu i mogłaby już spod tej ziemi nie wrócić. Pochowanie żywcem to na pewno nie jest to, co Runcie lubią najbardziej. Ba, wcale by tego nie chciały. Sama wizja tego, że ma zostać zakopana i liczyć każdą sekundę życia ją przerażała. Jeśliby się nad tym tak mocniej zastanowiła, to pewnie nabawiłaby się jeszcze fobii. Jakby nie miała mało. To ma swoją jakąś ładną nazwę, tylko nie wiedziała jaką. Tak samo jak lęk przed liczbą sześćset sześćdziesiąt sześć – ale pewnie krótszą.
Po oddaniu symbolicznej części swojej siostrze, poczuła, jak powoli z jej oczu płyną łzy. Tak sobie, o. Postanowiły pozwiedzać sobie świat, nawilżyć jej policzki, cokolwiek. Kto zabroni? Rennevy zaczęła odruchowo rękawami sweterka wycierać te słone iskierki, a potem całkowicie schowała w zakrytych dłoniach swoją buziuchnę. Zaraz potem się opamiętała i nawet wyprostowała. Spojrzała na swoje rączki, potem na sweterek. Ciekawe czy zauważy… Nie no, powinno szybko wyschnąć, prawda? Raczej łzy szybko wysychają… Jeszcze pomyśli, że ubrudziłam czy coś… Jak ja mogłam przez pomyłkę założyć nieswój sweter i jeszcze się nie zorientować? Może się zaraz okaże, że nie mam na sobie spódnicy, tylko faktycznie zszytą firankę? Boziu, jak ja czasem jestem załamująca… Mam tylko nadzieję, że nie pomyślał, że zrobiłam to celowo. Albo wykorzystałam jako jakiś… pretekst, jakąś wymówkę. W sumie nawet nie wiem do czego. Właśnie! Powinnam go zaprosić do siebie. W końcu powiedziałam, że oddam mu ciuch w akademiku. Nieładnie jest się wpraszać. Zresztą, będę musiała przy okazji coś założyć albo całkowicie się przebrać. Cholera, że też nie przeprałam sobie wcześniej tych koszul!
Odwróciła się i ujrzała… nie ujrzała Raya. W sumie zapytała się czy na nią poczeka i ten się zgodził. Dlaczego więc jest zdziwiona? No, dobra, wypadałoby siebie nawzajem znaleźć. Zaczęła iść do przodu i wypatrywać jakiejkolwiek kropy w kształcie człowieka. Bo wydaje jej się, że nadal taka kropa może być w okolicy tylko jedna i powinien być nią Ray. Chyba że nagle pojawiło się więcej osób, akurat właśnie dlatego, żeby utrudnić poszukiwania młodej Mieczniczce. Wtedy oznaczałoby, że znowu sobie jakaś siła wyższa z niej drwi. Jak miło.
Zaczęła powoli iść przed siebie, monitorując co chwila nagrobki. Oczywiście nie pamiętała przy jakim nazwisku zostawiła różę. Można więc powiedzieć, że powinna się rozglądać dookoła, bo w dodatku jakaś dziwna mgła się bardziej zebrała. Cholera, świecie, serio? Akurat teraz? Rennevy westchnęła i zaczęła dalej brnąć przez aleje. Gdyby miała pewność, że są sami, to zapewne by krzyknęła. Zawołała albo coś. Ale obawiała się, że niestety ktoś mógł dołączyć do ich towarzystwa. Albo… coś. W takich momentach wyobraźnia Rennevy lubiła płatać figle. Zaczyna się dość pospolicie, bowiem dziewczyna zaczęła powoli czuć się nieswojo i obawiać się, że ktoś stoi za jej plecami. Zdążyła parę razy skręcić między alejkami, całkowicie się gubiąc w układzie nagrobków. W dodatku ta przeklęta mgła zrobiła się gęstsza. Zaraz potem dochodziły do niej fantomowe kroki i niewidzialne cienie. Powoli narastała w niej ochota do całkowitej ucieczki. Ale nie, będzie udawać, iż się wcale nie boi. Podążała coraz to bardziej energicznym krokiem, co chwila zerkając za siebie. W końcu przystanęła, bo już całkowicie nie wiedziała gdzie się znajduje. Czy też może już wyszła? Wyszła i Ray uzna ją za jakąś złodziejkę swetrów albo prawdziwą zjawę. W końcu poczuła, jak coś delikatnie pociera się o jej nogę. I wcale nie pomyślała o tym, że to kot, a był to kot. Od razu nogi zerwały się do ucieczki, zaplątały się, a dziewczyna niemal zaliczyła długą.
Niemal, bo w ostatniej chwili zrobiła krok i cały ciężar gwałtownie przeniosła na jedną stopę, co ją troszkę zabolało. Poleciała jeszcze parę kroków do przodu, ale ostatecznie odzyskała równowagę. Rozejrzała się i stwierdziła ze zdumieniem, że teraz znajdowała się za Rayem. Ale jak tego dokonała – jedna z największych zagadek świata.
- Mission completed – oznajmiła poważnie, salutując, o zgrozo, lewą ręką. – Możemy wracać. Skoro już obiecałam, że oddam sweter w akademiku… Może wpadłbyś do mnie? Skombinuję może jakiś zestaw do herbaty… Słyszałam, że można pożyczyć, plus ostatnio w sklepie jakąś kupiłam – powiedziała, nieco się mieszając. – Mieczniku Ray, to będzie zaszczyt cię gościć – dodała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Wto Lut 24, 2015 4:59 pm

Perspektywa Raya nie była tak ekscytująca, gdyż ten zwyczajnie stał wpatrzony gdzieś w dal i pochłonięty własnymi myślami. Zgodnie z prośbą czekał na Rune, która zadawała się dosyć długo nie wracać. Nie zdążył sobie zdać z tego sprawy nawet, gdyż zwyczajnie rozmyślania pochłonęły go, a szczególnie to jedno konkretne, które nagle do niego dotarło razem ze świadomością. Mianowicie dostrzegł, że jako jedyny chodzi tak cienko ubrany i jest mu całkowicie ciepło. Nigdy tak się nie działo - dlatego nosił ten sweterek, w końcu był bardzo cieplutki, ale teraz? Aktualny strój nie należał do odpowiednich na takie pogody, mimo że Raymont wywodził się z Anglii, w której wyjątkowo często pada. Co było nowego zatem? Szalik! Właśnie, szaliczek, który dostał od Jaśminy, a aktualnie miał go na sobie. Dziwny styl Raya sprawiał, że nosił szaliki do wszystkiego, więc nie krępował dodać go do tej garderoby. Wtedy jak wracał w samej podartej koszuli też było mu jakoś tak... ciepło. Ściągnął brwi do siebie w potężnym zastanowieniu i zaczął z siebie zdejmować długi szal, a gdy tylko ten opuścił jego szyję chłopak poczuł natychmiastowy przypływ zimna. Ciarki go przeszły, a ten aż szerzej otworzył oczy w zdziwieniu wgapiając się w trzymane ubranie. Musiał wyglądać wyjątkowo dziwacznie robiąc miny do szalika na środku cmentarza. Jak nic szaleniec. Wtem nagle usłyszał za sobą kilka mocniejszych kroków. Przez chwilę pomyślał, że może ktoś go atakuje, gdyż ciężar nakładany w stąpanie był dosyć duży, tak samo tempo, lecz jak usłyszał głos od razu odsunął te myśli na bok. Odwrócił się zakładając znów na siebie swój szalik. Znów salutowała lewą ręką. Raz już wspomniał, że robi się to prawą - tym razem tylko pobłażliwie spojrzał na nią z delikatnym uśmiechem.
Kolejne jej słowa, mimo że całkowicie spodziewane, to i tak zrobiły na Rayu pewne wrażenie, a raczej skrępowanie? Zdziwienie? Ciężko mu było określić, ale jakoś dziwnie się poczuł słysząc "Może wpadłbyś do mnie?" - chyba nie był przyzwyczajony. Oczywiście jak przystało na pana Raymonta Walkera wszelkie emocje zostały za grubym murem spokoju i opanowania, dlatego po jego twarzy nie dało się dostrzec czegokolwiek związanego z jego nieznanym odczuciem.
- Dobrze, wpadnę. - odparł z godną jego charakteru obojętnością. Niestety, nie zawsze nad tym panował, więc odpowiedzi w tym stylu nierzadko spotykały się z nieprzychylną reakcją drugiej strony. W końcu Ray wyglądał jakby mu nie zależało i robił coś poniekąd z przymusu jak tak potwierdzał. Oczywiście było to bzdurą, lecz i tak nikomu nie dało się przetłumaczyć, a wszelkie próby zostały już porzucone w dzieciństwie, teraz zwyczajnie nawet tym się nie przejmował jak odbiorą jego wypowiedzi. To dobrze? To źle? O to też nie dbał. - Będzie mi miło wstąpić w Twe progi, o Pani. - powiedział z pełną powagą, kładąc lewą rękę w poprzek pleców, a prawą na sercu i kłaniając się. Następnie wyprostował się oraz delikatnie uśmiechnął ruszając w stronę wyjścia. Postanowił, że to on będzie prowadził, bo ostatnia podróż Rune trwała dosyć długo, więc tym razem on pójdzie przodem. W końcu wystarczyło iść w przeciwną stronę niż się szło, prawda?

2x z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Wiedźma
Posty : 103
Data dołączenia : 20/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Sro Lut 25, 2015 4:08 pm

Dziwnym trafem, zaraz po opuszczeniu herbaciarni dziewczyna znalazła się tutaj. Nienawidziła mieć nic wspólnego ze śmiercią, jednak to miejsce ją... uspokajało? A przynajmniej ta aura ciszy. W miarę jej ruchów, przy jej biodrze delikatnie podskakiwał rapier, jak to zwykle bywało. Jej jedyna forma samoobrony, bo nigdy nie myślała nad stworzeniem sobie jakiegoś ofensywnego zaklęcia. Bo po co? Ma taką magię, a nie inną... chociaż Nyktofobia ostatnio sprawiła jej nie lada problem. Przebyła bramę, którą uważnie obejrzała, bo jak długo była w Death City, tak nigdy tu jeszcze nie była. Miejsce, w którym zmarli wracają do żywych, jak to mawiają. A przynajmniej szepcą swe historie podróżnikom... Matka zawsze jej o tym opowiadała kiedy była młodsza razem ze swoją siostrą. Patrzyła się na drzewo, aby przerzucić wzrok na nagrobki rozsiane wokół. Westchnęła cicho.
Kiedyś... te opowieści były pełne dziecięcego zachwytu Arianki. Teraz te wspomnienia są pełne boleści dziewczyny. Wtedy była dzieckiem, a teraz... ma dziewiętnaście lat. Mogła przecież przemyśleć tyle spraw przez tak długi czas...
Teraz jednak musi sobie ułożyć te myśli. Zastanowić się nad tym, co się dzieje wokół niej. Czy powinna na pewno iść do Shibusenu i porozmawiać z dyrektorem... dyrektorką? Czy może sobie odpuścić i po prostu, najprościej w świecie unikać uczniów? Nie wiedziała. Może ktoś będzie w stanie jej wytyczyć prawidłową drogę, którą powinna objąć? W tym czasie jak myślała, usiadła sobie pod drzewem, a miecz odczepiony już od pasa położyła wzdłuż swej nogi tak, aby rękojeść była w zasięgu ręki. Wpatrywała się w ciemne niebo godzin wieczornych. Ciemne niebo usłane gwiazdami, a przewodził im piękny, biały księżyc w kształcie rogalika.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t92-pacyfistka-z-toskanii
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Sro Lut 25, 2015 4:47 pm

Dlaczego wybrała cmentarz? Mogła pójść do jakiejś uroczej kawiarenki na przedmieściach, wypić kawę, albo herbatę, czy jakieś ziółka. Mogła zjeść ciastko, albo nawet dwa. Posłuchać muzyki jaką tam grali, a może nawet nawiązać jakieś znajomości z ludźmi? Mogła. Ale tego nie zrobiła. Wolała się wybrać do miejsca, które zawsze ją do siebie przyciągało ciszą, spokojem i nastrojem, który panował tylko w takich miejscach jak to. Zazwyczaj pachnie smut­kiem, żalem i wy­lany­mi łzami. Dla wielu ludzi do­piero cmen­tarz odsłania to cze­go nie zauważali w ludziach za ich życia. Wielu jednak omijało takie miejsca z daleka. Nie ro­zumiała czemu. Tak nap­rawdę to je­dyne miej­sce, które­go mie­szkańcy nie mogą ni­komu zro­bić krzywdy. Taki sta­ry cmen­tarz na ro­gu uli­cy jedyne co, to roi się od za­gubionych dusz, nies­pełnionych miłości, doświad­czo­nych cier­pień i be­zimien­nych grobów, o których nikt już nie pamięta. Nic ci nie zrobi. Ale Saphire była inna od dzisiejszych nastolatków. Dla niej to nic takiego wejście na to święte miejsce i zapalenie przypadkowego znicza.
Jej wierna towarzyszka leżała na jej barkach owijając ogonem ramię dziewczyny dla większej równowagi. Jednoręczny miecz spokojnie spoczywał w pochwie przyczepionej do prawego biodra. Leżał tam od dłuższego czasu. Nie lubiła walczyć, stroniła od niej. Wolała porozmawiać, ale skoro już miała się bronić, to robiła to wzorowo.
Lien mocniej zbiła pazurki w ciało Saph i owinęła mocniej ogon słysząc jak coś poruszyło się gdzieś przed nimi.
- Wiem, że nie lubisz takich miejsc. Wytrzymaj chwilę. Niedługo pójdziemy. - odparła swoim spokojnym, melancholijnym głosem przechadzając się pośród nagrobków. Jedno nazwisko, drugie, trzecie, dziesiąte, dwudzieste... Tylu ludzi ginęło z najróżniejszych przyczyn i w najróżniejszym wieku. Jedna była matką dwójki dzieci, które teraz zostały osierocone, drugi chorował na raka od ponad dziesięciu lat i zmarł samotnie, trzeci był kilkumiesięcznym niemowlęciem, które zmarło przez błąd lekarza, a czwarty był pijanym kierowcą, który walnął w drzewo. Tyle ich było. Ludzie boją się śmier­ci bar­dziej na­wet niż bólu. To dziw­ne, że się jej boją. Życie bo­li dużo bar­dziej niż śmierć. W mo­men­cie śmier­ci, ból się kończy. Więc ko­niec to chy­ba twój przyjaciel.
W pewnym momencie dostrzegła kogoś przed sobą. Siedział pod drzewem. Albo siedziała? Właściwie to nie wiedziała do końca. Dzisiejsza moda i te wszystkie style... nie znała się na nich, ale wiedziała, że teraz kobiety mogą ubierać się w męskie ubrania i robić się na faceta, natomiast płeć męska zaczęła nosić róże, szpilki i się malować. To było dla niej nie zrozumiałe, ponieważ w jej czasach nie istniało coś takiego, ale szła z duchem czasu. Nie miała wyboru. Musiała się dostosować do coraz to nowszych modowych wybryków. Posiadanie na karku ponad pięciuset lat nie jest łatwe, szczególnie jak się nie chce odstawać od innych, więc chociaż z tym stara się być 'na czasie'. Ba, nawet potrafi się umalować! Delikatnie, bo delikatnie, ale jednak! Tylko do elektroniki się nigdy nie przekonała. Dziwne to takie i niepotrzebne.
Saph spoglądała na siedzącą pod drzewem osobę. Rozejrzała się dookoła, może na kogoś czekała? Jednak cmentarz był pusty. Oprócz nich nikogo nie było. Może chciała odpocząć od wszystkich? Wtedy nie będzie jej przeszkadzać, bo byłoby to niegrzeczne. Z drugiej jednak strony miło by było z kimś porozmawiać, bo dawno tego nie robiła. Dlatego też dziewczyna podeszła do białowłosej i postanowiła zaryzykować. Najwyżej przeprosi.
- Dzień dobry. Nie przeszkadzam? Czy może mam sobie pójść? - spytała pogodnie, nie chcąc być nachalną. W końcu nikt nie lubi kogoś takiego. Tego się nauczyła żyjąc wśród normalnych ludzi.
Powrót do góry Go down

avatar
Wiedźma
Posty : 103
Data dołączenia : 20/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Sro Lut 25, 2015 6:50 pm

Cisza dziewczyny trwała w najlepsze. Uniosła głowę ku górze, nieznacznie przymykając oczy tak, że jedynie niewielka część zielonej tęczówki może zostać zauważone przez błyszczący łagodnie i delikatnie księżyc. Nie czuła niczyjej obecności, a spokój sprawił, że wyciszyła się całkiem. Zamknęła oczy zupełnie tak, jakby niewidoczna nigdzie dusza utulała ją do snu, z którego zaraz została wyrwana. Nie trwał on długo, toteż nie była nawet trochę zła na nowo przybyłą osobą. Spojrzała się na białowłosą z - dla niej - równie pięknym, jak i tajemniczym kwiatem w oku, wpatrywała się tylko w tę tajemniczą. Zastanawiała się, skąd u niej coś takiego w tym miejscu się pojawia, bo dla niej nie było to zbyt naturalne. Jej kroki, mimo że całkiem lekkie, zbudziły ją całkiem, opuściła chwilowo królestwo snów. Spojrzała się na nią po raz kolejny, jednak w celu obejrzenia całkiem tej postaci ubranej na biało. Z całych tych przemyśleń wyrwał głos kobiety, od której dało wyczuć się delikatny zapach orchidei, albo czegoś koło tego. Otarła swe oczy dłonią, chcąc pozbyć się zmęczenia z powiek, oddać księżycowi ostatnie swoje spojrzenie w tej chwili i w końcu przyjrzeć się czerwonemu oku kobiety.
- Samotność może i jest miła, jednak nikt nie zniesie tego za długo - szepnęła, opuszczając nieznacznie głowę i podciągając prawą nogę. Położyła na niej rękę, nieznacznie jeszcze uniżając swój wzrok. Uśmiechnęła się do tego ciepło, ale na domiar spokojnie. Jak zwykle z resztą.
- To oznacza tylko tyle, że nie widzę problemu abyś się tutaj zatrzymała na pogawędkę - dodała po niedługiej, bo może trzy sekundowej chwili ciszy. Zauważyła przy tym niewielkie stworzenie na barkach kobiety. Zaczęła poważnie zastanawiać się nad tym, z jakiej grupy pochodzi ta właśnie kobieta. Wiedźma? Bo na człowieka jej nie wygląda, ale bronie bywają różne. Cóż, może dowie się wkrótce?
- Pewnie również chciałaś się choć na chwilę oderwać od zgiełku tego ponurego miasta, czyż nie? - zapytała. Jednak to, że tyle mówiła nie było nawet w najmniejszym stopniu oznaką zaufania. Nie potrafi się po zamienieniu paru słów przełamać na tyle, aby zaufać nowo poznanej kobiecie, nawet jeśli jest znacznie bardziej doświadczona i w sumie podobna w zachowaniu. Widziała u niej spokój... podobny do tego, który siedzi w niej. A może się myliła, może to było coś zupełnie innego?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t92-pacyfistka-z-toskanii
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Sro Lut 25, 2015 7:44 pm

Ach, cisza to nic złego, ba. Każdemu jest potrzebna. Przenika zmysły i pozwala na chwilę nieistnienia. Jest nam pot­rzeb­na, ale też by­wa dla nas bolesna. Cisza często bo­li. Kiedy cze­kasz nie możesz jej znieść. Kiedy prag­niesz jeszcze bar­dziej cię do­bija. Kiedy nie wiesz co ro­bić od­bi­ja się echem w two­jej głowie. Cisza jest niekiedy ta­ka niezręczna prawda? Niekiedy Saph przeżywa mo­men­ty po­dob­ne do sta­nia nad krawędzią prze­paści. Wy­sokie ciśnienie, przyśpie­szo­ny puls i to uczu­cie strachu, dreszczyk emoc­ji... Przepływają przez jej żyły, op­la­tając każdą komórkę. I kiedy już jest na tym skra­ju, tak da­leko od do­mu, szep­tem... Led­wo słyszal­nym głosi­kiem, py­ta: - Ale prze­cież nie poz­wo­lisz mi spaść... Nie poz­wo­lisz mi spaść, prawda?
Od­po­wiada jej cisza.
Kiedy nieznajoma na nią spojrzała wyraźnie dostrzegła jej soczyście zielone oczy oraz kobiece rysy twarzy. Od razu było widać, że jest dziewczyną! W dzisiejszych czasach kobiety ścinają się na krótko, no tak. Ale kobiecości nie da się z siebie ot tak usunąć! Chyba, że przyjmuje się jakieś lekarstwa. Też o tym słyszała. Podsłuchała w jakiejś rozmowie! To niegrzeczne, ale mówili bardzo głośno. Zresztą nawet jakby musiała rozpoznać ją po oczach, to od razu mogłaby określić płeć.
Saph jak to miała w swoim zwyczaju zlustrowała dziewczynę z góry do dołu swoim czerwonym okiem. Ach, ten biały kolor na włosach! Uwielbiała ten kolor. Wszystko co białe było niesamowite, a już szczególnie włosy. To oznaka czystości i dobroci. Oczywiście wiedziała, że symbolika nie pasuje do każdego, ale wolała się trzymać tego, że jeśli osoba ma biały kolor włosów, to jest ona dobra.
-Sa­mot­ność nie ma nic wspólne­go z bra­kiem towarzystwa. - odparła po usłyszeniu drugiej wypowiedzi. W głębi serca nawet się ucieszyła, że nie została odrzucona przez nieznajomą, jednak na twarzy wciąż malowała się obojętność.
Wiedźma rozejrzała się jeszcze raz dookoła, czy dalej nikogo nie ma, a następnie usiadła na swoich łydkach wykonując tak zwany bardziej profesjonalnie siad japoński. W końcu nie wypada stać, kiedy druga osoba siedzi, a już na pewno nie wypada w ten sposób rozmawiać. Wolała mieć oczy kobiety na wysokości swojej twarzy.
- Och, nie byłam jeszcze w mieście. Jestem tu od niedawna i chodziłam głównie po przedmieściach. Cmen­tarz jest naj­lep­szym miej­scem, gdzie człowiek może zas­ta­nowić się nad kruchością i is­totą życia. - ale co ona o tym wiedziała. Żyła ponad pięćset lat, nigdy nawet nie otarła się o śmierć, ale wiele widziała. Podczas tego czasu naprawdę wiele śmierci była w stanie zobaczyć. Ludzie z którymi zawarła bliższe znajomości, po prostu się starzeli i umierali z powodu choroby, lub z przyczyn naturalnych. Nie była przy tym, ale setki razy dostawała powiadomienie o śmierci jednego z przyjaciół. Teraz nie wiadomo, czy jej długie życie to dar, czy przekleństwo.
Powrót do góry Go down

avatar
Wiedźma
Posty : 103
Data dołączenia : 20/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Czw Lut 26, 2015 9:07 pm

- Dla każdego samotność jest innym pojęciem. Dla jednego jest po prostu przebywanie samemu, dla kogoś innego może być to zbywanie wszystkich wokół mimo bycia w tłumie, a dla innych... być może nawet towarzystwo drugiej osoby, co brzmi trochę paradoksalnie... - westchnęła cicho, a jej niezdarność właśnie osiągnęła poziom dziewięćdziesiąty dziewiąty. Właśnie w tym momencie ta ów niezdarność zaowocowała w tym, że pogubiła się we własnych myślach. Niestety, to jej się czasem zdarza... to samo zgubienie się w małej Żabce z jednym regałem.  O ile tutaj, w tym świecie Żabki istnieją. No ale dobrze. Wracajmy do tematu, w którym sama Arianna się niestety zagubiła i chyba nieprędko się w nim odnajdzie. Zrobiło jej się głupio, bo kiedy przestała mówić nastała całkiem długa cisza, a ona przez część tej chwili siedziała z otwartą buzią. Musiała się zreflektować, toteż po momencie, tym razem już niedługim zamknęła ją i cichutko westchnęła, wykonując charakterystyczny ruch głową.
- Eh, nie ważne. Nie zwracaj uwagi na to, co właśnie powiedziałam... - wyszeptała cicho, delikatnie poprawiając włosa nachodzącego jej na twarz, jednak ten niesforny kosmyk znowu zmienił swe położenie, padając na twarz, trochę zasłaniając oko. Zaraz rozejrzała się nieznacznie po cmentarzu, którego "mieszkańców" nie znała. Nie znała żadnego nazwiska z tego niewielkiego cmentarzyka, chociaż mieszka tutaj od kilku dobrych lat. Nie zagłębia się po prostu w tajemnice tego miasta na tyle, aby być MiastoŚmiercioZnawczynią. Więc można uznać, że tak, jak Saphira - była tutaj nowa.
- Można uznać, że też jestem tu od niedawna. Mieszkając parę lat w Death City niewiele wychodziłam z domu. Więc... da się to uznać jako poziom wiedzy podobny do Twojego. Właśnie... - urwała na chwilę zdanie, poprawiając znowu te niesforne kosmyki bardzo przeszkadzające w obserwacji postaci kobiety, jej rozmówczyni. Spojrzała się na kwiat w jej oku i delikatnie się uśmiechnęła. - Arianna de Fiore, jednak jeśli chcesz, możesz mówić mi Aria.
Przedstawienie się było chyba pierwszą rzeczą, jaką powinna zrobić wobec nowo poznanej kobiety. Opuściła nieznacznie nogę i wyciągnęła się tak, aby móc podać rękę. Puściła do niej przy tym delikatny, choć ciepły uśmiech. Wciąż nie zaufała... choć próbowała się poprawić po tym, co odwaliła na początku. Chociaż jeśli dla niej najbardziej liczy się pierwsze wrażenie, pewnie już jest na spalonym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t92-pacyfistka-z-toskanii
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Czw Lut 26, 2015 10:22 pm

Cisza, która trwała pewien czas była potrzebna po to, aby przemyśleć słowa, które jej wypowiedziała rozmówczyni. Właściwie to miała rację. Są różne rodzaje samotności i większość jest niedobra. Sa­mot­ność pod­no­si każdy prob­lem do potęgi n-tej. A w wiel­kiej sa­mot­ności każdy człowiek chcący cho­ciażby nas wysłuchać uras­ta w naszych oczach do ran­gi przyjaciela. Jednak cza­sami pot­rze­buje­my sa­mot­ności. Nie dla­tego, że ma­my dość ludzi, ale dla­tego, że czas spędzo­ny sa­memu poz­wa­la poukładać so­bie w głowie wiele rzeczy.
- Myślę, że sa­mot­ność jest gor­sza niż śmierć, bo śmierć jest ak­tem, na który nie ma­my wpływu, choć bar­dzo bo­li, jest po­za na­mi, a sa­mot­ność jest roz­dra­pywa­niem. Człowiek zas­ta­nawia się wte­dy, kim jest. Kim jest dla ko­goś i kim jest dla siebie, dlacze­go in­ni go nie akceptują? - dodała. Mimo, że nie oglądała telewizji potrafiła słuchać. Słyszała kiedyś wiadomości w radiu o jakiejś modzie wśród nastolatek zwanej... emo? Mieli problemy z tym, że byli nieakceptowani przez społeczeństwo, nierozumiani, niezauważani. Chcieli, aby zwrócono na nich uwagę i posuwali się nawet do okaleczania samych siebie, a czasem nawet do samobójstw. Samotność potrafiła robić ludziom okrutne rzeczy, dlatego niezbyt ją tolerowała. Lubiła tą kontrolowaną samotność, kiedy chciała się sama przejść po parku, czy mieście szukając spokoju, ale gdyby miała tak żyć sama przez te ponad pięćset lat, to zapewne by ich nie dożyła tak właściwie... Albo zamknęłaby się w chatce, gdzieś na jakimś zboczu góry odcięta od ludzi i świata zewnętrznego.
- Och, więc jesteś tutejsza. To może opowiesz mi nieco o tym mieście. Słyszałam o nim wiele ciekawych rzeczy, ale muszę się przekonać o nich osobiście, jednak zdanie kogoś stąd jest bardzo ciekawe i pożądane przeze mnie.- dodała, a jej głos się niemalże niedosłyszalnie podniósł. Można w nim było wyczuć delikatną nutkę zaciekawienia. W końcu do tego miasta przybyła ze względu na plotki o tym, że znajdują się tu wszystkie najciekawsze grupy. Potwory, wiedźmy, czarownicy, a szczególnie bronie i ich władający! Ta szkoła dla nich jest bardzo ciekawa. Skoro jest ich tutaj tyle, to możliwe, że gdzieś w pobliżu mogą znajdować się również smoki.
Jej biały towarzysz będąc pewniejszy podłoża rozluźnił swój uścisk i powolnym, elastycznym krokiem zszedł ze swojej partnerki na zieloną, zimną ziemię, aby zacząć przechadzać się po okolicy nie oddalając się jednak za daleko.
Kiedy Saphire usłyszała imię, od razu skarciła się w duchu. Co za maniery z jej strony! Nie przedstawiła się! Jednak, nie lubiła podawać wszystkim swojego imienia, bardzo tego unikała, ale skoro dziewczyna się przedstawiła, to dobre maniery wymagały tego samego z jej strony. Jednakże...
- Miło mi Cię poznać, Ario. Czy bardzo bym Cię uraziła, jeśli nie podałabym Ci swojego imienia? Nie mam w zwyczaju wyjawiać swojego imienia dopiero poznanym ludziom. Bez urazy oczywiście.- odparła przepraszającym tonem. Nie lubiła się tłumaczyć, ale skoro już musiała, to wolała to zrobić. Od lat nie wyjawiała ludziom swojego imienia, chociaż? Chyba ostatnio przez dziwny przypadek zdradziła je pewnej demonicy. No cóż, została jej nadzieja i wiara, że ta będzie trzymała język za zębami.
Wtedy jej gad zaczął się dziwnie zachowywać. Zaczął chodzić tam i z powrotem jakby przeczuwając coś, co się stanie. I to nie będzie nic przyjemnego. Saph od razu to zauważyła. Podniosła się i chwyciła towarzysza
- Przepraszam Cię, ale muszę coś sprawdzić i jest to bardzo pilne. Mam nadzieję, że mi wybaczysz. Jestem pewna, że kiedyś się jeszcze zobaczymy. - odparła przepraszająco i zakładając gada ponownie na ramiona ruszyła w kierunku wyjścia.

/zt
kurdełe, zupełnie tego nie przemyślałam. Zapomniałam, że bilokacja liczy się w misji pozafabularnej, a ja głupia wzięłam fabularną. Przepraszam! Wynagrodzę Ci to, obiecuję!
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Sob Lut 28, 2015 8:34 pm

W sumie nie wiedziała po co tak naprawdę przyszła na cmentarz. Może po to, by zobaczyć czy jej ojciec tu leży, bo był słaby i pewnie zginął? Nie wiedziała.. dziwne myśli pojawiły się w jej głowie. Stawiała swoje kroki spokojnie, nie miała na sobie płaszcza. Jej długie niebieskie włosy były rozpuszczone. W pewnym momencie poczuła jakąś energie i skierowała w tamtą stronę wzrok.
- Nie jestem tu sama.. huh. - wyszeptała pod nosem i odwróciła się w stronę białowłosej. Położyła dłonie na biodrach i uśmiechnęła się pod nosem. Chyba się nudziła.. po prostu.
Powrót do góry Go down

avatar
Wiedźma
Posty : 103
Data dołączenia : 20/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Nie Mar 01, 2015 3:07 am

- Śmierć jest końcem drogi każdego na tym świecie... każdy jej kiedyś doświadczy bez wyjątków. Czy to zadźganie nożem, potrącenie przez samochód, choroba... starość... O tyle dobrze, że wiedźm to nie dotyczy... Chociaż jeden plus bycia czymś związanym bezpośrednio z magią... - wyszeptała cicho. Nie traktowała bycia wiedźmą za coś dobrego. Było to dla niej przekleństwem, że musiała się urodzić pod dachem i zostać wychowaną w rodzinie związanej z magią. Rodzinie? Przecież wychowywała ją matka... ojca nigdy nie poznała, podobno odszedł od niej, bo "się jej bał". Wtedy jej nie rozumiała, nie potrafiła zrozumieć tego, co jej wtedy powiedziała do czasu tego, co wywołała z pozostałymi wiedźmami. Nie potrafiła jej wybaczyć... Zacisnęła pięść, kończąc tym samym myślenie o swojej wyrodnej matce. Nienawiść... nie mogła się nią teraz kierować. Spojrzała się na szyszkowca, nic nie powiedziała, ale to stworzonko... należało do takich, które napawały ją szczęściem. Napawały ją nieokiełznanym szczęściem w sercu, każde zwierzę tak na nią działało... nawet takie. Ale czy jaszczurki są takie same jak psy czy koty? Nie chciała pytać o możliwość pogłaskania... bo nie wiedziała, czy sobie tego życzy, czy może nie. I tak ocieplało serce to jego dreptanie wokół.
- Tutejsza... to trochę złe określenie. Powiedziałabym, że taka wieczna turystka, bo próbuję zgłębić tajemnice tego miasta, ale nie potrafię jednak się do niego przywiązać pomimo mieszkania w jego obrębie. Nie wiem nic praktycznie o nim... poza tym, że znajduje się tutaj fajna herbaciarnia i zawodówka... - powiedziała, cichutko wzdychając. Przeczesała delikatnie włosy u tyłu głowy w akcie zakłopotana, a że były puszczone luźno, sięgały jej do końca karku. No tak... herbaciarnia, w której miała okazję poznać niezdarę gorszą od siebie samej, a także móc przeprowadzić niedługą konwersację z Sevi. A do tego jeszcze przepyszna, czerwona herbata tam serwowana. A może to była biała, jaśminowa? Sama już nie pamięta, bo leżała po niedługiej chwili płasko na ziemi. No, ale dobrze, jakoś dała radę.
Znowu wzrok z szyszkowca przeskoczył na kwiat w oku rozmówczyni, ale i na niezbyt długo tam utkwił. Skierowała go w stronę rozgwieżdżonego nieba, uśmiechając się niezwykle ciepło w tamtą stronę. No tak, już zrobiło jej się lepiej, chociaż trochę nietaktownie odwróciła wzrok od Saphiry. Zwracała jednak uwagę na wszystko, co ta mówi. Na każde słowo. Nawet na to, że nie może podać swego imienia. Aż zaczęła się zastanawiać nad tym, czy by nie zapytać o to, dlaczego jest nieufna, jednak powstrzymała swą dociekliwość pod codzienną maską obojętnego spokoju.
- Ah, rozumiem. Brak zaufania wobec innych... rozumiem to i samej przez to przechodzę. Nie czuję urazy, a zrozumienie. Nie będę też dociekała, jak rzeczywiście brzmi Twe miano. Może następnym razem... przy takim, no - bardziej ludzkim otoczeniu - skierowała do niej te słowa, a i nawet nie poczuła się urażona kiedy powiedziała, że na nią już czas. No tak, do tej pory każdy ją nieoczekiwanie zostawiał. Przyzwyczaiła się do tego... Najpierw tamten dziwny chłopak w zaułku, który zemdlał, potem zniknęli Sasha i Sevi, a teraz nieznana jej kobieta o białym ubiorze.
- Jeśli musisz... idź. Miejmy nadzieję obie, że następne spotkanie... będzie dłuższe - westchnęła cicho, jednocześnie miała drobinkę smutku w głosie. Taką... malutką, ledwo wyczuwalną. Spoglądała się na trasę, którą przebyła aż przeszła przez bramę, aby zaraz swoją uwagę skupić na księżycu.

To skupienie trwało naprawdę długo, bo może godzinę. Wtedy też poczuła kogoś innego w pobliżu, jakąś inną energię. Momentalnie spojrzała się w tamtą stronę, a jej oczom ukazała się długowłosa o niebieskich, wchodzących trochę w biel kosmykach. Oczy jej niewiele różniły się barwą od czupryny, bo były w tym samym, stonowanym odcieniu. Cała jej postać jej się za bardzo nie podobała. Zupełna zmiana nastawienia, jednak ustosunkowana, ukryta pod spokojną maską. Wpatrywała się swoimi zielonymi, głębokimi oczyma w kobietę, która właśnie uraczyła ją swoją osobą. Siedząc w dalszym ciągu pod drzewem wciąż miała rapier pod ręką, a jedną nogę ugiętą nieznacznie w kolanie. Nie była zbyt zwinna... ale ta aura nieufności zaczęła od niej bić na kilometr.
- Ludzie odchodzą, aby zaraz przybyli kolejni... kim jesteś? - zapytała nieco zbyt ostro, a jej powieki nieznacznie się obniżyły, pokazując tę nieprzychylną postawę. Uniosła się, podciągając nogi i z kucnięcia momentalnie podniosła do pionu, zabierając ze sobą broń. Dlaczego tak zareagowała? Wszędzie by rozpoznała te rysy twarzy... Nie miała pojęcia, co jej własna matka potrafi, ale skąd miała mieć pewność, czy to nie ona? Nie zmieniła się, aby znowu zacząć ją przekonywać do swojej racji? Czy może należy do tej części rodziny, której nie warto znać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t92-pacyfistka-z-toskanii
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Pon Mar 02, 2015 6:29 pm

Ona zaraz poprawiła swoją czapkę, trzymając za daszek. Z cienia wyłaniał się jedynie jej wredny uśmieszek. Co ten uśmiech mógł oznaczać? Na pewno nie nic dobrego. Nikt nigdy nie wie, co takiej Sonei chodzi po głowie. Ona miała swoje myśli, które niekiedy były straszne, albo dziwne. Gdy usłyszała głos kobiety o białych jak śnieg włosach.
- Masz powód, by mnie o to pytać? Cmentarz jest miejscem, gdzie każdy może przyjść, nieprawdaż? - spytała i skrzyżowała dłonie wokół piersi.
Jej niebieskie, a wręcz błękitne jak toń głębokiego oceanu oczy spojrzały się na nią. Uśmieszek nie znikał z jej twarzy. Sonea nie pokazywała żadnego strachu, nawet nie przeraziła się tym ostrym tonem. Zaraz.. to był ostry ton? Dla niej to brzmiało jak zamawianie pizzy, albo coś innego. Może strach to było przeciwieństwo kobiety? Oczywiście, że tak było.
Zaraz zawiał mocniejszy wiatr, który sprawił, że jej włosy zaczęły tańczyć. Teraz stała i wyczekiwała wypowiedzi.
Powrót do góry Go down

avatar
Wiedźma
Posty : 103
Data dołączenia : 20/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Pon Mar 02, 2015 11:13 pm

Kobiety... w ogóle nie kojarzyła. Uchowała swój rapier w pochwę przy biodrze, ozdobną i pasującą do tego oręża. Obejrzała kobietę... niebieskie włosy? Nie wiedziała, że takie były w jej rodzinie. Ale dlaczego od razu myślała o rodzinie? Ojca nie znała, więc co? Rysy twarzy... były tak przeraźliwie podobne do rysów twarzy jej matki, którą tak bardzo gardziła. Wpatrywała się w oczy swojej rozmówczyni, ale zaraz odwróciła wzrok. Początkowo bez słowa, ale westchnęła cicho.
- Tak, każdy może tutaj przyjść. Ja nie mam zamiaru zostawać tutaj przez wieczność tak, jak ci nieszczęśnicy oraz ci, których tak podziwiałam - odpowiedziała całkiem tajemniczo i odwróciła się plecami do Sonei. Ukucnęła koło jednego z grobów i delikatnie starła z napisu na tabliczce kurz. Nie znała nazwiska... ale tej osobie, równie bardzo, jak i pozostałym należał się hołd.
- Wybacz mi za moje nieodpowiednie zachowanie... Strasznie mi przypominasz pewną znaną mi z przeszłości osobę... Osobę, której teraz nienawidzę za zniszczenie mojego życia - znowu wróciła do tego wiecznego spokoju, który pokazywała dzięki swojej masce. Zaraz wstała, jednak nawet na chwilę nie odwróciła wzroku od nagrobka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t92-pacyfistka-z-toskanii
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Wto Mar 03, 2015 9:23 pm

Oglądała poczynania tej wiedźmy, ona zupełnie nikogo jej nie przypominała. Zaraz.. czy ona właśnie starła kurz z grobu i starała się oddać hołd? Widziała tutaj mnóstwo młodych ludzi, więc oni tu leżą, ponieważ byli za słabi, prawda?
Sonea powoli podchodziła do grobu z kwiatami i płynnym ruchem kopnęła wazon, rozbijając go tym samym.
- Umarli, bo byli słabi. - powiedziała. Podeszła bliżej białowłosej.. z resztą dla niej dziwnej kobiety, która mogła poczuć tylko przepiękny zapach jej błękitnych włosów.
- Pamiętaj, ten świat nie należy do słabych. - dodała i powoli szła w cień, było słychać dźwięk obcasów, ponieważ szła po nawierzchni z płyty betonowej. Nie zamierzała zostawać tutaj długo, po prostu nie zauważyła imienia i nazwiska jej ojca.
Powrót do góry Go down

avatar
Wiedźma
Posty : 103
Data dołączenia : 20/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Sob Mar 07, 2015 2:15 pm

Jeszcze przez długą chwilę dumała... przez długi czas obserwowała grób, z którego starła właśnie kurz. Nawet, jeśli wstała nie potrafiła odciągnąć wzroku. Dlaczego? Właśnie... czasem uważała, że niektórzy musieli odejść zbyt prędko chociaż mieli zbyt wiele życia przed sobą. Uśmiechała się tym niezwykle melancholijnym uśmiechem w stronę. Tak... ci, którzy są dobrzy zawsze mają utrudnione życie, zaś tym, którzy działają na szkodę innych wszystko uchodzi na sucho, aby u końcu ich życia spotkała niesamowita kara. Czyli... matka u końca swej drogi zginie śmiercią niezwykle bolesną? Należy jej się.

Jej dumanie nad istotą życia i śmierci przerwało to, co zrobiła właśnie jej rozmówczyni. Skopała wazon stojący na jednej z płyt nagrobkowych, na co Arianna otworzyła szerzej oczy z niedowierzania. Widząc, jak się oddala, momentalnie chwyciła ją za rękę i zbliżyła twarz do jej (NOW KISS KILL), patrząc się w błękitne oczy... dawno w jej oczach nie widać było takiej zażartej wręcz wściekłości.
- Co Ty robisz?! Do cholery jasnej, świat może i należy do słabych, ale do cholery jasnej, nie masz prawa tak traktować miejsc ich spoczynku! - krzyknęła prosto w twarz dziewczyny, która jest nieświadoma ich pokrewieństwa. Z resztą, żadna z nich o tym nie wiedziała. Ale... Aria była wściekła na dziewczynę. Niebywale... wściekła! Toć to przecież było bezczeszczenie życia... życia drugiej osoby! Osoby, która niebywale musiała wiele przecierpieć...
- Co Ty sobie myślisz?! Gdybyś widziała stamtąd - pokazała palcem w niebo gdzieś w oddali - że ktoś bezcześci Twój grób w ten sposób, co byś zrobiła, co?! - krzyknęła znowu. No tak... to jest druga rzecz, której nienawidzi zaraz po tym, kiedy ktoś krzywdzi zwierzęta na jej oczach. To chyba jest spowodowane tamtą rzezią... bo lubiła tamte osoby, które zostawały zabite nawet, jeśli mieli pojęcie o tym, że jest wiedźmą. No tak... wiedzieli, nic jej nie robili, wciąż była dzieckiem. Była wtedy po prostu beztroskim dzieckiem, które nieświadomie ściągnęło na ich wszystkich... tak okrutną śmierć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t92-pacyfistka-z-toskanii
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Wto Mar 10, 2015 4:11 pm

Gdy panna Aria zaczęła swoje przedstawienie na temat tych wszystkich słabych ludzi, Sonea jedynie westchnęła cicho i spojrzała na nią bez jakichkolwiek emocji wymalowanych na twarzy.
- Co bym zrobiła? Dobre pytanie. Nic, nic nie mogłabym zrobić, ponieważ byłabym martwa. Oh, zagadka rozwiązana pani obrońco słabych. - powiedziała szeptem. Jej ton głosu był normalny i chłodny jak zwykle. Od razu było czuć.. że kobieta ma serce z lodu, czyli coś się w jej życiu zdarzyło takiego, że zmieniła się.. i zmieniła swoje nastawienie do świata. To człowiek splugawił ten świat i napełnił go przemocą. To wszystko.. te wszystkie charaktery istot i ludzi.. to nie wzięło się od tak, to nie jest wyssane z paluszka.
Powrót do góry Go down

avatar
Wiedźma
Posty : 103
Data dołączenia : 20/02/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Nie Mar 15, 2015 7:51 pm

Zaciskała przez dłuższą chwilę jej nadgarstek, patrząc się w jej oczy. Była wściekła... wściekła! Sonea mogła poczuć ból... nieznaczny, ale wciąż niezwykle nieznośny. Naprawdę, niezwykle nieznośny. Aria chyba po raz pierwszy od długiego czasu się tak zdenerwowała, ze dochodzi do rękoczynów. Wielka pacyfistka się znalazła... od siedmiu boleści. Ta, od siedmiu boleści, doskonale ujęte. W pewnym momencie jednak ją puściła, pozwoliła jej na rozluźnienie nadgarstka. To, jakie podobieństwo do matki u niej widziała coraz bardziej ją dobijało... i denerwowało.
- Ta logika jest dla mnie logiczna... jednak wciąż w moich oczach jesteś niewarta życia - powiedziała całkiem poważnie. Tak... tak uważała. Ktoś, kto nie szanuje cudzego życia nie jest wart swojego. A życie może być jakiekolwiek, choćby zwierzę. Pamięta dalej krew tamtego człowieka, który próbował skatować tamtego psa. Biedny psiak... Odwróciła się do niej plecami, zaciskając zęby. Próbowała utrzymać swoją złość w ry[d]zach. Musi... nie może teraz wybuchnąć wściekłością.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t92-pacyfistka-z-toskanii

avatar
Uczeń NOT
Posty : 43
Data dołączenia : 04/05/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Czw Paź 01, 2015 9:45 pm

Wróciwszy z misji Rinowi udało się namówić Stephena na ty by przeszli się jeszcze po okolicy nim wrócą do akademiku. I nie wiedzieć wiedzieć w jaki sposób dotarli aż na cmentarz.
Zdawszy sobie sprawę z tego gdzie się znaleźli chłopak spróbował rozejrzeć się po okolicy, jednak ze względu na zalegając mgłę niewiele zobaczył. Tylko zarysy kilku drzew za bramą i dość liczne haki zwisające z nagich gałęzi.
- Wisielczy nastrój... - mruknął pod nosem kopiąc niewielki kamyczek leżący nieopodal - Przejdziemy się, czy może cykoria? - spytał po chwili kładąc dłoń na jednym z prętów bramy.
Nie przeszkadzało mu to, że właśnie będą wchodzić na cmentarz. Nie wiedział też czemu tak wielu ludzi woli unikać takich miejsc. Przecież i tak niemal każdy skończy na takiej miejscówce lub jej podobne w innej części świata. Taka była kolej rzeczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t475-rin-roe

avatar
Uczeń NOT
Posty : 25
Data dołączenia : 01/05/2015

PisanieTemat: Re: Cmentarz   Czw Paź 01, 2015 10:10 pm

Stephen nigdy nie twierdził, że świeże powietrze szkodzi, jest złe, czy coś na ten rodzaj. Dlatego też nie miał nic przeciwko małemu spacerkowi by się odstresować po powrocie do Stanów. Ale spacer po mieście a spacer po cmentarzu jednak nie są czymś porównywalnym. Nie tyle że Stephen narzekał, co zastanawiał go naprawdę co musieli zrobić by tu wylądować
- Ale ci się na żarty zebrało... - odpowiedział na żarcik Rina - Chyba śmieszny jesteś, jeśli twierdzisz że tam nie wejdę. - powiedział, po czym przekroczył furtkę i ruszył wgłąb cmentarza - Co tak wolno? Zaraz zostaniesz całkiem w tyle.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t477-stephen
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Cmentarz   

Powrót do góry Go down
 
Cmentarz
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Cmentarz Zwierząt
» Cmentarz, Durham
» Stary Cmentarz
» Cmentarz w Ohlsdorfie
» Cmentarz

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Death City :: Peryferie-