IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Twórczo- opowiadaniowo!

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Gość

Gość

PisanieTemat: Twórczo- opowiadaniowo!   Pon Maj 25, 2015 8:37 pm

Wpadłam na pewien pomysł. Skoro piszecie na forach to pewnie piszecie też opowiadania. Albo wiersze? Sonety? Choćby epitafium?
W tym temacie moglibyśmy pochwalić się swoimi wypocinami, a żeby było tu czysto i przejrzysto, proponuję taki układ- wyczerpująco komentujemy post poprzednika i możemy dodać także coś od siebie. Tylko fragment, cokolwiek, jakiś wybrany chwytliwy moment- jeśli będzie nam się podobało, to można zawsze dorzucić całą resztę? Co wy na to? Ktoś się pasi?
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Twórczo- opowiadaniowo!   Czw Maj 28, 2015 6:36 pm

Dobra, idę na pierwszy ogień i proszę o konstruktywne komentarze. :)

Filiżanka

Przez ukwiecone zasłony wdaje się nieco promieni słonecznych. Mimo, że to środek zimy. Wyglądam przez okno i widzę, jak resztki brudnego śniegu zajmują poszczególne partie chodnika i trawników. A owe promienie to tylko swoista walka ciemności ze światłem próbującym wywalczyć ostatnie chwile radości dla mieszkańców. Cisza i mrok zabierają ostanie resztki nadziei.
Ale ja nie daję się ponieść tej ponurej oraz a jakże depresyjnej atmosferze. Wchodzę na łóżko by dosięgnąć półki z książkami, wybieram którąś z tych pozycji, do których lektury zabrać się jeszcze nie miałam okazji.
Niezwykle zadowolona, biorę książkę pod pachę i kieruję się w stronę kuchni. Z szafki mieszczącej się nad blatem wyciągam swój wielki skarb. Jedyną pamiątkę po babce, jaką mam. Wykonana w Japonii, porcelanowa, przywołująca na myśl styl Vintage. Filiżanka.
Lekko nadkruszona na brzeżku oraz w środku, gdzie widnieje jakby kreska od tego uszkodzenia. Z cieniutkim uszkiem, wzorzysta we fantazyjnie przeplecione ze sobą pozłacane linie, są podobne do szlaczków, jakie się rysowało w zeszytach ze szkoły podstawowej.
Włączam elektryczny czajnik oraz wrzucam do filiżanki torebkę karmelowej herbaty. Otwieram książkę na przypadkowej stronie i czytam losowe zdanie. W sumie to zawsze przed lekturą tak robię. Oho, woda się zagotowała, więc zalewam naczynie wrzątkiem. Słodki zapach karmelu roznosi się po całej kuchni.
Ostrożnie przykładam filiżankę do ust. Gorący płyn sprawia, że ciepło roznosi się po całym moim ciele. Smak i zapach ogarnia zmysły. To niesamowite uczucie. Wie o tym każdy, kto pił z tej filiżanki. Bo to ona daje esencję odbierania przyjemności z picia z tego przedmiotu. Magicznego przedmiotu.
Dla jednych skarbem jest książka, dla innych wisiorek. Dla mnie czymś takim jest ta filiżanka, przenoszona w mojej rodzinie co drugie pokolenie. Mimo, że ten obieg trwa od niedawna. Zawsze, jak ją trzymam, oglądam ją bądź po prostu piję z niej, czas jakby się zatrzymuje. Nie wątpię, że ma magiczne właściwości. Ale nie mylić tego rodzaju magii z paranormalnością. To magia sentymentalizmu. Ponadto filiżanka ta jest przepełniona miłością babci do mnie. Czuję ją za każdym razem, kiedy jest w pobliżu. Jakby i Ona w takim momencie pojawiała się blisko mnie. Zeszła z Nieba na Ziemię, by objawić mi się w myślach. Oraz w filiżance.
Ale teraz, po krótkim zastanowieniu, stwierdzam, że magii tej filiżanki nie dane jest doznać komuś innemu, aniżeli mnie. Bo ktoś będzie tą niezwykłą moc odczuwać, przeglądając album ze zdjęciami albo modląc się za pomocą różańca. Każdy ma taki przedmiot, który napawa go tym niezbyt dobrym do opisania uczuciem. Magicznym uczuciem. A moc filiżanki objawia się jedynie mnie. Tylko mnie.
Pamiętam, jak odwiedzałam matkę mojego ojca, będąc jeszcze dzieckiem. Filiżanka miała swoje stałe miejsce w barku z szybką, powieszonym nad szafką z szufladami. Jej właścicielka zabraniała mi dotykać tego skarbu. Nawet, kiedy patrzyłam się w tamtą stronę, stronę łososiowej ściany z zawieszonym na niej mebelkiem – potrafiła mnie skarcić i przywołać do porządku. Jakby samo podziwianie filiżanki było karygodnym błędem.
Ostatni obraz babci, jakiego dane mi było zobaczyć, to jej wizerunek, jak leżała na łożu śmierci. W szpitalu. Jej zastygłe w bezruchu ciało, obwiązane niezliczoną ilością rurek i kabli, wijących się po jej ciele niczym stado kąsających węży, było niezwykle wychudzone. Grobową ciszę zakłócało jedynie równomierne pikotanie wydobywające się z wysłużonych monitorów. A nieskazitelną biel ścian urozmaicał wazon kolorowych kwiatów, których zapach roznosił się po całej sali szpitalnej, jakby walczył z wonią charakterystyczną dla takich miejsc.
Teraz siedzę wygodnie na miękkim posłaniu fotela, w pokoju, do którego zawitałam przed chwilką. Widzę, babcia wpatruje się we mnie wprost ze powieszonego na ścianie i oprawionego w ramkę malowidła. Spojrzałam na jedną z czterech tudzież występujących. A tam znów jej wizerunek; ten sam przyjacielski uśmiech uzupełniający się z krągłymi policzkami, którego nie sposób rozróżnić. Jej raczej ani trochę smukła postać uwydatniona farbą żywego koloru. Miała charakterystyczne rysy twarzy. Nie sposób jej nie rozpoznać. A kto zobaczył ją tylko raz w życiu, już nabrał sympatii do jej osoby. Mimo, że za życia była czasami naprawdę surowa. Ale wybaczam jej każde złe słowo, każdy powód mojej łzy, bo wiem, że babcia mnie kocha, i wszystko, co czyniła, czyniła to z miłości. Czuję tę magię poprzez jej prezent. Prezent mający w sobie tyle z praktyczności, ile również z sentymentalności.
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Twórczo- opowiadaniowo!   Czw Maj 28, 2015 8:08 pm

Zacznijmy od tego, że mi się podoba. Ma coś w sobie takiego -może niekoniecznie wciągającego- ale na pewno klimat. I tą melancholię. A połączenie tematu rodziny i przedmiot jako więź łącząca zmarłego z narratorem? Dobre. Bardzo dobre, podoba mi się. Zwłaszcza, że ja raczej nie wpadłabym na taki pomysł.
Wyłapałam kilka błędów, ale nie tyle literówek co brak przecinków w zdaniach wtrąconych. Często dodajesz wyrazy typu "a jakże", "oczywiście", masz też tendencje do lania wody (jak i ja z resztą xD). Jedyne co mi się nie podoba, to format one shota. Strasznie dużo jakby, mhm, oderwanych od siebie akapitów. Piszesz piszesz i pyk, od nowa. Piszesz piszesz, znowu od nowej linijki. Ale to tylko kwestia przyzwyczajenia, bo ja na przykład lubię jak wszystko jest ładne i uporządkowane. TAK JESTEM PERFEKCJONISTKĄ. Iii tak na koniec... jak dotychczas czytałam sporo twoich forumowych wypowiedzi (Windhill, Mallory, Panem blablabla) i nie przypominam sobie, żebyś opisywała jakąś akcję. Chciałabym przeczytać coś innego w twoim wykonaniu. Tak o, dla sprzawdzenia się. I dlatego liczę, że spełnisz moje życzenie.
So... Coś mojego. Bardzo muszę? Bardzo bardzo? Fragmenty będą krótkie i raczej z jednego opowiadania (postaram się by zamieścić troszku akcji, jakiegoś smutnego wewnętrznego monologu iii może erotyka.) Także ten, miłego czytania. A po czytaniu wieszajcie na mnie psy, skoro ze mnie Niemka, to wszystko wytrzymam.
***

[Coś smutnego] napisał:
Ze spokojem i pewnością siebie ruszam na piętro, mijam miejsce rozgrywającej się niedawno rzezi i śmierci Rudej opuszkami palców dotykając drewnianych balustrad prowadzących na górę. Coś przyjemnie chrzęści pod nogami, każdy kolejny krok w oślepiającą jasność jest niczym muzyka dla mych uszu. Promienie oświetlają poszarzałą od mroku twarz, muszę zmrużyć oczy i sapnąć ze szczęścia. Jak przyjemnie. Jakby mimowolnie skręcam w prawo, w stronę salonu, łazienki i sypialni które urządziliśmy na kształt zbrojowni albo koszar. Na klęczkach i z plecami wyprężonymi niczym struna przy ścianie okrążam ogromną dziurę, lej po bombie wyryty na przerażającą głębokość kilku metrów. Gdy jestem już przy samej linii złączającej podłogę z otworem, zatrzymuję się na moment i wyglądam przez otwór. Widok ściska za gardło, chwyta za serce i wyciska łzy z oczu jednocześnie, ale przede wszystkim jest zbyt przerażający by kontemplować przy nim dłużej. Moja ukochana Warszawa. Moje miasto. Plac Napoleona, Zielna, Świętokrzyska, Marszałkowska, Lipowa, Plac Marszałkowskiego, Prudential. Wszystko to, i wiele więcej. Wspomnienia, urywki, kadry, dzieci kwilące w wózkach i pary ze śmiechem goniące się po Saskiej Kępie. Wszystko to zostało tak po prostu… zniszczone. Muszę oprzeć się o ścianę by ratować się przed bolesnym upadkiem z kilkunastu metrów prosto na bruk Czerniakowskich pozostałości po barykad. Chwytam za wystającą rozkruszoną cegłę i z wysiłkiem podnoszę się do pozycji stojącej, zjeżdżając na przyprószony białym tynkiem dywan dopiero po chwili. Pot spływa mi po twarzy strugami, oddycham płytko i rzężyście, ale mimo tego wstaję, niezniechęcona widokiem poległej matki. Stękam cicho i nagle ze śmiechem zdaję sobie sprawę, że gdyby w budynku znajdowali się jacyś uzbrojeni Niemcy, już dawno padłabym obrywając solidną czapę. A mimo to żyję. Żyję i stoję na samym środku elegancko urządzonego salonu. Nawet żyrandol się ostał- wprawdzie już na podłodze, ale zawsze coś. Wydaję z siebie coś mające imitować cichutkie parsknięcie śmiechem i obkręcam się wokół własnej osi, raz i drugi. Wiruję jak w tańcu, obserwując jak jasne refleksy z tysiąca brylancików na stałe zamontowanych na mosiężnym stelażu przesuwają się wzdłuż jaśniejącej dziwnym blaskiem ściany, wirując i obkręcając się tak jak ja. Fajfa. Do tańca przyłączą się inne pary, na lśniącym parkiecie otaczają mnie obejmujący się Antoni z Zośką, mama podkłada pod nos szampana bujającego się powoli w rytm ballady tacie. Rechoczący się Mocny z Andrzejem i Michałem wywijają jakiś głupi dowcip ślicznie wystrojonym salonowym panienkom, chichoczącym w kącie i rzucającym zalotne spojrzenia grubą woalą ciemnych rzęs. W kącie wyzwolona chłopczyca Jenna, jedyna przebrana w najjaskrawsze z możliwych pumpy i luźną lnianą koszulę umiejętnie nastawia płytę gramofonową i budzi patofon do życia. Grzesiuk, Fogg i inni chorzy zasrańcy wypełniają swym zawodzeniem każdy zadymiony oparami tytoniowymi kąt, wirują jak ja i Abigail którą niespodziewanie ściskam w swych ramionach, osiadają na ławach, oparach, Rudej puszczającej do mnie oko i odzianej w coco channel’ową małą czarną ze sznurem lśniącobiałych pereł falujących na bladziutkich ramionkach. Czarnowłosa żydówka natomiast, na którą spoglądam między jednym a drugim przelotnym mrugnięciem, zupełnie zmieniona wiruje w mych ramionach. Szalenie krótka spódnica z granatowej wełny, muślin i półdługi opinający ją w pasie żakiet nadają jej nowoczesnego charakteru. No tak, cały Wiedeń tak się teraz przecież nosi. Żydówka rzuca mi jedno szybkie spojrzenie czarnych błyszczących oczu a ja rozpromieniona kłaniam się po skończonym tańcu. Potem wyobrażam sobie, że jestem Polą Negri i na klęczkach ofiarowuję Abi swój kwiat z butonierki, orientalną księżniczką Tedi Barą i zupełnie tak jak ona w Kleopatrze dostojnym krokiem ruszam do ukochanej, jak wiję się w jej nagich ramionach niczym Helena Grossówna w tańcu pełnym namiętności. Spokojnym i leniwym jednocześnie. Gra niebo spokojne. Fałdy morza przelewają się z wolna w głąb milczenia i zostaje tylko cichy pożar, bolesna w dole ziemia. Jeszcze dzwonek na wieży, sarny w locie i obłok…
Wietrzyk dzwonił…
-Haniu? Haniu, wszystko w porządku?
…i gasł.
Podaj mi rękę, mówił anioł.
Oto się stajesz zapatrzeniem gwiazd.

[coś nawet nie wiem jak to nazwać] napisał:
Obezwładniające uczucie chwyta mnie za barki i wlecze brutalnie- najpierw w rytm Ballady Mieczysława Fogga, po zakurzonej posadzce malutkiego domku letniskowego w obrzeżach Kampinosu, po pokrytej krwią posadzce siedziby SS, w grząskiej melinie ścieków kanałowych, po nieznanej kamienicy na Solcu. Jestem niczym kula utkwiona w sercu Rudej, jak seria z cekaemu rozpruwająca Argo na mlaszczące w otchłani kawałki mięsa i kości, jak gangrena pożerająca obie kończyny Jenny, kawałek po kawałku. Jak samobójczy wystrzał Krychy, brzmiący w piwnicznej ciszy tak donośnie i niewyobrażalnie, tak niewyobrażalnie… smutno. Jestem pokonana. Kruszę się, łamię, krzyczę i wiję się w bańce mydlanej bólu po stracie tych wszystkich, których nie zdążyłam nawet za dobrze poznać. Niektórych tylko z pseudonimów, z ksywek. Niektórych wyłącznie z sekundy błysku i odwrócenia głowy, tej sekundy gdy niewinny stał i wpatrywał się w ruiny oczyma pełnymi nadziei, a w następnej już leżał. Przygarbiony starzec, rozpruty, wykrwawiony, wykończony. Po prostu martwy.
Gdy budzę się w tej samej pozycji w której odpłynęłam w nocy, nikt nie przychodzi by pomóc mi powstać na nogi, toteż muszę o własnych siłach podciągnąć się i na klęczka dotrzeć do pierwszego lepszego stałego podparcia dla rąk. Zamglony obraz wiruje, raz pokazując zdemolowaną kuchnię, raz nikłe promyki pierwszego słońca wdrapujące się na zżarte przez liczne ‘’krowy’’ schody. Nasłuchuję w ciszy. Oprócz mnie na zdemolowanym parterze nie ma żywej duszy. Żywej duszy, dobrze powiedziane. Zza niedomkniętego schowka na miotły i inne dozorcze narzędzia wystaje tylko para gołych, sztywnych stóp nocnego Niemca. Przełykam ślinę i, chwytając się poranionymi i pokrytymi ropami dłońmi balustrady, rozpoczynam mozolną wędrówkę na samą górę jedynej uratowanej przed zburzeniem kamienicy Solca na Czerniakowie. Przerażająca, poranna cisza aż dzwoni w uszach gdy tak drepczę w miejscu, a w porównaniu do wojennych odgłosów ostatniego miesiąca pieści ona uszy niczym najsłodsza operetka Toli Mankiewiczówny. Na kolanach docieram do rzędu jedynych nie zastawionych gruzem pokojów, wybieram jeden na oślep i jak gdyby nic zjeżdżam po obdrapanych drzwiach na widok leżących w pokracznym kole znajomych z Tsunami.
-Czy to wasza sprawka, że nie słychać żadnych odgłosów strzelaniny? –na mój widok odwraca się jedynie czyszczący Niemieckie magazynki Apollo. Robi mi miejsce koło siebie, a ja przyjmuję ten kawałek siedzenia ze zdawkowym uśmiechem. Dziękuję Antoni, ale tamten kawałek gruzów był wygodniejszy.

[iii coś schizowego] napisał:
1. June zabiera nadzieję na przechadzkę po Eureka Tower.
Drobna dziewczynka wątłością przywodząca na myśl brzozowe witki, siedzi na wystruganym przez jakiegoś uczniaka stołku i tępo wpatruje się w sztalugę malarską rozłożoną tuż przed nią. Jej chude, pomalowane farbą Ditacolor nóżki bezwładnie zwisają z siedzenia, tak samo z resztą jak rączki ściskające pędzel i mysie włosy opadające nierówno za ramionka. Jest w pracowni malarskiej sama, nikt oprócz niej nie spędza w tym śmierdzącym od pigmentów miejscu więcej czasu niż tego, przeznaczonego na lekcje plastyki. Ale ona przecież uwielbia malować, więc co oni tam mogą wiedzieć. Nic nie wiedzą o tej June. June i Czerwiec. Ale ona przecież nie jest tak piękna, słonecznie rozpromieniona i kwiecista jak Czerwiec, więc co oni tam mogą wiedzieć, prawda? Dzisiejsze lekcje właściwie skończyły się już dla June, ale mysia dziewczynka jak zwykle zamyka się na niewidzialny klucz i siedzi w pracowni, kończąc swój pierwszy i, jak na razie jedyny poważny obraz na płótnie. Poważny i to jak! Widnieje bowiem na nim widok, który utkwił jej w pamięci na długo przed tym, jak zaczynała uciekać ze świetlicy, w której mieszka razem z innymi niedobrymi dziećmi. To tatuś pokazał jej największy budynek w mieście, Eureka Tower, no więc własnie teraz to Eureka Tower uśmiecha się do niej z wielkiego płótna. Na wieży, chluby całego Melbourne, stoi dziewczynka w kanciastej sukience i spogląda z bojaźnią na dół. Ale nie spadnie, June o tym wie. Ma przecież balony. A balony posiadają hel, June wie także i o tym, przecież zawsze pilnie uczy się na zajęciach. Wszystko jest więc w jak najlepszym porządku… no prawie. Mysia malarka za nic nie wie, jaki kolor włosów dopasować do tej dziewczynki na płótnie. Żadna ze znanych jej barw nie pasuje do ogromnej, zwalistej formy metalu- ani zielony, ani czerwony, ani nawet szmaragdowy. Co za okropność! I gdy tak Mysia Malarka siedzi sobie na stołku, buja nóżkami z tęczowym Ditacolor i rozmyśla nad kolorem włosów jej nieruchomej koleżanki, do pracowni –a przecież zamknęła ją na klucz- wparowuje dosyć spora grupka. Spora, bo to aż trzy osoby, a jak mawia pan White: jedna osoba to samotnik, dwie to para, a trzy to już dwie pary bez samotnika, czyli tłum. Pan White to nasz nauczyciel. Jest miły, pogodny i wszystkie dziewczyny z klasy się w nim bujają- wdychają do niego po cichu, piszą w pamiętniku, i tak dalej… No, prawie wszystkie. Ja nie.
-A tu, kochanie, będzie twoja przyszła pracownia malarska. Widzisz, będziesz mogła malować, rzeźbić w mydle… pani Anisio, tylko proszę nie dawać Max ostrych narzędzi, a już w szczególności łyżeczek!... o, popatrz, przecież tak bardzo lubisz kolory, prawda?
Jakaś ogromna kobieta ściska w pulchnej dłoni, aż dziw że jeszcze jej nie zgniotła, rączkę należącą do jakiejś dziewczynki. June zasycha w ustach, bo nagle zdaje sobie sprawę, że blada dziewczynka o niewyobrażalnie bujnych i gęstych cynowo-cytrynowych lokach wygląda tak jak ta ze szczytu Eureka Tower. Czyżby jej nieruchoma koleżanka przyszła złożyć jej niespodziewaną wizytę? Nie, to jednak nie ona. Ta przed nią zaciska piąsteczki i wygina usta w złowieszczym uśmiechu. June się jej boi. Zaraz za nieznajomymi do sali wparowuje nasza wychowawczyni, młoda i niedoświadczona –wiem to stąd, że właśnie tak mówiły na nią inne panie wychowawczynie- Anisia Rymksy. Anisia Rymsky na mój widok wytrzeszcza oczy ze zdumienia i klęka przy moim stołku.
-June skarbie, co ty tu robisz? Wiesz, która jest godzina? I, oh… co ty masz na nodze? –protestuję głośno, ale ona wyciąga zza pazuchy chusteczkę, zwilżając ją uprzednio śliną, i zaczyna psuć rezultat całej mojej dzisiejszej pracy.
-To tęcza, pani Rymsky.
-Nie tęcza, tylko zwykłe plakatówki, którymi cała się ufajdałaś! Oh, co ja z wami… -prostuje się nagle i posyła przepraszający uśmiech w stronę tamtej dwójki. –Przynajmniej cię należycie przedstawię, no ruszaj się. –popycha wątłe ramionka June na sam środek. -Max, poznaj swoją przyszłą koleżankę. Będziecie chodzić razem do klasy. Max, to jest…
-Wiem, kto to jest. To przecież Żółta. –blondynka wyszczerza się rzędem mlecznobiałych zębów i przybliża swoje wąskie, blade usta do policzka Mysiej Malarki. Składa na nich pocałunek, a potem jak gdyby nigdy nic bierze w ramiona zdezorientowaną June. Jeszcze nikt nieznajomy nie przytulił dziewczynki w ten sam sposób, także teraz ta nie za bardzo wie, jak ma się zachować.
-Cześć, Żółta. Ja jestem Max i jestem schizofreniczką. –uśmiecha się nadal. -Bardzo miło mi cię poznać.
-J-ja jestem June, nie Żółta. A ty jesteś w końcu Max czy Schizofreniczka?
-Pani Brington, a mówiła pani, że Max ma kłopoty z zaklimatyzowaniem się w nowym miejscu… Sądzę, że to całkiem miła i pogodna dziewczynka.
-O-ona nigdy nie zachowywała się w ten sam sposób, pani Rymsky, to chyba jakieś… tak. To duży postęp. Prawdopodobnie po Pregnizolu. Obawiam się, że Max prędzej przywitałaby się agresywnie, buńczucznie…
-Oh. Bardzo mi przykro.
-Tak, tak… to dlatego zdecydowaliśmy, że nasz cukierek zacznie naukę w waszej placówce dopiero od stycznia… mam nadzieję, że pani rozumie?
Mysia Dziewczynka odwraca się, łapiąc spojrzenia obydwu plotkujących w zacisznym miejscu kobiet i naraz na jej szarą twarzyczkę wypływa pogodny uśmiech i rumieńce szczęścia.
-Proszę nie mówić na Max, że jest agresywna. –dziewczynki łapią kontakt wzrokowy na przelotną chwilę, Żółta nieco zgarbiona swoją stanowczością i nadal uśmiechająca się pogodnie Schizofreniczka. -Ona to nie żaden Hades. Ani już tymbardziej jakaś tam Schizofreniczka. Prawda, Max?
Niezmiernie dumna z siebie i z tego, że zapamiętała całą dzisiejszą lekcję pana White’a o mitologii Greckiej, pokazuje język pulchnej kobiecie i jak gdyby nigdy nic powraca do swojego stołka, odwracając się do pogrążonych w rozmowie plecami. Pani Rymsky prosi jeszcze Mysią, żeby ta wróciła już do świetlicy, ale dziewczynka prosi jeszcze o kwadrans. Jeszcze chwila. Musi przecież dokończyć obrazek. Wygania pulchną kobietę, panią Rymsky no i na końcu, nieco niechętnie, blondwłosą Max i zamyka pracownię na wyimaginowany klucz. Chwyta za pędzelek i umacza go w jaskrawo żółtej farbie. Dziewczynka ze szczytu wieży wyszczerza się do June tym samym rzędem mlecznobiałych mleczaków, nawet gdy Mysia Malarka przybliża narzędzie do płótna, ten uśmiech nie znika nawet wtedy! Prostym, szczerym ruchem małych palców dorabia jej gęste, falujące na wietrze loki, kłębek po kłębku. Nie żółte. I nie złote, tylko cynowo-cytrynowe.
Mała Max jedną rączką chwyta za balony, a drugą wychyla jak najdalej od szaro-stalowej krawędzi Eureka Tower, by złączyć swoje małe paluszki z tymi ufajdanymi należącymi do June. Dziewczynka skacze. Od teraz i ona, i Mysia Malarka będą bawiły się razem.
Tak. June jest o tym przekonana.
Powrót do góry Go down
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Twórczo- opowiadaniowo!   

Powrót do góry Go down
 
Twórczo- opowiadaniowo!
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» ~ Wyszukiwarka. Wow, wow TAK TWÓRCZO wow, wow. ~

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Off-top :: Kącik Artystyczny-