IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Seraphiel.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Nauczyciel
Posty : 4
Data dołączenia : 27/03/2015

#1PisanieTemat: Seraphiel.   Pią Mar 27, 2015 5:03 am

Who the fuck are you now?



Seraphin "Seraphiel" Berry 20 Magiczna Broń USA

Charakter

Wyobraźcie sobie człowieka, który jest zawieszony, w swoim własnym idealnym świecie. Dosłownie. Potrafi iść, nagle zatrzymać się, bo wyobraził sobie kolejną wersję tego, jak mógłby żyć. Stać tak, marzyć i mieć wywalone na wszystko wokół. W istocie jest to bardzo duża wada i osobiście zastanawiam się jak Seraph w ogóle jeszcze żyje. Wiele razy przecież zdarzało się, że cudowne olśnienie padało na moment, w którym on akurat przechodził przez jezdnie, lub kończył gotować sobie obiad. Także jest wielkim dzieckiem szczęścia, które nawet nie zdaje sobie z tego sprawy.
Ma dusze romantyka. Kocha złożone metafory, drugie dna, wiersze, książki, a także stara się, by własne prace oddawały jego dusze. To dość niespotykana i rzadka cecha pośród współczesnych ludzi. Nadal wierzy, że gdzieś tam spotka swoją miłość i pokocha ją od pierwszego wejrzenia. Łatwo sprzedać mu jakieś bajki, jeśli tylko ubierze się to w dobre słowa, co pokazuje, że chłopak jest dość naiwną osobą.
Ma sentyment do swoich prac i jest perfekcjonistą. Czasem to naprawdę złe cechy, bowiem nie umie odpuścić, póki mu coś nie wyjdzie. Może siedzieć tydzień na czymś, bez przerwy, z minimalną dawką wszystkiego, ale on to zrobi. Doprowadzi swoją sprawę do końca, choćby to miała być ostatnia rzecz jaką w życiu zrobi.
Kocha koty, a koty kochają jego. Ma taką zwyczajną empatię do zwierząt z wzajemnością. Gdy w końcu udało mu się zdobyć pierwszego kotka w życiu skakał ze szczęścia i uznał go za swoje malutkie oczko w głowie.
Dla wszystkich wokół stara się być miły. O ile założymy, że szczęśliwie kontaktuje ze światem i ludźmi. Uśmiechnie się, pogada, czasem poradzi. Podobno jest dobrym słuchaczem, jednak zbyt szybko się wyłącza w rozmowach z innymi i czasem zdarza mu się zapomnieć o czym właściwie mówi. Zawsze w takich chwilach stara się wycofać i zapaść pod ziemię, by nikt go nie zauważył. No chyba, że to Lucyfer. On już jest przyzwyczajony do takich odpałów ze strony swojej broni.
Jedna z jego lepszych cech? Uczepia się niektórych ludzi, bo po prostu lubi przebywać w towarzystwie.


Aparycja

Drobinka taka. Chudzinka. Maleństwo. Kruszynka. Takimi słowami najtrafniej określimy Seraphiela po pierwszym spojrzeniu. Mimo dość słabej budowy ciała, jest nawet silny. Niewysoki, bo tylko metr siedemdziesiąt z malutkim haczykiem. Blady. O ciemnych włosach, które w słońcu przybierają najróżniejsze odcienie. Od czerni, aż po granaty. Zawsze przyciętych równiutko do długości szyi. Przejdźmy do oczu. Są one zielone, jak dwa szlachetne kamienie, łudząco przypominające szmaragdy. Błyszczące, żywe i uśmiechnięte przez cały czas. Okolone ciemnymi rzęsami, których mogą pozazdrościć nawet niektóre dziewczyny. Idealnie wpasowują się w całość symetrycznej twarzy młodzieńca. Niżej mamy tors, ręce, nogi i inne równie pasjonujące części ciała. Wszystko jest takie… zwyczajne i w porządku. Normalne. Nie ma żadnych uchybień w jego wyglądzie. Idealnie wpisany w kanon „Jest ok, następny” szału nie ma, źle nie jest, o.

Przechodząc do stylu ubierania, to też jest na tyle, by wbić się w tłum ludzi i nie być jakoś szczególnie wyróżniającym się człowiekiem. Ot, spodnie, kolorowe koszulki, trampki. Jednak jakąś cechą charakterystyczną Seraphina jest to, że przeważnie jego ciuchy są ozdobione plamami. Nie, spokojnie, nie krwi, ani nie jedzenia. Farbami. Czasem tworzy je sam, bo mu się nudzi, a czasem po prostu nie miał czasu wyprać rzeczy i potem nie chciało zejść. Znaczy już prędzej to drugie.
W shibusen pokazuje się w garniturze. No, stara się to robić, bo nie zawsze wychodzi. Lubi wyglądać oficjalnie, bo ma wrażenie, że ludzie nie spojrzą na niego jak na ćpuna, którym praktycznie był. W gruncie wszystkiego, bardzo o siebie dba. Naprawdę jest zakompleksiony na punkcie przeszłości i nie chce dopuścić do tego, żeby ktoś insynuował o tym, że istniała. Już ważne, że on o niej pamięta i wystarczy. Nie przeżyłby, gdyby świat dowiedział się o tym.

Co do wyglądu w postaci broni, jest on kataną. Okazałą i piękną, jednak nie będę jej opisywać tylko załączę obrazek. Klik. Seraphin uważa, że forma ta obrazuje jego artystyczną duszę.


Historia

Cichy dom, ciche korytarze, ciche pokoje, miękkie kroki małego, białego kota, który sunął przez pomieszczenia, rozglądając się leniwie po opustoszałym miejscu. Był niezadowolony, jego miska stała pusta, więc coś przestało grać. Coś było nie tak. Zawsze o tej porze przecież jadł. Nie spóźniano się z tym nawet o minutę. Zwierzę kroczyło, w poszukiwaniu swojego właściciela, pośród tej ogłuszającej ciszy przerywanej tykaniem zegara. Gdy już straciło wszelkie nadzieje, dotarło do obszernego salonu. Każdy mebel miał kolor bieli oraz był wręcz higienicznie czysty. Nie znajdowało się też tutaj za wiele, większość przestrzeni wypełniała zwykła pustka. Kotek lubił układać się na wielkim fotelu i ucinać sobie popołudniową drzemkę, jednak teraz nie mógł, zwyczajnie ktoś go nie nakarmił! Wprawne kocie oko dojrzało otwarte na oścież okno.  Czy Pan nie umiał zamykać za sobą wszystkiego? Deszcz skapujący z szarego nieba dostawał się do środka. Przecież koty są bardzo wrażliwymi stworzeniami! Czemu więc Człowiek naraża go na choroby?! Biała kulka wydała z siebie pomruk niezadowolenia i podeszła bliżej. Tak, bez wątpienia w tym całym zimnie i deszczu siedział jego właściciel, osobisty karmiciel. Czemu on to robił? Był głupi? A co jak samemu się przeziębi i przez najbliższy czas kot zostanie bez jedzenia? Zwierzę wskoczyło jednym susem na parapet i znalazło się naprzeciwko drobnej, skulonej i prawdopodobnie mokrej sylwetki. Jego myśli były ukierunkowane na drapanie i gryzienie, jednak gdy przypatrzył się lepiej, po prostu wskoczył na kolana Człowieka i zwinął się w kłębek.

No i czego ryczysz? Będziesz chory.

Osiem lat wcześniej.
- Seraphiel! – niski chłopak odwrócił się w stronę, z której dobiegało nawoływanie. Był pewien, że usłyszał własne imię, choć na pewno przekręcone w dziwną stronę. Jesień zaczynała się powoli. Liście spadały z drzew, a on stał tak, rozglądając się i czując pierwsze krople deszczu, przecinające niebo i dotykające jego skóry. Lubił tę porę roku. Lubił wracać przez park i oglądać to, co tworzy natura, w swoim bajecznym dramacie, który kończy się na śmierci wszystkiego wokół. Przepiękna, tragiczna ballada zachwycała go bez chwili wytchnienia. – Seraphiel – lekkie potrząśnięcie, wyrwało go z kolejnej, melancholijnej bajki, w jaką wpadł.
- Przepraszam, Ar – powiedział cicho i zaczął iść dalej po ścieżce. Ciekawe co by było, gdyby zdjął buty i szedł na boso. No pewnie by się rozchorował, ale czy by żałował takiej decyzji? Pewnie nie. Fascynowały go te sceny w filmach. Romantyczne, ciepłe.
- No tak, znów wracamy do tego twojego złego „ja”? – spytał, prawdopodobnie retorycznie, więc drobinka nie miała ochoty na odpowiedź nawet, no bo i po co. – Musisz się otworzyć na ludzi. Dzisiaj znów jadłeś w jakimś niedostępnym końcu szkoły, prawda? Jesteś cały mokry. Przypuszczam dach. Aż tak lubisz moknąć? – zaśmiał się, a Seraph milczał wciąż, czekając na to, jak ten cały wywód się zakończy. Bo przecież Ariel musiał mieć cel w tym co robił. Nie rzucał słów na wiatr i ta gadka miała go po prostu przygotować na to, co się stanie dalej.  W sumie to nawet zaciekawił go ten przydługawy wstęp. Rzadko zdarzało się, żeby tak długo chłopak się przymilał, zanim w końcu wydusi z siebie o co chodzi. Bystre, zielone oczy rzuciły zdawkowe, lekko zainteresowane spojrzenie na swojego towarzysza i zmrużyły się. – Ech, dobra, znam ten wzrok, zastanawiasz się o co chodzi. No więc, dzisiaj jest pewna impreza, w takim klubie i chciałb…
- Nie – Niższy stanowczo przerwał i przyśpieszył kroku. Jednak drugi miał dłuższe nogi, więc nawet nie musiał się wysilić, by dogonić swojego przyjaciela.
- No weź, nie ucinaj mi w połowie zdania, tylko wysłuchaj co mam do powiedzenia. Widzisz? Bo ty zawsze taki jesteś! Nigdy niczemu nie dajesz szansy, potrafisz się tylko zamknąć w tych swoich czterech ścianach i rysować plamy na płótnie, a potem nazywać to sztuką! – Seraph stanął gwałtownie i przeszył spojrzeniem Ariela, który zatrzymał się chwilę potem.
- Tylko dlatego, że nie chcę iść na głupią imprezę i rżnąć się po krzakach z jakimś napalonym facetem, ty stwierdzasz, że nie daję niczemu szansy?! – wyrzucił z siebie na jednym wydechu. Cała magia wokół niego prysnęła jak bańka mydlana. Deszcz już nie był arią, a zwykłą wodą, która ściekała po nim. Kiedy pogoda się właściwie pogorszyła?
- Nie. Po prostu nie wiesz jak tam jest, nikt ci się nie każe z nikim pierdolić! – wadą Ariela było to, że bardzo łatwo tracił nad sobą kontrolę. Nie umiał niczego przeprowadzić na spokojnie. Emocje targające chłopakiem od wewnątrz zawsze pojawiały się na zewnątrz, do całkowitej opinii publicznej. A wadą Seraphina było to, że każdy krzyk oddziaływał na niego zwyczajnie źle. Dotykał do żywego jego uczuć i sprawiał, że fala nienawiści w jego głowie wzrastała z każdą chwilą.
- Nie chcę – skwitował wybuchową rozmowę brunet i zaczął iść w stronę swojego mieszkania w szybkim tempie. Drugi z młodzieńców po prostu kopnął jakieś liście obok siebie i krzyknął jeszcze za swoim przyjacielem.

Tak, jasne, uciekaj, ty tchórzu!

Drobny brunet wszedł do małego pomieszczenia. Jego kawalerka składała się tylko na jeden malutki pokoik i łazienkę, jednak to mu w zupełności wystarczało. Zdjął z siebie kurtkę i rzucił ją na drewniane krzesło. Stanął po środku pokoju i rozejrzał się po wszystkim. Po niedokończonych pracach. Po zamalowanych płótnach. Po porozrzucanych pędzlach i po rozwalonych farbach. Jakoś ostatnio nie miał czasu posprzątać. Nie zbierało mu się na to. Wolał sobie całe dnie szkicować drzewa tracące liście. Głodny, skierował się do szafek, by sprawdzić, czy jest tam coś jeszcze, co się nadaje do spokojnego spożycia bez żadnych problemów natury zdrowotnej, jednak znalazł tylko chleb i zupkę chińską. No cóż, skoro tak, to mu starczy, nie miał ochoty wychodzić już dziś z domu. Choć tak naprawdę nigdy nie miał. Przysiadając na parapecie, znów intensywnie wpatrzył się w to jak żył. Konsumował i zastanawiał się czy czasem Ariel nie miał racji. Jego prace są aż tak złe? Czy to wszystko było warte zarywania nocy przy cichych dźwiękach muzyki? Wpadanie w nurt weny i malowanie? Zawalanie szkoły i obowiązków? Chłopak przygryzł wargę i wyjrzał za okno. Jego myśli szybko ze słów przyjaciela przeskoczyły na samą jego osobę. A co jak przez to wszystko ich znajomość się zniszczy? To była właściwie jedyna relacja jaką posiadał w życiu. Nie chciał, by ot tak przepadła. Nie mógł do tego dopuścić. Wyjął telefon z kieszeni i napisał smsa.
Pójdę.
Nie czekał też długo na odpowiedź.
Będę o siódmej.

W co się wpakował?

Jego dusza domatora cierpiała wewnętrzne katusze, już od wybierania jakiś ubrań, które nie zostaną obrzucone przez Ariela błotem. Wiedział, że to nie będzie najcudowniejszy wieczór jego życia. Ale czego nie robiło się dla uśmiechu na twarzy najlepszego kumpla? Chłopak nie miał jakiegoś rozeznania w tym co powinien czuć, a w tym czego nie powinien. Dla niego to było najnormalniejsze w świecie, że taka zażyła znajomość dzieliła zwykłych przyjaciół. Jednak szczerze wolał zostać w domu i nie przejmować się niczym. Gdy już był gotów i usłyszał pukanie, a następnie otwierane drzwi, odwrócił się trochę zmieszany.
- Widzisz? Nie jest źle. I nie będzie. – To pierwsze, co usłyszał z ust Ariela. Powinien się cieszyć, że tak to widzi, czy raczej być przerażony, jakim ignorantem się okazał? Przygryzł dolną wargę i włożył telefon do kieszeni.
- Gotów. Można iść – powiedział cicho, gasząc światło i wychodząc z mieszkania. Starał się rozluźnić i wmówić sobie, że w takim klubie też może być przyjemnie. A tak serio, na co on się zgodził? W książkach to się zazwyczaj nie kończyło dobrze.
Ariel prowadził ich przez ciemniejące uliczki. W normalnej sytuacji Seraph zdążyłby znaleźć już się w bardzo wielu krainach pośród swojej fantazji, wyobrażając sobie kolejne historie, jakie nigdy nie będą miały miejsca w prawdziwym życiu. Jednak teraz nie mógł się skupić. Krzykliwe neony i światła ogłuszały go swoją gwałtownością i parciem. Ścisk w płucach spowodowany zdenerwowaniem odciągał go od realnego jak i wymyślonego świata i tylko ciepła dłoń przyjaciele zatrzymywała go przy zdrowych zmysłach. A przecież jeszcze nic się nie wydarzyło. Nawet nie zdążyli dotrzeć do tego budynku. Chłopak zacisnął rękę i jakby przysunął bliżej niego. Mijani ludzie nie zważali na idącą dwójkę. Niektórzy byli już pijani. Jak można było tak żyć? Pomyślał, rozglądając się po surrealnym świecie, tak innym od jego własnego. Poczuł ochotę by to namalować, jednak powstrzymał się od powrotu do domu. Skoro powiedział A, to powie też B. Przynajmniej będzie miał wymówkę, by więcej nie iść nigdzie razem z nim.
- To tutaj. – Zatrzymali się, o dziwo, przy dość mało męczącej reklamie. Baner nie dawał po oczach. Wręcz zlewał się z wszystkim wokół i nie wyróżniał spośród reszty, z pewnością bardziej zaludnionych miejsc.
- Miło. – Tym właśnie słowem skwitowane zostało wnętrze. Kameralnie, a jednak Seraphina przeszły ciarki po plecach, gdy tylko przekroczyli próg. Środek opanowany był bowiem przez dym, prawdopodobnie papierosowy. Znajdowali się tutaj sami mężczyźni, co nawet nie zwróciło uwagi chłopaka, który był wręcz zafascynowany miejscem. Ogromnymi oczami próbował nie pokazywać, że w całym zainteresowaniu, odczuwa małą dozę strachu. Ale tak jest podobno zawsze przed nieznanym. Żołądek zawiązany w supeł powoli się rozluźniał, gdy usiedli przy stoliku w kącie sali. Wysoki i dobrze zbudowany barman podał im karty, a potem odszedł. Dopiero wtedy Seraphin odzyskał głos na tyle, by móc coś z siebie wydukać.
- Uhm, długo tu zostaniemy? – spytał cicho, przeglądając, co oferuje klub. Sam alkohol. No tak, czego się spodziewał?
- Musisz się rozluźnić, wiesz? Nie myśl o tym jak o torturze, Seraphielku. – stwierdził Ariel i wstał. – Pójdę zamówić i przynieść nam coś, a ty tu zostań i w miarę możliwości z nikim nie rozmawiaj, dobrze? – nie czekając na odpowiedź (a to nie tak, że mógłby się jej doczekać), odszedł w stronę baru. Brunet przełknął ciężko ślinę, nie wierząc w to co właściwie się dzieje, ale starał się nie odpłynąć w krainę swoich myśli.

Po chwili wyłapał z ogólnego szumu rozmowy. Prawdopodobnie dobiegały ze stolika za nim, jednak nie odważył się na odwrócenie się i sprawdzenie tego.
- Przyprowadził go w końcu. Widziałeś? – głos był niski, jednak chłopak nie miał na tyle obycia, by stwierdzić do jakiego człowieka może należeć. Jednak mimo wszystko dziwne przeczucie go owładnęło i słuchał dalej. Ar mówił, żeby nie rozmawiał, podsłuchiwanie się nie wliczało, prawda?
- No, biedny chłopak, największy błąd jego życia. – No i w tym momencie mógł uciekać z tego miejsca raz na zawsze, ale coś trzymało jego tyłek na obitej skórą kanapie. Nie był pewien czy to osoba, z którą przyszedł, czy ciekawość.
- Mam tylko nadzieję, że wie co robi. – Zresztą, swoją drogą to mogło nie dotyczyć jego osoby. Czemu w ogóle się przejmował? Mógł w końcu siedzieć i oglądać wnętrze, ciemnoczerwone ściany, wygłuszone dźwięki muzyki, kilka osób, bujających się rytmicznie na parkiecie. Trochę ich przybyło. Dymu coraz więcej. Może jednak impreza się rozkręci dopiero? A może to tylko wyobraźnia?

Lights out

- Przybyłem, księżniczko. – Obwieszczenie to nadeszło tak nagle, że Seraph aż podskoczył w miejscu. Postawił na stole tacę z kilkoma kieliszkami. Były w nich kolorowe napoje, prawdopodobnie z zawartością procentów, jednak już nie pytał. – Wziąłem, żebyśmy nie musieli chodzić ani fatygować nikogo. No i żebyś się rozluźnił. – Ar usiadł naprzeciwko i podsunął jeden z napojów w stronę bruneta i uśmiechnął się. Chłopakowi coś nie pasowało w tym uśmiechu, jednak postarał się go odwzajemnić i złapał za jedno z naczyń.
- Zgodziłem się w końcu – powiedział i zaczął pić, udając, że nie widzi natarczywego spojrzenia Ariela. On też pił, co trochę go uspokoiło z niewyjaśnionych przyczyn.
- Yup, tylko pamiętaj, że teraz będzie tylko lepiej. – właściwie już po pierwszym kieliszku żołądek rozluźnił się całkowicie, a wyobraźnia zaczęła działać lepiej. Seraphin poczuł się jakby widział o wiele więcej z każdym kolejnym wypitym napojem. Mógł w spokoju przenieść się teraz do swojego pokoju i malować całą noc bez przerwy. Piękne światła, ludzi, też pięknych oczywiście.  Czuł się osaczony, słyszał swój oddech. Świszczący i przerywany. Już nie wahał się ani trochę.

You're talking too loud

- Lepiej się czujesz, skarbie? – Nagle, znikąd, pojawił się Ariel. Tuż obok niego. Jego obecność była oszałamiająca, przytłaczająca. Uczucie się spotęgowało, bo chłopak musiał zadrzeć głowę, by móc mu spojrzeć w oczy. Na jedną sekundę wszystko zamilkło. Arie w jego głowie przestały się odzywać. Zamarły, jakby nigdy nie miały już zagrać. Widział błyszczące oczy, ciemne, spierzchnięte wargi i nic więcej. Naprawdę nic nie miało znaczenia. Zawroty głowy, wytłumione pomieszczenie, zawieszone myśli. Zbliżał się, był już tuż tuż. Pare centymetrów, milimetrów. – Będzie lepiej. Jeszcze lepiej. Zobaczysz.
- Zamknij się.

Just let me die

- O wiele bardziej podobasz mi się w ten sposób, wiesz? – Seraph nie wiedział czy to Ariel krzyczał, czy może tłum był tak głośno. Słyszał go tak, jakby dzielił ich gruby mur, jednak nie przeszkadzało mu tu Prawdę mówiąc wszystko mu wisiało. Ostatecznie i bezmyślnie postanowił, że ma gdzieś cały świat. Albo jego ciało to zdecydowało za niego. Dlatego też skończył uwieszony na chłopaku z którym tu przyszedł, a potem na kilku kolejnych. Właściwie nie umiałby ich policzyć, ale na pewno było cudownie. Był pewien, że nigdy nie przeżył czegoś tak świetnego. Granica pomiędzy realnym światem, a jego własną wyobraźnią zatarła się i spowiła mgiełką jego umysł. Jednak nie ciągnęło go do wyżycia się malarskiego. Wolał zdecydowanie zostać w ramionach. Silnych, ciepłych… kogo? Ariela. To był jeszcze Ariel? Nie wiedział. W jego głowie rzeczywistość przedstawiała się zupełnie inaczej. Jeszcze chwilę pozostawał w takim przytłoczeniu, a potem stwierdził, że idzie do łazienki. W stanie mocno wskazującym doczłapał się do niej z trudnością. A gdy już dał radę, pierwszym co zrobił było spojrzenie w lustro. Oparł łokcie o kafelki, czując ich chłód. Zapragnął przylepić się do nich cały. Nie zauważył kiedy zrobiło mu się aż tak gorąco. Wracając jednak do samej tafli szkła, widoczne w niej odbicie było zamazane. To zdecydowanie przykuło uwagę chłopaka. Krawędzie twarzy rozpraszały się i nikły jakoś tak bardziej nienaturalnie. Zaczął drżeć i cofnął się o dwa kroki. Znikał? Nie chciał, nie chciał, żeby tak to się skończyło. Otrzeźwiał w jednej chwili, jednak jego własna twarz nadal przeraźliwie spoglądała na niego. Seraphin poczuł jak uderza plecami o drzwi jednej z kabin. Zdał sobie też sprawę z tego, że wstrzymuje oddech. Wypuścił powietrze z płuc ze świstem.
- Zobacz go. Mówiłem, że będą kłopoty? Gdzie ten idiota Ariel? – stłumione głosy odbijały się echem w głowie bruneta, którego po chwili pochwycono za nadgarstki. Niewiele myśląc zaczął się szarpać. Postrzeganie rzeczywistości było już na tyle zaburzone, że nie wiedział co się dzieje wokół niego.

As my body lies here broken

- Co się właściwie wczoraj stało? – Seraphiel siedział na swoim łóżku I wyglądał za okno. Miał piękny widok na swojego… przyjaciela. Nadal nim był? Pamiętał jak przez mgłę. Całowali się? Na pewno.  Choć… nie był pewien. Westchnął. Urwany film najmniej mu się podobał z tego wszystkiego.
- Nie podobało ci się? Pokazałem ci trochę swojego świata. – Czemu on zachowywał się tak spokojnie? Czemu tak okropnie go to irytowało? Równie dobrze mógł zapytać „Czemu tak, a nie inaczej”. Młodzieniec zacisnął palce na kocu, którym był okryty. Nadal we wczorajszych ciuchach. Brudny, zmęczony, jednak usatysfakcjonowany.
- Podobało mi się… - powiedział cicho i rozejrzał się po pomieszczeniu. Starszy wstał i wyjął zza szafy obraz.
- Namalowałeś to jak wróciliśmy wczoraj z imprezy. Pamiętasz? W sumie, możesz nie, to pierwszy raz, gdy zetknąłeś się z tym, co ci dałem. – W pierwszej chwili Seraph nie załapał tego co najważniejsze. Był przekonany, że to jego najlepsza praca życia. Wyskoczył z łóżka, nie przejmując się słabością ciała i dopadł do płótna. Jego inicjały widniały z boku obrazu. Zmrużył oczy. Naprawdę on to zrobił?
- Co mi dałeś?  - spytał cicho. Był ciekawy. Jego znikające odbicie nadal trwało żywcem w jego głowie, nie chciał tego przechodzić raz jeszcze.
- Masz tego trochę w szafce jeszcze. – powiedział i wycofał się w spokoju. – Wiesz ile możesz zarabiać na takich obrazach? – dodał jeszcze zanim wyszedł na dobre, pozostawiając po sobie wielką pustkę.

Kilka dni później

Who the fuck are you now?

Wpadł do pokoju, nie wiedząc co właściwie ze sobą zrobić. Miał teraz żyć ze świadomością,  że jest gównem? Jak miał to robić? Stał po środku niczego. Bo wszystko straciło sens. Wszystko wokół niego go straciło. Otworzył okno na oścież i zaczął przez nie wywalać kolejne przedmioty. Szkicownik, farby, płótna, nic nie oszczędził. Miał wrażenie, że z każdą kolejną rzeczą jego serce się łamie coraz bardziej. Czemu? Nie powinno tak być. To miało być zwyczajne oczyszczenie z negatywnych emocji, zapomnienie o tym co się właściwie stało. Rzucił spojrzeniem na szafkę. Stało na niej zdjęcie jego i Ariela. Cisnął je poza pokój, a potem opadł na kolana. Dopiero teraz poczuł jak bardzo zimno mu jest. Pierwsze słone łzy poleciały po policzkach a konwulsja przeszyła drobne ciało. Wtedy mógł sobie po prostu zacząć ryczeć. Jak małe dziecko, któremu coś w życiu nie wyszło. Pragnące bliskości kogokolwiek, kogokolwiek kto byłby w stanie po prostu podejść i bezinteresownie przytulić. Jednak wokół była tylko pieprzona  pustka, wiercąca dziury w jego ciele. Objął się ramionami i zaczął płakać głośniej i głośniej. Aż do zdarcia gardła. Aż do ostatniej łzy jaka mu została. A potem po prostu siedział i się gapił. W szybę, za którą znikło pół jego życia. Oddychał głęboko, uspakajając się powoli. Czuł jak kolejna fala płaczu stoi mu w gardle, jak wszystko może na nowo się rozpocząć. Oparł się o szafkę i wysunął szufladę drżącą ręką.
- To mi pomoże? – wyszeptał cicho, biorąc parę tabletek w dłoń. W głowie miał tylko obraz Ariela.

~*~

W jednej chwili znajdujesz się w pokoju. Zwykłe pomieszczenie, wyglądem przypominające cichą, nastoletnią kryjówkę. Dostrzegasz światła, zbliżasz się. Odzyskujesz zmysły. Przy ścianie stoi lustro. Przed nim leży chłopak. Uśmiecha się, wpatrując w nie zamglonymi oczyma. Jakby cały świat wokół niego nie istniał. Jakby on sam znajdował się gdzieś indziej. Podchodzisz bardziej. Pod twoimi stopami skrzypią drewniane panele. Zgrabnie przesuwasz jedną z książek, jakie są wszędzie porozrzucane. Nie rozumiesz. A może nie chcesz? Sylwetka nie wykonuje żadnych niepotrzebnych ruchów. Jesteś w stanie wyłapać tylko miarowe uniesienia klatki piersiowej. Uśmiech. Szczęście. Szarość. Krzyk. Rozpacz.

~*~

Ariel biegł. Biegł ulicami miasta, słabo oświetlonymi, pustymi, zimnymi. Deszcz odbijał się głucho od asfaltu i chodnika, tworząc echo w głowie chłopaka. Jego jedynymi myślami była właściwie tylko jedna rzecz. Musi znaleźć Seraphina. Jest w klubie? A może w domu? Wszystko widział jak przez mgłę, wszystko się zlewało. Przemierzał kolejne uliczki, w obawie o to co może się stać, a także o to, co się stanie.

2 lata później

Cały świat wokół niego przestał istnieć. Miał tylko ogłuszające tony muzyki w słuchawkach, pędzel w dłoni. Chłopak pokręcił się po pokoju tanecznym krokiem, udając, że maluje wielki ogród. Za każdym pociągnięciem ręki widział kwiaty. Przepiękne, kolorowe, wielkie, cudowne, pachnące. Do tego stopnia, że był w stanie poczuć wiatr, jaki nimi targa raz po raz. Zupełnie, jakby znajdował się na łące. Choć on właśnie tam był. Wyobraźnia wyszła poza ramy swojej zwyczajności. Był już do tego przyzwyczajony.
- Jesteś piękny, wiesz? – usłyszał przez mgłę, nie fatygując się by odpowiedzieć. Nie miał ochoty, był zajęty sztuką! Czemu Ariel tego nie rozumiał?! Bardziej agresywnie wyżywał się na płótnie. Z jego perspektywy, po prostu tworzył ogród. A potem chciał w nim zamieszkać. Naprawdę bardzo! Więc narysował dom. Który pomieściłby jego i jakiegoś ładnego psa. Drewniany budynek, otoczony drewnianym płotkiem, z drewnianą ławeczką przed nim. Cisza i spokój mu się udzieliły. Usiadł sobie na niej i zaczął patrzyć się w niebo. Miał cudowne życie, prawda? – Kochanie, czemu leżysz? – znów ten drażniący ton. Tym razem nie zignorował. Chciał odpowiedzieć i nawet myślał, że mu się udało, jednak sam Ariel, siedzący na łóżku w podobnym stanie, choć minimalnie bardziej trzeźwym, usłyszał tylko bełkot i nic więcej. Nie przejmował się jednak. Po co było się przejmować?

And it's true you're dead wrong

- Hmm, A-Ariel… - Cichy pomruk przeszył pomieszczenie.  Seraphin stwierdził, że znajduje się na ziemi w swoim własnym pokoju. Poczuł mimowolne ukłucie żalu. Noc się skończyła. Nastał nowy dzień. Chłopak zewzroczył na otwarte okno i wzdrygnął się. Zimno. Pić. Kawy. Naprawdę nie chciało mu się wychodzić z domu. Ale chociaż padało. Lubił deszcz. Deszcz był cudowny. Jesień była cudowna. Można było się ponieść… urwał myśl i podniósł się. No tak. Jego towarzysza już tu nie było. Pewnie wziął mniej i świtem się zwinął. Która godzina? Jedenasta? Już? Nie zauważył. Wstał. Chwiejnym krokiem doszedł do umywalki i napił się wody prosto z kranu. Cisza świdrowała mu w głowie, ale chociaż pragnienie nie dokuczało już tak bardzo. Zamknął okno i założył na siebie sweter. Nie chciało mu się ogarniać tego burdelu. W stanie niezbyt dobrym wyszedł z mieszkania, zostawiając w nim ogromne płótno, na którym widniał śliczny ogród stworzony z białych róż i małego drewnianego domku.

2 lata później

It's lights out, your last song

- Nie chciałem cię budzić.
- Nie przejmuj się.
- Będę, jesteś moim chłopakiem.
- Okej.
- Spotykamy się dzisiaj?
- Muszę się uczyć
- Musisz malować. –
Tak mniej więcej toczyła się rozmowa dwóch chłopców przed budynkiem szkoły. Siedzieli na ławce, gapiąc się przed siebie. Tak wyglądała miłość? Seraphin chciał już wrócić do swojego cudownego świata. Odciąć się od wszystkiego. Powolne życie, toczące się wokół nie miało żadnego znaczenia, w końcu mógł wrócić do domu i tworzyć. A tabletki mu w tym pomagały. Malował, sprzedawał, kupował, malował dalej. Tak mniej więcej się to wszystko działo. Zaraz koniec szkoły, ale raczej nie liczył na to, że ją zda. Nie miał czasu na naukę. Wolał przebywać w swoim małym mieszkanku odcięty od rzeczywistości. Właściwie co było realnym światem? Dla niego granica zaczęła się niebezpiecznie przecinać, patrzył na spadające liście. Zupełnie jak kiedyś, dawał się ponieść wyobraźni. Znaleźć w innym miejscu. Nie musiał myśleć. Wybudował własną utopię.
- Muszę? – spytał płytko z twarzą bez wyrazu. Powoli przestawał słuchać swojego partnera. Kochał go? Bez wątpienia. Chciał go całować, chciał go dotykać, a on? Czy on tego chciał? Nie wiedział. Przekrzywił łepek.
- Masz talent. Musisz go wykorzystywać… - zaczął Ariel i zaśmiał się. Jak zwykle zachowywał swój optymizm. Przez moment Seraph poczuł się jak za dawnych czasów. Jakby nic nie wydarzyło. Jakby przez dwa ostatnie lata nie stał się wrakiem człowieka.
- Do zarabiania pieniędzy – dodał i zaraz umilkł. Głowa go okropnie bolała, nie mógł myśleć. Ostatnie promienie słońca jeszcze dawały po oczach, pomimo zmienionej pory roku. Młodzieniec wstał.
- Dziś wieczorem?
- Dziś wieczorem.


The world has turned its face you'll never learn

Seraphin uśmiechnął się do siebie lekko i usiadł na fotelu. Niedawno sobie taki sprawił. W sumie nie wiedział po co, ale był ładny i ładnie zagracał pomieszczenie. No i Arielowi się podobał. A to już jakby pięćdziesiąt procent decyzji, żeby go kupić. Sam chłopak opadł na kanapę (serio, aż dziw, że to tyle mebli się mieściło) i uśmiechnął się.
- Poudajemy chociaż szczęśliwą parę? – pytanie zawisło między nimi, jedna pozostało już tylko tam. Bez odpowiedzi. Brunet westchnął tylko.
Tym razem był w lesie nocą. Nie bał się. Wręcz przeciwnie. Widział ognisko przed sobą, jednak nie podchodził. Obserwował z ukrycia zwierzęta, jakie zbierały się wokół niego. On też się chciał ogrzać, ale nie kosztem spłoszenia ich. Nie wiedział czemu one są tak ufne do płomieni. To chyba nie było zbyt naturalnym zwierzęcym odruchem, jednak nie zwracał na to uwagi. Przypatrywał się spośród gałęzi nie wiadomo jak długo, bo został przez kogoś szturchnięty.
- Seraphiiiin, zajmij się mnąąą – usłyszał cichy jęk obok, ale nie zareagował. Dopiero po kilku kolejnych szturchnięciach odezwał się.
- Shhh, nie widzisz, że one chcą się ogrzać? – powiedział bełkotliwie.
- Kto chce się ogrzać? – padło pytanie, i w tym momencie brunet się odwrócił.
- Jak to kto? Te króliczki tam. – wskazał za siebie, a Ariel przekrzywił głowę.
- Czemu na pustyni miałyby być króliki? – stwierdził nieprzytomnie, ale tylko odszedł. Zwyczajnie zniknął ze świata Seraphina, którego jedynym priorytetem było to, że powinien się zajmować zwierzątkami.

Kochasz mnie?
Nie mogę bez ciebie żyć
Pytałem czy mnie kochasz.

~*~

Kot leżał na swoim właścicielu, próbując zrozumieć o co właściwie chodzi. To nie było na mózg zwierzęcia, władcy świata, by pocieszać jakiś zwyczajnych karmicieli. Jednakże poczuł jak oddech Seraphina normuje się.
- Dziękuję. – Równie dobrze mógłby dać mu jedzenie, a nie gadać coś głupiego. Biała kulka zirytowała się ponownie i zeskoczyła na podłogę znacząco fukając. Chłopak uśmiechnął się blado i posłusznie poszedł do kuchni. Tylko jeszcze ostatni raz zerknął na wielki obraz, jaki wisiał w pokoju. Mały, drewniany domek. Ławeczka. I ogród z białymi różami. Jego idealna rzeczywistość. Tylko kogoś w niej brakowało.


Ciekawostki

TL;DR historii: Był ćpunem, przestał być ćpunem. Koniec.
Jest malarzem
Jego imię to Seraphin, jednak ludzie często przekręcali to na Seraphiel i w końcu sam chłopak zaczął przyswajać to jako swoje imię.
Nauczyciel w Shibusen.
Zdecydowanie woli bronie bezpośrednie

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Seraphiel.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Off-top :: Nieaktywne Karty Postaci-