IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Plac Zabaw

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość

avatar
Uczeń EAT
Posty : 400
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 21

PisanieTemat: Plac Zabaw   Pią Lut 20, 2015 8:05 pm

Plac zabaw zajmuje całkiem duży obaszar. Z każdej strony otoczony jest płotem z siatki sięgającej ponad dwa metry i z tylko jedną bramką. Znajdują się tam dwie huśtawki, karuzela, parę zjeżdżalni jedna z wieżyczką i mostem, piaskownica i wiele wiele innych. Jest to jeden z najbardziej wyposażonych placów zabaw, wszystko jest zadbane.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t82-nienawidze-cie-elijah-2015
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Sob Mar 28, 2015 2:35 pm

Ewangelina szła i szła przy czym mogłoby się zdawać, że nogi same niosą ją w jakieś miejsce. Jakie – tego nie wiedziała. Ewentualnie nie miała zamiaru wpoić sobie tego do świadomości. W sumie dwudziestoparolatka uważała, że dolne kończyny mają moc samodzielnego myślenia, rozumowania a co za tym idzie faktem oczywistym – podejmowania decyzji i niesienia swojego pana i władcy tam, gdzie same one chcą. Dziwny pogląd, nieprawdaż? W sumie cała Ewangelina była dziwna... a przynajmniej cechowała się tym jej obecna odsłona. Ten, kto choć trochę zna panią medyk, wie, że kobieta ta, no, może jeszcze nawet dziewczyna (zwłaszcza, że wygląda na mniej lat, niż ma, no, spokojnie można ją ocenić na piętnastolatkę) zmienia mentalne maski dość często, przez co w jednej chwili jest taka, ale już w drugiej jej charakter może odwrócić się o sto osiemdziesiąt stopni. To dobrze, a może źle? Zależy, jak kto patrzy.
Tak więc, Ewangelina szła i szła. Z przyzwyczajenia pomacała lewą kieszeń swojego kitlu – stroju, który nosi zawsze. Sprawdzała, czy strzykawka z trucizną jest na swoim miejscu. W sumie nigdy nie wychodziła z domu bez tego typu broni. Była bardzo uprzedzona. W każdym możliwym – chyba – znaczeniu tego wyrażenia. Tak czy owak, substancja ta najpierw wywoływała krótki sen, którego śpiączką trudno nazwać, po przebudzeniu zaś zazwyczaj powodowała halucynacje, nierzadko w parze z urojeniami. Jednak nie utrzymywało się to dłużej niż godzinę, a należałoby zaznaczyć, że nie każdego to dotyka. Inaczej ma się rzecz z krótkim snem.
Ale poruszyliśmy temat stroju Ewangeliny, poświęcając nieco naszej opowieści na broń pani medyk... więc za chwilkę to uzupełnimy.
W szafie ma około piętnastu takich samych ubrań. No, może pomiędzy nimi gdzieniegdzie znajdzie się jakaś suknia balowa, albo jedna z wielu pidżam. Nie jest jednak to aktualnie aż tak bardzo ważne, więc tym samym przejdziemy do konkretów. A największych konkretem jest to, gdzie właściwie zaprowadziły ją dolne kończyny (które, jak już wiemy, w jej opinii żyją własnym życiem). Plac zabaw! Hazel na początku była w szoku oraz lekkiej dezorientacji, ale już po chwili ucieszyła się. Klasnęła w ręce, siadając na jednej z dwóch huśtawek. Czym prędzej odepchnęła się nogami od podłoża, machając nimi, by zabawa się nie skończyła.
Cieszyła się jak małe dziecko. Czemu się dziwić? Jej aktualna odsłona cechowała się właśnie infantylizmem. Jednak wiadomo, że to może się zmienić. Najlepiej w najmniej oczekiwanym momencie. A wpływ może mieć na to naprawdę wszystko, zaiste. Może to spowodować jakiś impuls, niespodziewane spotkanie, gwałtowna zmiana myśli, pogoda... a jednocześnie pani medyk może zmienić swe oblicze bez żadnego większego powodu, oraz w ogóle żadnego.
Taka już jest psychika Ewangeliny...
Jednak ona sama nie zawsze zdawała sobie z tego sprawę.
Ale czy to było teraz aż tak ważne? Raczej nie. No właśnie. Dlatego pozwólmy różowowłosej cieszyć się chwilą, huśtając na huśtawce. Stać się dzieckiem, znowu, chociażby na tę jedną... tak bardzo ulotną chwilę. Życie składa się tylko i wyłącznie z tego typu momentów. Co prawda jest jest wiele, ale... przemijają nad wyraz szybko, więc trzeba cieszyć się tym, co jest tu i teraz. To fakt niezaprzeczalny, jednak refleksja na te tematy raczej nie trzymała się umysłu różowowłosej. A przynajmniej w chwili obecnej... cóż, to oczywiste, jeżeli weźmie się pod uwagę to, jaką maskę aktualnie ma na sobie. Mentalną maskę – tak, to trzeba zdecydowanie podkreślić, by nie pomylić metafory z rzeczywistością.
Kiedy tak się huśtała, odchyliła głowę do tyłu, napawając się widokiem błękitnego nieba. Dziewczyna lubiła ten kolor. Podobnie jak i wiele innych pastelowych barw. Co prawda głównie lubowała się w różu, ale... jasny niebieski też nie jest zły.
Szepnęła do siebie kilka słów, jednak już po chwili zapomniała o treści, zapomniała, że podjęła próbę gadania sama ze sobą. Ale to nie było chyba aż tak ważne... nie? Zwłaszcza, że – tutaj musimy się powtórzyć – niezbadana jest jej psychika. Jeszcze nikt ze specjalistów nie zainteresował się jej przypadkiem. A szkoda, bo ten jest bardzo ciekawy!
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Sob Mar 28, 2015 3:10 pm

Kalipso spacerowała po Death City wieczorami, wchodząc do najciekawszych barów, klubów lub po prostu kończyła wypady wieczorne w weekendy na klubach z striptizem lub w domach towarzyskich. Dziwili się tam, że tak bardzo ładna kobieta musi płacić za przyjemności, lecz właśnie taki sposób na ulatnianie napięcia seksualnego, który gromadził się w dolnych partiach ciała, wybrała dla siebie. Płacenie za seks w dodatku podobało się jej pod tym względem, że mogła decydować co chce aktualnie robić, bez niepotrzebnego skrępowanie i grzeczności w stosunku do drugiej osoby. Bez zobowiązania, sztuczne wyzwolone emocje, jedynie namiętność oraz pożądanie. Dziwki z Death City były dość znane dla samotnych mężczyzn, pracujących po dwanaście godzin w fabrykach lub po prostu lokalnych urwisów. Jednak, nie było dużo lesbijek, w dodatku samotnych na tyle żeby płacić za seks co weekend i rozkoszować się nim całą noc, pod wpływem alkoholu lub innych środków.
Na kacu, zadowolona z poprzedniej nocy, trafiła w okolice placu zabaw. Postanowiła jednak tu przysiąść i w spokoju zjeść babeczki z lukrem i posypką, które kupiła po drodze oraz dopić w spokoju litrowego lodowego shake o smaku truskawkowym, do którego oczywiście wlała czystą, gorzką wódeczkę na pobudkę przed dzisiejszym wieczorem. Siadła na ławce na placu zabaw, udając że pilnuje swojego dziecka jak młoda matka, świeżo po studiach, choć jej ubiór nie wskazywał by na to, raczej na matkę kurwę, która w sobotnie popołudnia ma czas dla swojego bękarta. Rozłożyła się wygodnie, oparła, założyła nogę na nogę. Przeczesała włosy i otworzyła różowe pudełko z babeczkami lukrowymi o różnych smakach i posypkach. Wybrała jedną losowo. Trafiła na waniliową. Wzięła malutki kęs, posmakowała jej, więc wzięła drugi kęs i odłożyła do pudełka. Sięgnęła po shake i przyssała się do rurki, trzymając ją między palcami i robiąc seksowne wargi podczas ssania.
Zerknęła na otoczenie, zauważyła bujającą się dziewczynkę, która nie wyglądała na dziecko, ale nie była też dorosła, zapewne takie geny. Za kilka lat będzie wyglądała jak dwudziestolatka, gdy będzie miała trzydzieści. Podobnie miała Kalipso, tylko ona przez strój i makeup oraz samo bycie długowieczną wiedźmą, wręcz nieśmiertelną naturalnie, nie musiała się martwić o swoją urodę bogini. Różowe włosy, mogłaby wybrać lepszą farbę, intensywniejszy kolor, może fiolet pomieszany z różem. Pasowałby jej, do jej bladej cery, choć jakoś nie specjalnie przyjrzała się.
- Babeczkę, dziewczynko? – Rzuciła miło, lecz bez uśmiechu na twarzy.
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Sob Mar 28, 2015 8:20 pm

A Ewangelina nadal się bujała, jakby zapomniała w wszelakich przykrościach, jakie niesie ze sobą ziemskie życie. Bo trzeba wiedzieć, że niektóre odsłony jej psychiki ujawniały wiarę, głęboką, czystą, prawdziwą. A jeszcze inne części jej osobowości cechowały się herezjami, bez wykluczenia przekonania, że Bóg istnieje, jeszcze inne zasugerowały życie w bezustannym grzechu, a kolejne – egzystencję z wykluczeniem z niej Stwórcy. Jednak sama Ewangelina raczej rzadko się nad tym zastanawiała. A może „nigdy” będzie tutaj lepsze? Przecież różowowłosa raczej nie zdaje sobie sprawy ze swojej zmienności... przecież nie jest tego w najmniejszym nawet stopniu świadoma! Więc czemu miałoby być odwrotnie w kwestii spraw, które z takową zmiennością się wiążą? O, chociażby przemyślenia, które temu towarzyszą. Jej poglądy. A najszczególniej poglądy dotyczące wiary. Jednak nie jest to wyjątek, wachlarz takich tematów jest doprawdy obszerny. To wachlarz różnych i wszelakich opcji, który po rozłożeniu nie ma końca... no, prawie. Nieskończoność to coś, co powszechnie rządzi Wszechświatem, coś czego nie da się okiełznać, objąć rozumem, podobnie ma się sprawa z ograniczeniem. Bo spójrzmy prawdzie w oczy.. zarówno nieskończoność, jak i skończoność to rzeczy niematerialne, które trudno zrozumieć, i trudno zrozumieć, że albo jedno, albo drugie, rządzi Tym Światem. A co ze światem poza Ziemią? To znaczy tym, które nastąpi po teraźniejszej egzystencji, ale zaraz... równie dobrze może tego nie być. Czemu? Przecież już wyjaśniliśmy, że to, jak i tego przeciwieństwo są nie do okiełznania w takim samym stopniu, więc mają jednakową szansę na to, by zaistnieć jako Pan i Władza Życia.
Powróćmy z krainy myśli – i nie tylko – należącej do pani medyk. Wciąż beztrosko bawiła się, huśtając na huśtawce. Nagle do jej umysłu napłynęła fala wspomnień aż nazbyt intensywnych, których jednak różowowłosa nie chciałaby odepchnąć w najgłębsze zakamarki swojego umysłu. Tak, były miłe. A wytworzyły się poprzez zabawę, jej aktualne zajęcie, i dotyczyły... jej dzieciństwa. To było do przewidzenia, nieprawdaż? Bynajmniej. Tak czy owak, przypomniała sobie, jak całe dnie bawiła się na placu zabaw, takim jak to. Jednak była sama, zawsze. Była aspołeczna. Jednak niezbyt jej to zawadzało, lubiła samotność. A potem... przyszedł czas na szkołę. Bez żadnych wyrzeczeń i trudów stała się najlepszą uczennicą swojego rocznika w mieście. A może nawet najlepszą na całą Hiszpanię? Nie można tego stwierdzić, nikt nie przeprowadzał tego typu statystyk. A powinien.. stop. Może nawet takie dane istniały, ale ten, kto za nimi stał, nigdy się tym nie podzielił. Ale czy to było na tę chwilę aż tak ważne? Matka Ewangeliny chciała, by porzuciła szkołę i od razu stała się medykiem. Jednak taka myśl nie postała w umyśle córce na dłużej. Lubiła się uczyć, poznawać różne rzeczy. Zwłaszcza, że to rzeczy z wielorakich dziedzin życia, nie wszystkie co prawda przydatne na co dzień, ale co poradzić na to, że stworzono kanon? Kanon, w którym zawarto wymagania, co człowiek uczący się musi poznać, przyswoić, zrozumieć. Tak już to życie – a przynajmniej jego część – zostało skonstruowane i raczej nie dało się temu nic zaradzić. Ale Ewangelinie nie przeszkadzało to. System nauczania bardzo przypadł jej do gustu.
Huśtała się i huśtała, aż w końcu kątem oka zobaczyła. Coś... raczej kogoś. Kobieta, której walory potęgowały jej kobiecość, siedziała na placu zabaw. Różowowłosa zaprzestała bujaniu, huśtawka powoli zatrzymała się.
Kobieta z wielkimi piersiami oraz zgrabnym tyłeczkiem siedziała, zajadając coś na kształt babeczki. Lekarce aż pociekła ślinka. Wyglądały na co najmniej smakowite. Chciałaby zanurzyć w nich swoje zęby, poczuć błogość w ustach. Nie miała jednak tyle śmiałości, a przede wszystkim tupetu by poprosić o poczęstunek. Wpatrywała się w ten obrazek i wpatrywała, aż w końcu nad wyraz ponętna kobieta popija posiłek czymś w kubku, w jakich zazwyczaj podaje się szejki. Aż w końcu... zauważyła Ewangelinę, przy czym ostatnia zarumieniła się nieznacznie. Tak, nieznacznie, ale tylko z początku, bo po chwili wyglądała jak burak.
Słowa kobiety wytrąciły ją z równowagi. „Dziewczynko...” - przeanalizowała te słowo, które, współpracując z innymi, nabrało charakter pytania. Może retorycznego, ale pani medyk nie była tego aż tak pewna. Wkurzyła się tym zwrotem. Dlatego, nie namyślając się w ogóle nad swoją wypowiedzią, odparła.
- Dziewczynko? Ja mam ponad dwadzieścia lat... - w jej głosie można było wyczuć ewidentną złość. Wiedziała oczywiście, że w oczach kobiety, podobnie jak w oczach każdej napotkanej przez nią osoby, wygląda na o wiele młodszą. A mimo tego słowo „dziewczynko” wytrąciło ją z równowagi. Postanowiła powiedzieć jej coś chamskiego, ot, na odgryzienie się. Mimo, że nie miała powodu, przecież na taką dziewczynkę tak naprawdę wyglądała...
- Nie jedz tyle, bo ci pójdzie w tyłek. A na twoim miejscu nie pogarszałabym sprawy i nie starałabym się, by ten był większy, niż jest teraz.
Uśmiechnęła się złowieszczo. Czekała na jej – jakąkolwiek reakcję – a międzyczasie dotknęła kieszeni kitlu, by upewnić się, czy strzykawka jest na odpowiednim miejscu. I ulżyło jej, gdy dowiodła samej, że tak właśnie jest.
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Sob Mar 28, 2015 10:39 pm

Kalipso czekała na odpowiedź dziewczyny z niezmiennym wyrazem mimiki twarzy. Dalej sączyła powoli mrożony truskawkowy shake doprawiony w dość sporą ilość alkoholu. Ból głowy i susza powoli odchodziły w niepamięć, a jej zrobiło się znacznie cieplej w te dość specyficzne popołudnie. Słońce świeciło na niebie , uśmiechało się do ludzi w Death City, jakby było to szczęśliwe miasto, pełne spokoju i radości, a nie takie w którym na każdym rogu czyhają potwory, bandyci, gangsterzy, wiedźmy, czarodzieje oraz obrońcy ludzkości, którzy wymachują swoimi magicznymi broniami chroniąc mieszkańców przed złem i istotami mroku. Zabawnie więc było zobaczyć dziewczynę, dość młodą która huśtała się na placu zabaw przeznaczonym dla dzieci, na którym nie było żadnego bobasa, tylko ona i wiedźma. Różowo włosa aż prosiła się o gwałt na dziecinnym placyku rozrywki w te słoneczne ciepłe popołudnie. W końcu dziewczyna odezwała się. Kalipso dalej sączyła łapczywie napój. Wpatrywała się w dziewczynę, która wydawała się dość nieśmiała, lecz pyskata, sugerując się na jej odpowiedzi na proste pytanie o poczęstunek dotyczącym babeczki. Komentarz dotyczący jej tyłka był irytujący, powiedziałaby coś tej niedowartościowanej smarkuli, ale to zapewne tylko chęć związana z upojeniem alkoholowym, który zaczynał mieszać jej w głowie oraz niezachwianym opanowaniu, który na trzeźwo ze sobą reprezentowała. Powstrzymała się jednak. Potrzeba więcej żeby wybić ją z równowagi i zmusić ją do zdenerwowania oraz zranić tą lodowatą powłokę, zmieszaną z hartowaną tysiącletnią stalą. Głupie uwagi na temat jej wyglądy z różowej deski z dziecięcymi rysami twarzy oraz ciałem naprawdę nie wzięła sobie do serca. Wpadły i wypadły.

- Hehehehe – Zaśmiała się sztucznie jak joker z batmana – Mogłabyś być bardziej uprzejma dla kogoś kto Ci oferuje poczęstunek. Mam strasznego kaca i go leczę, więc odpuść sobie, trafiłaś na nie swój poziom – Zmrużyła oczy patrząc nadal na nią fioletem swojej głębi – Chcesz tą babeczkę? Nie zjem wszystkich, a była promocja, osiem w cenie czterech, waniliowe i czekoladowe, polewa lukrowa z posypką, smaczne – Kusiła ją słodkościami jak baba jaga, kiedyś miała przyjemność poznania jej, nie osobiście ale poznania wiedźmy, która współpracowała z  nią, zresztą była jej Matulką, szefową jej dawnego Sabatu – Wiem, że jesteś starsza. Znam się na wyglądzie. Wyglądasz młodo, taka uroda. Ja mam na przykład dwadzieścia sześć – Otworzyła szerzej oczy, odstawiła na moment kubek i sięgnęła po nadgryzioną babeczkę. Wzięła kęs, przeżuła dokładnie i powoli, oblizała zęby, otwierając lekko buzie, odsłaniając przy okazji śnieżnobiałe zęby. Sięgnęła po shake i popiła - Jak masz coś w tej kieszeni wysoko skokowego to przydałaby mi się dolewka, kończy mi się mój shake - Machnęła kubkiem. Rzuciła pośpiesznie, przypominając sobie że dziewczyna sięgnęła dłonią w kierunku dłoni pod koniec swoich słów, jakby czegoś szukała. Ciekawa co tam miała.
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Mar 29, 2015 12:44 pm

Kobieta kusiła ją, proponując poczęstunek, a Ewangelina zawahała się. Co, jeżeli chce ją otruć? Wszystko było możliwe... no okej, może nie wszystko. Ale zdecydowana większość. Jednak czy kiedykolwiek ktoś chciał ją otruć? Raczej nigdy tak nie było. Ewentualnie taka sytuacja zaistniała jedynie w jej wyobraźni. Brzmi nieco schizofrenicznie, prawda? Mimo, że sama Ewangelina nie cierpiała raczej na to schorzenie, niektóre objawy Królewskiej Choroby można spokojnie jej przypisać. Powracając jednak do samego otrucia. Różowowłosa nieraz odczuwała tego typu niepokój. Może miała to po matce? Po ojcu? Po innych jej krewnych? Nieznana jest ich historia, a przynajmniej nie do końca, więc nie można tego jednoznacznie określić. A może pani medyk po prostu się taka urodziła?
Tak czy owak, dziewczyna pokonała swoje obawy. Czym prędzej, nie prosząc o pozwolenie – uznała, że nie musi niczego mówić, bo kobieta sama jej zaproponowała jej poczęstunek – sięgnęła po babeczkę. „Czekoladowa”, przemknęło jej przez myśl i zaraz ją wypluła. Nie lubiła czekolady. Jeżeli chodzi o ten spożywczy specyfik, tolerowała jedynie białą czekoladę. Nienawidziła mlecznej, deserowej, a tym bardziej gorzkiej. Paskudztwo, przemknęło jej przez myśl. Następnie wypowiedziała te słowo na głos. Nie zważała, że kobiecie może to zrobić przykrość. Zauważmy jednak, że nie przeprosiła za swoje uwagi odnośnie jej tyłka. Ewangelina często zachowywała się tak, jak zachowywać się zdecydowanie nie powinna. To zależało oczywiście od tego, w jaką osobowość się w danej chwili ubrała. Jeżeli ostatnie słowo dobrze oddaje charakter sprawy. Wcześniej, co jest nad wyraz oczywiste, zignorowała uwagi kobiety co do jej zachowania. Według Ewangeliny ona sama zachowywała się poprawnie, nienagannie. Dlatego słowa te spłynęły po niej jak po kaczce. Zignorowała również jej uwagę o jej wieku. Znaczy się, było tak początkowo, bo już po chwili zrozumiała, że kobieta zdawała sobie doskonale sprawę z wieku pani medyk. Więc czemu nazwała mnie dziewczynką?! – przemknęło jej przez myśl. No właśnie – czemu? Chciała ją obrazić? A może kłamała? Jednak czego takie kłamstwo miałoby dotyczyć – jej wieku, czy zdania w którym oznajmia, że zdaje sobie sprawę z dorosłości Ewangeliny? Kto to wie... jednak nie było to aż tak ważne. A przynajmniej na chwilę obecną. Dlatego różowowłosa już po chwili o tym zapomniała. I sądziła, że jej towarzyszka zrobiła tak samo, ale pewna być nie mogła. W najmniejszym nawet procencie.
- Nie mam tutaj alkoholu – rzuciła krótko. - nie lubię procentów. Robią z człowieka wszystko... tylko nie to, co trzeba. Po co ci alkohol? Ten specyfik powinien być używany tylko w celach medycznych. Albo podawany na uroczystościach, jednak w jak najmniejszej ilości. - mówiąc, tempo jej wypowiedzi powoli, acz znacząco stawało się wolniejsze. Jakby zaczęła zastanawiać się nad tym, co mówi, zanim to powie. Jednak tak nie było, a przynajmniej nie w znaczącym stopniu.
Podeszła wolnym krokiem do huśtawki, z której tak niedawno zeszła. Ponownie usiadła i odepchnęła się nogami, ruszając nimi, by zabawa nie ujrzała swego kresu. A przynajmniej nie w najbliższym czasie. Mogło to wyglądać tak, jakby celowo zignorowała tę kobietę. Jednak tak nie było, zwłaszcza że nie opuściła wzroku, ciągle świdrując jej osobę swoimi bystrymi oczkami. Nie wiadomo skąd, ale na usta cisnęło jej się pytanie, którego również wcześniej nie przemyślała. Nie wiedziała, skąd się wzięło. Z jakich pobudek? Czystej ciekawości? A może lęku? Jeżeli to ostatnie, czego taka obawa miałaby dotyczyć? Zanim wypowiedziała te słowa, zaśmiała się. Do siebie, jednak złapała się na tym, że zrobiła to głośno. Czym prędzej zaprzestała. I przemówiła.
- Kim właściwie jesteś?
Pytanie to miało niewiadome pochodzenie. Wypłynęło z dzikiego gąszczu myśli lekarki. Lekarki, która sama w sobie była tajemnicza. Nawet, jeżeli jej aktualna osobowość cechowała się infantylizmem oraz przesadną zazwyczaj słodkością. Przypatrywała się kobiecie. Czekała na rekcję, jakąkolwiek, z jej strony. Ne zauważyła, jak huśtawka przestała spełniać swoją powinność, więc czym prędzej odepchnęła się ponownie od ziemi swoimi nóżkami, machając nimi.
A wiatr wzmógł się, poruszając gałęziami drzew oraz liśćmi na nich usadowionymi. Ewangelina napawała się tym miłym doznaniem, chłonęła nozdrzami świeże powietrze. Uśmiechnęła się. Tajemniczo. I ta zmiana mimiki jej twarzy została raczej przez kobietę zauważona. Jednak różowowłosa nie mogła raczej o tym wiedzieć...
A Ewangelina nie opuściła swojego wzroku. Nawet na najkrótszą chwilę. Lubiła doprowadzać innymi swoim spojrzeniem do szewskiej pasji!
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Mar 29, 2015 1:26 pm

Kalipso zdecydowanie nie wiedziała o czym myśli dziewczyna, ale na pewno nie była normalnie, długo się zastanawiała nad czymś, aż w końcu ku zdziwieniu wiedźmy podeszła po babeczkę i wzięła jedną.
- Czekoladowe? Stawiałam na waniliowe, zaskakujesz – Dziewczyna oczywiście wypluła babeczkę i jeszcze śmiałą skomentować jej jedzenie paskudztwem, powinna wyjść z impetem, zamknąć drzwi a raczej nimi trzasnąć. Gówniara, za kogo ona się uważała? Jej matka nie wychowała kulturalnej osoby?  Co się dzieje z tym światem, że każda napotkana osoba zaczyna być wulgarnie nastawiona do drugiej osoby, nawet jeżeli jej nie zna. Wiedźma nie była idealnym przykładem porządnego obywatela i osoby, która żyje zgodnie z sąsiadami i lokalnymi, ale potrafiła zachować się w barze, sklepie, klubie, butiku, centrum handlowym, warzywniaku, urzędzie skarbowym lub pocztowym. Ta tutaj widocznie nie potrafiła nawet spiąć dupy i połknąć niesmaczną czekoladową babeczkę, odłożyć resztę albo wyrzucić do kosza, a nie pluć na ziemię. Jeszcze jakieś dziecko zje ją, zatruje się nieświeżą czekoladą wymieszaną w piasku, czyli bakteriach i wirusach. Ciał obcych w tym okresie wiosennym pod koniec zimy było naprawdę mnóstwo, lepiej uważać.
- Od razu chcesz mnie upominać a mnie nawet nie znasz, może najpierw zaproś mnie na kawę a potem niesmacznie oceniaj mój styl życia. Jeżeli coś Ci się nie podoba, zadzwoń po służby porządkowe, że piję alkohol w miejscu publicznym, w dodatku na dziecięcym placu zabaw. Ironia -  Odpowiedziała automatycznie po jej słowach, widocznie miała wcześniej przygotowaną odpowiedź, jakby wiedziała że wcześniejsze słowa o procentach zostaną skomentowane tak a nie inaczej.
- Jestem Veronica, Veronica Wickless, a Ty moja droga? – Brytyjski akcent się  uruchomił – Przepraszam, staram się pozbyć tego ohydnego, niezrozumiałego akcentu, ale nawyki sprzed kilku lat – Zostawiła babeczki, poprawiła torebkę na lewym boku i ruszyła powoli po nierównym terenie na swoich koturnach. Inna nietrzeźwa laska zapewne by się wywróciła starając się zachować elegancką kobiecość.  Kalipso jednak nie miała z tym problemu, stąpała i poruszała się jakby nie miała tych butów, robiąc jeszcze solidne wgniecenia w powierzchni, zapewne miała metalowe znaczki na podeszwie butów, tak „for fun”. – Czekaj, pohuśtam Cię, słabo Ci to idzie – Podeszła powoli od tyłu, nie chciała żeby dziewczyna się spięła, ale nie chciała zrobić to tak jakby skradała się, więc luźno i powoli obeszła huśtawkę i stanęła za nią. W prawej dłoni miała napój, który zaczęła sączyć znowu, a lewą ręką zaczęła pchać dziewczynę, chciała pomóc rozbujać się.
- Co jest zabawnego w tym bujaniu? – Dziwne pytanie, ale chodziło raczej o huśtawkę niż o coś innego. Wróciła do leniwego sączenia mrożonego soku przez rurkę. Wiatr się wzmógł a dziewczyna dziwnie się uspokoiła, nie widziała dokładnie co się działo na jej twarzy, ale wyczuła rozluźnienie. Postanowiła iść tym tropem – Też lubię bardziej wietrzne pogody, wiatr to przepiękne zjawisko – Stwierdziła i wróciła do poprzednich czynności. Sączenia napoju i bujaniu dziewczyny.
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Mar 29, 2015 3:19 pm

Kobieta wygłosiła monolog, dotyczący tego, jak powinno się traktować ludzi. A zwłaszcza tych, których się nie zna. Nastąpiło to zaraz po wypluciu czekoladowego „przysmaku” przez różowowłosą, co jednak niezbyt przejęło panią medyk. W sumie raczej rzadko przyjmuje do świadomości upomnienia czy też przestrogi albo porady innych. Zwłaszcza, jeżeli te pochodziły z ust ludzi starszych od niej i z całą pewnością bardziej doświadczonych osób. Nie lubiła, jak inni okazują swoją wyższość nad nią samą. W sumie, kto to lubi? Chyba jedynie pojedyncze przypadki... o ile w ogóle nikt. Jednak świat mieści typy różnych osobowości, więc tym samym na pewno istnieją tacy delikwenci, którzy się w czymś takim lubują.
- Ewangelina Hazel Steward – słysząc imię i nazwisko swojej towarzyszki,  czym prędzej wyrecytowała tę krótką formułkę, składającą się na jej nazwisko. Wypowiedziała te słowa bez kontaktu wzrokowego z panią Wickless. Mówiąc, spoglądała w niebo, napawając się tym czystym błękitem. Jakby w ogóle nie zależało na tym, by być uprzejmą. W sumie nie była grzeczna od samego początku spotkania z Veronicą.
Zaczęła się zastanawiać, czy ich spotkanie ma coś znaczyć, zawiera przestrogę, a może wręcz odwrotnie? Ewangelina lubiła pogrążać się w tego typu refleksjach, podobało jej się analizowanie wielu spraw. Nieważne, jakiej są wagi... sporawej, małej, a może zdecydowanie przeciętnej? Różnie bywało, bo każdy z interesów ma swoją indywidualną wartość. Różowowłosa uważała, że wpływ ma na to złożoność wszechświata, a że w tym świecie jest wiele kwestii, jest raczej rzeczą trudną złapanie dwóch identycznych. To trochę jak szukanie czterolistnej koniczyny. Przecież istnieje coś takiego jak „Boska proporcja”, której liczby odnoszą się do natury (wystarczy tylko przypatrzeć się liczbie płatków na każdym z kwiatów) ale nie tylko do niej. No właśnie... co z muzyką, sztuką, a nade wszystko proporcjami ludzkiego ciała, gdzie góruje liczba „fi”? Tak, wynalazek Fibonacciego pozwala na dogłębniejsze studia zamysłu Boga wobec całej jego twórczości, czyli do tygodnia, w którym stworzył świat, co ma być zapewne aluzją do większej odległości czasowej, a że mowa o tygodniu (i to niecałym! Przecież w niedzielę odpoczywał!), to po prostu porównanie wobec nieskończoności, dlatego sześć dni to idealna proporcja względem czasu życia Boga.
Ewangelina czym prędzej wyrwała się z tego typu przemyśleń, potrząsając znacząco głową i tym samym powracając do rzeczywistości. Szybko ogarnęła zaistniałą sytuację. Była na placu zabaw, wraz pewną kobietą. Ta pierwsza została poczęstowana babeczką, a że różowowłosa nie przepada za czekoladą – a, jak na złość, wylosowała przysmak z właśnie takim nadzieniem – czym prędzej ją wypluła. I nie uważała, że to nie na miejscu. W sumie ona cała nie jest na miejscu, nie? Ale Veronica nie obraziła się, a przynajmniej nie bardzo. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że zaczęła ją bujać na tej a jakże nowoczesnej huśtawce, jakby nic się nie stało?
- Bujanie jest bardzo przyjemne. - odpowiedziała na jej pytanie. - tu obok jest jeszcze jedna. Usiądź i spróbuj. To naprawdę wielka frajda! - mówiąc to, patrzyła na niebo. Ponownie. Nie chciała patrzeć jej w oczy. W sumie i tak było to nierealne, ponieważ kobieta umiejscowiła się za jej plecami, by popchnąć huśtawkę, którą aktualnie zajmowała pani medyk.
W końcu, podczas bujania, strzykawka z trucizną wypadła jej z kieszeni, prosto w piach. A Veronica na pewno to zauważyła. Jednak inaczej sprawa się miała z Ewangeliną. Nie zorientowała się, że coś straciła. Co zrobi pani Wickless? Tego nie wiadomo. Jednak sama różowowłosa nie zastanawiała się nad tym – w sumie, jak mogłaby dostarczyć coś takiego swoim myślom, skoro nie wiedziała, że jej broń wypadła z kieszeni lekarskiego kitlu?
A wiatr, jak na złość, zaprzestał swoim staraniom.
Szkoda...
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Mar 29, 2015 3:47 pm

- Ładne nazwisko, imię też – Kalipso podobały się imiona, nazewnictwo, symbolika oraz takie tam rzeczy. W dawnych czasach była przyzwyczajona do tego, że każde imię coś znaczy. W nowoczesnych czasach ludzie nie przykładają większego znaczenia do imion, nazewnictwa i ich znaczenia. Po prostu jeżeli brzmi cool, spoko, nowocześnie to jest wybierane. Mogłaby się pobawić w znaczenie jej imienia, ale nie pamiętała teraz zbytnio co ona oznacza. Zapewne była pochodnym od Ewangelii, bo brzmiało podobnie. Stawiałaby na Mądrość, Wiedzę, Tajemnice. – Cały czas latasz w chmurach, o czym tak głęboko i intensywnie rozmyślasz Ewo, jeżeli mogę Cię tak nazywać.. Mogę? – Zapytała się dziewczyny stojąc nadal za nią i bujając ją do nieboskłonu, w metaforze oczywiście. Wydawała się taka rozkoszna, potulna. Aż zaczęła jej pożądać seksualnie, zachciała włożył swój cieplutki języczek między jej nóżki i wylizać jej niewielką, lecz zapewne słodziutką brzoskwinkę. Przytrafiło się jej, że ma dwadzieścia lat, nie lubiła dzieci, choć potrafiła się nimi opiekować, ale z opieki wiedźmy nigdy nie wychodzi nic dobrego, zawsze są jakieś szkody na psychice na końcu i w okresie dojrzewania. Gdyby się nią zajęła zapewne skończyłaby jako morderczyni, a jakby się jej udało, zrobiła by z niej kobietę sukcesu, przesiąkniętą seksapilem i erotycznością. Każdy facet by się ślinił na jej widok. Doświadczenie w opiece miała z czasów Sabatu. Porywały dzieci, więc obcowała z tymi nieznośnymi urwisami, jednak trochę się zgubiliśmy. Wróćmy do tematu pragnienia, które zaczęło nasilać się w Kalipso w dolnych partiach względem Ewangeliny. Chciała zrobić z nią wiele sprośnych rzeczy, zobaczymy czy się jej uda, najpierw niech ją pozna i sprawdzi czy można ją wykorzystać a raczej czy się da jej wykorzystać jeżeli zaprzyjaźni się z nią i zaopiekuje samotniczką.
- Huśtanie nie jest dla mnie. Jeszcze zwymiotuję i co będzie? Cały trunek się zmarnuje, a shake taki dużyyy... Trochę kosztował. W dodatku wódka, nie, lepiej żebym się nie bujała. Następnym razem – Na bujanie nie miała ochoty, nie to że zacznie ją mdlić, bo nigdy nie wymiotuje, potrafi pić i umie to robić, ale po prostu nie miała na to ochoty. Nie będzie się zniżała się do poziomu bujania. Sączyła, sączyła napój aż zauważyła, że dziewczynie wypadła strzykaweczka. Bujnęła ją mocniej  i odsunęła się trochę tak żeby nie zostać walniętym, gdy będzie się bujała. Pochyliła się choć w tej sukience takie czynności są ciężkie. Raczej niezręczne, zwłaszcza gdy nie nosi bielizny, a sukienka jest obcisła i krótka. Gdy pochyliła się dziewczynka mogła zobaczyć połowę jej  jędrnego tyłka, niechcący oczywiście to zrobiła, chciała przecież sięgnąć bo strzykawkę. Wyprostowała się, poprawiła. Przyjrzała się strzykawce z substancją, ale nie mogła wiedzieć co w niej było. – Jesteś cukrzykiem czy narkomanką? Nie powinnaś kłuć się, są lepsze sposoby na relaksację, bardziej bezpieczne, jak proszki lub cannabis. Twoja sprawa, schowam to do torebki, potem Ci to zwrócę – Tak jak powiedziała tak zrobiła. Schowała strzykawkę do kieszonki torebki na lewym boku i wróciła do bujania dziewczyny, patrząc tym razem nie na nią, ale gdzieś w dal. Zapewne czekała cierpliwie na odpowiedź dziewczyny co to substancji, którą znalazła. Miała zamiar jej oddać igłę, ale nie pozwoli żeby szprycowała się w obecności wiedźmy, choć byłaby wtedy bardziej chętna na ekscesy. Zastanowi się jeszcze.
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Mar 29, 2015 10:33 pm

Kiedy wiedźma – przy czym należałoby zaznaczyć, że Ewangelina nie jest świadoma tego, czym naprawdę kobieta jest – pochwaliła nazwisko różowowłosej, ta ostatni zarumieniła się nieznacznie. Lubowała się w komplementach, zwłaszcza jeżeli dotyczyły jej skromnej osoby. Ale kto tego nie lubił? Może znajdą się takie osoby, jednak jest to zapewne szukanie igły w stogu siana. Uśmiechnęła się subtelnie w jej stronę, pokazując ukradkiem nie tyle częściowo rząd pięknych, zdrowych, białych zębów, co po prostu zadowolenie z tego, co powiedziała Veronica.
Nadal się huśtała, nie zważając na to, że kobieta nieco powątpiewa w to, że owa tak bardzo błaha czynność może wywoływać radość osobom starszym niż małe dzieci. A jednak. Niewiele trzeba, by rozbudzić radość w serduszku Ewangeliny.
- Pewnie, dla ciebie mogę być Ewą – odparła dziewczyna, tym razem jednak zachowując uprzejmy ton. Postarała się, by teraz wyszła na osobę kulturalną. Jednak może nie do końca... przecież olała jej pytanie, zapewne z tego względu, że różowowłosa uznała je za retoryczne. Dobrze myślała, a może wręcz odwrotnie? - właściwie różni ludzie mówią na mnie różnie. Ewan, Ewangeliom, albo po prostu Ewangelina, jednak... jeszcze nigdy do tej pory nikt nie nazwał mnie Ewą. Dziwne, nie? Przecież to prosta odmiana mojego imienia...
Przez chwilę kobiecie mogło się zdawać, że pani medyk popadła w smutek. Jednak czy dobrze odczytała jej emocje? Po Ewangelinie nie zawsze da się wyczuć, co myśli, co przeżywa w swoim wnętrzu. To osoba tajemnicza, a zarazem niezbyt przewidywalna... Brzmi niejasno? Już wyjaśniamy. Bo nie od dzisiaj wiadomo, że Ewangelina nieustannie się zmienia, wciąż przybiera różne osobowości, tak, musieliśmy o tym znów przypomnieć, by wyjaśnić fakt jej nieprzewidywalności.
Huśtała się i huśtała, nie zauważając, że jej broń, a mianowicie strzykawka, upadła na ziemię. Cóż, kieszenie jej medycznego stroju był dość płytkie i szerokie, więc czemu się dziwić? Prędzej czy później miało do tego dojść, jednak Ewangelina nie myślała nigdy o tym. Przykładowo, by nieco przerobić te felerne kieszenie. Zapewne przyjdzie jej to do głowy, kiedy zauważy brak broni. A tu proszę – uniosła spojrzenie nieco do góry, zauważając kobietę. Nie zwróciła zbytniej uwagi na odsłonięty tyłeczek.
Tak czy owak...
Trzymała w ręce strzykawkę! Ewa nie wiedziała, czy ma się śmiać czy płakać. W końcu Veronica, trzymając przedmiot w ręce, mogła sobie pomyśleć wszystko. Naprawdę wszystko... Jednak do głowy Ewangeliny nie dochodziły żadne pomysły, co to, przykładowo, mogłoby być. Ponadto różowowłosa zignorowała również uwagę o huśtawce. A dokładniej to ujmując, uwagę, że nie nie chce a zarazem nie chce przyłączyć się do Ewangeliny. Szkoda, przemknęło jej przez myśl... Nie będę  jednak z tego powodu rozpaczać, no bez przesady!
Zdanie wypowiedziane przez Veronicę nie zszokowało raczej adresatki. Wiedziała, że – co już wcześniej opisaliśmy – ta może pomyśleć sobie doprawdy wszystko. Więc była przygotowana na każdą opcję. Każdą – bez wyjątków. Już chciała powiedzieć, że nie jest narkomanką, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język, tym samym uznając że rozegra to nieco inaczej. Uśmiechnęła się do siebie nikczemnie, pod nosem.
- A nawet jeżeli jestem ćpunką, to co? - spojrzała w oczy rozmówczyni, jakby czegoś tam szukała. W końcu opuściła wzrok, zawieszając go, co było raczej oczywiste,  na niebie. Niebo fascynowało ją od zawsze i nic nie przeczyło temu, że jest tak po dziś dzień – jeżeli nawet, to ja się szprycuję. Nie ty. I oddaj mi to.
Wiemy już, że w strzykawce znajduje się trucizna, która jednak nie ma nic wspólnego z narkotykami.
Na słowo „cannabis” ożywiła się jeszcze bardziej. Nie paliła od miesiąca, więc stęskniła się za zielenią.
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Mar 29, 2015 10:55 pm

Wiedźma domyślała się tego, że dziewczyna jest inna od innych dziewcząt pod względem psychiki, mogło coś ją spotkać strasznego, ale nie będzie się nad tym głowić, sama w końcu jej powie, wszystkie tak robią, gdy odpowiednio się wytworzy aurę przyjaźni i współczucia. Nie oddała jej strzykawki, nie chciała żeby dziewczyna szprycowała się przy niej, nie ze względów takich, że jej to przeszkadzało. Po prostu nie chciała się potem nią zajmować. Oczywiście mogłaby ją wykorzystać, w dodatku zaczęła chcieć a raczej pożądać ją fizycznie, może przez ta jej niewinność, nieśmiałość i zagubienie oraz marzycielską naturę i odklejenie od rzeczywistości. Miała słabość do takich owieczek, które łatwo było zdobyć, ale trzeba było się jednak natrudzić żeby mogły jej zaufać. W dodatku dziewczyna raz rumieniła się a raz nie. Widocznie ucieszyła się, gdy skomplementowała jej godność osobistą. Wpadła w jej sidła, teraz nie powinna zbyt mocno pchać żeby jej nie spłoszyć.
- Jeżeli jesteś ćpunką to naprawdę nie mam nic przeciwko. Chodzi o to, że będę musiała się potem tobą zajmować, bo wkręcisz sobie złego tripa albo przyjmiesz zbyt dużą dawkę i nie ogarniesz fazy. Znam się na takich klimatach, sama co jakiś czas biorę, konkretnie nie igły, ale też biorę. Nie dużo, jedynie dla rozrywki i spotęgowanie emocji podczas imprezy… Jak to formalnie brzmi, wyznania z czyśćca. Za bardzo się otwieram przed tobą, moja droga – Wiadome jest, że kłamała. Nie brała dużo, wręcz rzadko miała styczność z narkotykami, jedynie na specjalne okazje. Dawniej dużo brała, zwłaszcza w czasach Azteckich albo późniejszych podczas ceremonii i rytuałów oraz innego typu świąt. Teraz w Shibusen tylko może kilka razy przypudrowała nosek kokainą, miała swoje kontakty, w końcu jest wiedźmą, która planuje zniszczenie władających i Shibusen. Musi mieć znajomości – Igły są złe, jak chcesz to przypudrujemy nosa proszkiem… Zrobiłaś mi ochotę – Przyłożyła paluszki do warg i oblizała ją przy okazji myśląc o proszku. Chciała żeby dziewczyna widziała ten znak. Jeżeli się skusi to może wtedy bardziej ją pozna i może zaliczy sobie dwudziestolatkę. Taka trochę pedofila w stosunku do wieku Wiedźmy, ale cóż, nikt jej za to nie aresztuje, ma legalne papiery.
- Zresztą… Nie słuchaj mnie, nie będę Cię psuła jeszcze bardziej, po prostu alkohol uderza mi zbyt mocno do głowy, dopiero co się poznaliśmy… W dość specyficznym miejscu – Przybliżyła się do niej, zatrzymała huśtawkę i pochyliła się nad nią, dotykając mięciutkimi piersiami jej pleców, przycisnęła się do niej i powolutku włożyła strzykawkę wyjętą z torebki do jej kieszonki. Robiła to strasznie powoli, chcąc zobaczyć czy dziewczyna zepnie się czy może nie. Nie odpuści jej nawet jeżeli będzie musiała ją potem zgwałcić na tym placyku. Ma ochotę, chce jej i to dostanie. – Proszę, nie powinnam zabierać twoich rzeczy, prywatność – Odsunęła się z niej, dotykając przy okazji zimną dłonią jej lewego policzka delikatnie, musnęła paluszkami. Po chwili ciszy zaczęła znowu ją bujać, tym razem stojąc z boku tak aby widzieć jej twarz, gdy huśtawka zrówna się na linii z jej pozycją.
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Pon Mar 30, 2015 2:51 pm

Ewangelina nie wiedziała, co kobieta myśli o niej samej oraz jakie ma plany wobec jej osoby. Nie mogła wiedzieć, przecież jest tylko zwyczajnym człowiekiem, panią medyk, nieco szaloną, nad wyraz zmienną, ale za to w swoim fachu niezwykle utalentowaną. Ale generalnie przyjęło się, że Steward nie potrzebuje ciepła, bliskości drugiej osoby. Raczej potrafi się obyć bez uczuć wyższych, które z zasady powinny otaczać ją niczym aura, widoczna przez niektóre stworzenia. Do tych stworzeń można czasami przypisać i rasę ludzką, jednak to wyjątki. Niezwykle rzadkie wyjątki, a sama Ewangelina raczej do tych wyjątków nie należała. Szkoda, a może nie? Dziewczyna jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiała, nie przetrząsała sprawy zbyt dogłębnie, o ile w ogóle.
Kiedy kobieta mówiła o ćpaniu, Ewangelina musiała bardzo uważać, by nie wybuchnąć niepohamowanym śmiechem. Uśmiechnęła się nieznacznie pod nosem, jednak nie wiedziała, czy Veronica to zauważyła. Może tak, a może nie. Przygryzła dolną wargę, by zaprzestać nadmiernemu okazywaniu swojej „radości”. Rzekoma „radość” była niczym innym, jak kpiną po usłyszeniu słów kształtnej kobiety. W końcu mimika jej twarzy uspokoiła się, powróciła do swej przeciętnej neutralności.
Planowała jej wyjawić prawdę co do substancji w strzykawce. Ale to potem, uznała.
Zachodziła w głowę, co dalej się wydarzy podczas tego nieoczekiwanego spotkania. Wiemy już, że nie znała myśli wiedźmy. A tym bardziej tego, że jest ona tym kim jest. Wiedźmą. No właśnie. Jednak nie miało to większego wpływu na kolejne wydarzenia. Jak mogłoby być inaczej? Kiedy zatrzymała huśtawkę tym samym psując zabawę różowowłosej i przyprawiło to ją o lekką dezorientację, a zwłaszcza, kiedy poczuła nacisk jej wielkich piersi o plecy medyczki. Nie uszło uwadze Ewangeliny, jak strzykawka znalazła się w miejscu, gdzie znajdować się powinna, na co lekarka zareagowała pozytywnym westchnięciem, nie wiadomo jednak, czy Veronica to zauważyła. Ponownie spotykamy się z podobną okolicznością.
Ręka Veroniki była zimna. Nie – lodowata. Jednak w jakiś osobliwy sposób spodobało się Ewangelinie, jak dotknęła policzka tej ostatniej. Nadal nie wiedziała, co się roi w jej umyśle. Nie zdawała sobie sprawy, że jej rozważania nad osobą różowowłosej mają zabarwienie zdecydowanie erotyczne. Gdyby tylko wiedziała... czym prędzej uciekłaby gdzie pieprz rośnie, a gdyby kobieta zaczęła się do niej dobierać, zawsze miała broń. Strzykawkę, a w niej truciznę, jednak nie z kategorii tych, które powodują zgon po krótszym bądź dłuższym czasie. Już omówiliśmy działanie tego, co znajduje się w medycznym, przenośnym sprzęcie. Najpewniej wbiłaby jej igłę prosto w oko. Gdyby rzeczywiście się do niej dobierała, Ewangelina gotowa byłaby czerpać z widoku jej cierpienia nieopisaną radość. W końcu poniekąd była sadystką, szaloną panią medyk, która uwielbia znęcać się nad swoimi ofiarami, w których skład wchodzili głównie pacjenci, chociażby nie dając im znieczulenia przy najbardziej bolesnym zabiegu. Jej przyrządy zazwyczaj mają tępe ostrza, by zadawać nimi jak najwięcej bólu.
- Nie – odparła ni z gruszki ni z pietruszki – nie, nie jestem ćpunką. A substancja w strzykawce...
I zaczęła jej opowiadać. Że jest medykiem, że często robi eksperymenty na ziołach, lekach, przy czym ostatnio wynalazła truciznę, którą wtłoczyła do tej oto strzykaweczki. Nie  poinformowała jej, że jest bezlitosna i sadystyczna. Mogłaby się jej przestraszyć. W końcu, po wypowiedzianym monologu, Ewangelina również zaczęła snuć plany wobec swojej towarzyszki. Ironia losu, pierwsza pożądała drugą seksualnie, druga chciała wykorzystać pierwszą jako potencjalny przedmiot swych eksperymentów. Ciekawe, której z nich uda się ziścić swoje pragnienia...
A wiatr, żeby – zapewne – zaakcentować absurdalność zaistniałej sytuacji, znowu dmuchnął na plac zabaw, gdzie spotkały się wiedźma oraz bardzo zmienny człowiek. Przypadek, a może wręcz odwrotnie? Każda z tych opcji mogła się ziścić, bo obie – raczej nie. No nie oszukujmy się, a przynajmniej nie w tej kwestii...
Ewangelina bacznie obserwowała twarz swojej towarzyszki, oczekując reakcji. Jakiejkolwiek.
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Wto Mar 31, 2015 10:51 pm

[Wybacz, że post będzie krótki i zawierał więcej dialogów, ale muszę jeszcze poćwiczyć przed snem, w dodatku miałem dzisiaj wyczerpujące fizycznie zajęcia. Dlatego tez obiecuję następny post będzie bardzo długi i wyczerpujący, jak ogarnę tego nowego lapka. Naj. windows menu, rozumiesz.. ]

Kalipso słuchała wyczerpującej wypowiedzi dziewczyny z stoickim spokojem, co jakiś czas mrużyła oczy jakby bardziej skupiała się na pewnych kwestiach. Taka sytuacja nastąpiła, że zaszokowało ją to, a raczej zaskoczyło, bo ona nie okazywała większych uczuć, bardziej lubiła się bawić w manipulację emocjami jak widać od początku rozmowy. Bo tak naprawdę tutaj jedyną osobą, która się bawiła w trakcie tego spotkania, była Wiedźma a nie Pani Medyk. Pamiętajmy o tym.
- Interesujące, w takim młodym wieku a jesteś dobrze wykfalifikowaną, doświadczoną medyczką, lekarzem która interesuję się dodatków zielarstwem oraz farmaceutyką - Nie przejęła się zbytnio pierwszą częścią jej wypowiedzi, mianowicie strzykawką, uznała że najpierw ją pochwali, bo dziewczyna chyba była łasa na komplementy i urocze słówka, którymi ją obrzucała od początku, specjalnie oczywiście. Teraz jedynie to potwierdziła bardziej, patrząc wstecz na wcześniejsze zdarzenia - Chronisz samą siebie, ja posiadam gaz pieprzowy, nóż motylkowy, uniwersalny na zamówienie, jestem świetną nożowniczką, ale nie jest to jakoś specjalne, każdy dzisiaj jest w czymś dobrym. W dodatku legalną broń ostatnio zakupiłam, Komenda Death City wydała mi pozwolenie. Ładny rewolwer. Nigdy nie wiadomo co można spotkać na ulicy - Powiedziała skromnie o swoim asortymencie jakby uważała to za coś normalnego. - Powinnaś także zainwestować w lepsze wyposażenie do samoobrony.. - Rzekła pośpiesznie. Oblizała swoje wargi patrząc na wzrok dziewczyny, który wbijała w nią podczas swoich ciekawskich obserwacji. Dawno wiedziała, że jest wariatką, ale nie wiedziała że ma do czynienia z wiedźmą, która nie ma kręgosłupa moralnego i udało się jej dopracować swoją osobę oraz taktyki rozmowy przez setki lat.

Z/t


Ostatnio zmieniony przez Kalipso dnia Sro Kwi 15, 2015 4:14 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Sro Kwi 01, 2015 10:07 pm

Mój post też będzie krótki, to wszystko przez brak weny.


A Ewangelina mówiła i mówiła nie zważając żadnej, najmniejszej nawet uwagi na to, że jej monolog może zostać źle odebrany przez towarzyszkę. Mimo tego jednak nie musiała się tym martwić. Wiedźma (a wiemy już że różowowłosa nie wie, że tytuł ten doskonale odzwierciedla charakter, ale nie tylko charakter, a po prostu kobietę) słuchała jej bardzo uważnie, z boską wręcz cierpliwością. Dlatego pani medyk nie była skrępowana. W ogóle. W sumie wiele jej odsłon cechowało się gadulstwem, a już na pewno większość, jednak trochę trzeba zostawić, by przypisać im małomówność. Ewentualnie neutralność w tej kwestii. Można w tym temacie dość sporawo się rozpisać, jednak my nie będziemy tego robić, by nie schodzić zbytnio z głównej ścieżki fabuły, nie zanudzić odbiorcy, by po prostu tworzyć, informując o tym, co najważniejsze.
Słysząc słowa Veroniki, Ewangelina coś wyczuła. Coś na kształt i podobieństwo... podstępu? Tak, podstępu, bo kobieta chwaliła panią medyk. Nie byłoby w tym nic dziwnego i każdy mógłby stwierdzić, że nie ma tutaj podtekstów, gdyby nie fakt, że kobieta chwali różowowłosą aż nazbyt wylewnie. W głowie panienki Steward zapaliła się czerwona lampka, która jednak nie świeciła zbyt dosadnie, więc dziewczyna tym samym nie była w stu procentach pewna swoich przypuszczeń, a raczej podejrzeń. Tak, to o wiele lepsze słowo na określenie tego, co mamy na myśli. W sumie Ewangelina często poprawiała się w myślach, zwłaszcza jeżeli na określenie czegokolwiek znajduje frazę o wiele lepszą od tej, która jeszcze tak niedawno zaprzątała jej umysł. Jednak należy przyznać, że ma tak większa liczba ludzi. Dlatego pani medyk na pewno pod tym względem nie jest sama na tym globie. O ile ludzie ci mieszkają gdzieś blisko bądź należą do jakiejś tej samej wspólnoty, obojętnie której. Wspólnot takich jest naprawdę wiele: praca, zainteresowania, rodzina, miejsce zamieszkania... i wiele, wiele innych, których nie będziemy tutaj wymieniać, pewnie z tego samego powodu, który opisywaliśmy wcześniej. To znaczy, chodzi o to, że powinniśmy opisując to, co najważniejsze, nie?
Wiedźma zmieniła temat, rozpoczynając pogawędkę o broni. Mówiła o swoim wyposażeniu jak gdyby nigdy nic... dziwne, nie? Robiła to z wielką swobodą, jakby opowiadała o pogodzie czy też poglądach politycznych. Czy temat broni można przypisać do grupy, w której znalazło się miejsce na dwa tematy, wymienione w poprzednim zdaniu? Jednak Ewangelina zbyła uwagę – a raczej poradę – towarzyszki, by zaopatrzyła się w lepszy sprzęt, który mógłby ją chronić. Pani medyk nie uważała, że strzykawka to zły przyrząd do samoobrony. Co prawda jeszcze nigdy jak na tę chwilę nie miała okazji na obronę tym medycznym przedmiotem... ale żywiła wielkie nadzieje, że wkrótce, a przynajmniej kiedyś, będzie miała okazję na wbicie komuś igły w ciało (Ewangelina szczerze marzyła, że tą częścią ciała będzie oko) i obserwację, co trucizna robi z takim potencjalnym agresorem. Agresorem, który stałby się ofiarą, jej własną ofiarą.
- Dla mnie jednak strzykawka z trucizną to dobra broń. - postanowiła przemówić, by w chociażby najmniejszym stopniu zagłuszyć tę krępującą ciszę, która nastąpiła po ostatnich słowach wiedźmy oraz podczas wewnętrznych przemyśleń Ewangeliny.
Wkrótce potem pielęgniarka przypomniała sobie o czym bardzo ważnym. Przeprosiła towarzyszkę i odeszła.

Z/T
Powrót do góry Go down
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Sob Kwi 25, 2015 9:22 pm

Death City było bardzo specyficznym miastem, do którego trochę ciężko było się dostać, jeśli nie zna się drogi. Jedni mówią, że najszybciej dostanie się tu człowiek drogą powietrzną, chociaż są też zwolennicy ulic i autostrad. Jednak Furi nie zaliczał się do żadnych z tych typów ludzi, on twierdził iż to właśnie las jest najlepszą drogą. W końcu był wilkołakiem, lubił szlajać się bez przyczyny po lesie, łąkach, puszczach. Po tamtym feralnym zdarzeniu rany zdążyły już stopniowo się zagoić, jednak nadal miał brzydkie, zielonkawe siniaki tu i ówdzie. Miał niesłychaną ochotę pokręcić się po mieście - nie podobne do niego. Zazwyczaj chodził po jakiś alejkach, tych najciemniejszych, nie lubił ludzi! Ale teraz szedł przez centrum miasta. Jak dobrze, że farba ze ściany łatwo odpadła od kurtki! Ufff... Założył więc ją na siebie i poprawił włosy.
Zatrzymał się... Plac zabaw... - W jego myślach było pełno ironii...
Podszedł do huśtawki i na niej usiadł, jednak wiatr zaczął targać mu włosy, co bardzo mu się nie spodobało. Wnerwiające. Uznał, że jednak najlepiej w takim miejscu być wilkiem, jednak... Coś mówiło mu, aby się nie przemieniał, coś jakby go od tego pomysłu odstraszało... Jak dobrze, że praktycznie nikogo tu nie było. Popatrzył w niebo i głęboko westchnął. Ale mu się nudziło...
Powrót do góry Go down

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Kwi 26, 2015 9:25 am

Death City było dość specyficznym miastem. Nie tylko znajdowało się po środku pustyni, ale także było rezydencją samego Boga Śmierci, a także ośrodkiem trenującym Władających i Broni. Brzmiało to naprawdę fantastycznie, wiecie? Gdy Rennevy po raz pierwszy o tym usłyszała, to myślała, że jest w ukrytej kamerze. Miała takie wrażenie, że ta cała sprawa z tym Shibusen jest naprawdę poplątana. Wszyscy w miasteczku wiedzą o tym, ale mało kto wie poza nim. W Walii nigdy o czymś takim nie słyszała, także gdy tylko dostała jakieś wyniki, nie wiedziała co o tym myśleć. Właśnie! Profesor przeprowadzał badania w całej szkole. Czyżby ta szkoła co jakiś czas sprawdzała szkoły w innych krajach? W sumie byłoby to logiczne. Przecież takim Władającym może być każdy w każdym zakątku świata. Powinna czuć się zaszczycona takim "darem"? Czy też przeklinać swój los? Jak na razie wszystko sprowadzało się do tej drugiej wersji. Z dwóch "przygód" obydwie skończyły się urazami - jedna psychicznymi (drobnymi, ale jednak znaczącymi), a teraz fizycznymi (choć musi się znowu przyzwyczaić do takich zdradzieckich stworzeń, jakimi są motyle). Po prostu zajefajnie.
Kuśtykała na lewą nogę. Miała ją zabandażowaną tak od kostki do kolana. Na twarzyczce miała jeden plasterek, na rączkach wiele siniaków i zadrapań, które już po części się zagoiły. Ale najbardziej wkurzająca była właśnie ta noga. Nie dość, że musieli ją uwalniać z tego przeklętego łańcucha, to jeszcze sobie coś zrobiła - coś, bo to nie jest ani złamanie, ani skręcenie, ani zwichnięcie. Ale boli jak cholera. Cały czas jedzie na przeciwbólowych, bo tego się nie da wytrzymać. A rzeczy do załatwienia są... Ma jedynie się nie przemęczać i nie nadwyrężać nogi. Jej, super, szkoda tylko, że nie można chodzić tylko prawą. Życie byłoby wtedy zdecydowanie lepsze i bardziej wyraziste. Ci wszyscy z amputowanymi kończynami dolnymi tez poczuliby ulgę. Ale nie, potrzeba niestety obydwu nóżek. Przeklęta natura.
Wiało. Bardzo wiało. Rennevy nie wzięła kurteczki, jedynie wysoki golf i tego żałuje. Grzywka trzepocze na wszystkie stron, także bardzo chętnie wpada do oczu naszej gwieździe. Jedynie grzecznie trzymają się te dwa warkocze, które zaplotła i spięła z tyłu głowy. Dopóki one się ostają, to wie, że nie zgubiła kokardki. A w każdej chwili ta wstążeczka może odlecieć. Choć lubiła wiatr, niekoniecznie musiał jej on wiać prosto w twarz i to z taką siłą. Bo normalnie, to lubiła tak rozłożyć ręce i poczuć falującą grzywę. Naprawdę. Bardzo często to robiła w Walii. Teraz jakoś tak... nie potrafi. W ogóle nie jest w stanie robić wielu rzeczy, które były dla niej normą w ojczystym kraju. Zastanawiała się czym to jest spowodowane. I jak na razie nie doszła do żadnego wniosku. Nawet najmniejszego.
Zawitała na plac zabaw. Czy ona chciała nawet tu przychodzić? Cholera wie. Znowu się chyba zgubiła. Nie, moment, niee... Ona się nie gubi, tylko zwiedza miasto. Powinna, bo w końcu będzie tu przez jakiś czas tkwić. Jak na razie potrafi pomylić alejki i jakimś cudem wrócić do pokoju. A co z resztą tego pięknego i jakże dziwnego miasta? A no właśnie, trzeba odkryć nieodkryte. Może znajdzie jakąś dobrą cukiernię? W sumie zjadłaby coś słodkiego... Chociaż jak teraz tak się zastanowić, to nie była w stanie chodzić na jakieś super długie spacery. Powoli czuła, ze leki słabną, bo uszkodzona noga coraz bardziej zaczynała ją wkurzać. I boleć. Ale bardziej wkurzać.
Rozejrzała się dookoła. Oprócz niej była tylko jedna osoba. Siedział on na huśtawce i wyglądał, jakby cały świat go irytował. Albo go nudził. Albo i to, i to. Miał bardzo długie blond włosy, które wydawały się jej znajome. Podeszła bliżej, aby go lepiej widzieć i... opadła jej szczęka. Pobladła i z przerażeniem wskazała na niego. Ręka się jej trzęsła niemiłosiernie. Po prostu nie mogła uwierzyć, że ten znudzony i poirytowany blondyn to ten gościu, którego spotkała w walijskim lesie. To ten sam cymbał, co ją lubi podrywać i łapać w talii. To ten imbecyl, przez którego ma ochotę uciec i biegnie szybciej niż może. On miał jakoś dziwnie na imię... Friku? Feriku? Furiku! O!
- C-c-c-coooo ty tu r-robisz?! - pisnęła, nadal wymierzając w niego palcem. On był ostatnią osobą, jaką chciała spotkać w tym dniu. I co on, u licha, robi w Ameryce?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Kwi 26, 2015 2:34 pm

Ale nudy! W sumie to cały świat go denerwował od początku! Od kiedy tylko się urodził! Jego pierwsze zdjęcie - zaraz po porodzie przedstawiało jego matkę - Belladonę Karine, obok Sebastiana Karine, a przy kobiecie leżał dzieciak z miną typu "Co ty Kurna robisz?". Jego ojciec kamerą nagrał pierwsze chwile na sali w szpitalu - Dzieci krzyczą, płaczą, a Mały Furiku leży i małymi rączkami zatyka sobie uszy i z pretensją patrzy na ojca. To jest śmieszne, ale tak było! On nigdy nie był uśmiechnięty, a jak już to dopiero po ukończeniu... Właśnie! On spotkał kiedyś Dziewczynkę na której widok uśmiech sam mu się na twarzyczce malował! Pamiętał ją jako "Czerwony Kapturek". Była mała, delikatna i taka... Argh! Taka słodka! Furi nie lubił słodyczy i słodkich rzeczy, ludzi i tak dalej, ale ona była inna!
Siedział tak, siedział, siedział i gapił się w niebo z niesmakiem. Jak on nie lubił tak siedzieć, ale był zbyt leniwy aby tak nie siedzieć!
Nagle usłyszał czyjeś kroki, były małe, bo nie robiły dużego . Teraz doszedł do niego zapach - dziewczęcy, tak to z pewnością kobieta! W duchu modlił się aby to nie była jakaś wkurzająca lafirynda, która zacznie go podrywać, zagadywać i schlebiać mu! Nie lubił takich! Postanowił się nie obracać, chociaż zapach wydał mu się znajomy, ale jakoś ie mógł sobie przypomnieć gdzie ostatni raz czuł coś takiego... Stanęła niedaleko, mógł ja zobaczyć, chociaż jeszcze nie chciał... Lecz nagle usłyszał głosik, ten delikatny, znajomy głosik! "Czerwony Kapturek!" - Obrócił gwałtownie głowę, fioletowe ślepia mu się zaświeciły, a na twarzy pojawił się ten sadystyczny uśmieszek. Gwałtownie wstał i złapał ją za rękę, która się bardzo trzęsła.
- Proszę, proszę... Kogo my tu mamy~ - Zachichotał.
- Pomyśleć, że jeszcze chwilę temu miałem ochotę umrzeć z nudy, a teraz czuję się jakoś lepiej! Jak miło Cię tutaj widzieć, wiesz że długo się zastanawiałem co się z tobą stało? - Zaczął bawić się jej dłonią. Dziewczyna nagle jakby zaczęła się trząść. Trza o nią zadbać! Szybko zdjął z siebie kurtkę, którą na nią zarzucił i znów złapał ją za dłoń.
Powrót do góry Go down

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Kwi 26, 2015 6:01 pm

Na swej drodze spotykamy wielu różnych ludzi. Jednych poznajemy bardziej, innych mniej, a z paroma to w ogóle ciężko jest określić jakąkolwiek relację. Potem w przyszłości opowiadamy potomstwu, jak to się spotkało swego partnera, najlepszego przyjaciela czy wroga. Są takie znajomości, które, choć dość szybko się skończyły, o których po prostu nie można nie wspomnieć. Że tak wiele się zdarzyło, zmieniło, zapamiętało. Zaraz potem dochodzi się w swoich opowieściach do momentu, kiedy się żałuje za nieutrzymanie czy jesteśmy źli, że los nam nie pozwolił dłużej tę osobę widywać. Oczywiście są też takie relacje, o których się nie wspomina, bo po prostu nie jest się w stanie. Gdyby ten ktoś się do nas przyznał, to my byśmy zaczęli coś zmyślać. Taką znajomość stanowiła właśnie Rune i Furiku. On ją lubi (chyba gnębić), a ona nie przyznaje się do niego (ma ładniejsze włosy od niej!). Gdyby mogła, wyparłaby tę więź, przerwałaby.
Gdy tylko zobaczyła ten jego błysk w oku, automatycznie się cofnęła, stąpając lewą nogą. Szybko tego pożałowała, bo syknęła z bólu i prawie straciła równowagę. Prawie, bo udało się jej jakoś wyprostować, ale całość wyglądała komicznie. Złapał jej rękę i mógł czuć, jak bardzo się trzęsie. Nienawidziła tego jego uśmiechu sadysty. Za każdym razem, gdy tak na nią patrzył, miała ogromną ochotę uciec i się gdzieś schować. Jedyne, co jeszcze jakoś ratowało sytuację, to jego głos. Mimo wszystkiego go lubiła. Co prawda nie akurat wtedy, kiedy wygląda jak pedofil czy psychopata, ale tak to lubiła. Być może to jest jedyny czynnik, który sprawia, że jeszcze nie ucieka. Pomińmy teraz fakt, że ma pokiereszowaną nogę i jeszcze on ją trzymał za rękę. Gdyby mogła, to pewnie by uciekła. Gdyby chciała, to na pewno by uciekła.
Po jej plecach przeszły ciarki. Zaczął bawić się jej dłonią. Najbardziej jednak zastanawiały ją słowa "długo zastanawiałem się, co się z tobą stało". Czyżby jej szukał? Dlatego wylądował w Ameryce, w Death City? Cholera wie, choć byłoby to całkiem możliwe. Tylko niby skąd miałby się dowiedzieć, że pojechała akurat do tego, a nie innego miasta? Biorąc to pod uwagę, można stwierdzić, iż Rennevy po prostu miała takie szczęście, jej! Aż zaczęło się jej robić zimno, przez co tylko bardziej się trzęsła. Może w tym wypadku wyglądało, że miała drgawki na poziomie niewyobrażalnym. Takiego Parkinsona w ostatecznym stadium. To nie tak, że było jej zimno. To to była sprawa drugorzędna. Bardziej zastanawiała się, co Furiku chce z nią zrobić. Chociaż "zastanawiała" to trochę nieadekwatne słówko. Ona zamartwiała się, co Furiku chce z nią zrobić. O, teraz zdecydowanie lepiej.
- Nie sądziłam, że cię tu znajdę, F'riku. Straszenie nieletnich w walijskich lasach ci się przejadło? - zapytała nieco kąśliwie. Z lekkim przestrachem patrzyła na to, jak ją trzymał za rękę. Mógłby ją już zabrać, naprawdę. A gdy tak zrobił, to szybko złapał ją z powrotem. Ona zaś miała na ramionach jego kurtkę. Futerko od kaptura było taaakieeee miluuusieee! Szkoda tylko, że to JEGO kurtka. - Nie jest mi zimno, ale dzięki. Mniej wieje. Mniej się przeziębię... Tak w ogóle, to co ty tu robisz? Nie powinieneś szukać kolejnej naiwnej dziewczyneczki w krzakach? Może jeszcze cię jagodami poczęstuje. Ja sobie dam radę.
Przy okazji, przypomniało się jej, że wołał na nią Czerwony Kapturek. Z jakiej racji? Z jakiego powodu? Tego nie wiedziała. Nigdy nie miała na sobie kapturka, tym bardziej czerwonego, a tu proszę. Chyba że to była (ż)aluzja do faktu, że spotkali się w lesie i on gra złego wilka. Złego wilka, który czai się na Kapturka i chce go... eee... wygłaskać. Tak, wygłaskać. Co do przezwiska - nie potrafiła określić czy ją irytuje, czy nie. Po prostu go nie rozumiała. No, może czasem ją małym lękiem napawało... Che, che... W sumie mógł sobie ją tak nazywać. Czemu nie? Byle by tylko nie próbował na niej jakichś sztuczek albo, co gorsza, podrywów. Boziu, podrywy na wilka czy myśliwego. Nie potrafiłą sobie nawet tego wyobrazić. Po prostu nie mogła. Zbyt bardzo ją to bolało. Nie dlatego, że to smutne czy coś. To było dla niej zbyt abstrakcyjne. Oby tylko nie zaczął jej nagle śpiewać. Co prawda jego głos lubi, ale nie chciałaby, by jej śpiewał. Nawet jeśli będzie to robił cholernie dobrze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Nie Kwi 26, 2015 8:15 pm

Cieszył się bardzo z tego, że ją spotkał, była dziewczyną "bardzo w jego typie". taka delikatna, mała, drobniutka, on on taki wielkolud! No dosłownie Jakby połączyć Pana Bilba Baggisa z Gandalfem... Tego tu nie było! Miała takie gładkie, malutkie dłonie... Tak milusio się ich dotykało! Nic więc dziwnego, że chłopak nie chciał ich puścić. Ich? A tak! W odpowiedniej chwili złapał i drugą! Teraz nie ucieknie... HAHAHAHA!
- Nie nie, zimno ci! Zostaw ją sobie, bo się rozchorujesz... A wtedy będę musiał codziennie Cię odwiedzać i przynosić Ci dobre jedzenie... Nie głupie. - Nie pozwolił zdjąć jej kurtki. Mówiąc to zamyślił się, jednak na koniec znów na jego twarzy zawitał uśmiech. Nie miał jednak zamiaru zabierać jej tej kurteczki, chociaż troszkę było mu zimno, w końcu miał na sobie tylko T-shirt...
- Nieletnich? Nie, nie znalazłem już to czego chciałem... - Popatrzył na nią znacząco i jego uśmieszek powiększył się. W tym momencie do głowy przyszedł mu bardzo głupi pomysł, który bardzo mógł zdenerwować Rune, albo doprowadzić ją do błogiego stanu... Albo obydwie opcje naraz! Uwielbiał straszyć ta dziewczynę, to z miłości! Chociaż... Nie mógł sobie darować, że tam gdzieś żyje Cordova - ten różowy ćpun za którą jest odpowiedzialny... Ale nie kochał jej... Czy kochał Rune, trudno to nazwać miłością, ale większość osób właśnie tak by to nazwała! Przyciągnął ją do siebie, tak że jego usta znalazły się przy jej uchu.
- Jest coś, co chciałbym Ci powiedzieć... - Nagle spoważniał, jego ton był takim przyjemnym szeptem. POSTANOWIŁ SOBIE POŚPIEWAĆ! Wiedział, że Rune lubi jego głos. A więc zaczął powoli, po cichu śpiewać coś na poczekaniu. Chciało mu się trochę śmiać, jednak się powstrzymywał.
Powrót do góry Go down

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Pon Maj 04, 2015 6:54 pm

Tak bardzo nie cieszyła się, że go spotkała. Zapamiętała go dokładnie takiego, jaki był teraz - cholernie wkurzająca menda, która czerpie sadystyczną wręcz przyjemność z jej strachu i zmieszania. A także nic sobie nie robi z jej ostrego tonu czy cynicznych uwag. W sumie nic dziwnego, bo to niestety tylko dodawało jej uroku. Proszę sobie wyobrazić taką Rune, co próbuje być groźna i agresywna, a potem nie umrzeć od nadmiaru cukru we krwi. Jestem pewna, że będzie to co najmniej trudne. Dorzućmy do tego naburmuszoną minkę, wydęte policzki i nieco przymrużone oczka, a wyjdzie nam bardzo rozkoszna bestia. Może wyglądać na irytującą, nie poirytowaną. Zazwyczaj takie małe zołzy są tymi największymi zołzami, bo są małe i mają pracę na pełen etat. Niestety (czy też stety) Rennevy jestt zbyt spokojna i lękliwa, aby stać się taką małą zołzą. Może zwariować, może się rozkleić jak bachor, może w jakimś stopniu być oschła - ale nigdy nie będzie zołzą. No i nigdy nie będzie ponętna, lecz to już rozmowa na inną okazję.
Znacie ten taki dyskretny uścisk śmierci na ramieniu? Zazwyczaj jest stosowany przez wszystkie mamy, gdy ich kochane dzieciaczki palną coś kompletnie nieodpowiedniego w towarzystwie. Na twarzy uśmiech, w środku chęć mordu, a w palcach nadnaturalna siła, która musi znaleźć ujście akurat na ramieniu. Podobne odczucie towarzyszyło teraz Rune, chociaż dotyczyło jej dłoni. I nie było to ścisk śmierci, lecz chwyt bardzo sugerujący, że w najbliższym czasie jest skazana na jego towarzystwo. I to w ciągłym kontakcie, bo chyba mu się podobało. Szkoda tylko, że to nie było obustronne. Zaraz potem zaczął mówić o tym, jak to ona nie może się rozchorować. Chociaż i tak się skończyło na tym, że jej choroba to potencjalna szansa na zagarnięcie Rune na wyłączność. Ta wizja była jeszcze bardziej przerażająca, więc chciała odruchowo nawet zapiąć tę kurtkę. Nie mogła jednak, bo co? Bo jej obie ręce aktualnie były zajęte.
- Cha, chaa... Nawet nie wiesz gdzie mieszkam. - Spojrzała na niego nieco przymrużonymi oczkami. Nie chciała słyszeć o tym, że mogłaby zostać nawiedzona przez niego. To byłoby jeszcze gorsze. - Mam wrażenie, że ci naprawdę zimno. Może jednak zwrócę tę kurtkę?
Gdy tylko zobaczyła ten jego znaczący wzrok... O Boziu, myślała, że się zapadnie. Naprawdę nienawidziła, jak tak robił. To było straszne, bo kompletnie nie wiedziała co wtedy ma zrobić. Jej umysł automatycznie się czyścił, jak na pstryczek. Jakoś nigdy nie musiała się odgryzać takim zaczepkom. Zwykle je ignorowała, bo nie były kierowane do niej bezpośrednio albo zdarzały się w towarzystwie. Natomiast była jedynie z nim i to na przegranej pozycji, bo całkowicie unieruchomiona. Ręce trzymane, lewa noga chora, a na prawej zbyt wiele nie pobiegnie. Jaka szkoda, że nie można na jednej się poruszać, naprawdę. Znaczy, niby można, ale w podskokach to nic fajnego. I dość wyczerpujące. Zaraz potem niebezpiecznie zbliżył się do jej buźki, zupełnie tak, jakby zaraz miał wyszeptać coś naprawdę niestosownego, objąć ją od tyłu, przerzucić na ramię i zabrać. I jeszcze miał jej coś powiedzieć! Bardziej stresujących słów nie mógł wybrać! Zamknęła odruchowo swoje oczka, przełknęła ślinkę i czuła, jak jego oddech znajduje się coraz bliżej. Czekała, czekała i...
O. Mój. Borze.
Zaczął śpiewać. Zaczął cholernie śpiewać. Zmroziło jej ciało, a na twarzy miała bliżej nieokreśloną minę. Zaraz potem zarumieniła się i ciarki przeszły jej po plecach. Naprawdę lubiła jego głos. Był taki... ech, idealny! Kompletnie nie pasował do tego pieprzonego zboczeńca o włosach Barbie! Mogłaby tak stać i się wsłuchiwać, ale dlaczego musiał być to on?! Próbowała się delikatnie od niego odsunąć, nawet jeśli zaraz miała przestać słuchać tego boskiego śpiewu. Mieszały się w niej uczucia - złość, zażenowanie i radość. To tak, jakbyście dostali wymarzony prezent od najbardziej znienawidzonej osoby. To była mniej więcej tego typu sytuacja. I jak tu się zachować?
- C-c ty od-dpierdziela-asz?! - zapytała nerwowo i dość cicho, bo targał nią sprzeczne uczucia. No przestań, do cholery!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune
Gość

Gość

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Pią Maj 15, 2015 2:08 pm

Ale on miał frajdę! Kątem oka obserwował jak na jej policzkach pojawia się jeszcze większy rumieniec! W końcówce złapał ją za rękę i spojrzał głęboko w oczy i delikatnie dokończył piosenkę. Uwielbiał się z nią tak droczyć! Na końcu przycisnął ją do siebie i uniósł jej dłonie na wysokość swojej klatki piersiowej. Wykonał z nią kilka tanecznych kroków, a kolejno jej lewą dłoń położył sobie na ramieniu, a swoją na talii Rune. Ich prawe ręce pozostały splecione, a Furik zaczynał zmuszać ją do tańca, jednak szybko ją puścił i zaczął się śmiać.
- Nawet nie wiesz jak zabawnie wyglądasz! - Odsunął się od niej trochę i wlepił w nią fioletowe ślepia. Przeczesał długie, blond włosy które nadal targał wiatr. Kiedy pogoda się nagle popsuła, dla lepszego widzenia włosy po prawej stornie zaczesał za ucho. Nadal się uśmiechał, niektórzy nazywali to "uśmiechem zboczeńca", ponieważ jego oczy były lekko przymknięte, przez co nabrały takiego intensywnego, fioletowego koloru i nie jeden mówił że "wtedy wyobraża sobie jednoznaczne sytuacje z osobą przed nim stojącą" - czy to była prawda? Nie, Furiku aż tak bardzo zboczony to nie był.
Powrót do góry Go down

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Sob Maj 16, 2015 8:33 am

Na pewno każdemu z nas doskwiera czasem zagubienie i odczucie sprzeczności - wtedy tak za bardzo nie wiemy jak zareagować. Z jednej strony jest to coś ekscytującego, co sprawia nam niepohamowaną radość. Ale z drugiej strony irytuje nas to, wzbudza te wszystkie negatywne emocje. I sami siebie pytamy - to mam być szczęśliwy czy gniewny? No bo z jednej strony fajnie, że to jest, że się dzieje, ale dlaczego akurat teraz, dlaczego ta osoba, dlaczego to miejsce? Nie jesteśmy w stanie osiągnąć pełnego szczęścia, ponieważ nie wszystkie wymagania zostały spełnione, a nawet niektóre pogwałcone! I weź tu człowieku zdobądź się na jakąś w miarę sensowną reakcję! Zazwyczaj w takich chwilach staramy się jakoś uciec myślami od tego i zareagować tak, jak chciałaby tego druga osoba lub wymaga tego sytuacja. Bo tak jest najbezpieczniej, jeżeli się nie przeciąga. Im dłużej, tym bardziej po nas widać, że coś właściwie jest nie tak. Chyba że całkowicie się poddamy i zignorujemy ten czynnik ujemny. To wtedy nie widać tego po nas. A nawet zaczyna nam się to podobać. A może to jest najbezpieczniejsza opcja...?
Rune bardzo lubiła głos Furika. Był dla niej wręcz idealny. Gdyby był piosenkarzem, chętnie kupowałąby wszystkie jego płyty. Gdyby był aktorem, chodziłaby na jego filmy. Gdyby był jej kolegą z klasy, bardzo chętnie spędzałaby z nim czas, wsłuchując się w jego słowa, wyłapując najmniejsze załamania, zmiany tonu, czekając na jego śmiech. Ale niestety tak nie jest. On nie jest nikim z wyżej wymienionych osób. On stał się osobą, za którą Rune w ogóle nie przepada i gdyby mogła, to wymazałaby ich spotkanie z kart historii czy własnej pamięci. On jest taką osobą, do której Rennevy nie jest w stanie nabrać zaufania czy jednoznacznie stwierdzić czym jej zawinił. W tym wypadku pasuje jedynie "wkurza mnie i tyle". "Nie lubię go, bo tak!" Na jego widok chce jak najszybciej uciec i schować się w miejscu, gdzie go nie znajdzie. Chociaż to zazwyczaj on znajdywał ją i to w dość niezwykłych momentach, tak jak teraz. Wracająca do zdrowia dziewczyna kompletnie nie spodziewała się, że dane jej będzie spotkać tego bęcwała. Świat jest iście zadziwiający.
Gdy tylko skończył śpiewać, spojrzał na nią tymi swoimi fioletowymi ślepiami. To była kolejna rzecz, jaką w nim nawet lubiła. Jego oczy. Niespotykanego koloru, zawierające w sobie coś obcego, coś, czego nie mogła zdefiniować. Gdy w nie patrzyła, to miała wrażenie, że nie są one do końca... ludzkie. W sumie kiedyś jej wspominał coś, ale zawsze to bagatelizowała. Bo w końcu nic na tym świecie nie dzieje się dziwnego. Teraz nie mogłaby tak stwierdzić. Nie po tym wszystkim, co ją spotkało, czego się dowiedziała, co widziała. Spojrzała na niego i jeszcze bardziej się zaczerwieniła, bo poczuła, jak jej rączki niemal dotykają jego piersi. Zaczął z nią tańczyć. Wyglądali zupełnie jak jakaś para zakochanych, co byłoby największym kłamstwem tego świata. Chciała już mu wygarnąć, ale zaraz odezwała się noga z tym swoim bólem. Pojawił się na jej twarzyczce grymas bólu, ale nic nei powiedziała. Jedynie cicho syknęła. A zaraz potem on wybuchnął śmiechem, przez co kontrolka w jej głowie zaczęła wariować. On miał po prostu boski śmiech, okej?
- B-bardzo zabawne! Najp-pierw mnie straszysz, potem dziwnie zachowu-wujesz, a teraz jeszcze się śmi-miejesz! T-to jest po-odłe! Zupeł-łnie w twoim stylu, ch-cholero! - krzyknęła swoim piskliwym głosikiem, który wyrażał aż za bardzo zakłopotanie. - Z-zrobiłbyś coś ze so-sobą porządnego, a n-nie mnie straszysz! I... Je-jeszcze przestał-ałbyś się tak na mnie patrzeć. Prze-rzeraża mnie to... - powiedziała i na wszelki wypadek nieco się wycofała. Chociaż wiedziała, że takiemu facetowi raczej nie ucieknie. Czas szukać czegoś, czym mogłaby go ogłuszyć...
Zaczęła się rozglądać w poszukiwaniu czegokolwiek, czym mogłaby w niego rzucić. Niestety miała do dyspozycji jedynie piach w piaskownicy, a także huśtawki, lecz ona super siły nie miała. A szkoda, bo jakby przylutowała taką huśtawką, to z Furiku zostałaby mokra plama... Ale nawet mu tego by tego nie zrobiła. Takiego drugiego głosu już nie znajdzie, a wyjątkowo przyjemnie się go słuchało. Szkoda, że właściciel taki wkurzający.
- N-najmocniej przepraszam, ale muszę już i-iść. Cze-eść, F'rik. Ob-byś zgubił się w lesie.
Tak właśnie powiedziała i sobie poszła. Znaczy, poszła najszybciej jak mogła, ale ta noga ją strasznie bolała. Dlatego też kuśtykała, ale z werwą. Potem nie wstanie...

//ZT//
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 32
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Pią Wrz 25, 2015 7:01 pm

Ileż można zaczepiać przypadkowych ludzi na ulicy? No właśnie, trzeba było zmienić miejsce, spróbować może porozmawiać z dziećmi, bo z nimi Vivi nie miała kontaktu, chociaż powinna trochę porozmawiać. Jak jeszcze była sobie duszyczką żywiącą się grzechem niezdrowej ciekawości, to często miała okazję przybrać trochę na sile dzięki tym szkrabom. Ich przewinienia nie były wielkie, ale częste, regularne, więc małe "dziękuje" nie zaszkodziłoby, gdyby nie fakt, że teraz i tak z tej mocy nie może skorzystać. Niby była jedynie okruszkiem w mocy prawdziwych demonów, ale nawet taki paproszek po uwolnieniu swojej siły w ludzkim ciele zniszczyłby je. A tego nie chciała.
Gdzie można spotkać dzieci? Umysł Chen odparł "Plac zabaw", ale oczy jakoś nie chciały wierzyć, gdyż było tutaj zupełnie pusto. Demonica westchnęła zasmucona i weszła na teren tego miejsca frajdy. Jakoś nie odczuwała, by nagle poczuła się radośniej, więc zaczerpnęła z wiedzy dawnej właścicielki ciała. Chinka miała wspomnienie jak huśtała się na huśtawce i było one oprawione przyjemnym uczuciem.
- Spróbujmy. - rzuciła do siebie radośnie i z uśmiechem pomaszerowała pod jedną z dwóch huśtawek, usiadła na niej spokojnie, odepchnęła się i podkuliła nogi. Zgodnie z instrukcjami ze wspomnień rozkołysała się trochę, aby przestać i znów zaczynać jak niemal nie bujała się. Początkowo było to rzeczywiście przyjemne, ale szybko zaczęło się nudzić Beliaviel. - I tak można bawić się dłużej niż minutę? - zapytała samą siebie, aby wznowić proces rozhuśtania się. Teraz nie przestała. Była coraz wyżej i wyżej, a poruszała się z chwili na chwilę szybciej. Robiło się ciekawie. Z uśmiechem i zaciśniętymi ząbkami z całych sił machała nogami w przód i w tył, aby mocniej się huśtać. Wyglądało jakby starała się odlecieć gdzieś razem z tą huśtawką agresywnie wymachując nóżkami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t108-tak-to-vivi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 22
Data dołączenia : 09/09/2015

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Pią Wrz 25, 2015 7:27 pm

Choć po ostatnim spacerze skończyła Bóg wie gdzie, nie miała zamiaru ciągle siedzieć w akademiku czy szkole. Chodziła więc po mieście - odwiedziła rynek, sklepy i kilka razy prawie wbiła komuś prosto do domu, bo pomyliła go z... W sumie zdążyła już zapomnieć z czym. Wszystko w Death City wydawało jej się takie nowe, zupełnie inne od jej miasta i osiedla. Ciekawsze, żywsze, piękniejsze. Mogłaby tak spędzać czas w nieskończoność, ale jej leki robiły swoje i po paru godzinach Tengeri zrobiła się zbyt zmęczona, by kontynuować wycieczkę. Postanowiła wrócić i się przespać, ale - zgodnie ze swoimi przewidywaniami - zgubiła się.
Tym razem widziała chociaż wieże Zawodówki Śmierci - miała szczęście, że budynek był tak monumentalny. Próbowała nawet iść w tamtym kierunku, ale okazało się, że kręte uliczki i zwodnicze zaułki często prowadziły donikąd lub wychodziły na kolejne ulice, w zupełnie innym kierunku niż wcześniej zdążała. W dodatku im dłużej szła tym mniej ludzi widziała, aż w końcu została całkiem sama.
- No pięknie - westchnęła, bezradnie wpatrując się w szkołę. - Niby tak blisko, a jednak nie mogę znaleźć tej drogi. Do północy będę tak łazić.
Już chciała ruszyć dalej, gdy nagle usłyszała czyjś głos - ładny i radosny. A do tego młody. Czyżby w okolicy znajdował się ewentualny ratunek? Dziewczyna od razu skręciła w kierunku, z którego dochodził dźwięk i już po chwili jej oczom ukazał się kolorowy plac zabaw. Na huśtawce kołysała się zupełnie nieznana jej osoba, ale to nie przeszkadzało blondynce w zagadaniu do niej.
- Hej, hej - pomachała do niej flegmatycznie ręką i podeszła nieco bliżej. Ciekawe, czy też uczyła się w Shibusen. - Powrót do dzieciństwa, co?
Tengeri zajęła huśtawkę tuż obok niej i odepchnęła się lekko nogami. Ile to już lat minęło odkąd mogła tak spokojnie przebywać na placu zabaw? Pewnie całkiem sporo. Zlustrowała nieznajomą wzrokiem. Wydawała jej się całkiem ładna - a to, że doceniała czyjąś urodę było niejakim fenomenem - i prawdopodobnie też nietutejsza. Ale to jej uśmiech najbardziej urzekał blondynkę. Szczery i pełen czegoś... No właśnie, czego?
- Nazywam się Tengeri, Tengeri Parrainage. I zdaje się, że jak zwykle się zgubiłam - roześmiała się dość beztrosko. - A ty jak masz na imię?
Co prawda kiedy wchodziła na plac zabaw miała zamiar zapytać ją tylko jak dojść do jej szkoły, ale kiedy siadała na zabawce, już o tym nie pamiętała. Zresztą nie miała do roboty nic konkretnego, więc chwila rozmowy z pewnością nie mogła jej zaszkodzić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t689-tengeri

avatar
Uczeń NOT
Posty : 32
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   Sob Wrz 26, 2015 3:02 am

Vivi zajęta osiąganiem coraz to większych wysokości nie ujrzała nawet, że ktoś wszedł na plac zabaw. Zacięty uśmiech wciąż tkwił jej na twarzyczce, zaś oczy wlepione były gdzieś w dachy budynków naprzeciwko. Nagły głos, chociaż nie brzmiał jakoś mocno, to zaskoczył ją. Omal nie puściła łańcuchów, lecz jej uchwyt zmniejszył się, by nagle nadrobić zacisk, aż za mocno. Ścisnęła łańcuch i zarzuciło nią lekko, ale nawet nie spadła. Misja zakończona powodzeniem. Rzuciła swoimi czerwonymi oczkami na źródło dźwięku i uśmiechnęła się szerzej. Blondynka, lubiła blondynki. Tą szczególnie polubiła już, bo sama zagadała, a dodatkowo wydawała się całkiem otwarta, więc mocne plusy na start. Wracając do odcienia włosów - Chen zawsze chciała mieć piękne, długie blond włoski i pleść je w warkocz, aby wyglądać jak jakaś bajkowa księżniczka. Teraz nie miało to wielkiego znaczenia, ale demonica akurat też lubiła tą barwę z bliżej nieznanych jej powodów. No była fajna, świetnie wyglądała, tak delikatnie czy coś. Nie rozumiała tego. Ogólnie nieznajoma była strasznie ładna. W Death City było pełno urodziwych dziewczyn, ale no... mało typowych blondynek, więc ta tutaj trafiła w gust różowowłosej. Czy lubiła w ten sposób kobiety? A kto to wie? Chen nie miała nigdy chłopaka, ani dziewczyny, chociaż niby wolała płeć brzydką. Nie udowodniono. Viviś zaś było raczej wszystko jedno. Grunt to być ciekawym, takim aby się nie znudziła zbyt szybko, a może pokocha. Jakkolwiek to uczucie miałoby wyglądać dla istoty z piekieł.
- No hejka! - rzuciła radośnie w jej stronę puszczając lewą ręką łańcuch i wystawiając ją, by kolejno pozginać paluszki od małego do wskazującego w geście przywitania. - Tak jakby. To taki mój drugi pierwszy raz na huśtawce. Przyjemna, ale mało ekscytująca. - oczy były utkwione w dziewczynie, zaś huśtawka wciąż się bardzo mocno bujała, gdyż nasza bohaterka nie miała pojęcia jak ją zatrzymać. Chinka zawsze wyczekiwała, aż sama "uspokoi się" lub zeskakiwała z niej. No, czas spróbować szybszej opcji. Według wspomnień należało zsunąć swój piękny tyłeczek w najwyższym punkcie i nóżki wysunąć przed siebie, bo może nami zarzucić, że zaryjemy twarzyczką o glebę. Zgodnie z instrukcjami różowowłosa postanowiła spróbować. Wszystko super, zsunęła się, ale jak dało się przewidzieć - była rozhuśtana za mocno, więc lewa noga poleciała jej do tyłu, zaś ciało niebezpiecznie wychylało się w przód. Prawa nóżka szybko ruszyła w przód, a ręce asekuracyjnie rozłożyły się. Nie przejmowała się swoją nieco, ekhem, mocno za krótką sukieneczką, były większe problemy. Pojedyncza noga nie utrzymała impetu, a także ciężaru, więc zgięła się, a wtedy uratowała sytuację lewa nóżka zostawione w tyle. W takim pół uklęknięciu, z rozłożonymi na bok rękami wylądowała.
- Telemark! - rzuciła skojarzeniem z umysłu Chen i szybciutko wyprostowała się obracając w stronę blondynki. Słysząc jej imię podeszła na krok do niej i wystawiła rękę uśmiechając się przyjaźnie.
- Beliaviel, ale mów mi Vivi, bo krócej. I łatwiej. Miło mi poznać, w sumie ciekawe imię masz. - przedstawiła się samym imieniem i pseudonimem, bo nazwiska nie miała. Od dawna nie była Chen Xu, więc po co miała kłamać? Przecież ona nawet nie potrafi. Odkąd trafiła do Death City, odtąd jest Beliaviel, czyli demonem, koniec i kropka. - Spójrz na to z tej strony - gubienie się jest fajne, by się zgubić musisz nie znać okolicy, a jak jej nie znasz, to podczas gubienia poznajesz. Zawsze jak się gubisz, to trafiasz w jakieś ciekawe miejsca. Niektóre są ciekawie straszne, a niektóre ciekawie przyjemne, ale zawsze ciekawe. - odparła według własnego zdania, które może z logiką wiele wspólnego nie miało, ale z pewnością z Vivi bardzo wiele. - Nie masz czym się przejmować, sama się tutaj wciąż gubię, ale to dlatego, że łażę w miejsca, które nie znam. Gdzie w ogóle chciałaś trafić? Tyle razy zgubiłam się i tędy chadzam, że już znam prawie całe miasto, mogę pomóc. - podczas mówienia szukała po kieszonkach czegoś, aż na końcu znalazła jakieś czerwone, małe opakowanie. Wtedy dopiero spojrzała na Tengeri. Wysunęła kciukiem z niego coś zawiniętego w sreberko.
- Gumę? Poziomkowa, pyszna, zapewniam. - zaproponowała wystawiając listek w stronę blondynki. Czy wzięła, czy nie wzięła, to demonica sama się poczęstowała jedną. Uwielbiała gumy, a żucie było dla niej wyjątkowo przyjemną czynnością. Za każdym razem kupowała inny smak albo z innej firmy, by nie nudzić się jednym i tym samym. Miała już swoje ulubione rodzaje, ale dopiero jak zapominała jak smakują, to nabywała je znów.
- Mówił Ci już ktoś, że masz piękne włosy? Mogę dotknąć? - zapytała uśmiechając się uroczo. Jej ton głosu cały czas był radosny, pełen energii, a ona sama mówiła dosyć szybko. Gdyby miała związany z ciałem chiński akcent, to z pewnością byłaby zupełnie niezrozumiała w tym tempie wypowiadania słów. Miała szczerą nadzieje, że jej hiperaktywna osobowość nie zrazi nowo poznanej koleżanki i ta nie ucieknie, bo Viviś uwielbiała poznawać ludzi. Ludzie są tacy ciekawi. I dziwni. Ale to też jest ciekawe.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t108-tak-to-vivi
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Plac Zabaw   

Powrót do góry Go down
 
Plac Zabaw
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Plac zabaw
» Opustoszały plac zabaw
» Plac przed Akademikiem
» Czerwony pokój zabaw

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Death City :: Centrum miasta-