IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pokoik z numerkiem d(e)wa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Pon Lut 23, 2015 7:37 pm

Jak na trzyosobowy pokój, to jest on dość mały. Dobrze oświetlony, albowiem załapał się na parę dość sporych okien, zasłoniętych białymi zasłonami. Dwa łóżka znajdują się pod jedną ścianą, drugie jest po drugiej stronie. Każde ma swój stoliczek nocny i lampkę, której nie da się podłączyć bez odsuwania łóżek, bowiem gniazdka są zainstalowane za nimi. Dekorator płakał jak ustawiał. Na wejściu wita nas spora szafa, wydzielona na trzy. Tuż obok niej mieści się skromne biurko z krzesłem.

Lokatorzy:
~ Rune
~ Moony
~ Nycteris


Ostatnio zmieniony przez Rune dnia Czw Sie 27, 2015 5:51 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Wto Lut 24, 2015 8:05 pm

- O jaa… Nie wiedziałam, że jednak to może tyle ważyć – mamrotała do siebie, niosąc oburącz na tacy dzbanek pełen wrzątku oraz dwie filiżanki z łyżeczkami i podstawkami. Na szczęścia udało się jej skombinować ten mniejszy dzbanek, bo jakby zdobyła ten dwulitrowy, to pewnie już dawno by się z nim wywaliła. Jakie to miłe ze stron tych pani, co to od czasu do czasu oporządzają ten akademik, że pozwoliły Runci pożyczyć na chwilę owy zestawik. Wizja wciągania torebek albo ich ssania jakoś do niej nie przemawiała. No, dobra, w ogóle do niej nie przemawiała. Jeszcze coś by im się stało albo coś. Nie wiadomo jak to się mogło skończyć.
Szła wolno, można powiedzieć, że bardzo wolno. Trzymała mocno, acz nieco niepewnie tacę w swoich łapkach, próbując siebie przekonać, że ona potrafi to unieść. Chociaż właściwie nie bała się, że upuści tę tacę. Bardziej bała się tego, że upuści tacę przy chłopaku i wyjdzie na jeszcze większą niezdarę od tej, którą jest. Czuła, jak ręce delikatnie się jej trzęsą, ale szła dalej, z pogodnym wyrazem twarzy, nawet jeśli w środku darła się z rozpaczy i bólu. Trochę wyolbrzymione, ale głośność krzyku niemal taka sama. Uczucia nieco mniej.
Jak na razie największą jej przeszkodą były drzwi z wielką dwójką. Zwiastowało to dojście do celu, czyli pokoiku Rune, które na razie mieszkała sama. Wolne były jeszcze dwa łóżka, jednakże jakoś nikt się nie spieszył do ich zajęcia. W sumie Rennevy na razie było to na rękę, bo mogła w spokoju robić swoje rzeczy, nie tłumacząc się z nich. Mówimy tutaj głównie o tych rysunkach, co sobie lubiła robić. Tych samych, wśród których znalazła się historyjka o powieszonej właścicielce i złym kotku. Zazwyczaj były one zdecydowanie spokojniejsze, ale zdarzały się takie „odpały”, kiedy to nawet spać nie mogła. Ale to opowieść na zupełnie inną filiżankę herbaty, moi drodzy. Gdyż dziewczyna odwróciła się tyłem do drzwi. Oparła się łokciem o klamkę, nacisnęła na nią i powoli weszła do środka. Była nieco zdziwiona, bo się okazało, że znowu nie zamknęła drzwi, a kluczyk elegancko leżał na blacie biurka. Przytrzymała stopą drzwi i z uśmiechem zaprosiła Raya do środka.
W pokoju panował porządek. Znaczy, dopóki nie otworzyłoby się szafy lub spojrzało pod jej łóżko. Wtedy aż taki wielki porządek już nie był. Być może w kwestii sprzątania pokoju kierowała się zasadą „czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”.
- Zaraz zaleję herbatę. – Postawiła na blacie, tuż obok klucza, tacę i zaczęła po kolei stawiać podstawki, na nich filiżanki, obok dzbanek. Albo dzbanuszek.
Skierowała się do szafy i delikatnie ją uchyliła, starając nie chwalić się jej zawartością. Miała w niej niby poskładane koszule i spodnie, jednakże spódnice i sukienki już w takim ładzie już nie były. Albo załapały się na wieszak, albo służyły jako zapychacz między złożonymi w kostkę ciuchami. Gdzieś koło tego walały się jeszcze swetry i bielizna. O dziwo, zawsze się dość szybko ubierała, także to nie do pomyślenia było, że jednak ma taki burdel w szafie. Zaczęła przeglądać kolejne sweterki, kamizelki czy bluzy. Najbardziej poszukiwała czegoś… czarnego. Najlepiej czarnego. Chociaż czy ona zabierała jakiś czarny sweterek, prócz tego, który miała po przybyciu do Shibusen? Mogło się okazać, że niezbyt. Na pewno miała gdzieś taki szarawy… O, znalazła. Dyskretnie odwróciła głowę w stronę Raya i poczuła, jak nieco się rumieni.
- J-już oddaję… swe-sweter… – powiedziała dość nieśmiało, stojąc nadal do niego tyłem. Jak się nie odwróci, to zobaczy powód, dla którego nie chciała oddawać ciuchu na cmentarzu. Ten główny. A jak się odwróci… No cóż, nie zobaczy tego. Przytrzymała między nogami szarawy ciuszek z błyszczącymi guzikami i szybkim ruchem zdjęła obecnie noszony sweter. Miała w tej chwili jedynie koszulę, która dość mocno prześwitywała, przez co można było dokładnie zobaczyć zapięcie od stanika oraz, no, jej plecy. Zaraz potem ją zakryła. Wyjęła spod materiału wisiorek, który dostała od chłopaka i od tamtej chwili się z nim nie rozstaje. Odwróciła się przodem do Raya i złożyła czarny sweter. Położyła na łóżku i ukłoniła się w geście przeprosin, chcąc ukryć swą zawstydzoną buźkę. – Prze-przepraszam, to by-yła pomyłka… Musiałam go wzi-ziąć i zapomnieć o tym…
Zaraz potem się wyprostowała i podeszła do blatu biurka. Cóż, wypadałoby w końcu zaparzyć tę herbatę, nieprawdaż?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Sro Lut 25, 2015 1:26 am

Nie próbujcie nawet pomyśleć, że z Raya nie jest dżentelmen, bo kulturę to on ma, lecz zwyczajnie nie zdołał pomóc Rune z dzbankiem. Widząc jak zawzięcie dziewczyna chwyciła tacę był pewien, że nie zdoła jej komuś przekazać, gdyż wiązałoby się to z rozluźnieniem uchwytu, a to wyglądało na dosyć ryzykowne przedsięwzięcie. Zwyczajnie zatem szedł obok niej obserwując ją bacznie, by albo łapać tacę, albo ją, żeby się nie poparzyła wrzątkiem. Nie znał pełni możliwości Rennevy, ale wśród jej niesamowitych wyczynów był już: upadek na jego buty, omdlenie po dziwnych wypowiedziach na środku podejrzanej alejki, założenie cudzego swetra. Gdyby się zastanowił to może znalazłby więcej, ale te mu natychmiast przychodziły na myśl, nie musiał wgłębiać się. No, więc jak już trzymała tacę, to wolał jej nie przerywać tej czynności. A czemu nie otworzył drzwi? Bo gdy miał zapytać, w której kieszonce ma klucze, aby otworzyć pokój, to ta już naciskała na klamkę... łokciem. Pierwsza myśl skierowana była w stronę "może nie mieszka sama?", ale ujrzenie pustego pokoju, w którym nie było widać śladów zamieszkania drugiej osoby, zniszczyło ten pomysł.
A jak z odczuciami Raymonta co do odwiedzania damskiego akademika? Bez furory. Znaczy, jeszcze na cmentarzu miał jakieś głupie myśli, że to dosłownie jakieś niesamowite miejsce, lecz takie postrzeganie budynku, w którym mieszkają dziewczyny było godne desperatów poszukujących miłości, a raczej cielesnego zaspokojenia własnych potrzeb. Inaczej sprawa się miała z wejściem do pokoju, w którym żyła sobie Rune, a dlaczego? Cóż, był pełny prywatnych rzeczy zapewne, no i dochodziła świadomość, że są sami w jednym pomieszczeniu. Niby niewiele się to różniło od sytuacji gdzie są sami w innym miejscu, ale jednak ta dziwna podświadoma myśl przychodziła. Nie była tyle Raya, co zwyczajnie wyuczona, że w niektórych książkach bohaterowie czuli się w takich miejscach niezręcznie i myśleli o nieodpowiednich rzeczach. Nieodpowiednich oczywiście w spostrzeżeniu długości relacji, charakteru relacji i ogólnie wielu innych spraw, bo sama ta sprawa była całkowicie normalna. Dlaczego nie nazywam po imieniu? Żeby ukazać, że Raymont o takich rzeczach myśli bardzo delikatnie.
Wszedł do środka zaraz za nią i rozglądnął się. Nie było wiele różnic między męskim, a żeńskim, chociaż jego był dwuosobowy, a ten trój. Zamknął za sobą drzwi łapiąc się na tym, że odruchowo chciał je zamknąć na kluczyk, a tego nie było w drzwiach. Haczyk był w tym, że gdyby to zrobił, to byłoby to bardzo, ale to bardzo podejrzane. Jakby zaraz miał upoić ją jakimś eliksirem i... łaskotać ją, aż do momentu, w którym już nie mogłaby się śmiać i wydawałaby z siebie takie dziwne, a zarazem zabawne odgłosy. Ray nigdy nie śmiał się, aż tak, chociaż on to ogólnie rzadko się śmiał, lecz był świadkiem podobnych sytuacji jeszcze w dzieciństwie. Zawsze jak się bawiono w łaskotanie to czuł się dyskryminowany przez los, gdyż on ich nie miał. Pomijając te takie jak wbijanie palców w żebra, co było bardziej bólem. Odwrócił się do niej wchodząc wgłąb pomieszczenia.
- Nie zamykasz drzwi jak wychodzisz? - zapytał zaintrygowany, gdyż w ten sposób mógł się dowiedzieć czy ktoś z nią mieszka, czy nie. Pomijając wypytywanie, które mogłoby zostać uznane za dosyć wścibskie. Po co mu ta informacja? Cóż, poczułby się dziwnie gdyby w momencie kiedy Rennevy ściąga jego sweter on był w pokoju, a tutaj ktoś wchodzi. Ogólnie nawet pomijając takie wydarzenie, to współlokatorka zapewne zapytałaby coś o niego typu jak się poznali i przecież nie powie "Upadła mi na stopy", chociaż na 99% tak by zrobił. Szczerość bywała okrutna nawet dla samego siebie.
Nagle pojawił się kolejny problem. Mianowicie - gdzie usiąść? Biurko z krzesłem stało obok szafy, a łóżko... było łóżkiem. W końcu to na nie się zdecydował. Proszę nie pomyśleć, że Ray taki wstydliwy czy coś w tym stylu. Odwiedzanie pokojów dziewczyn było dla niego sytuacją nową, a każdy postawiony przed nowymi zadaniami jest lekko zagubiony. Szczególnie ludzie pokroju czarnowłosego, który lubił sobie wszystko przemyśleć i porozkładać na czynniki pierwsze żeby było "zabawniej", a zazwyczaj nie było, bo przysparzało mu to problemów. Spoczął w końcu na wybranym miejscu i oglądał pokój, gdyż nieuprzejmie byłoby patrzeć do szafy Rune, którą ta właśnie przeglądała.
Jego uwagę zwróciła dopiero jej wstydliwa wypowiedź. Dopiero wtedy spojrzał na jej zarumienioną twarzyczkę i jedynie kiwnął głową na znak zgody. Nie śpieszyło mu się dostać sweter. Ogólnie nie musiała mu go oddawać, miał jeszcze jeden identyczny, który musiał uprać akurat, dlatego dzisiaj go nie zakładał. Nie mówił jednak "nie musisz oddawać", bo brzmiałoby to tak, jakby ten sweter coś miał dla niej znaczyć, a to przecież tylko ciuch, który Ray miał na sobie. Tak zamyślony obserwował ją, lecz nie widział, aż nagła zmiana kolorów przed oczami go ocuciła. Podniósł brew widząc jej mocno prześwitującą bluzkę, a przez nią plecy i zapięcie od stanika. Nie, tym razem też się nie zawstydził, a zwyczajnie odwrócił wzrok, by nie gapić się jak jakiś podejrzany typ. Teraz rozumiał dlaczego nie chciała go zdjąć na cmentarzu, chociaż i wtedy mogła się odwrócić plecami. On jednak nie pozwoliłby jej - przecież można się zaziębić, a ten nie wymagał od niej oddania części garderoby.
Dotarło do niego znów, że pomimo mocnego grzania szaliczka na cmentarzu, to teraz - kiedy był wewnątrz ciepłego pomieszczenia to wcale nie było mu gorąco, a idealnie. Tak samo jak na zewnątrz. Zatem nie miał tego problemu, że chciał nosić swój szal, ale musiał go zdejmować, bo było zbyt ciepło.
- Będę musiał podziękować Jaśminie. To nie taki zwyczajny prezent. - pomyślał zauważając, że jego sweter już leżał na łóżku. Uśmiechnął się lekko wskazując dłonią, by Rune wyprostowała się, a nie przepraszała jakby zrobiła coś niesamowicie złego. Kłanianie się może było normalnym zwyczajem japońskim, lecz gdy robiła to Rennevy, to czuł się z tym źle.
- Nie przejmuj się tym, mam taki drugi. Nawet jak chcesz to możesz ten zatrzymać, nie musiałaś mi go oddawać. - powiedział spokojnie chcąc zająć się herbatą, lecz... to nie był jego pokój i nie wiedział gdzie ją nawet trzyma, zatem pozostało mu jedynie dać się ugościć. Wtem nagle zauważył, gdy ta się pochylała, że coś wisi na jej szyi. Poczuł miłe ciepło wewnątrz, gdy dostrzegł, że to nic innego jak prezent, który jej podarował. Ich spotkanie nie było zamierzone, więc skreślił opcję, że będzie nosić wisiorek czy co to było jedynie kiedy będą się widzieć, by mu nie było smutno. A może głupio jej było go nie nosić? Kto wie, ale Ray i tak poczuł się z tym lepiej.
Nie wiedząc dokładnie jak zacząć temat milczał jakiś czas zwyczajnie obserwując jak dziewczyna zajęła się robieniem herbaty. Cisza mu nie przeszkadzała, lecz czuł, że powinien ją jakoś przerwać. Słaby był w zaczynaniu rozmowy nie mając tematu, by nie powiedzieć, że beznadziejny. Gadał zawsze, gdy miał coś do powiedzenia, więc w aktualnej sytuacji był na straconej pozycji. Zaczął prężnie myśleć jak wzbudzić rozmowę, aż w końcu wpadł na pomysł.
- Lubisz herbatę? - tak jak widać, geniuszem w tej kwestii nie był, a nawet amatorem. Skoro miała herbatę, to raczej oczywiste, że ją lubiła. Oczywiście mógł się zagłębiać czy tylko piję ją sporadycznie, czy jest stereotypową anglikanką, która nie wyobraża sobie dnia bez filiżanki herbatki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Sro Lut 25, 2015 3:15 pm

- Raczej zamykam. Dopóki o tym nie zapominam. Ale na razie nikt mi niczego nie ukradł. Na razie mieszkam sama, także nie dostało mi się za to jeszcze – odpowiedziała, nadal dziwiąc się nie zamknięciem drzwi od pokoju. Czasem się jej zdarzało zbyt szybko wyjść, ale tym razem była przekonana, że zamknęła.
W ciszy przygotowywała herbatę, na którą w końcu go zaprosiła. Stałą tyłem, nie tylko dlatego, że akurat tak ustawiła sobie pożyczone filiżanki i dzbanek ze wrzątkiem, ale także dlatego, że starała się za wszelką cenę ukryć swe zażenowanie i twarzyczkę całkowicie oblaną rumieńcem. Czuła gorąc, który obejmował całe jej ciało oraz drżące ręce. Czekała tylko na zrzucenie filiżanki, wylania wrzątku lub upuszczenie dzbanka. Tak się czuła nieswojo. A była we własnym pokoju. Jedynie z pewnym gościem… Pewnym specjalnym.
Czuła się niesamowicie głupio po tej akcji ze swetrem. Jak mogła nie zauważyć, że założyła nieswój sweter? Był na nią przecież za duży, a ta uznała, że może się rozciągnął w praniu czy coś. Albo że to jest taki „na przyszłość”. Nie zastanowiła się nad tym, że przecież zabrała go z gabinetu lekarskiego. Bała się, że uzna ją za jakąś fetyszystkę lub, o zgrozo, maniaczkę. A jaką? To tym bardziej ją dręczyło. Może weźmie ją za taką osóbkę, co kradnie facetom swetry, by potem samej w nich łazić? Różni ludzie chodzą przecież po tym świecie, dlaczego więc ona nie może być takim kradziejem ubrań? Rune jakoś siebie nie widziała jako pierdołowatego Miecznika, który kradnie ubrania facetom. A, jeszcze z kokardkami. Nie wolno o nich zapominać, bo to esencja Rennevy.
Wpatrywała się chwilę we wnętrza filiżanek. Nadal nie zalała torebek wodą, a przecież w końcu by wypadało. Przecież nie będą ich wąchać lub zaciągać się w sposób inny… Ujęła w swe łapki dzbanek, całkiem ciężki, i delikatnie przechyliła. Przygryzła nieco wargę i obserwowała lecący wrzątek. Jak woda zmienia kolor i z każdą chwilą jest coraz intensywniejszy. Zaraz potem nalała do drugiej filiżanki. Chociaż naczynie było coraz lżejsze, ręce Rennevy nadal się trzęsły i zachowywały, jakby miały lada chwila upuścić balast. Gdy tylko skończyła nalewanie, odłożyła dzbanek. Chwilę tak postała, obserwując parzącą się herbatę, po czym wyjęła zużyte torebki, uprzednio wyciskając o łyżeczkę, i zostawiła na pożyczonym talerzyku. Dobrze, że chociaż herbatę kupiła gdzieś własną. Już chciała sięgnąć po cukierniczkę, kiedy zorientowała się, że jej nie ma. Zamarła. Była całkowicie przekonana, że cukierniczkę też pożyczyła. Ukradkiem spojrzała na Raya, lecz szybko się odwróciła. Może nie słodzi…
- W-wybacz, ale nie mam cukru… Zapomniałam o nim – wydukała w końcu z siebie.
Wzięła obydwie filiżanki, delikatnie podniosła i uważnie postawiła na malutkim stoliku nocnym, który stał przy jej łóżku. Jedna była zielonkawa, druga bardziej czerwona. Wzięła tą pierwszą i powoli z niej sączyła herbatę.
- Tak naprawdę jestem automatem stworzonym przez Najwyższych Mieczników, aby szerzyć rybopilizm na cały świat. Aby nadal funkcjonować, potrzebuję dużych ilości tego magicznego nektaru, jakim jest herbata. Najlepiej z półtora łyżeczką cukru. Wtedy moje nogi nie zahaczają aż tak o siebie – odpowiedziała na pytanie poważnym tonem, chociaż nie wytrzymała w połowie wypowiedzi.
Zrobiło się jej cholernie gorąco. Przez chwilę zastanawiała się, czy to od herbaty, bo w końcu właśnie pije niemal wrzątek. Może to ciepło poszło do twarzy? Dotknęła swoich policzków i stwierdziła, że jednak poszło. Była jeszcze bardziej czerwona niż wcześniej. Może jednak tego nie zauważy?
- Dz… Dzięki za zaniesienie mnie do gabinetu… - wypowiedziała cicho, jeszcze bardziej się zawstydzając. W końcu „ochrzaniła” go już za zostawienie go u pielęgniarza, ale nie miała okazji podziękować. Jakoś wyleciało jej to z głowy. Poczuła się nagle nieco podle. Chociaż opowiedziała o swoim lęku i myślach z tym związanymi żartobliwie, nie potrafiłą zrozumieć, dlaczego nie powiedziała od razu „dziękuję”.
Odstawiła filiżankę i… glebła się na łóżko. Położyła się na boku, zakryła twarz częściowo dłońmi i odwróciła się do chłopaka.
- Cz… Czy jest-tem cz… czerwona? – zapytała łamliwym głosikiem.
Prawda była taka, że całkowicie spaliła cegłę. Jej brązowe wydawały się jak ze szkła. Ale gorączki nie miała. Miała lekko podkurczone nogi, które nieco się trzęsły. Cała wyglądała, jakby miała zaraz się rozpłakać. A nawet jeśli miałaby to zrobić, to jedynie z zawstydzenia. Jeszcze trochę i przebije swoje krwistoczerwone wstążki. Jej niemal białe włosy nieco przysłaniały jej twarzyczkę, Lecz nawet i ta zasłona nie pomagała. Czuła, jak ciepło całkowicie wypełnia jej ciało, a narządy w środku wywijają fikołki. Osiągnie nowy poziom zażenowania i wstydu, gdy tylko jej organy się ugotują. A sądząc po jej kolorkach i zachowaniu, do tego może dojść nawet zaraz. Zasłoniła całkowicie twarz i położyła się na plecach.
- Aaa cha, cha… Ale głupio wygl-glądam, nie?
Chwilę tak leżała. Zastanawiała się, czy przypadkiem nie nudzi strasznie chłopaka. Może w ogóle siedzi tu jakby za karę? Ciepełko z jej ciała powoli się ulatniało, bo zorientowała się, jak właśnie wygląda sytuacja. Może też to był jej system bezpieczeństwa, bo jeszcze chwila i by jej organy zaczęły parować.
Uderzyła siebie w policzki. Zaraz potem gwałtownie się zerwała, omal nie uderzyła się w stolik i zajrzała pod swoje łóżko. Wyjęła spod niego drewniane pudełko na klamrę. Otworzyła je, ukazując swą kolekcje wstążek, i zaczęła wśród nich przeglądać. Miała w rękach takie zwykłe, jednolite, w paski, w groszki, w serduszka, w szkocką kratę, w normalną kratę, w gwiazdki, a nawet się znalazły takie w kwiaty i spirale. Miała przy tym dość poważną minę. W końcu wybrała dwie – jedną granatową, drugą czerwoną. Wzięła je w obydwie ręce, wystawiła przed siebie i porównywała… do Raya. Patrzyła to na niebieską, to na purpurową, to na niego. I tak przez moment. W końcu wybrała czerwoną, a drugą odłożyła, zamknęła pudełko i wsunęła pod łóżko.
Podeszła energicznym krokiem do biurka i zaczęła szperać w szufladach. Przy okazji nuciła jakąś wesołą piosenkę. Wyszperała czarny marker permanentny i nożyczki. Pisak na szczęście nie był za gruby, także pisała nim mniej więcej tak jak długopisem. Odmierzyła środek wstążki, naprężyła i zaczęła na niej pisać. Dokładnie kreśliła literkę „R”, wypełniała wnętrze gwiazdki i troszczyła się o kolejne „R”. Zaraz potem wzięła nożyczki i przecięła wstążkę idealnie na pół. Obydwa kawałki miały na końcówce pół gwiazdy i literę. Schowała przybory, a zaraz potem zawiązała po prawej stronie grzywki jedną wstążkę. Zrobiła to dość szybko, wręcz machinalnie, ale estetycznie. Dlatego też obok oka miała dyndającą czerwony materiał z własnoręcznie napisaną… wiadomością? Symbolem?
Odwróciła się do chłopaka, cała rozpromieniona, jakby jeszcze chwilę temu wcale nie płonęła od wstydu. Wyszczerzyła się w dość dziwaczny sposób, jakby coś wyraźnie knuła. Następnie przemówiła władczym tonem:
- Proszę mi wybaczyć moją ignorancję, Mieczniku Ray. Nie okazałam należytego szacunku, a jako starsza w zawodzie powinnam doradzać nowicjuszowi. Wyczuwam niezwykły talent w tobie, mój drogi. Dlatego też powinnością moją jest teraz oficjalne przyjęcie do Mieczników, Raymoncie. Niech nas pobłogosławi Florence Wielka Mieczniczka, która wiele takich jak ty i ja poprowadziła. Powierzam teraz tobie Dziedzictwo Wielkiej Ryby Piły i liczę, że przyniesiesz naszej rodzinie wielką sławę. A zatem! Mianuję ciebie, Raymoncie Walkerze na kolejnego Miecznika. Niech Wielka Ryba Piła wskazuje ci właściwą drogę i otacza swym dobrem… - Ukłoniła się lekko. – Dlatego teraz uklęknij, abym mogła oficjalnie nazywać cię Miecznikiem. Otrzymasz symbol identyczny jak ja, na znak jedności. – Zrobiła krok do przodu, po czym mocno się zarumieniła. Zdała sobie sprawę z tego, jak jej ostatnie słowa zabrzmiały. Że istnieje ryzyko dotknięcia przez nią włosów Raya, jako że chce zawiązać ona tę wstążkę. Chyba że sam to zrobi. – Znaczy… Jeżeli panicz chce. Mogę ja to zrobić lub… samodzielnie można… [- powiedziała, odwracając nieco wzrok i wystawiając nieco rękę ze wstążką. Zaś na jej twarzyczce pojawił się jeszcze większy rumieniec. Ach, jak słodko. Rune, tylko się nie zagotuj. Jak ta herbata, che, che.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Sro Lut 25, 2015 7:03 pm

Oglądanie pokoju Rune dalej trwało. Siedział tak i przyglądał się różnym jego elementom, lecz podobnie jak u niego - pokój w akademiku to nie to samo co ten w domu. Tutaj wszystkie osobiste rzeczy zawsze były chowane gdzieś przez co niemalże każdy wyglądał tak samo. No chyba, że ktoś nie dbał o porządek i prywatność. Ray nie dowiedział się niczego szczególnego po obejrzeniu pomieszczenia. Nic mu nie przybliżyło jakiś "smaczków" na temat Rennevy. W sumie u niego byłoby podobnie, bo wszystko ukryte przed wzrokiem potencjalnego przyszłego lokatora i gości oraz pracowników akademiku. Inaczej było z pokojem u rodziny Harrisów, gdyż ten wypełniały różne obiekty, które jasno mówiły co Raymont lubi, czym się zajmuje i ogólnie jaki jest. W końcu takie miejsca dla introwertyków to niczym sanktuarium i własne malutkie królestwo naraz.
W końcu skupił wzrok na Rune, która zajęła się herbatą. Wydawała się być... zestresowana? Poddenerwowana? Stała do niego plecami, lecz widział jej ruchy po dzbanek, które wyglądały na jeszcze bardziej niepewne niż te wcześniejsze - kiedy szli do pokoju. Albo to ta sprawa ze swetrem tak na nią podziałała, albo świadomość przebywania z Rayem. W sumie to dziwił się, bo on czuł się całkiem swobodnie, tyle że nieco zagubiony, bo to nowe wrażenia dla niego. Lubił poznawać nowe, ale miał też obawy przed tym, ale to nie tak, że preferował znane, bo to bywało nudne i monotonne. Czarnowłosy zawsze był pomiędzy, zrównoważony, a to tylko dlatego, że było w nim pełno sprzeczności, które walcząc ze sobą tworzyły balans. Może to właśnie w taki sposób osiągnął porządek umysłowy? Rennevy zdawała się być przeciwieństwem jego stanu. Chyba nie radziła sobie z tą całą sytuacją, w której się znajdowała i ze swoją przeszłością. Tak mu się jedynie wydawało, ciężko to było potwierdzić jakimiś twardymi dowodami. Dla niego zawsze wystarczały małe przesłanki, by zacząć się domyślać. Zwracał uwagę na detale, chociaż zazwyczaj wtedy, kiedy było to zbędne. Że też nie mógł zawsze być taki bystry jak niekiedy przy mało ważnych sytuacjach.
Z wgapienia w jej sylwetkę dopiero ocuciły go słowa dziewczyny. Podniósł wzrok z jej pleców na głowę, lecz twarzyczka szybko odwróciła się znów w stronę biurka. Ray uśmiechnął się do siebie, był tym lekko rozbawiony.
- W głowie musi przeżywać to, co ja często. Huczy od myśli. Tyle, że mnie one nie krępują. A przynajmniej bardzo rzadko. - kiwnął głową na znak zgody ze sobą i zrozumienia braku cukru. Niepotrzebnie tak się krępowała, by zacząć znów dukać tak jak przy pierwszym ich spotkaniu.
- Nie przejmuj się, jakoś przeżyję. - odparł szczerze. Cóż, on zawsze słodził, ale skoro nie ma to obejdzie się i bez niego, żaden problem. Niektórych herbat się nie słodzi - jak się niedawno dowiedział - a co poniektórzy uważają, że do żadnej powinno się dodawać cukru, gdyż ten zabija esencję smaku liści herbacianych. Są gusta i guściki, może akurat bardziej posmakuje mu bez?
Gdy tylko przyniosła napój, chwycił zaraz po niej filiżankę. Czerwonawa, pasowała mu. Lubił czerwone dodatki, chociaż sama czerwień nie była jego ulubionym kolorem. Upił łyka i w sumie przez temperaturę herbaty nie poczuł różnicy czy jest z cukrem, czy nie. No, dopiero później specyficzna gorycz na języku dała o sobie znać. Popijał ją dalej słuchając wypowiedzi na temat niesamowitego pytania do dziewczyny, która robiła herbatę "lubisz herbatę?" - taki był błyskotliwy niekiedy. Jako, że Rune zachowała powagę, to on tym bardziej. Wziął łyk i pokiwał głową na jej słowa jakby przytakiwał pewnej niesamowitej naukowej teorii, którą wysłuchał.
- Rozumiem, zatem musieli Cię słabo skalibrować, że bez herbaty zahaczasz nóżkami o siebie. Całkiem ludzki z Ciebie robot. Wyrażasz pełnię emocji. - powiedział z delikatnym uśmiechem, który nagle znikł, a zastąpiła go kamiennie spokojna twarz. Powoli odłożył filiżankę na stolik i spojrzał jej w prosto w oczy z widoczną determinacją w swoich.
- Rennevy, ja również muszę Ci coś wyznać. - powiedział spuszczając wzrok na ziemię i splatając dłonie ze sobą, by móc obracać kciukami wokół siebie. Tak jakby miał jakiś tik nerwowy. - Ja... ja... - zaczął całkowicie niepewnie ściągając ze sobą brwi wciąż patrząc w podłogę. W końcu poderwał wzrok i skierował go znów w brązowe oczka Rune. - Ja również jestem automatem, lecz działam na muzykę, nie herbatę. Bez niej zahaczam nóżkami o siebie. - odparł twardym tonem, jakby mówił dosłownie o czymś strasznym. Po tych słowach w milczeniu wpatrywał się w jej tęczówki zachowując bezruch. On dużo bardziej nadawał się na robota, w końcu to jego emocje wydawały się być bardzo ubogie, chociaż tak naprawdę je skrywał - to oczywiste. Patrzył tak przez długą chwilę, aż w końcu uśmiechnął się lekko. Cóż, chyba nie znała go z tej strony, czyli jako osobę, która robi sobie żarty z innych. On sam zapomniał o tej części siebie, ale ona wciąż gdzieś w nim była. W sumie niepokoił się, że zszokuje ją na tyle, że ta całkowicie skamienieje. Dla rozładowani sytuacji chwycił za swoją filiżankę i dalej zaczął popijać herbatkę.
Gdy dotknęła swoich policzków, to zwróciła uwagę Raya na to, że zaczerwieniła się mocniej niż wcześniej. Słysząc jej przeprosiny uśmiechnął się lekko, z życzliwością.
- Zrobiłem tylko co trzeba. Nie masz za co dziękować. - odparł krótko. W sumie to chciał sam jej pomóc bez noszenia do gabinetu, lecz nie miał zielonego pojęcia jak się pomaga ludziom co zemdleli. Wiedział, że nie poi się ich wodą, ani nie wybudza szokiem. No i z jakiego powodu zemdlała wtedy? Wolał nie narażać jej zdrowia swoją bezmyślną pomocą.
- Teraz już wszystko w porządku? - zapytał dla upewnienia się, że za chwilę znów mu nie zemdleje, bo w sumie jej policzki wskazywały na temperaturę krytyczną. Jakoś nie chciało mu się znów biec do gabinetu i tam jej zostawiać. Ona z pewnością też nie chciała ponownie widzieć pana w kitlu.
Kiedy położyła się na łóżku Raymont zdziwił się trochę. Miał w głowie pytanie "Co ona wyprawia?", lecz nie pokazał tego po sobie. Napił się jeszcze łyczek i również odłożył herbatę, tak jakoś czuł, że lepiej będzie to zrobić. Może automat R.U.N.E przegrzewał się, a teraz działał awaryjny system chłodzenia, który powodował anomalie w zachowaniu? Kto wie.
Mimo wszystko uroczo wyglądała leżąc tak z mocno rumianą twarzyczką, którą zasłaniała rączkami i pytając czy jest czerwona. Wszystkiego dopełniał miły fakt noszenia wisiorku od Raya. Uśmiechnął się rozbawiony nią i pokiwał głową potwierdzając.
- Tak, jesteś nawet bordowa. - pomyślał jedynie, by już nie peszyć bardziej biednej Rennevy. Czy jego obecność była tak krępująca? Czy pomyłka ze swetrem i omdlenie też? Wiadomo, troszkę tak, ale i tak zaskakiwało to chłopaka. Była bardziej emocjonalna niż mu się zdawało. Na kolejne jej pytanie zaprzeczył również pokiwaniem głową na boki.
- Całkiem uroczo. - powiedział bez najmniejszego skrępowania. W sumie nie był świadomy tego co powiedział, dla niego to tylko szczerość. No i zwyczajnie nie pomyślał co mówi, skoro mówił prawdę.
Ciągle zaskakiwała czarnowłosego. Jej zachowanie było bardziej nieprzewidywalne od tego w cyrku. Uderzyła się w policzki, zerwała z łóżka i wyciągnęła pudełko. Raymont nawet nie zdołał ukryć swojego zdziwienia i z podniesionymi brwiami obserwował co wyczynia. Drewniany schowek skrywał cały arsenał różnego rodzaju wstążek. Było ich tyle, że Rayowi, aż mieniło się w oczach od nich. Masa kolorów i wzorów.
- Niezła kole... - przerwał sobie zauważając, że Rune dopasowuje je nie do siebie, a do niego. Obawiał się, że będzie chciała majstrować z jego fryzurą tak jak w dzieciństwie niektóre "przybrane" siostry. - ...kcja. - zakończył jeszcze bardziej zdziwiony niż chwilkę temu, gdy ta schowała pudełko i ruszyła energicznie do biurka. Teraz zachowywała się zupełnie inaczej niż wcześniej. Pewne ruchy, pełne dynamizmu i ogólnie jakiejś pewności siebie. Co się stało? Nowy program się włączył w systemie? Przyglądał się w milczeniu co majstrowała z zabraną wstążką.
- Co się dzieje? - zapytał sam siebie, lecz odpowiedzi ni widu, ni słychu. Pozostało mu jedynie obserwować. Nagle odwróciła się cała w skowronkach z czerwoną wstążką zawiązaną na grzywce, początkowo nie dostrzegł, co jest napisane w połowie gwiazdki, lecz po chwili ujrzał literkę "R". Uśmiechnął się na ten widok, a nawet zaniepokoił jej kolejnym uśmiechem, który - jak podpowiadało mu doświadczenie - zwiastował coś niedobrego. Jej wypowiedź tonem, który przypominał ten z cyrku sprawiła, że natychmiast wrócił do powagi. Udawanej, bo udawanej, ale powagi. Słuchał i wpatrywał się w jej brązowe oczka, aż w końcu gwałtownie ukląkł przed nią tylko na prawym kolanie, a na lewym oparł dłonie. Głowę spuścił w uniżeniu przed nią i ceremonią, która właśnie miała miejsce.
- To wielki zaszczyt służyć w imieniu Wielkiej Mieczniczki Florence i Wielkiej Ryby Piły. Ja, Raymont Walker, zobowiązuję się być godnym swego tytułu Miecznikiem. Obiecuję nie przynieść wstydu, ni hańby, ani złego słowa na drogę rybopilizmu, którą kroczę, i kroczyć po wsze czasy będę. - powiedział twardo, niższym głosem niż wcześniej. Starał się naśladować jakby siłę ducha, którą niektórzy wyrażali głosem. Sformułowanie o "znaku jedności" początkowo nie trafiło do niego, aż nagle wyłapał jak to zabrzmiało. Pozostał jednak całkowicie spokojny i jedynie podniósł głowę, lecz nie na tyle, by spojrzeć w twarz Rune.
- Obawiam się, że Ty, o pani, będziesz musiała zawiązać ten symbol, gdyż moje umiejętności w tej kwestii nie równają się z Twymi. - odparł na jej już mniej władczą wypowiedź o zawiązaniu wstążki, na którą teraz patrzył. Na niej również była literka "R", no tak - oboje mieli imiona na "R", więc to raczej oczywiste, a jednak nie zwrócił na to uwagi. W końcu spojrzał na buźkę Rennevy, która znów zaczerwieniła się i uśmiechnął się lekko, przyjaźnie.
- No dalej pani. Pragnę przyjąć już tytuł, by móc jak najszybciej służyć. - dodał już rozbawiony. Ileż mógł trzymać emocje skoro znajdował się w takiej sytuacji? Nawet nie chciało mu się, bo po co? Powoli czuł się coraz bardziej swobodnie w towarzystwie dziewczyny. Na tyle swobodnie, by pozwalać sobie na więcej śmiałości co do własnego charakteru.


Ostatnio zmieniony przez Ray dnia Nie Maj 10, 2015 12:46 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Czw Lut 26, 2015 4:15 pm

Rune czasem ciężko było przyzwyczaić się do nowych sytuacji, rzeczy, osób. Potrzebuje ona więcej czasu, aby zapisać sobie w tej poobijanej główce nowe informacje, zwyczaje i postępowania. W dodatku, powiedzmy sobie szczerze, nie miała zbyt częstego kontaktu z osobnikami płci męskiej spoza jej grona rodzinnego. Bo z takimi to się umiała dogadać. Aż tak źle sobie z kontaktami międzyludzkimi nie radziła, żeby z własną rodziną się nie dogadać. Zresztą, wtedy sprawa była ułatwiona, bo wszystko przychodziło jej tak łatwo, naturalnie. Jednak teraz kompletnie nie wiedziała czy jak zachowa się w jakiś sposób, to czy on odbierze to negatywnie? A może pozytywnie? Równie dobrze może się tym kompletnie nie przejąć. Nie posiadała tej łatwości, chociaż starała się jak najbardziej. I tak dla niej wielką nowością jest to, że niemal od początku mówi do niego po imieniu, a nie z jakimś „kolega” czy „starszy”. Jej sposób mówienia został nieco zachwiany. I dopiero teraz czuła tę dziwność, lekkie zagubienie. Nigdy nie myślała, że taka drobnostka może aż tak ją dotknąć. Co prawda przy rozmowach trzymała się naprawdę sztywno uprzejmości, ale teraz zrozumiała jak bardzo. To źle? To dobrze? Zależy od człowieka. Chociaż… Zdarzało się, że proszono ją, aby zwracała się bezpośrednio, jednakże ona dalej swoje. Dlaczego więc tym razem tak łatwo się na to przerzuciła?
Nie sądziła, że Ray odpowie tym samym. Tym samym tekstem o automacie. Co prawda dość dziwne z jej strony, że tak cudacznie odpowiedziała na pytanie, które oczekuje jedynie jednego słowa. W ogóle dziwne, że zrozumiała pytanie. Mówimy przecież o kimś, kto nie jest w stanie dobrze odpowiedzieć, kiedy zwrócono się do niej z czymś prostym. Za prostym. Nie mówcie mi, że to zasługa pytającego, bo nie uwierzę. Uznajmy więc, że to był chwilowy błysk „geniuszu” naszej panny. Wracając do odpowiedzi chłopaka – zatkało ją nieco. Sposób, w jaki to zrobił, był wspaniały. Wypowiedź, zachowanie, gesty. Całkowicie ją to zaskoczyło. Przez chwilę nie wiedziała jak się zachować. Podziękować za „komplement”? Udać zdziwienie? Czy też może dalej ciągnąć to małe przedstawienie i rzucić tekst o tym, że wiedziała o tym od samego początku? Równie dobrze mogłaby zignorować to i tylko się uśmiechnąć. Chociaż ta ostatnia opcja najmniej się jej podobała, bo by wyszło, że całkowicie do niej nie przemówił. A było właśnie zupełnie na odwrót. Uśmiechnęła się lekko.
- Zatem musieli cię słabo skalibrować, że bez muzyki zahaczasz nóżkami o siebie - odpowiedziała, specjalnie go parafrazując.
Na pytanie o jej samopoczucie kiwnęła głową. Chociaż być może wcale tak nie było. Co z tego, że czuła wewnętrzne topnienie organów, ciepło co chwila całkowicie obejmowało jej ciało, a ona sama jąkała się i zacinała gorzej niż najwolniejszy komputer świata? Trochę głupio jej było wyznać, że tak trochę zrobiło się jej sennie. Że nie mogła z tym poczekać i musiała się akurat glebnąć w trybie instant, bo sen na nią czekał po większej utracie łez. To trochę tak, jakby się odwodniła czy coś. Ale spokojnie, to była tylko i wyłącznie pora na spanie. Co prawda nieco się przy tym obiła, ale chyba nie było aż tak tragicznie. Bardziej ją ręka bolała niż głowa, bo na nią upadła. Jednakże obydwie części już dawno zapomniały o tym, że Rennevy upadła w alejkach. Tylko ta cholerna pamięć pamięta, no…
Uroczo? Ja jestem urocza? Jasne, czerwona niczym burak z przeszklonymi oczami jestem urocza. Bo uwierzę. W ogóle, to dlaczego tak bardzo mi jest gorąco? Wkurzasz mnie, Ray. Znowu przez ciebie wyglądam jak… Jak… No, wyglądam fatalnie. Zachowuję się fatalnie. Dlaczego jest mi tak głupio? Dlaczego nie mogę nic z siebie wydusić? Przecież oddałam sweter, przeprosiłam za brak cukru, sama go zaprosiłam. Widzę się z nim nie pierwszy raz. Dlaczego więc czuję jak mnie wszystko krępuje? Dobra, kto może pomylić swetry? Kto może nagle zasnąć w alejkach? Kto może upaść na czyjeś nogi? Zawsze ja. Czasem nie wiem czy to z powodu mojej głupoty, czy też świat mnie aż tak nie lubi. Już dawno tak dziwnie się nie czułam. Na wszystko tak reagowałam. Dlaczego? Zaczyna mnie to irytować, choć jednocześnie chcę, by tak było. Nie rozumiem tego. I mogę nigdy nie zrozumieć. Beznadzieja… Czas cokolwiek zrobić.
„Kiedy nie wiesz co robić, Ryba Piła wskaże ci drogę”. Florence, twe mądrości są cholernie dziwne, ale i cholernie dobre.

Pomysł nagle przyszedł do głowy i nie pozwolił o sobie zapomnieć. Czasem cieszył ją fakt, że w głowie nagle ni stąd, ni z owąd pojawiał się jakiś zupełnie losowy cytat, który postanawiała zrealizować. Pierwsza myśl, którą chciała przedyskutować. Przypadkowy temat, na który naprowadza rozmowę. Był to chyba jeden z jej „uroków”, taka nagła zmiana atmosfery. Czasem świadomie, czasem nieświadomie. Zdarzało się też tak, że zrobiła to nieumyślnie, a gdy się zorientowała, to była zadowolona z efektu. Oczywiście nie każdy temat potrafiła zmienić. Idealnym przykładem przecież jest sytuacja z cmentarza, kiedy to wymknęło się i odpowiedziała zupełnie inaczej niż chciała. Ale przecież zdarza się takie postępowanie, nieprawdaż? Najważniejsze jest to, że nie musiała się z tego potem tłumaczyć, bo trochę nie potrafiła. Nie była przygotowana.
Nie sądziła, ze Ray znowu potraktuje tak „poważnie” jej pomysł. Pomysł ze wstążką. Chociaż nie powinno ją to dziwić, skoro od początku poszedł za koncepcją. Nawet na cmentarzu nagle wyjechał z tym symbolem. Nie żeby miała coś przeciwko, właśnie nie. Cieszyła się, że nadal o tym pamiętał. Zadzwonił jej w uszach jego śmiech, przerywany jej własnym. Piękna chwila. Jeszcze trochę i będzie miała fetysz do głosów. Zwłaszcza jego. No, może nieco przesadziłam. Jak słuchała muzyki, to zwracała uwagę na wokal. Dopiero potem na resztę. Zawsze najpierw szedł wokal. Jednak w rozmowach jakoś nie przysłuchiwała się za specjalnie głosom. Do teraz. Lubiła go słuchać. Chciała go słuchać. Jak się śmieje, jak mówi. Rune, to chyba jednak fetysz.
Je-jednak ja mam zawiązać? Chociaż mogła się na to przygotować, szok był taki sam. Spojrzała z lekkim przerażeniem na trzymaną wstążkę oraz mimowolnie mocniej zacisnęła na niej palce. Przy okazji nieco bardziej się zarumieniła z powodu komplementu o jej umiejętności wiązania wstążek. Chociaż zapewne użył tego zwyczajnie jako pretekst, aby to ona zrobiła. Może nie chciał? Chwilę tak stała i nie wiedziała co właściwie jej chodzi po głowie. Z tego transu dopiero wyrwał ją rozbawiony, o zgrozo, głos Raya. Kolejne zdziwienie. Kolejny punkt do jej fetyszu. Tak, teraz to oficjalnie fetysz, moi mili.
- Rozumiem i szanuję tę decyzję. Będzie to dla mnie zaszczyt – odpowiedziała, ledwo trzymając fason.
Podeszła bliżej i zeszła na kolana. Chociaż nadal dzieliła ich jakaś różnica wysokości, było jej tak łatwiej niż na stojąco. Musiała być mniej więcej na wprost niego, a nie z góry. Ujęła delikatnie wstążkę w jednej ręce, a drugą sięgnęła do jego włosów. Wydzieliła pasmo z prawej strony jego grzywki i zaczęła wiązać. Robiła to sprawnie, acz delikatnie. Jakby nie mogła za nic w świecie upuścić materiału. Miała dość poważną minę i nie patrzyła mu w oczy. Skupiała się na zadaniu. Czuła się naprawdę dziwnie, kiedy tak dotykała jego włosów. Odpowiednio owijała kruczoczarne pasmo, które kontrastowało z intensywną czerwienią wstążki. Gdy już skończyła, upewniła się, że wszystko się trzyma. Było elegancko. Nieco się odsunęła, by zobaczyć efekt, po czym delikatnie się ukłoniła.
- Niech twa misja Miecznika się rozpocznie, drogi Rayu. – Uśmiechnęła się, odruchowo sięgając swojej wstążki, która nadal spoczywała na grzywce.
Chwilę tak siedziała nieruchomo. Grzywka przysłaniała jej oczy, a usta zaciśnięte były w jedną kreskę. Ciężko było powiedzieć o czym myślała. Właściwie można było odnieść wrażenie, że coś jest wyjątkowo nie tak. Zaraz potem jej ręce uformowały ten znany symbol, jakim była ryba piła, i delikatnie zbliżały się do Raya, by spocząć w jego policzku. Prawym policzku. Rennevy nie miała zbyt długich paznokci, dlatego też nie można powiedzieć, że go ukłuła. Zaraz potem na jej twarzyczce, nadal przysłoniętej grzywką, pojawił się naprawdę szeroki uśmiech. Taki, co to odsłaniał całą artylerię ząbków i zostawiał z dość dziwnymi uczuciami. Gdyby to nie była Rune, na pewno można by było zaliczyć ten uśmiech jako jeden z bardziej… psychopatycznych? Ciężko to określić. Głównie dlatego, że gdy tylko podniosła główkę, wcale nie miała wytrzeszczu ani tego niebezpiecznego błysku. Nieco przymrużone oczka, z wręcz wyzywającym spojrzeniem całkowicie negowały poprzedni uśmiech. Widać, że nie tylko coś knuła, ale i zamierzała to wprowadzić w życie.
- Ry. Ba. Pi. Ła – powiedziała szepczącym głosem, specjalnie sylabizując i przesadnie ruszając ustami. Duchu Miecznika, coś zrobił z tą uroczą pierdółką?!
Powoli wstała i nieco cofnęła się od chłopaka. Delikatnie unosiła swoje ręce, formując przy opuszczeniu rybę piłę. Zgięte w łokciach, trzymała łapki blisko ciała, zupełnie tak, jakby właśnie wymawiała jakieś zaklęcie czy inkantację.
- Miecznik Rennevy jest gotowy do akcji. Przyjmuję twe wyzwanie rzucone na cmentarzu, Mieczniku Ray. Niech Święta Ryba Piła wybierze zwycięzcę dzisiejszego pojedynku – powiedziała znowu tym swoim władczym tonem.
Właśnie mamy idealny przykład kolejnej czynności wykonanej pod wpływem impulsu. Taki oto pomysł się pojawił w tej białej łepetynie i nie pozwolił dać innym myślom szansy. Zresztą, czy aby Ray nie wspominał, że powinien wykorzystać tę technikę? Teraz miał do tego idealną okazję. Przypominam, że punkty witalne naszej Runci są umiejscowione pod żebrami. Nie celować pod biustem, tylko pod żebra. Te dwie lokacje mogą być dość trudne do zrybełowania, ale wierzę, że się uda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Pią Lut 27, 2015 4:26 pm

Odpowiedź Rennevy, że teraz wszystko z nią w porządku uspokoiła go. Nie martwił się zbytnio, bo poniekąd mógł "ufać" personelowi Shibusen, a zatem i temu dziwacznemu pielęgniarzowi. Jeżeli ją wypuścił, to zapewne nic jej nie było, a jak teraz się nic podobnego nie powtórzyło, to już w ogóle nie musiał się martwić o kondycję zdrowotną Rune. Oczywiście nie było to przesadne zatroskanie, a jedynie niepokój, że coś być nie tak jak powinno. Zdążył się nieco przywiązać do niej, znaczyła dla niego więcej niż inni znajomi, a poza tym to świetnie bawił się w jej towarzystwie. Egoistyczne myślenie, lecz tak było. Chociaż świadomość tego nieco krępowała Raya - nigdy nie odczuwał zbytnio takich spraw względem innych dziewczyn, które nie były chociaż częścią tymczasowej rodziny. Kolejna nowa sytuacja, do której musiał się przyzwyczaić.
Później nastąpiło pasowanie na Miecznika. Miał niby siedemnaście lat, ale takie zabawy wciąż go bawiły. Taka odskocznia od jego codziennego zachowania, w dodatku - każdy potrzebował wygłupów i teraz świetnie zaspokajał zapotrzebowanie.
- Nie większy niż dla mnie, o Pani. - odparł mając na myśli zaszczyt zostania Miecznikiem. Kiedy uklękła obok niego na kolanach, to lekko się speszył. Dlaczego? Cóż, niby żartowali sobie, ale w końcu był to znak jedności, a ona własnoręcznie wiązała go na jego włosach mając twarzyczkę dosyć blisko, bliżej niż zawsze. No, pomijając przytulanie się. Co do zawiązania wstążki - Ray nie potrafił tego robić, a już szczególnie był pewny braku tej umiejętności jeżeli miał ją użyć na sobie. Nigdy tego nie robił chociaż mógł się domyślać jak to wykonać. Wolał jednak pozostawić tą czynność komuś o stokroć bardziej doświadczonemu niż on.
Gdy już skończyła wyprostował się będąc dalej na kolanach i po jej słowach uderzył się prawą ręką w pierś z niesamowicie poważną miną - jakby rzeczywiście przyjmował jakieś oficjalne pasowanie. Niby brak w nim zdolności aktorskich, lecz takie wystarczające do zabawy miał każdy, on również i teraz wykorzystywał je po raz pierwszy od bardzo, ale to bardzo dawna. Chociaż nie, aż tak, w końcu miał zaledwie siedemnaście lat.
- Tak jest, będę wykonywał swą misję z należytą pieczołowitością. - odparł próbując utrzymać powagę, lecz słychać było, że blokuje śmiech albo rozbawienie. Nastała chwila ciszy, a nawet Rennevy zamarła w bezruchu. Wciąż klęcząc spojrzał na nią i ujrzał... właściwie to nie ujrzał niczego konkretnego oprócz dziwnej miny dziewczyny. Obracając głowę nadział się na Rybę Piłę swoim policzkiem. Czy to była rzucona rękawica w twarz? Nie musiał się długo zastanawiać, bo buzię Rune ozdobił nieco niepokojący uśmieszek odsłaniający ząbki, a jej oczka przymknęły się jakby planowała coś straszliwego. Ray zawsze obserwował usta kobiet, z którymi rozmawiał. Zawsze mu się podobały i lubił na nie patrzeć, a teraz miał istną ucztę, chociaż to dosyć złe porównanie. Co jeszcze lubił? Szept, a szczególnie szeptane piosenki. Teraz miał i usta, i szept co sprawiło, że zachwycił się lekko. Oczywiście nie okazał tego, jeszcze by się wydało, że lubi i mógłby być dręczony, chociaż wiedział, że dziewczyna do wrednych osób nie należy.
Słysząc jej słowa o pojedynku i widząc przygotowanie do walki opuścił głowę patrząc w ziemię, aby pozostać tak w milczeniu oraz bezruchu przez chwilę. Nie myślał, że wzięła tamto jako prowokację, ale... chciał tego spróbować, a teraz nadarzyła się idealna okazja. Nie musiał szukać pretekstu. Wziął głęboki oddech i w końcu podniósł się gwałtownie z miną, w której widoczna była determinacja, a następnie odsunął lewą stopę do tyłu jakby przygotowywał się do walki kataną. Złożył znak Ryby Piły i spojrzał w oczy Rennevy z zadziornym uśmiechem.
- Panno Nightwish, to pani uczyniła ze mnie Miecznika, lecz nie zamierzam przegrać. Będę walczył z całych sił i nie okażę litości. - powiedział jak na niego to dosyć radośnie. Niby pojedynek był jedynie zabawą, ale on lubił każde pojedynki. Były świetną frajdą, którą lubił mieć często. Natychmiast przypomniał sobie patrząc na Rune miejsca, które skryła w alejkach swoimi dłońmi.
- Punkty witalne. - pomyślał przygotowując się jak trafić w to miejsce. Miał mocno ułatwione zadanie, chociaż sam nie wiedział jakich miejsc na swoim ciele bronić. Swoich słabych stron nie znał, więc musiał postawić w pełni na ofensywę. Stał tak milcząc i mierząc ją wzrokiem niczym rewolwerowcy minutę przed południem. Czekał na odpowiedni moment. Kątem oka spojrzał na przywiązaną do swojej grzywki wstążkę, by lada chwila ruszyć z "atakiem" na Rennevy. Cel? Boki pod żebrami - jeżeli dobrze pamiętał, a z jego pamięcią bywało różnie. Spróbował "pchnąć" w jej lewy "punkt witalny" będąc na zasięgu ramion, gdyż miał je dłuższe - to jego przewaga, a później zbliżyć się o krok i dosłownie próbować zalać ją gradem Ryb Pił. Oczywiście był dosyć delikatny... nawet taka zabawa jak mocniej się uderzyło to bywała bolesna, a zbytni ból nie był czymś, co chciał osiągnąć. Liczył na śmiech i właśnie to chciał wywołać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Pią Lut 27, 2015 7:30 pm

- No, ja myślę! Kodeks Miecznika nie przewiduje walk nie branych na poważnie – odpowiedziała niemal tak samo radośnie jak jej przeciwnik. Nie była zwolenniczką przemocy, zadawania bólu czy też znęcania się. Na sam widok wylewanej krwi jej niedobrze się robiło. A sama myśl, że będzie zmuszona w przyszłości odbierać życia, nawet tym złym, ją kompletnie przerażał. Co innego jednak był taki „pojedynek”. Brzmi tak podniośle, a stoi za tym niewinna zabawa, która jednak może zaboleć – zwłaszcza jak się jest niezdarą i łatwo daje się zrybełować. Ileż to ona razy darła się i wyginała, bo siostra wpakowała jej palce pod żebra? Zabawnym jest jeszcze fakt, że parę razy Rune ucierpiała w inny sposób. Między innymi poprzez przyrżnięcie głową w szafkę, nadzianie się na klamkę (to podczas uciekania. Po prostu takowej nie zauważyła, a się spieszyła, no i bum, klamka zaliczona), a także poobijanie się poprzez chowanie się w szafie. W sumie nie zdziwiłabym się, gdyby już zaraz wylądowała na ziemi, całkowicie rozkładając się na podłodze i przegrywając walkę, nim ta się w ogóle zaczęła. To jest nawet gorsze od baaaardzo dotkliwej przegranej! Poza tym, kto wie, czy aby nie zostałoby to wypominane jej do końca życia? Albo Ray zobaczyłby w co się wpakował. Zależy co gorsze.
Może nie do końca wzięła tamto na cmentarzu jako prowokację, co wykorzystała. Oczywiście bardzo jej było miło, że nadal o tym pamiętał, o czym już wspominałam, lecz gdyby tego nie zrobił, pewnie teraz siedziałaby dalej w ciszy i zastanawiała się nad tym, czy jej organy zdążyły już doszczętnie stopnieć. Zresztą i tak by kiedyś doszło do pojedynku między nimi, i to nie jeden raz, tak więc dlaczego by nie zobaczyć już teraz? Może uda się jej znaleźć witalne punkty chłopaka, choć zastanawiała się, czy jest on tak wrażliwy w pewnych miejscach jak ona. To ją w sumie intrygowało. No bo jak ona dostaje taki potężny dźyg pod żebrami, to ją wygina, jęczy i jest się z czego pośmiać. Takim drugim punktem jest punkt między łopatkami, ale ćśś… Rennevy bardzo nie lubi, jak ktoś ją tam dźga, bo automatycznie się prostuje oraz zostawia to z dość niemiłym uczuciem. Plus w przypadku przedłużenia, zaczyna się coraz bardziej prostować. Niestety jest taki moment, kiedy trzeba przestać, bo biust już bardziej wypięty być nie może, a plecy jednak nie są z gumy. Ale, jak w przypadku tego pierwszego miejsca, jest się z czego pośmiać.
Tak szczerze pisząc, to Rennevy się nieco stresowała. Ale dziwne, nie? Czuła zdenerwowanie z powodu zabawy, którą ona sama zaczęła. Tak mi się wydaje. Równie dobrze mogła być to ekscytacja, troszkę przesadzona. Chociaż mogło być to coś na pograniczu tychże dwóch, co dawało właściwie ten sam rezultat – dziwne wibracje, skręcany żołądek, a także pokłady motywacji. Być może udzieliła się jej atmosfera czy duch, czy cholera wie co. Na zadziorny uśmiech chłopaka odpowiedziała tym samym. Proszę się napatrzeć, albowiem takiego widoku możecie już nie ujrzeć. Albo minie duuuużo czasu zanim to się stanie.
Zacisnęła palce nieco mocniej, aż jej dłonie delikatnie zadrżały. Trzymała łapki blisko ciała, jednocześnie zasłaniając choć trochę swe punkty witalne. Tym samym nieco ograniczyła swoje pole manewru, bowiem jej Ryba Piła znajdowała się jedynie centymetry od niej. Zapadła świdrująca w uszach cisza, choć Rune mogłaby przysiąc, że w jej głowie rozbrzmiewało tykanie zegara. Cóż, kiedyś miała sen o tym, jak to stała pod ścianą pełną zegarów, kiedy te wybuchały po upłynięciu pewnego czasu. Chociaż tym razem nic nie miało wybuchać, ani nawet niebyło zegara. Przełknęła ślinę oraz nieco ugięła nogi. Ale tak minimalnie, prawie w ogóle nie było widać. Niestety nie potrafiła utrzymywać takiej pozycji. Dlatego nigdy nie nauczy się jeździć na nartach. Po prostu stoi za prosto.
W końcu poszło. Zerwała się do biegu. Chociaż czy można nazwać to biegiem, skoro stali od siebie jakieś 2-3 metry. W ogóle, nim ona ruszy, to minimalnie najpierw odchyla się do tyłu. Naprawdę! Musi to zabawnie wyglądać, kiedy się ogląda, choć ona prawie wcale tego nie czuje. Na pytanie właśnie o ten odruch nie wiedziała co odpowiedzieć, po nie zdawała sobie z tego sprawy. Wracając jednak do jej rybiego ataku… Nie należała ona do tych wszystkich super-strategów i taktyków, co to w sekundę mają gotowy plan na wszystkie przypadki. Najczęściej działała spontanicznie, myśląc nad kolejnymi ruchami później. No, dobra, w ogóle nie myślała. Głównie szła na żywioł. Zazwyczaj niczego wcześniej nie przygotowała, bo jakby to nie wypaliło, wpadłaby w panikę. Bo jej nie wyszło. Ruszyła i co dalej? Zamierzała go zaatakować dopiero w momencie, kiedy będzie bardzo blisko na tyle, by wykonać swój ruch i na tyle daleko, by uniknąć jego. Byłoby dobrze, jakby się jej udało. Celowała prosto w brzuch. Wolała najpierw spróbować zrybełować parę miejsc wcześniej, by dopiero potem wymyślać szybko kolejne podejścia do punktów witalnych. Oczywiście jak on takowe będzie miał. Bo jakby się okazało, że on takich nie ma, to ma problem. Bowiem wtedy ona nie ma na niego haka, a on na nią ma. No i jak wytrzyma wielokrotne wyginanie się?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Nie Mar 01, 2015 1:27 am

Pojedynek się rozpoczął! Walka na śmierć i życie, podczas której wojownicy kładą na szali cały swój dobytek oraz żywot. Jeden błędny ruch był niczym przekreślenie z kart historii. No... prawie, bo Ray wraz z Rune właśnie dźgali się złożonymi dłońmi w boki. Pierwsze trafienie należało do chłopaka, gdyż zwyczajnie miał dłuższe ręce, a Rennevy zaszarżowała, lecz w kolejnej fazie walki zaczął przegrywać, a dlaczego? Cóż, nauczony był uników i starając się zrobić jeden z nich schylił się na bok i dostał w bok, poniżej pachy, na wysokości piersi. Okazało się bardzo szybko, że to jego słaby punkt. Chciał to ukryć, lecz naturalnym odruchem było wygięcie się w drugą stronę oraz dołączenie ramienia do ciała, by ukryć witalne miejsce,w które z pasją zapewne zaczęłaby celować dziewczyna, gdyby tylko odkryła sekret. Nie wiedział czy już zauważyła, a jednak i tak wolał z obu stron zamknąć luki, aby nie poczuć ponownie tego zaskakująco dziwnego uczucia. Mimo że Raymont bardzo dobrze wiedział gdzie celować, to i tak nie szło mu trafianie. Rune dokładnie ukrywała identycznie jak on swoje słabe punkty co utrudniało znacznie zadanie. Pchnięcia zwyczajnie nie docierały do właściwego celu, lecz uderzały gdzieś indziej, ale wciąż w ciało Rennevy.
W końcu postanowił zaryzykować i odsunął się o krok do tyłu wyginając cały tułów, a gdy dziewczyna znalazła się nieco bliżej, to sam również się zbliżył tym razem wychylając do przodu i wyprowadzając długie pchnięcie, które miało spenetrować obronę panny Nightwish i trafić w witalny punkt. Zabrzmiało dwuznacznie, lecz proszę wierzyć, że nadal mowa o niewinnej zabawie. W sumie to Ray nawet nie zauważył kiedy zaczął lekko się śmiać i uśmiechać. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie kontrolował ani trochę swoich emocji. Zapomniał o tym i... było całkiem przyjemnie chociaż nieswojo. Ryzyko zostało podjęte, gdyż i on się odsłonił w momencie tamtego ataku. Tak ustawiony był mocno narażony na skuteczną ofensywę dlatego postanowił lekko odskoczyć do tyłu. Na jego nieszczęście, zaraz za nim akurat znajdowało się łóżko, o które zwyczajnie sam się podciął. Nogi nie dotknęły ziemi tak jak powinny, a on upadł na plecy, lecz impet przeważył i zaraz przeleciał znów do tyłu zatrzymując się w pozycji jakby zamierzał robić jakiegoś dziwacznego fikołka. Ogólnie gdyby jeszcze trochę się wygiął to mógłby pocałować się w pępek. Gdyby tego było mało to podczas upadania wydał zdziwiony głos, który wymsknął mu się, bo nie kontrolował niczego. Brzmiał jak coś na pograniczu "Hy!" i "O!", później już była tylko spektakularna, albo mniej gleba. Jego rozpięta koszulo-bluza opadła mu na głowę lekko, niczym peleryna superbohatera. Odgiął się płaszcząc twarzą do ziemi i poderwał nagle odrzucając niesforny ubiór tak jak miał być.
- Tym razem Ci się udało, lecz nie myśl, że to koniec - pojedynek dalej trwa. - odparł rozbawiony sprawdzając na szybko czy wstążka jest na włosach i czy słuchawki są całe. Nie wybaczyłby sobie niszcząc, którąkolwiek z tych rzeczy. Gdy upewnił się, że oba przedmioty były w nienaruszonym stanie, to złożył Rybę Piłę i ukrył po raz kolejny swoje słabe punkty.
Aktualnie w głowie Raya była jakby cisza, w sumie to pochłonęła go ta zabawa na tyle, że nawet jego własne myśli go nie dręczyły. Lepszym określeniem jednak byłoby, że zagłuszył dokuczliwy umysł dosyć zajmującą czynnością jaką była "walka" z Rune. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mu, że w akademiku żeńskim, w pokoju jednej z uczennic Shibusen, on będzie bawił się jak małe dziecko z nią i czerpał z tego nie lada frajdę, to zapewne nawet nie utrzymałby rozbawienia na wodzy i roześmiał się takiemu komuś prosto w twarz. Dla Raymonta było to coś tak nowego i nieprzewidywalnego, że prędzej znów zacząłby czcić Boga, niż uwierzył w takie zapewnienia. Odkąd spotkał Rennevy działy się dla niego jedynie niespotykane rzeczy. Nigdy nie był w tak bliskich relacjach z dziewczyną, która nie była formalnie z nim związana w jakiś sposób, nigdy nie przytulał "koleżanek", ani nigdy nie próbował ich zabić oraz ratować, bo zemdlały, by później walczyć z nimi, lecz nie tak poważnie, jak to brzmi. Ich znajomość wyglądała nieco... dziwacznie. Pomoc, próba zabójstwa, ratunek - chociaż to zbyt mocne słowo - i na koniec pojedynek. Ostatecznie wyglądało to jakby Ray próbował zamordować Rune i szukał jakiegoś pretekstu.
Jeszcze zanim zaczęli się bawić, to wpadło do jego głowy pytanie co by teraz robił, gdyby nie udał się do Death City. Odpowiedź względnie była bardzo prosta - żyłby swoim dawnym, spokojnym życiem, lecz zastanawiające było to, że podchodził do takiego niechętnie. Czyżby introwertyczna osoba jego pokroju polubiła nieco akcji we własnej egzystencji? Kiedyś wydawało mu się, że żyje wspaniale i lepiej raczej nie będzie, bo to dosyć nieosiągalne, a jednak teraz spędzał świetnie czas w tym dziwnym mieście oraz w tym pokoju. Zapewne nie była to zasługa miejsca, czynności czy innych spraw niż osoby z jaką przebywał. Może brakowało mu takiej relacji, której nigdy nie miał? Kto wie, na pewno nie on, bo aktualnie właśnie szarżował na Rennevy ze swoim atakiem.
Celował w brzuch, aby po trafieniu Rune lekko się zgięła, a on wtedy dwoma szybkimi ruchami miał się znaleźć za nią.
- Zbyt wolno, panno Nightwish! - powiedział krótko i dumnie. Nie chciał uderzyć w jeszcze nieznany mu drugi witalny punkt dziewczyny, lecz ten, który znał aczkolwiek od boku i tyłu. Skoro z jednej strony było ciężko, to może druga zadziała? Spróbował tak raz, a później jeszcze raz, by postanowić przerzucić się na drugą stronę i znów wyprowadzić kilka pchnięć. Oczywiście ciągle miał ręce przy sobie, bo tamto jedno trafienie wystarczyło, by zrozumiał, że nie chce poczuć tego ponownie. Uczucie dziwne, zabawne, łaskoczące, bolesne i... natrętnie mocne - dlatego wolał ograniczać je tak mocno, jak tylko moc Miecznika mu pozwalała, a przecież był całkowicie nowy i dopiero zdobywał doświadczenie oraz odporność, którą dziewczyna już mogła mieć. Skoro Florence była tak świetna w tą zabawę, to Rune musiała już być mistrzynią w odporności na to specyficzne odczucie trafienia w czuły punkt na własnym ciele. Albo nic takiego się nie stało i oboje byli mimo wszystko na mniej-więcej podobnym poziomie. W sumie... to jak ustalało się zwycięzcę? Jakie były warunki wygranej? Druga strona padała nie mogąc już wytrzymać? Poddawała się? Cóż, w tym momencie nie miało to znaczenia, trzeba było zawzięcie kontynuować natarcie licząc na tryumf.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Nie Mar 01, 2015 12:39 pm

Nawet nie wiedziała, jakiego miała farta, kiedy to zauważyła, iż chłopak także miał swój punkt witalny. I to nawet w bardzo podobnym miejscu do niej. A przynajmniej tak się jej wydawało, sądząc po reakcji na trafienie. Jeżeli trafiło się w punkt witalny, system obronny Mieczników automatycznie nakazywał się ukryć, czyli prosto mówiąc – wygiął się nieco i od razu zasłonił tamto miejsce. Oczywiście nie miała jeszcze takiej stuprocentowej pewności, ale jakiś trop już był. Niestety utrudniało jej to znacząco trafianie, bowiem przyjął podobną taktykę. No i jeszcze ciężko się jej kontratakowało. Co chwila czuła, jak jego ryba piła kłuła jej ciało, a ona nie miała szansy odpowiedzieć. Każdemu kolejnemu udanemu atakowi chłopaka towarzyszył z jej strony cichy jęk lub takie zabawne klikanie. Chociaż wykorzystywała wszystkie możliwe szanse, nie mogła powiedzieć, że miała przewagę. On mógł w każdej chwili spróbować się przebić i efektownie dźgnąć ją w jej punkt witalny. Jej obrona zostałaby całkowicie obalona, a Ray wiedziałby jak atakować. Nie, nie mogła na to pozwolić! Zawzięcie rybełowała, więc to musiało coś jej dać!
Jest!, pomyślała, gdy tylko zobaczyła jak się odsłonił. Przygryzając nieco dolną wargę z zadowolenia, gwałtownie wyprowadziła atak, kiedy nagle już go nie widziała. Szybko postawiła nogę, aby nie upaść i obserwowała piękny pokaz akrobatyki łóżkowej w wykonaniu przeciwnika. Chwilę ją zatkało, a kiedy usłyszała coś w rodzaju „ho”, ale takiego przyduszonego, nie wytrzymała. Wybuchła głośnym, melodyjnym śmiechem, którego nawet nie próbowała kontrolować. Tak ją to rozbawiło, że nie była w stanie normalnie chodzić i prawie sama zabiłaby się o łóżko. Nieco się pochyliła, a potem wyprostowała, bo zabrakło jej powietrza. Łapczywie je nabierała, nadal się śmiejąc, przez co potem kaszlała. Zaczynała chichrać się tak wysoko, że aż piszczała. Udało się jej jednak zaraz jakoś pozbierać, nabierając powietrza i wycierając łzy.
- O cholera… Aż się poryczałam… – powiedziała wyraźnie rozbawiona. Zaraz potem zaczęła klaskać, bo to na to zasługiwało. – Boże, to było piękne. Nie wiedziałam, że mam taką moc.
Szybko jednak musiała się pozbierać, bowiem on nie próżnował. Nawet jeśli wywinął orła (czy też może fikołka, akrobacja to to jednak była), to dość szybko wrócił do walki. Ona nadal momentami chichotała, jednak wcale to aż tak nie wpłynęło na jej akcje. Już nawet nie pamięta, kiedy ona to tak ostatni raz się śmiała. Gdyby ktoś jej powiedział, że będzie jej dane jeszcze powalczyć jako Mieczniczka, długo by o tym myślała, by to wyprzeć. Takie bitwy były typowym dla niej i jej siostry jakby rytuałem, o którym wiedzieli tylko nieliczni. Wszystko zależało od charaktery osoby, jak bardzo się znają i ufają sobie oraz czy byłaby w stanie znieść taki absurd, jakim był rybopilizm. Czuła się tak… rześko. Jakby nagle ktoś zabrał z jej główki te wszystkie problemy i wlał do niej czegoś, co powodowało u niej stan euforii. No bo, do cholery, była sama w pokoju ze starszym od niej chłopakiem, który próbował ją zabić i w ciągu parunastu dni stał się dla niej bliższy niż jakakolwiek koleżanka, z którą chodziła parę lat do klasy. Jak to działa, ja się pytam. Jeszcze trochę i ich znajomość zejdzie na jeszcze bardziej intymne tory. Tak, chodziło mi o dzielenie się wszystkim o sobie, zboczeńcy (zwracam honor tym, co to pomyśleli o tym samym). Jeżeli zaś chodzi o to, jak mogłoby to wyglądać… Ray szykował morderstwo i tylko potrzebował pretekstu? Już widzę te nagłówki gazet – „Zamordował niewinną szesnastolatkę, bo ta go mocniej dźgnęła”. Albo, albo, wiem! „Zamordowana szesnastolatka – zemsta za przegraną bitwę czy też fanatyk kokardek?” Ja wcale nie usiłuję powiedzieć, że Raymont przegra. Bynajmniej.
Ach, co ona teraz by robiła w Walii, gdyby nie nagły przyjazd do Death City? Może nadal gościłaby u siebie koleżankę z wymiany szkolnej. Może rozpaczałaby, że w szesnaste urodziny coś złego się stanie? Na pewno nie spotkałaby takich wrażeń, jakich zaznała tutaj. I mówię o tych pozytywnych, jak i negatywnych. Każde składało się na jakieś doświadczenie dla niej, które miało pomóc jej w zostaniu „lepszym człowiekiem”. Przypominały jej, że jak tylko o nich nie zapomni, to będzie mogła pokazać swoją „prawdziwą siłę”. Chociaż czasem starała się obmyślić parę scenariuszy z serii „co by było, gdyby”. Jednym z takich skryptów jest „co by było, gdybym go nie spotkała?”. Miał on wiele alternatyw. Od znalezienia sobie innych przyjaciół po depresyjną wizję samotności. Nie sądziła, że spotkanie jednej osoby mogło być tak bardzo wpływowe. No, dobra. Filozofowanie zostawmy na potem. Mamy tu bitwę do wygrania.
Ray szybko wyprowadził atak, przez który ona się wygięła i udostępniła mu możliwość na kolejne ataki. Poczuła nagłe ukłucie, które sprawiło, iż automatycznie się wygięła, całe jej ciało zadrżało, a ona sama wydała z siebie donośny jęk, przy okazji odsłaniając swoje boki. Zaraz potem pojawiło się kolejne, które tylko ją dobiło, a ona prawie potknęła się o własne nogi. Szybko zasłoniła punkty witalnie, krzyżując ręce i zostawiając siebie nieuzbrojoną. Odwróciła się do niego i spojrzała pełnym wyrzutów spojrzeniem, nieco wydymając policzki, przez co wyglądała jak dziecko, któremu zabrało się cukierka. Zaraz potem uformowała rybę piłę i zaciekle próbowała go dźgnąć – to w brzuch, to pod pachy, to w pierś. Gdyby nie dźgała, a kopała w nogi, to zachowywałaby się zupełnie już jak bachor. Trochę uroczy bachor.
Szybko jednak została doprowadzona do sytuacji podbramkowej. Musiała szybko coś wymyślić. Wiedziała, że powinna zwiększyć nieco odległość między nimi i dopiero wtedy wyprowadzić kolejny atak. Dlatego więc od niego odskoczyła i zaczęła cofać. Niestety, szybko natrafiła na przeszkodę, jaką było łóżko. Zerknęła przez ramię, nieco podeszła do przodu i, imitując tych wszystkich agentów, próbowała przeskoczyć na tygrysa posłanie. Problem był jeden. A nawet dwa. Po pierwsze, nie potrafiła tak wyskoczyć, a po drugie, była nieco za krótka. W efekcie czego opadła z impetem na łóżko, głośno wypuszczając powietrze i wydając z siebie coś w stylu „umpf”. Zaraz potem wybuchła śmiechem, że aż ramiona się jej trzęsły. Opierała się na łokciach i powoli doczołgiwała się do krawędzi łóżka. Niestety utrudniał jej fakt, że dostała głupawki i nie potrafiła przestać się chichrać. Powooooli, powoooli dotarła do krawędzi łóżka i zaczęła manewrować. Chciała się obrócić, lecz przeszkodziła je grawitacja i ześlizgnęła się z łóżka. Rozległo się bum. A zaraz potem jej śmiech, kompletnie skrzywiony przez głupawkę. Zaraz potem jednak ucichł, a ona gwałtownie się podniosła, przyjmując postawę „jestem bogiem” – jak ci wszyscy konferansjerzy, co to dopiero wyszli zza zasłonki i unieśli ręce. Miała oczywiście „poważną minę”.
- Jeden-jeden.
Następnie weszła za łóżko, nadal zachowując powagę. Założyła ręce na piersi i była wyraźnie zadowolona z faktu, że chociaż trochę teraz przewyższała Raya. Zaczęła nieco podskakiwać, aż w końcu wyskoczyła i leciała wprost na chłopaka.
Dla niej to wszystko działo się w zwolnionym tempie. Czuła jak jej stopy nie mają styczności z ziemią, a ciuchy najpierw przylgnęły do jej ciała, a następnie delikatnie uniosły się do góry, kiedy zaczęła spadać. Włosy leciały na wszystkie strony, przy okazji wchodząc jej do oczu. Ona zaś wyszczerzona, z wyraźną ekscytacją w oczach, leciała na niego z przygotowaną rybą piłą. A do tego jej wspaniały, donośny krzyk, który zwiastował jej ultrawspanialeubertajną technikę:
- KIIIIND OOOOF CHIGAAAAUUUUUU!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Pon Mar 02, 2015 7:35 pm

Reakcja Rune na jego... akrobację nie zaskoczyła go. W końcu kto normalny sam podcina się łóżkiem i jeszcze ląduje w ten efektowny sposób? Raczej osobnicy pokroju Raya starają się zachować jakiś fason, pewną granicę powagi, którą nie przekraczają, a on teraz wyrżnął jak totalna łamaga i... wcale mu z tym źle nie było. Słysząc jej żywy śmiech, aż sam zaczął się lekko śmiać będąc delikatnie speszonym. Podrapał się po głowie słysząc oklaski i wykonał teatralny ukłon z szerokim zamachem ramionami. Niektórzy aktorzy robili coś podobnego schodząc ze sceny i chłopak zwyczajnie zwrócił szczególną uwagę na to, gdyż wyglądało na właśnie takie przesadzone, groteskowo-teatralne.
- Dziękuję, dziękuję. - odparł krótko poniekąd zadowolony z siebie, by lada chwila rozpocząć natarcie. Strasznie spodobały mu się odgłosy jakie wydawała Rennevy podczas otrzymywania trafień. Za każdym razem, gdy usłyszał ten "jęk" prychał stłumionym w sobie śmiechem, takim co objawia się przez sam oddech nosem. On jedynie reagował takim drgnięciem, a przy wyjątkowo silnym uderzeniu gwałtownie wydychał powietrze przez nos. Nie robił tak zabawnych dźwięków, niestety.
Zacięta walka trwała dalej, straty po obu stronach były mniej-więcej wyrównane oczywiście nie licząc akrobacji Raymonta, jeżeli ją liczyło się, to przegrywał z kretesem. Najwidoczniej doświadczenie Rune znaczyło więcej niż naturalny talent Raya, co w sumie było całkowicie logiczne i popierał to. W końcu sam wyznawał zasadę "krok po kroku do celu" i budowania siły przez systematyczność, a więc dziewczyna właśnie przez liczne starcia z Florence urosła w siłę na tyle, by móc pokonać czarnowłosego, chociaż wtedy to było zbyt mało jak na Wielką Mieczniczkę - kreatorkę tej... sekty? Religii? Wyznania? No, rybopilizmu.
Nagle szala zwycięstwa przechyliła się na stronę nowicjusza - jego trafienie, po którym cała Rennevy, aż zadrżała dało mu otwartą szansę na wygraną. Słysząc głośny jęk, aż sam mocniej prychnął śmiechem już nie mogąc go powstrzymać w sobie, lecz nie przerwał natarcia. Trafił drugi raz i zepchnął Rune do całkowitej obrony, gdyż nawet rozbroiła się zasłaniając punkty witalne. Z wyrzutem spojrzała na niego, lecz jemu nie zrobiło się wcale źle, a nawet poczuł się dumny i jedynie uśmiechnął się delikatnie obnażając swoje ząbki. Później nastała jej ofensywa, która mimo zaciekłości była mało efektowna. Jak obrażone dziecko starała się wyrządzić mu jak najwięcej krzywdy, lecz Ray przełamał ten atak swoimi kilkoma trafnymi pchnięciami. Zgodnie ze słowami - był bezlitosny.
W końcu wydarzyło się coś dziwnego. Panna Nightwish postanowiła przeskoczyć łóżko, a raczej rzucić się za nie niczym agenci specjalni wskakiwali za zasłonę, by nie zostać postrzelonymi, aczkolwiek dziewczyna straciła nieco na efektowności... i efektywności też. Gdy wydała z siebie ten dziwny odgłos Raymont najpierw zdziwił się lekko, a później równo z nią wybuchł śmiechem, aż nie mógł utrzymać Ryby Piły i rozbroił się. Jej czołganie się i upadek tylko spotęgował jego śmiech, który wyrwał mu się całkowicie spod kontroli. Kiedy ona chichotała, on dalej potężnie się śmiał, aż mu łezki w oczach stanęły. Oczywiście starał się jakoś opanować, lecz aktualne rozbawienie było poza wszelkimi znanymi mu wskaźnikami. To było zwyczajnie zbyt wiele. Było to tak mocne, że aż zamknął oczy i załapał się za brzuch kuląc, byleby tylko stłumić to w sobie i przez to nie ujrzał nadciągającego zagrożenia, a raczej ujrzał w ostatnim momencie, kiedy już Rennevy krzyczała i była w powietrzu, a on akurat się wyprostował. Nie wiedział nawet co wykrzykiwała, lecz był pewien, że to żaden znany mu język. Zapewne jakieś tajne zaklęcie Mieczników wyższych rangą albo ukryty tryb automatu R.U.N.E. To co zrobił można było nazwać paniką, bo szybko złożył Rybę Piłę i odchylił się gwałtownie do tyłu na tyle silnie, że upadł na tyłek, a podczas uderzania nim o ziemię wystawił swój atak jak najmocniej do przodu, byleby trafić. Niestety za nim było kolejne łóżko, w którego drewnianą część przygrzał głową, aż zamknął oczy i pochylił głowę w bok otwierając jedynie lewe oczko, by móc ujrzeć Rune. Tym razem to on wydał odgłos w stylu "Yh!", gdy tylko oberwał w witalny punkt, sam zaś trafił jedynie w mostek i tak trzymając w zetknięciu z jej ciałem chwilę trwał. W jego oczach, aż stanęły łzy i to wbrew pozorom nie od pulsującego bólu w czaszce, a od oberwania Rybą Piłą. Gdy tak stała nad nim wpadł na szalony pomysł, a przynajmniej dla niego szalony, bo cóż... Ray był osobą dosyć, ekhem, zamkniętą w sobie i mało... ekstrawertyczną oraz impulsywną, gwałtowną i tak dalej. Ogólnie to na co wpadł teraz, było właśnie tym, co charakteryzowało go - nieprzewidywalność i sprzeczności z charakterem. Miał w sobie dużo cech, które się wykluczały, a niekiedy zachowywał się wbrew własnej osobowości, ale właśnie to go tworzyło. Teraz właśnie tak było. Uhh...
Rozbroił się, gwałtownie wstał jakby szarżując na Rennevy i podstawiając jej swoje lewe ramię nieco poniżej mostka, a lewą rękę oparł na jej plecach, prawa natychmiast spoczęła od wewnętrznej strony kolan i... uniósł ją na swoim barku, by zrobić zaledwie jeden czy dwa kroki w stronę łóżka. Docierając do niego położył ją na nim. Położył to jednak zbyt delikatne słowo, bo uderzyła nieco o miękkie posłanie, lecz "rzucił" to zbyt brutalne i mocne. Powiedzmy, że brutalnie ją położył, czy coś. Gdy tylko już leżała, złożył Rybę Piłę i rozpoczął natarcie. Starał się trafiać w jej punkty witalne, lecz postawił jednak na szybkość trafień. Była przyparta do muru albo lepiej - do rogu ringu, a Ray mógł atakować raz po raz, bez przerwy, która jednak musiała nastąpić po jakimś czasie. Z delikatnym uśmiechem atakował, aż zmęczył się i zrobił krok do tyłu wyprostowując się, gdyż wcześniej był pochylony nad nią. Nagłe zerwanie się do pionu niestety doprowadziło do mocnego zakręcenia się w głowie, no i warto dodać do tego jeszcze porządne uderzenie w tył czaszki. Usiadł z impetem na łóżku za sobą i dyszał zmęczony, lecz zadowolony. Czekał na kolejny ruch Rune, a póki nie wykonywała go - postanowił odpocząć. Nie był przyzwyczajony do tak intensywnych starć, w których wymienia się tylko trafienia, bez obrony praktycznie i bez uników. To było zupełnie różne od szermierki, którą ćwiczył niegdyś, a nawet boksu. W sumie to chyba dał się ponieść chwili, bo z każdą sekundą docierało do niego co robił i jaki był... impulsywny, co sprawiało, że zaczynał się coraz mocniej rumienić. Winę można było zwalić na zmęczenie i śmiech, ale... no fakty były nieco inne. Głupio mu trochę było z powodu tego co zrobił, a szczególnie dziwnie się czuł robiąc coś, czego nie przemyślał, a zwyczajnie pojawiła się idea, zaś on ją wykonał. Wiedział, że będzie musiał lepiej siebie pilnować w takim razie, by kiedyś poniesiony emocjami nie zrobił czegoś znacznie gorszego. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia to mniej niż jedna milionowa procenta, ale jednak jakaś szansa była. On wolał nie dopuścić do takiej okoliczności.
Siedział tak milcząc i głęboko oddychając przez nos, Rybę Piłę miał złożoną na wypadek nagłego ataku na jego osobę. W sumie to ciekawiło go jak się zachowa teraz Rennevy, bo on... on nie wiedział co zrobić. Pewnie dlatego nie odzywał się i nawet uśmiech jakoś zrobił się mniejszy. Może zwyczajnie tylko tragizował? To było bardzo możliwe, bo cóż, takie zachowanie również było dla niego całkowicie nowe, świeże. W sumie dziwnym trafem poznawał te rzeczy zawsze w obecności Rune, zawsze to była ona. Nie wiedział dlaczego, a także nie miał pojęcia czy to jest dobre, ale koniec końców podobało mu się to troszkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Pon Mar 02, 2015 9:21 pm

Teoretycznie jest źle, kiedy to ktoś śmieje się z cudzego nieszczęścia. Zwłaszcza takiego, które się samemu sprowokowało. To jest oznaka jakiegoś sadyzmu, proszę pana. No, dobra, może w jakiś ciekawy sposób wydobywała z siebie te dźwięki o wysokich notach, ale to chyba nie był powód do śmiechu. Nawet jeśli czasem brzmiała jak wiewiórka, którą się wrzuciło do miksera bez ostrzy i kazano jej wirować. Wychodzi wtedy pewnie taki dźwięk podobny do jęku rozpaczy, wysokiego pisku i usilnego wołania o pomoc, która nigdy nie nadejdzie. W sumie samo to porównanie jest dość sadystyczne, nieprawdaż? Jednak chyba tak najcelniej dało się określić ten jęk, jaki wydobywał się z jej gardziołka. Jestem przekonana, że to jest zakamuflowana wiadomość, która brzmi mniej więcej tak: „Do cholery, czemu mnie tam dźgasz?”. A Wielka Mieczniczka mawiała, że ci faceci są najgorsi. Była to jej jedna z mądrości, którą zostawiła Rennevy w postaci pamiętn… Księgi Mądrości Zebranych. Jednym z takich zapisków był właśnie zapisek o naturze Mieczników płci męskiej: „Możesz się tego nie spodziewać, ale w walce będą jak zażarte mendy, które sadyzmem pachną na kilometr. Dlatego też, Rennevy, musisz na takich uważać, bo inaczej boję się o twoje żebra”. Ale w sumie, dlaczego on nie wydawał z siebie takich dźwięków? Reagował tak pospolicie, a Rune też chce się z tego pośmiać. Nawet jeśli już się dość mocno pośmiała. Co z tego, że milczenie jest złotem? Teraz złota nam nie potrzeba, niech on tez coś jęczy. Czyżby jego struny głosowe nie były do tego przystosowane? A może w modelu R.A.Y. po prostu nie było takiej opcji? A to ona podobno jest wadliwym produktem, phi!
Proszę państwa, przeszliśmy ze sceny natarczywego dźgania bezbronnej dziewoi do zepsutej sceny rodem z filmów akcji, co spowodowało nagły wybuch śmiechu u obu storn. Obecnie pojedynek przechodzi tak zwane „zmęczenie”, kiedy to przeciwnicy zaczynają powoli odchodzić od zmysłów na rzecz strasznej syreny głosowej, jaką jest śmiech. Jeżeli sytuacja ta będzie trwać zbyt długo, dojdzie w końcu do wyczerpania rezerw energii u obydwu automatów oraz, co gorsza, do przerwania pojedynku. Zmuszeni wtedy będziemy odłożyć to na później, data bliżej nieokreślona. Dlatego nie można dopuścić do zatrzymania bitwy. Uzupełnienie energii przez automaty może nastąpić dopiero po ogłoszeniu zwycięzcy, na którego wyłonienie nie składa się żadna formułka czy warunek. Po prostu on jest, uznany przez obie strony. Jedynym rozwiązaniem z tej sytuacji było uruchomienie kolejnego modułu ataku, który u modelu R.U.N.E . zwie się „Kind of chigau”. Nazwa piękna, wiem. Niestety skutkuje to natychmiastowym wyczerpaniem energii, przez co może być już niezdolna do walki. W przypadku udanego użycia, powinna wygrać. Jeżeli zaatakuje, a nie wywoła to na modelu R.A.Y. większego wrażenia, wtedy możemy mówić o sromotnej porażce, bowiem nie będzie mogła uruchomić systemu obronnego. Prosto mówiąc: będzie udupiona.
PROSZĘ PAŃSTWA, TAK! TAK! TAK! Zaatakowała! I to jeszcze z jakim efektem! Dosłownie powaliło chłopaka! Przez moment się przestraszyła, że coś mu się poważniejszego stało, bowiem sama parę razy pierdyknęła głową o tę drewnianą część łóżka (no bo wiecie, czasem przedmioty upadają, dlaczego więc i Rune nie może upaść?) i za wesoło jej nie było. Niestety nie mogła po prostu nie uśmiechnąć się z dozą wyższości i dumy z siebie. Zdyszana, ale cholernie zadowolona z siebie. Oto Miecznika Trzeciej Płetwy. Szczerząca się, łapczywie łapiąca powietrze, która właściwie nie była w stanie dalej walczyć. Może kondycja, może odzwyczajenie się, cokolwiek. Wbrew pozorom, to była bardzo intensywna bitwa, przez którą mogły zginąć miliony. Gdyby się jej nie powiodło, kto wie, jaki los czekałby ziemię.
Gdy tylko zobaczyła, że przeciwnik na nią szarżuje, cała zadrżała i chciała się rzucić do ucieczki. Ten błysk w oku. Ta gwałtowność. Tak bardzo chciała uciec. Chciała wyrecytować oficjalne przeprosiny, skruchę i obiecać, że to się więcej nie powtórzy, jednak po prostu nie zdążyła. Raz, raz i hyc! Znajdowała się w powietrzu. Czując wbijające się jego ramię oraz rękę na plecach, wiedziała, że to koniec. Wyciągnęła rękę, jakby chciała się czegoś chwycić, lecz nie mogła. Wierzgała nogami na wszystkie strony, aż dziw, że go nie kopnęła.
- Nieeeee! Mój ludzie! Wiedz, że dzielnie walczyłam! Poświęćcie mi tylko jedną grządkęęę! I MAJĄ BYĆ TO FORSYCJE! FOOORSYYYYCJEEEEE! – wydarła się, niczym ta księżniczka w niewoli. No, dobra, trochę się jej to podobało. Miała ochotę wystawić ręce i krzyknąć: „NIEŚ MNIE, OPRAWCO”. Ale się powstrzymała. Musiała okazać choć trochę godności przed kłakami pod własnym łóżkiem.
Następnie było uderzenie. I ta przerażająca cisza, która wwiercała się w uszy, nawet jeśli trwała zaledwie parę milisekund. Leżała całkowicie rozłożona, nie miała żadnej obrony. Miała pozycję krzyżową, a że jej energia spadła do niemal zera, ledwo mogła tymi swoimi rękoma operować. A co dopiero uzbrajać się w rybę piłę. Spojrzała zaskoczona na Raya, który przygotowywał się na atak. Głośno przełknęła ślinę i zamknęła oczy. Przygotowywała się psychicznie do deszczu trafień w jej punkt witalny. Przygryzła zakłopotana wargę, a jej oczka stały się nieco przeszklone.
- Mógłbyś być nieco… delikatniejszy… nie…? – zapytała się cicho, choć dokładnie wiedziała, że nie ma szans na to.
Ofensywa się zaczęła. Przez pierwsze sekundy wydawała z siebie naprawdę głośne jęki bólu, delikatnie się przy tym rumieniąc i roniąc łzy. Niby mogła nabrać odporności, bo w końcu miała do czynienia z samą Wielką Mieczniczką, jednakże dyskomfort nadal był taki sam. Nieważne ile razy była tak atakowana, nie potrafiła się do tego przyzwyczaić. I tak jest teraz lepiej, bo jak zaczynała, to często się uderzała o pobliskie meble, tak się wychylała. O, właśnie. Kolejnym etapem jej niemożności obrony było właśnie wyginanie się. I już nie wyglądała jak niedoszła masochistka, bo zaczęła się śmiać. Nie była w stanie nawet wziąć powietrza, a co dopiero zaprotestować. W końcu się skuliła i obróciła do niego plecami, nadal się śmiejąc. Kiedy w końcu ataki ustały, znowu przewróciła się na plecy. Delikatnie podniosła głowę i zobaczyła, jak siedzi na łóżku naprzeciw. Strasznie dyszała, lecz była szczęśliwa.
Chwilę tak leżała, po czym zerwała się i nieco chwiejnym krokiem podeszła do łóżka, na którym siedział Ray i przycupnęła koło niego. Patrzyła się najpierw przez siebie, nabierając powietrze ustami, aż jej się ramiona podnosiły. Zaraz potem odwróciła się do niego i wyszczerzyła się, ukazując swoje ząbki. Chwilę tak na niego się jopiła, aż w końcu zmieniła sposób siedzenia i usiadła na kolanach. Szybko potem zbliżyła się do Raya, a ich twarze dzieliło zaledwie parę centymetrów. Wydęła policzki i intensywnie się w niego wgapiała. Wwiercała swoje brązowe oczęta w niego i ani trochę nie przestawała. W końcu jakby przeanalizowała wszystko, zobaczyła co chciała, więc nieco się odsunęła (lecz nadal była stosunkowo blisko) i znowu się uśmiechnęła.
- Całkiem uroczo wyglądasz – powiedziała całkiem poważnie, zachowując ciszę. Zaraz potem zachichotała, jakby to było żartem, ale naprawdę mówiła to poważnie. Ten delikatny rumieniec był naprawdę słodki. – Nie naderwałeś sobie czegoś przypadkiem? Wiesz, ja jednak swoje ważę, a podniosłeś mnie zaraz po upadku. Cud, że nie upadłeś przed łóżkiem. Szacun – oznajmiła, kiwając głową z uznaniem. Założyła ręce na piersi i uśmiechnęła się nieco zadziornie. – Ba-baaaałdzo dobra bitwa. Nie sądziłam, że Miecznik Pierwszej Płetwy potrafi tak skutecznie zaciąć starszą w boju. Moje uszanowanie. To co? Tym miłym akcentem ogłaszamy remisik? – Ostatnie zdanie wypowiedziała aż nazbyt beztrosko. No bo przecież wcale nie przegrała. Na-naprawdę!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Sob Mar 07, 2015 4:57 pm

To zaskakujące z jaką łatwością został Ray określony jako ten zły, którego zwycięstwo miałoby decydować o milionach ludzkich istnień, a Rune jako ta dobra, która walczy jak Power Rangers nie tylko o ziemię, ale niemal całą galaktykę. Czy to piętno przeszłości ustawiło go jako tego po ciemnej stronie? A może fakt, że jest mężczyzną? Najbardziej prawdopodobne jednak było założenie, że w takim pojedynku wyglądał jak napastnik, bo jego przeciwniczką była urocza Rennevy. Zawsze będzie tak przy niej wyglądał. No, przynajmniej w takich sytuacjach. Raczej stojąc obok niej nie przypomina agresora. Ciężko powiedzieć, że ktoś rozmiarów i aparycji Raymonta może wyglądać groźnie. Niby Ci niepozorni są najgorsi, ale bez przesady.
Czarnowłosy poczuł się jak zwycięzca kiedy niewiasta na jego ramieniu zaczęła się rzucać i wykrzykiwać równie niezrozumiałe dla niego rzeczy jak wcześniej. To nie tak, że mówiła niewyraźne, zwyczajnie mózg Raya nie mógł pojąć dlaczego akurat to, a nie coś innego. On nawet nie wiedział jak wyglądają forsycję, chociaż wiedział, że to jakiś kwiat. Chyba. Pewności nie było. Jeszcze bardziej poczuł swoją przewagę kiedy to Rune leżała naprzeciw niego rozłożona na łopatki, dosłownie. To co zrobiła sprawiło, że chłopak mocno się zawahał czy atakować, lecz w końcu doszło do niego, że może być to jakiś krytyczny system obronny używający zachowania i aparycji Rennevy, aby powstrzymać napastnika. Prawie na niego zadziałało... szczególnie ta przygryziona warga i te dwuznaczne słowa, które nieomal sprawiły, że się odsunął jakby rzeczywiście robił coś perwersyjnego. Ale oni tylko rybełowali się, jakkolwiek to źle może brzmieć dla kogoś. Chyba wspominałem, że słabością Raya są kobiece usta? Jak nie, to teraz jest wszystko jasne.
Po udanym, desperackim ataku opadł z sił i usiadł zdyszany na łóżku. W jego głowie działo się wiele, ale sporo odeszło, gdy tylko Rune usiadła obok niego. Rozłożył wtedy też Rybę Piłę, bo chyba zakończyli pojedynek, a przynajmniej razem odpoczywali. Nagle odwróciła się w jego stronę i zaczęła się ostro wgapiać w niego. Było to tak niespodziewane, że nieomal drgnął zaskoczony, ale zdążył przyzwyczaić się. Zawsze wyśmiewał powiedzenie "spodziewaj się niespodziewanego", ale teraz je zrozumiał w pełni. Tak mu się wydawało. Utrzymanie kontaktu wzrokowego nie było dla niego żadnym problemem, dlatego patrzył się prosto w jej brązowe oczka, lecz ich twarze były blisko, bardzo blisko. Oczywiście przez myśl mu nie przeszło teraz zrobić coś tak spontanicznego jak pocałunek czy coś, nawet o tym nie pomyślał. Mimo wszystko czuł się skrępowany zachowując taką odległość między sobą. No i miał sporą pokusę, by patrzeć na jej usta, ale teraz wszystko by się wydało. Gdy tylko odsunęła się lekko to szybko zerknął na usteczka, by znów wrócić wzrokiem do oczu. Słysząc komplement zapewne ktoś zareagowałby jakimś skrępowaniem, a może zawstydzeniem lub dumnym "dzięki", jednak Ray niemal natychmiast odpowiedział:
- Ty również. - i uśmiechnął się delikatnie. Dopiero po chwili poczuł dziwne uczucie, które czuł wyjątkowo rzadko. Osoby pokroju Raymonta rzadko słyszą komplementy dlatego zawsze dziwne się czują w takich sytuacjach - i tak też on. Aż odwrócił na chwilę wzrok. Ale szybko wrócił!
Uwaga Rune na temat własnej wagi nie miała nieco podstaw, gdyż czarnowłosy już bardzo dobrze wiedział ile waży dziewczyna i znał swoje możliwości, które zresztą sprawdził już niedawno.
- Cóż, trochę poćwiczyłem jak zemdlałaś w alejce. - powiedział z lekkim uśmiechem i wzruszając ramionami, aż przyszło mu coś do głowy. Kolejna losowa myśl, na którą mógł sobie teraz pozwolić. - Byłaś świetnym obiektem wszelakich ćwiczeń. - dodał z zadziornym uśmieszkiem i kiwnął głową przymykając oczy jakby w geście podziękowania.
Zaśmiał się słysząc jej propozycję remisu po jego wspaniałym ataku, ale w sumie to byli 2:2, jeżeli liczyć każdy udany lepszy atak jako jeden punkt.
- Remisik. - powiedział i całkowicie rozluźniony padł plecami na łóżko kładąc się. Lewą ręką ujął na sekundę wstążkę, by sprawdzić jak się trzyma. Wbrew pozorom nawet po takich akcjach trzymała się bardzo mocno.
- Rune to jednak porządna marka. - wpadła mu do głowy myśl zupełnie jakby spoglądał na samochód, który sporo przeszedł, a jednak dalej był w świetnym stanie. Leżał tak chwilkę, aż w końcu przypomniał sobie, że wpadł tutaj tylko po sweter i powinien już iść. No, powoli też robiło się niezręcznie więc moment był idealny. Podniósł się bez słowa i zgarnął z łóżka swój sweter, który zarzucił na ramię i odwrócił się w stronę Rennevy.
- No, to chyba czas na mnie. - zaczął, lecz przypomniał sobie, że nie dopił herbaty. Podszedł do stolika, ujął filiżankę i kilkoma dużymi łykami opróżnił ją. Napój był już zimny, a raczej w takim stanie, który mówił "jeszcze kilka minut temu byłam letnia". - Dzięki za herbatę, mimo że bez cukru to była pyszna. - dodał i zaczął się z wolna wycofywać do drzwi. Przed samymi nimi znów spojrzał na Rune i ukłonił się tak jak wcześniej, czyli jak aktorzy w teatrze.
- Żegnam, moja pani. - powiedział wyprostowując się i łapiąc za klamkę.
- Na razie. - rzucił już wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Kierunek? Męski akademik, czyli wcale nie tak daleko.

Z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   Sob Mar 07, 2015 8:15 pm

No, w sumie racja, że Ray szybko dostał naklejkę na czoło z napisem „zły”. Ależ czy właśnie tak nie było? Walczyła z takim bossem ostatniego poziomu, przez którego poległo wielu zacnych Mieczników w imię Świętej Ryby Piły. A ona, Księżniczka Rybiego Zamku, musiała powstrzymać złego najeźdźcę. To w końcu on jej rzucił rękawice, a nie na odwrót. Miała za zadanie ochronić dziedzictwo i swój honor jako jeden z automatów rybopilizmu. Pomińmy fakt, że on de facto też był Miecznikiem, a cała ich bitwa była jedynie pojedynkiem na dźgnięcia, które dopiero przy odpowiednich chęciach mogły stać się zabójcze. I nawet nie było mowy o wyglądzie Raymonta, o nie. Chociaż ci najbardziej niepozorni są tymi najbardziej pokręconymi. Kto wie, czy ten Ray, którego ona zna, to nie jest jedna z jego twarzy? Może jest takim przypadkiem, co to pod prysznicem rozmyśla nad skutecznymi sposobami zabójstwa i pozostawienia jak najmniej śladów po sobie? Taki prysznicowy psychopata. Brak emocji by się zgadzał. Wszystkie były przechowywane na moment pierwszego zetknięcia się spadającej wody.
Rune nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo źle wyglądała tak rozłożona i czerwona, jęcząc o błaganie. I jeszcze przygryzając wargę, cała zarumieniona. Naprawdę nie wiedziała, że przypominała ofiarę jakiegoś brutalnego aktu czy coś. Dodatkowo nie zorientowała się, że krzyczy ona odrobinę za głośno. Dlatego też nie powinna się dziwić, że jak spotka kogoś na korytarzu, kto miał pokój obok niej, to się troszeczkę dziwnie na nią spojrzy. I dorzuci jakiś niezrozumiały dla niej komentarz. Bo tak naprawdę nie każdy jest w stanie zrozumieć istotę rybełowania, moi drodzy. Taka wiedza jest jedynie dla tych, co zostali dotknięci kiedykolwiek przez Płetwę Wyboru. Tak głosi jedna z Ksiąg Mądrości, spisana przez Wielką Mieczniczkę i Miecznika Drugiej Płetwy.
Oboje byli zmęczeni. Albo po prostu zdyszani. I pomyśleć, że to wszystko przez jedną zabawę, która ich aż tak wciągnęła, a teoretycznie nie powinna. To w sumie dobrze, bo to znaczy, że jeszcze potrafią tak beztrosko się podźgać. Co prawda pewnie nie należy to do najprzyjemniejszych rzeczy, ale świadomość, że robili to razem i jeszcze w imię jakiejś wymyślonej religii/sekty/czegokolwiek była naprawdę zabawna. I pocieszająca. Nawet jeśli było już po fakcie. A przynajmniej tak to wyglądało. Rune zbliżyła się bardzo, jakby próbowała jeszcze wyprowadzić jakiś atak z zaskoczenia, a ostatecznie się skończyło na małej uwadze, czy tam komplemencie. Na jego słowa, że ona także „całkiem uroczo wygląda”, się zarumieniła. Chociaż nie było już to tak zauważalne, bowiem cały czas była czerwona. Jednak dawno się nie pojedynkowała, dlatego jej kondycja nieco spadła. Pocałunki? Błagam, to jeszcze nie ten etap. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, oboje potrzebowali powietrza, także… nie ten czas i miejsce. Jednakże trzeba przyznać, że postęp jest, skoro zbliżyła się na taką odległość i nie spaliła cegły oraz poparzonych organów wewnętrznych. Szacun dla niej. Szybko się wyjątkowo do niego przyzwyczaja.
- Ach… Racja. Nadal jest mi głupio za tamto. Ale szacunek wzrasta, że byłeś w stanie ponieść wcale nie taką lekką mnie. – Spojrzała nieco w bok. Zaraz potem wróciła do niego wzrokiem i, prostując się, uśmiechnęła. – Teraz wiem do kogo się zwracać, jak mi się coś stanie, nieprawdaż? – powiedziała, po czym się roześmiała. – No, remisik. Trzeba kiedyś rozegrać rewanżyk, mój drogi.
Chwilę obserwowała go jak leży. Była zadowolona z tego, że jednak wyszła z tą propozycją. Inaczej pewnie teraz zadręczałaby się nadal faktem, że porwała mu sweter i jeszcze mogła wziąć za niego okup. Zaraz potem uświadomiła sobie, że przecież nie może on tu siedzieć wiecznie, a w tym samym momencie chyba i jemu się o tym przypomniało. Co prawda trochę smutno się jej zrobiło, że muszą się rozejść, jednakże nie miała już jakby pomysłu na dalsze „przetrzymywanie” go. Sytuacja powoli stawała się niezręczna, więc właściwie można rzec, że robił jej przysługę tak wychodząc. Ale nawet jeśli, to Rune lubiła jego towarzystwo. Niezwykle lubiła. To aż dziwne.
- Dziękuję bardzo, że przyjąłeś moje zaproszenie. Mam nadzieję, że jeszcze parę razy pojawisz się w moich skromnych progach. Wiedz, że zawsze jesteś mile widziany. Miło mi jest także, że, pomimo mojego roztargnienia, herbata tobie smakowała. – Ukłoniła się. Zawsze recytowała tę formułkę po pierwszym spotkaniu, nieważne kto u niej był. – Do zobaczenia, Ray.
I zamknęła za nim drzwi. Chwilę tak stała, po czym rzuciła się na łóżko. Złapała poduszkę, która koło niej leżała… i zaczęła piszczeć i turlać się. Ściskała biedną podusię z całej siły, a ona sama nie potrafiła opanować nagłej fali szczęścia. Śmiała się, wydawała z siebie niemal ultradźwięki oraz maltretowała materac. W końcu spadła z niego spadła, ale i nawet z tego się śmiała. Naprawdę nie sądziła, że będzie mogła jeszcze kiedyś rozegrać pojedynek na rybę piłę. Dostała nagłej euforii. Od razu zalewały ją te wspaniałe chwile z Florence, kiedy to obie uciekały na chwilę do swojego światka pełnego rybopilizmu. Bała się, że po jej śmierci już tego nie dozna, dlatego też starała się to „zostawić za sobą”. Jednakże w pewnym momencie nie wytrzymała, no i… Tak oto właśnie teraz chichrała się jak po gazie rozweselającym.
Dotknęła swoich policzków. Ciepłe. Tak przyjemnie ciepłe. Gwałtownie wstała i zaczęła chodzić po pokoju. W pewnym momencie zaczęła udawać samolot, znowu skakała po łóżkach, aż w końcu raz czy pięć wyrżnęła o coś. Na pewno dwa razy zderzenie centralne z szafą. Ogółem: była jak kot na kocimiętce. Kto by pomyślał, że taka zabawa da jej takiego kopa? Nie mogąc już dłużej wytrzymać w zamkniętej przestrzeni, musiała wyjść na dwór. Dopiła swoją herbatę, która właściwie zapomniała, że kiedyś była wrząca, a następnie chwyciła klucze. Tym razem przy wychodzeniu upewniła się, że były zamknięte. A potem euforia gdzieś ją poniosła…

//ZT//
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Pokoik z numerkiem d(e)wa   

Powrót do góry Go down
 
Pokoik z numerkiem d(e)wa
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Opuszczony pokoik
» Pokoik na poddaszu

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Death City :: Akademiki :: Akademik żeński-