IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pokój nr 8

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Czw Sie 20, 2015 2:40 pm

Gary nie mylił się zbytnio ze swoimi wyobrażeniami, że wokół Raya nagle spadają dziewczyny. No, głównie dziewczyny. Na razie były to jedynie dwie, w tym jedna dwukrotnie upadała, zaś inna zwyczajnie... no spadła z nieba. Będąc bardziej dokładnym - miała awaryjne lądowanie na miotle i pokaźnie rąbnęła o budynek, ale koniec końców spotkała się z ziemią. Te trzy razy Raymont nie zdążył chwycić niewiast i uratować ich od niechybnego spotkania z twardym gruntem, ale wtedy poprzysiągł sobie, że "Od teraz żadna dziewczyna przy mnie nie upadnie!" i takim cudem z wyczulonymi zmysłami na pędzących ku przytulaniu podłogi zdołał mechanicznie złapać Garego. Dziewczyną nie był, ale w tym momencie każdy równie mocno potrzebuje pomocy, więc można uznać ten jeden raz jako trening przed przejmowaniem pięknych panien.
- Nawet nie wyobrażasz sobie jak chętnie upadają wokół mnie. - chciał wtrącić jeden z tych beznadziejnych tekstów o jego urodzie albo czymś innym, lecz powstrzymał się. I było to wyjątkowo łatwe, bo Ray tym typem faceta nie był. Nawet dla żartów przychodziło mu to z trudnością.
Co do tego czy w Anglii ładnie to kwestia wyjątkowo sporna. Miasta jak miasta, niezbyt urodziwe, jedynie pojedyncze budowle są fascynujące. Wiejskie krajobrazy wszędzie mogą być piękne, wszak to natura. Pagórki i skałki w Wielkiej Brytanii są całkiem okazałym widokiem, podobnie jak klif czy kilka innych charakterystycznych miejsc. Największym minusem dla każdego jest pogoda, chociaż sam Raymont ją lubił.
- Czy ja wiem, raczej to kwestia gustu. Każdy ma inne pojęcie piękna. Jedni lubią puste góry, a inni zatłoczone plaże. Tak przykładowo - skrajności. - odparł niezbyt odpowiadając na pytanie, bo w sumie sam nie był pewien co ma powiedzieć. A skoro nie wiedział co powiedzieć, to nie podawał informacji na wyrost. Nie ma co wprowadzać w błąd twierdząc, że w Anglii jest ładnie lub brzydko, a później Gary trafi do tego miejsca i będzie rozczarowany.
Polski - Ray przypomniał sobie, że w sumie chyba słyszał kiedyś język polski. Jeden z uczniów Shibusen pochodził z tego kraju i kiedyś na korytarzu rozmawiał w dziwnym szeleszczącym, świszczącym i cykającym języku. Skoro wymowa była trudna, to z pewnością musiał mówić właśnie po polsku. Próba powtórzenia jakiegokolwiek słowa zdawała się panu Walkerowi istnym Mission Impossible, chociaż nawet nie próbował, bo aż tak dokładnie to on nie słyszał, by próbować się bawić w powtarzanie. U siedemnastolatka zmysł naśladownictwa jako jeden ze sposobów socjalizacji dosyć mocno zanika pozostawiając jedynie niezbędne minimum niedorównujące swoją "mocą" temu u kilkulatków, którzy raz usłyszane szeptem słowo potrafią odtworzyć z idealną dokładnością. Oczywiście po swojemu.
- A Tobie jak przyszła nauka angielskiego? Polacy mają trudności z tym? - postanowił zapytać, bo właściwie - dlaczego nie? Skoro i tak spędzają resztę czasu w jednym pokoju, a niezbyt siebie znają, to chyba jest to dobra okazja do zapoznania się ze sobą. Kiedyś przyjdzie taki moment, że będą czuć się w swoim towarzystwie na tyle komfortowo, aby milczeć, jednak teraz jeszcze to nie jest ten czas.
Nagle do pokoju ktoś wszedł. Znaczy, nie tyle wszedł co pojawił się w drzwiach równie niespodziewanie co wcześniej Gary. Wzrok Raya natychmiast pomknął na spotkanie z obliczem gościa, którym okazał się... no właśnie, kto? Z pewnością to był ten chłopak z cyrku, któremu zawdzięczał więcej niż mógł sobie wyobrazić i z pewnością chodził on do klasy EAT, ale jak się nazywał? Nie zdążyli się przedstawić wtedy, zresztą - nie było nawet czasu. Teraz z niesamowitym zapałem do reakcji jaki tkwił ukryty w Raymontcie było niewiele inaczej, gdyż pan Walker nawet nie zdążył się odezwać, a niespodziewany gość znikł. Nieśpieszne odpowiedzi chłopaka w takich sytuacjach niezbyt pomagały. Niestety w przeciwieństwie do Garego czarnowłosy zrozumiał dokładnie o co chodziło z tolerancją i to właśnie sprawiło, że nagle respekt do swojego wybawiciela został zmniejszony. Tak trochę, nie drastycznie. Dlaczego? Jaka tolerancja, skoro znajdowali się w akademiku męskim i byli współlokatorami? Dodatkowo było już późno, więc każdy siedział w swoich pokojach. No i Gary był widocznie ranny, bo bandaż wciąż znajdował się na wierzchu. Czy ludzie z EAT tracą zdolności logicznego myślenia po wejściu do tej klasy? Kto wie.
Włóczenie się po mieście i nauka, to coś w stylu samego Raya. Chociaż on jakoś niezbyt często jednak wychodził na tłoczne ulice. Spacerował zazwyczaj obrzeżami, alejkami albo nocami, kiedy już było cicho, pusto, spokojnie oraz niebezpiecznie. Takim absurdem w Raymontcie było jego zamiłowanie do adrenaliny. Nie że jakiejś niesamowitej, ale lubił dreszczyk emocji w swoim spokojnym charakterze. Taka kropelka potrafiła uspokoić wzburzoną rzekę jego myśli. To stwierdzenie również niezbyt pasuje, ale w stoickiej osobowości chłopaka tkwił chaos przemyśleń, który dobrze uspokajała adrenalina, gdyż nagle nurt uspokajał się i wszystko dążyło jednostajnie w jednym kierunku, bez zbędnych zawirowań. Uwielbiał to mimo sprzeczności z charakterem. Kochał każdy sposób na uspokojenie myśli. W takim razie czy kochał...? Hmmm.
- Akurat z tą historią nie wiąże się praktycznie żaden emocjonalny bagaż. Mogę mówić otwarcie, gdyż to nic szczególnego. - powiedział z delikatnym uśmiechem podnosząc wzrok i wlepiając go w sufit. Oczy natychmiast przymknęły się jakby za chwilę miały wyświetlić obraz niczym rzutnik na tym płaskim stropie. Jedyny film jaki ukazał się, to ten w głowie Raya. Sekunda, a skończył się cały. Pamięć odświeżona. - W Death City jestem od kilku miesięcy. Też jestem tutaj stosunkowo nowy, chociaż już trochę zdążyłem się nauczyć. Szczególnie, że sam trenowałem trochę. Trafiłem tutaj niedługo po ukazaniu się moich zdolności. Wracając do domu zwyczajnie zostałem napadnięty przez trójkę chłopaków. Bić się potrafię, ale nie na tyle, by samemu dać sobie radę z trzema z nich, szczególnie, że do jatki bez powodu się nie rwę. Jeden trochę dostał, a później Ci złapali mnie i zaczęli tłuc. Nagle moje lewe przedramię zmieniło się w broń, a Ci przestraszeni uciekli. O całym zajściu powiedziałem rodzinie, która słyszała o takich przypadkach. Zacząłem trochę sam to trenować, a później przyszedł list wzywający mnie tutaj - do Death City, aby zacząć naukę w Shibusen. I oto jestem. - opowiedział spokojnym głosem z tempem charakterystycznym dla Raya. Wrócił wzrokiem do Garego i spojrzał przez okno. - I tak, ładna noc - dodał lekko nabijając się z chłopaka. Przez jego zakłopotanie próbował zmienić temat, ale nie było to konieczne. Gdyby Raymont nie chciał opowiadać, to i bez tego, by się nie odezwał. Starał się nie robić rzeczy na siłę. No - chyba, że wychodziło to na dobre komuś innemu, wtedy może się zastanowił nad tym.
- Właściwie, jeżeli to nie tajemnica, to jaką formę przyjmujesz jako Magiczna Broń? - postanowił zapytać, bo w klasie NOT nieczęsto ktokolwiek zmieniał się w pełni w cokolwiek, aby dało się określić, że jest mieczem czy pistoletem albo włócznią. Rayowi również przychodziło to z trudnością, chociaż dawał radę się zmienić całkowicie, w pełni w swoją formę, ale wysiłek jaki do tego dokładał był często ogromny. Powtórzenie tej czynności kilkukrotnie z każdym razem zaniżało prawdopodobieństwo możliwości przemiany. Ale wracając - przez właśnie naturalną dla NOT nieumiejętność do przemiany, to niezbyt wiedział jakie inne formy mogą przyjmować jego koledzy i koleżanki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Czw Sie 20, 2015 4:13 pm

Gary nie wiedział co odpowiedzieć na potwierdzające słowa Ray'a, więc jedyne co zrobił to się uśmiechnął. W myślach zastanawiał się tylko czy dawał radę złapać owe "spadające gwiazdy", ale nie na tyle by zapytać. Stwierdził, że pewnie tak bo gdyby nie złapał takiej osoby spadającej z wysokości zapewne by nie przeżyła, albo się połamała.
-To uważaj bo może pewnego dnia ściągniesz na siebie samolot.-zaczął się śmiać-Może się jakiemuś spodobasz.
Zapewne nie było to bardzo możliwe, ale w Death City. Kto wie? Wszystko może się zdarzyć.
-Ja lubię polany otoczone lasem. Cisza, spokój.-Na chwilę się rozmarzył.-A ty? Jakie miejsca lubisz?-Zapytał zaciekawiony, z tej odpowiedzi będzie mógł wydedukować coś na temat Ray'a.
Po odpowiedzi Gary spróbował jakoś wyobrazić sobie klif, który w pewnym miejscu jest przerwany i znajduje się tam plaża. W jego wyobraźni dość ciekawie to wyglądało. Jako, że Gary nie widział za wiele świata, co jest spowodowane jego przeszłością, w zamian ma bardzo dobrą wyobraźnie przestrzenną z tego też powodu wyobrażenie sobie obrazów przedstawionych słowami to dla niego żadne trudność.
-Nauka angielskiego?-zastanowił się przez chwile-Nie było to nic trudnego. Akurat lubiłem uczyć się tego języka. Był o wiele łatwiejszy od nauki polskiego. Jeśli chodzi o oceny w szkole to z wszystkich przedmiotów miałem dobre. Niby coś, a dla mnie nie za bardzo. Nauka to było jedyne moje zajęcie za młodu. W szkole nie byłem zbyt lubiany, sam też nie garnąłem się do innych, więc jedyne co miałem to kilka książek.-powiedział spokojnie, akurat te wspomnienia nie wywołują u niego zbytnich emocji, jedynie smutek który sprawiał mu jego ojciec.
Okres życia Garego zanim trafił do "Sierocińca" też nie był zbyt kolorowy. Ojciec alkoholik, które nie obchodziło co dzieje się z chłopakiem. W szkole dzieciaki patrzące się krzywo na niego, wyzywające go. Nauczyciele którzy się nad nim litowali. Nic przyjemnego. Jednak nie przejmował się zdaniem innych na jego temat. Jedyne co go obchodziło to jak ktoś mówił źle o jego ojcu. Nie raz dochodziło do bójek z tego powodu. Sam nie przepadał za swoim tatą. Chciał żeby był taki jak inni rodzice. To że ojciec nie zajmował się Garym nie zmieniało tego, że był jego rodzicem i kochał go. W końcu jaki by nie był to w końcu była to jedyna rodzina chłopaka. Kiedy nie był pijany bądź tylko trochę potrafił powiedzieć mu coś miłego. Nie był najgorszy, ale też nie najlepszy.
-Trzech chłopaków? Nie wiesz czego od ciebie chcieli?-zapytał mimo tego, że Gary nie lubi ludzi zawsze stara dojrzeć w nich jakiś motyw, który nimi prowadził kiedy robili coś złego.-Miałeś dobrych rodziców.-wyszeptał patrząc się w sufit
Na wspomnienie o nocy uśmiechnął się, a raczej zaśmiał się z samego siebie.
-Ty też jesteś dobrym człowiekiem.-powiedział z ciepłym uśmiechem i spojrzeniem
Takie wyznania nie były codziennością dla chłopaka, więc nie dodał nic więcej gdyż nie wiedział co w takiej sytuacji można jeszcze powiedzieć. Na pytanie o to w jaką broń zmienia się Gary zmienił prawe przedramię w ostrze katany.
-Zmieniam się w katanę.-odparł-A ty? W jaką broń się zmieniasz?-po tych słowach z powrotem zmienił ostrze w rękę.


Ostatnio zmieniony przez Gary Koi dnia Nie Sie 23, 2015 9:30 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Nie Sie 23, 2015 7:17 pm

Gary lubił polany otoczone lasem i zapewne mogło się wydawać, że Ray odpowie "Ja również", jednak nie, niezbyt. Takie miejsca miały swój urok, były puste, ciche, spokojne, lecz brakowało w nich czegoś co Raymont uwielbiał, czym się rozkoszował. Rozległość terenu budziła w nim mieszane uczucia. Niby przestronnie, miło, aczkolwiek otwarte tereny oprócz budzenia w nim swobody również przypominały o jakimś dziwnym niepokoju. Czuł się na nich wystawiony na widok innych, odsłonięty, obdarty z sekretów i tajemnic. Z pewnością lubił takie miejsca, ale nie były jego ulubionymi.
- Własne. - odparł jednym słowem na pytanie o jego miejsca. - Przytulne - dodał po chwili, aby chłopak mógł lepiej zrozumieć o co mu chodzi. Tak, najlepiej czuł się w miejscach, które emanowały jego aurą. Takie malutkie sanktuaria, do których tylko on ma dostęp. Małe, skrywające go pośród innych części otoczenia. "Gniazdka" to było dobre określenie. W nich czuł się rozluźniony, bezpieczny, czuł przyjemność z przebywania, to z pewnością były jego klimaty.
Szkoła. Szkoła była u Raya dosyć beznamiętnym epizodem życia. Niektórzy jej nienawidzili, a inni kochali, lecz on czuł obojętność do tych wspomnień. Nigdy nie miał ambicji do nauki, więc tyle ile zapamiętał z lekcji, tyle wiedział. Akurat uczenie przez słuch szło mu wyśmienicie, więc jeżeli był z tego sprawdzian, to pisał na ocenę bardzo dobrą, aczkolwiek z wszystkich prac domowych dostawał najniższą możliwą. Zwyczajnie nie chciało mu się robić zadań, nie lubił przymusu, zawsze starał się wykonywać tylko rzeczy, na które ma ochotę. W wolnym czasie zajmował się swoimi zainteresowaniami. Jeżeli prace miały jakiś związek z nimi - wykonywał je chętnie, ale w gruncie rzeczy praktycznie się to nie zdarzało. Jego klasa w szkole to byli sami znajomi. Miejscowość malutka, a później nawet mieszkał z niektórymi, więc znał ich bardzo dobrze. Nic szczególnego się wtedy nie wydarzyło. W domu chętnie rozmawiali z Rayem, lecz w towarzystwie znacznie bardziej rozgadanych rówieśników wybierali właśnie ich. Oczywiście wciąż był wśród nich i rozmawiał, jednak duszą towarzystwa nie został. Szkołę głównie pamięta jako okres, w którym sporo się nauczył i nie chodzi tutaj o wiedzę z lekcji. Były tam różne zabawy, przedstawienia i "święta", do których musiał się dostosować. W trakcie walentynek musiał jak cała reszta chłopaków zrobić walentynkę i obrać jakieś dziewczyny na cel, - bo facetów było mniej niż kobiet - a temat "Jaka dziewczyna podoba się Rayowi?" był bardzo chwytliwy wśród jego kolegów, - czego zupełnie nie rozumiał - więc jakoś musiał sobie radzić z tymi nowymi, dziwnymi, nie w jego stylu sytuacjami.
Ojciec Raymonta... biologicznego nigdy nie poznał, ani nawet nic o nim nie słyszał. Judith nie chciała mówić o nim, raz wspomniała jedynie, że tylko dzięki Rayowi nie uważa go za błędną decyzję. Sam chłopak nie miał pojęcia co o tym sądzić. Czuł odrazę do mężczyzny, który zostawił jego matkę i spłodził go. To przez niego umarła zapracowując się na śmierć, by utrzymać swoje dziecko. Nie miał mu jednak nic do powiedzenia, nie czuł, że chce się z nim spotkać i wygarnąć mu. Dobrze było jak jest.
- Moja rodzina jest bogata. Oni byli biedni. - odpowiedział na jego pytanie. Nie miał ochoty opowiadać, że sam kiedyś pochodził z wyjątkowo ubogiej rodziny, a nawet nie miał domu. Zwyczajnie jeszcze to nie był ten poziom znajomości dla niego. Po za tym - nie czuł potrzeby mówienia więcej niż trzeba. Wyszeptane słowo "miałeś" w ustach Garego było nieodpowiednie. - Miałem i mam. - poprawił go z delikatnym uśmiechem, aby odnosić się do Judith i do aktualnej rodziny.
Słowa o byciu dobrym człowiekiem skierowane rykoszetem od współlokatora sprawiły, że chłopak lekko się uśmiechnął. Nigdy nie twierdził, że jest dobry, ani że jest zły. Wydawało mu się, że przez jego ignorancję pozostaje mocno neutralny, chociaż miał świadomość, że jest bardziej ludzki niż reszta społeczeństwa. Jednocześnie znał swoje zachowania, które czyniły go złym, ale również miał wystarczająco dużo tych dobrych, by jednak przechylały szalę.
- Im więcej tych dobrych, tym mniej parszywy jest świat. - odparł krótko i przeciągnął się. Spędził cały dzień na rozmowach i siedzeniu, powoli jego stawy zaczynały się męczyć.
Na widok zamiany przedramienia Garego w ostrze Katany Ray postanowił zrobić to samo i niemalże w tą samą broń, lecz dłuższą o niemalże trzydzieści centymetrów. On zmieniał się w dłuższą wersję Katany zwaną Tachi. Jednak dla rozgarnięcia innych mówił zwyczajnie "dłuższa katana". Lewe przedramię Raymonta zamieniło się na chwilę w dziewięćdziesięciu centymetrowe ostrze, by po chwili wrócić do swojej normalnej postaci.
- Ja w dłuższą katanę, w Tachi. Mamy kolejną wspólną cechę. - odparł i lekko zaśmiał się. Wyłożył się na łóżku i spojrzał przez okno, księżyc był już wysoko. Wyciągnął z kieszeni telefon, aby sprawdzić godzinę.
- Późno. - stwierdził w myślach i przypomniał sobie, że jutro ma tylko poranny trening, na który wypadałoby wstać. Podniósł się z łóżka i po raz kolejny przeciągnął.
- Jutro muszę wcześnie wstać, więc czas się umyć i spać. - poinformował współlokatora i ruszył do szafy, z której zabrał swoje rzeczy, a następnie wyszedł do łazienki. W niej nocna toaleta, prysznic i wrócił do pokoju. Rozebrał się i wszedł pod kołdrę. Z zaśnięciem nie było problemów.
Obudził się wcześnie rano, zgodnie z budzikiem w jego telefonie. Wyłączył go błyskawicznie, aby nie obudzić Garego. Teraz już nie mógł być tak beztroski jak kiedyś. Umył się, ubrał, zabrał swoje rzeczy i wyszedł jeszcze gdy współlokator spał.

z/t

//Znikam, bo od jutra mogę mieć wyjątkowo mało czasu. Sam jeszcze nie wiem, ale wolę nie zatrzymywać Cię i kazać jeszcze dłużej czekać na moje odpisy. Dzięki za cierpliwość! <3
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Nie Sie 23, 2015 9:30 pm

-Wszędzie dobrze, ale u siebie najlepiej.-odparł cicho
"Ciekawe jak to jest mieć takie swoje przytulne miejsce?" pomyślał. Gary nigdy nie miał takiego miejsca. Dom nie był miejscem, w którym chętnie spędzał czas, potem był ośrodek, a tego miejsca nie można określić tymi kategoriami. Teraz jest Death City, Shibusen i akademik, ale pomimo spędzonego tutaj czasu, nie uważa tych miejsc za takie. Może z czasem przyjdzie to uczucie?
"Zaatakowali go z zazdrości. Do czego ludzie są zdolni tylko z tego powodu." stwierdził w myślach. Pomimo tego, jakie życie miał Gary nie zamienił by go na inne. Jedyne czego mu brakował to ciepła rodzinnego. To był jedyna rzecz, której chciałby doświadczyć.
-Co zazdrość potrafi zrobić z ludźmi.-powiedział-Nie to miałem na myśli, znaczy nie wiedziałem czy twoi rodzice żyją czy nie, a eee.-zakłopotał się na słowa Ray'a sam nie wiedząc czemu-Zawsze jedna dobra duszyczka więcej.-odparł uśmiechając się.
Następnie współlokator zaprezentował swoją przemianę. Jak Gary, Ray zmieniał się w pewnego rodzaju katanę. Jego wersja była dłuższa od katany Gary.
-A no.-przytaknął-Ja idę od razu spać. Umyję się z rana, branoc-powiedział do współlokatora kiedy ten zmierzał w stronę łazienki.
Zaśnięcie nie przyszło mu z łatwością. Było to spowodowane raną na ramieniu, która zaczęła mu nagle dokuczać. Zawsze tak jest, że na noc wszystkie bóle, choroby,itp. wzmacniają swoje działanie. Pokręcił się trochę w łóżku, aż w końcu zasnął. Budził się kilka razy w nocy, ale po krótkiej chwili znowu zasypiał.
Wstał dopiero około jedenastej. Zdjął z siebie bandaż, poszedł do łazienki, umył się, ubrał i z powrotem wrócił do łóżka. Po jakiejś godzinie leżenia sprzykrzyło mu się to więc wstał założył bluzę, buty wziął kilka rzeczy i wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi.

z/t

//Ok, jeszcze kiedyś się zgadamy na wspólną fabułę ^^
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Czw Lis 19, 2015 11:47 pm

Po ciężkim dniu w Seulu Gary postanowił wrócić do swojego pokoju w akademiku, żeby odpocząć. Ramie wciąż nie dawało mu spokoju. Sprawiało trochę bólu przy każdym ruchu. Kiedy znalazł się w budynku, przywitał recepcjonistkę i poszedł w stronę swojego pokoju. Stanął przed drzwiami, włożył klucz, przekręcił i otworzył je. W środku nikogo nie było. Wszedł do pokoju. Pierwsze co zrobił to zdjął z siebie bluzę, koszulkę i szalik i położył je na łóżku po czym poszedł do łazienki, aby przed lustrem zobaczyć jak wygląda sprawa z ramieniem. "Spuchło. Chyba tylko obite. Nie jest tak źle jak myślałem. Chociaż połowa pleców już mi zsiniała. Będę miał problem z zaśnięciem." stwierdził i wrócił do pokoju. Złożył ubrania, które położył na łóżku i przełożył je na krzesło od biurka, aby móc położyć się na łóżku. Ułożył się na prawym boku i starał się zasnąć. Nie przyszło mu to z łatwością gdyż ból nie chciał choć w małym stopniu ustąpić. Po jakimś czasie męczenia się w końcu udało mu się zasnąć. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Był zadowolony, ponieważ udało mu się wykonać zadanie, ale bardziej liczyło się to iż zdobył dwie przyjaciółki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Sob Gru 26, 2015 2:48 am

Po długim i odprężającym śnie w końcu się obudził. Kiedy wstał z łóżka pierwsze co poczuł to ból na ramieniu i większej części pleców. "Cholera." rzucił w myślach przeciągając się lekko po czym spojrzał na telefon aby sprawdzić godzinę. Było około wpół do drugiej po południu. Po sprawdzeniu czasu skierował się do łazienki, żeby lekko poprawić fryzurę i umyć zęby. Nie zajęło mu to długo. Wrócił do pokoju i przebrał się w swój standardowy "outfit (czytaj aktualny ubiór), wziął wszystkie rzeczy, a następnie wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi. "Przydało by się coś zjeść." pomyślał i ruszył w stronę miasta w poszukiwaniu miejsca gdzie mógłby coś zjeść.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Czw Sty 21, 2016 8:21 pm

Niekiedy treningi były istną zmorą Raya. Zazwyczaj wracał z nich wycieńczony, chociaż nie dawał z siebie wszystkiego. Był mało ambitną osobą, nawet w tych sprawach. Ćwiczenia jednak zawsze były równie wymagające i nawet starając się męczyć minimalnie, to i tak były istną katorgą. Fakt, że czarnowłosy w przypadku rozwoju swoich umiejętności walki nie szczędził sił - próbował być lepszym, ale nigdy jakoś bardzo, nigdy z włożeniem w to ambicji. Właśnie przez tę zmianę teraz ledwo szedł, mimo że wyglądał jedynie na zwyczajnie niewyspanego. Przymrużone oczy, potargane włosy, a krok równie spokojny co zawsze. Tak jak z wszystkim, tak i ze zmęczeniem - Raymont rzadko je ukazywał, a przynajmniej starał się zbytnio nie emanować nim. Pierwszy raz w swoim życiu dawał z siebie sto procent przy jakiejś czynności. Jak się z tym czuł? Zapewne każdy byłby z siebie dumny, wręcz wniebowzięty swoim osiągiem, lecz on był przybity. Źle mu było z faktem, że pierwszy raz w życiu sam z siebie zakłócał swój porządek umysłowy, a tym razem nawet nie robił tego dla siebie. Od kiedy on się tak poświęcał? Od kiedy oddawał część siebie dla innych? Gdzie się podział tamten Ray-ignorant? To zabawne, ale wciąż tutaj był, jednak pod zasłoną dobroci, złudnej dobroci i chęci pomocy lub nawet obrony. Skąd w nim takie rzeczy? Sam nie wiedział, ale skoro się pojawiły, to należało coś z nimi zrobić. Tak więc dosłownie wycieńczony po treningu znalazł się przed drzwiami z numerem osiem. Nieśpiesznie wyciągnął klucze z kieszeni jego kurtko-płaszcza i odblokował zamek. Skoro pokój był zamknięty, to znaczyło, że Gary gdzieś wyszedł i rzeczywiście tak było, gdyż wewnątrz pustka, a raczej brak żywej duszy. Nie zamykał za sobą drzwi na klucz, nie było sensu - jakoś nie obawiał się o swoje życie, a oprócz marnych kilku dolarów miał jedynie swój telefon z rzeczy nieco cenniejszych. Jego współlokator również jakoś majątku nie przywiózł do akademika. Z głośnym westchnięciem rzucił klucze na stolik. Było późne południe, lecz za oknem ciemno jak w nocy - uroki zimy. W gruncie rzeczy Ray całkiem lubił tę porę roku. Przede wszystkim za jej wygląd, gdy już wszystko było pokryte śniegiem, no i za te długie wieczory. Idealna pora do relaksu, którego właśnie potrzebował. Zrzucił z siebie kurtkę albo płaszcz, sam nie miał pojęcia co to jest, a także buty i szalik, z którym praktycznie się nie rozstawał odkąd dostał go. Lubił szaliki, a ten otrzymany od Jaśminy zastąpił miejsce starego, zniszczonego czarno-białego. Może był kolorowy i niezbyt pasował do ogólnego wizerunku Raymonta, ale za to jaki ciepły! I jaki chłodny! Tak, zarazem te dwie rzeczy, gdyż jakimś cudem w lecie chłodził, a zimą grzał. Użyteczny prezent, takie lubił.
Położył się na łóżku, ręce wcisnął za głowę i w mroku obserwował sufit przez dłuższą chwilę. O czym myślał? O tym, że to idealny moment na przeanalizowanie myśli, które dzisiaj nim szczególnie targały, chociaż pojawiały się już od dawna. Nie dało się tego jednak zrobić bez odpowiedniej muzyki. Gdyby przyjąć bardzo ogólnikowe podejście, to można by rzec, że życie czarnowłosego jest sterowane przez ten rodzaj sztuki. Często to ona nasuwa mu myśli, poglądy, działania i wszystko inne co go ukształtowało. Jednak gdyby nie jego charakter, to nie słuchałby tak inspirującej muzyki, a z pewnością nie wyciągałby z niej wniosków. Tutaj sprawa się zapętlała. Nie było to jednak ważne. Założył swoje charakterystyczne, czerwone słuchawki i podpiął telefon. Szybkie rzucenie wzrokiem na listę wykonawców oraz błyskawiczne dostrzeżenie odpowiedniego do nastroju przemyśleń. Losowe wybieranie zostało włączone, czas rozpocząć układanie spraw w głowie.
A co go dręczyło? Kilka spraw ze sobą związanych, w tym jedna, z którą zmagał się od początku. Mianowicie - czy powinien być Magiczną Bronią? Nie chodziło mu o podejmowanie decyzji, bo życie tak chciało, że jego ojciec podarował mu ten gen, lecz miał na myśli szkolenie na Magiczną Broń. Zastanawiał się czy chce brać udział w tej całej świętej wojnie Shibusenu z Wiedźmami, Potworami i wszystkimi, którzy się Śmierci nie podobali. Wychodziło na to, że Akademia przywłaszczyła sobie prawo do bycia dobrym, przypięła sobie tą etykietę i nikt więcej nie mógł jej nosić. Ale czy zabijanie w imię dobra, to dobro? Ray twierdził, że z pewnością nie. Może i przyczynia się lepszej sprawie, ale zło pozostaje złem i nie ma na nie wymówki lub usprawiedliwienia. To nie jest czyn, który może zostać tak łatwo usprawiedliwiony. Co innego zabić bezpośrednio w obronie względnie niewinnej osoby, a co innego założyć plan eradykacji jednostek innych niż te ustalone w ramkach, bo mogą sprawiać zagrożenie. Mogą, aczkolwiek nie muszą i nie sprawiają rzeczywiście zagrożenia w tym momencie. Jaśmina była dobrą wiedźmą, a przynajmniej na taką wyglądała, gdyż Raymont niestety zamienił z nią jedynie kilka słów. Jego siostra była wiedźmą, a czy była zła? Zdawała się być podobną jemu, a on uważał się za dosyć neutralnego. Przez całe swoje życie słyszał o mordercach, którzy byli zwykłymi ludźmi, więc może Shibusen powinien również ich wyeliminować? Ray miał się stać bronią, narzędziem czynienia "dobra" poprzez krwawą rzeź. Ot krucjata świata i jemu się to nie podobało. Śmierć zlecał swoim absolwentom, ale nie tylko, pozbycie się różnych istot, których nawet nie znali. Może nawet sam Shinigami ich nie znał, lecz byli określeni jako źli, więc należało ich zabić.
- We're different colors, and different creeds, and different people, have different needs. It's obvious you hate me, though I've done nothing wrong. I've never even met you, so what could I have done? - powtórzył cicho słowa utworu, który właśnie był odtwarzany w jego słuchawkach. Zaskakujące jak świetnie pokrywał się z przemyśleniami.
Czarnooki nie wierzył w Karmę, ani żaden dobry los. Nie wierzył też w przypadki, a mimo to wyznawał zasadę, że zło powraca. Czynione zło napędza całą machinę, która kiedyś uderzy w nas samych - twórców zła. Mordując wiedźmy sprawiamy, że one jeszcze bardziej nas nienawidzą - atakują i próbują się odegrać, a my ponosimy straty, by później potwierdzić, że są złe i szukać tam zemsty oraz sprawiedliwości. To sprawia, że praktycznie sami naciskamy spust pistoletu wycelowanego w naszą twarz. Problem polegał na tym, że nikt nawet nie pomyślał o pojednaniu, próbie życia w zgodzie. Tutaj Ray, aż sam prychnął lekko śmiechem na myśl jakim idealistą jest. Szybko odpędził te myśli - zło zawsze istniało i istnieć będzie, ale złotym środkiem mogło być traktowanie go indywidualnie, a nie grupowo. To, że większość wiedźm chce mordować i siać chaos, nie znaczy, że należy wybić każdą i każdą traktować jak śmiertelne zagrożenie. To, że Władający eliminują morderców nie znaczy, że są dobrzy. Niektórzy mogą to nawet robić z pasji do zabijania lub zwykłego obowiązku - bez poczucia w tym misji. To, że był Magiczną Bronią wcale nie wskazywało, że jest lepszą osobą niż Potwór, Czarodziej albo Wiedźma. To nic nie wskazywało, gdyż przynależność nie miała znaczenia.
- Those living for death will die by their own hand. - zakończył tę część wywodu cytatem ze słuchanej piosenki. Chwilę leżał zwyczajnie wsłuchując się, chwilowo zatrzymując myślenie.
- It's your choice - peace or annihilation? - ponownie tekst utworu i ponownie bardzo trafny. Czy rzeczywiście to był wybór Raymonta? Mógł oczywiście odwrócić się od tego wszystkiego, stwierdzić, że nie musi być Magiczną Bronią, nie musi zabijać, lecz czy to zmieni świat? Nie. To nie zmieni niczego. Przecież tak bardzo nie zgadzał się z mordowaniem, a jednak wciąż nie zrezygnował. Co go trzymało? Jakby tylko chciał, to już wróciłby do Anglii i żyłby swoim spokojnym życiem. Chodziłby do szkoły, możliwe, że ruszyłby na uczelnie w poszukiwaniu celu w życiu, a jego ręce nigdy by nie zostały splamione krwią. Jednak on wciąż tutaj był, wciąż czuł, że nie może tego zrobić, a przeszkodą była Rennevy.
- Thinking of you, thinking of you, thinking. - jego partnerka, jego Władająca, a zatem właściwy kat Wiedźm, Potworów, Czarodziejów i wszelkiego zła naznaczonego przez Pana Śmierć. To nie tak, że bał się jej zostawić samą, odejść żyć lepiej, a ona miała borykać się z tym bez niego, a o to, że chciał ją bronić. Raz omal nie zginęła z jego ręki, drugi raz przez prawdopodobnie Czarodzieja. Dwa razy wymknęła się śmierci, ale czy był trzeci raz? Czy do trzech razy sztuka? Death City nie było bezpiecznym miejscem, a "zawód" Władającego, to najprawdopodobniej najniebezpieczniejsza profesja świata. Ray nie chciał by została zabita, ani nie chciał by zabijała. Tutaj jednak było to niemożliwe do wykonania. Oczywiście mogła przejść szkolenie i zrezygnować po kilku latach nauki posługiwania się Magiczną Bronią oraz walki, lecz sama obecność w tym przeklętym mieście to jak wkładanie głowy w paszczę lwa. Dwa razy zdążyła ochronić swój kark, jednak Raymont cholernie nie chciał, by musiała to robić po raz trzeci. Za każdym razem wkładała głowę znów w to zagrożenie. To nie było odpowiednie miejsce dla niej. Głupotą było pytanie jej o zostanie partnerami. Ray do dziś miał wyrzuty sumienia, że przywiązał ją w ten sposób do siebie, do tego pieprzonego miejsca, w którym rezyduje śmierć. Dosłownie i w przenośni.
- Here I am expecting just a little bit, too much from the wounded. But I see, see through it all, see through, see you. - czemu założył od samego początku, że będzie w stanie razem z nim borykać się z tym problemem? Że zdoła jakoś mimo obrzydzenia mordować? Wymagał zbyt wiele, Rune nie była do tego stworzona i czarnowłosy dobrze o tym wiedział. Możliwe, że oboje wiedzieli, iż cała ta zabawa w bohaterów nie jest dla niej. Dla niego zresztą też, ale... ale ktoś musiał. Po tym wszystkim co przeżyła, po tej tragedii, którą on nie mógł sobie nawet wyobrazić, to było zwyczajnie za dużo. Straciła niemalże całą rodzinę i to zawsze w dzień swoich urodzin. Tak jakby jej bliscy płacili swoją duszą za kolejny rok jej życia. Po ciele Raya przeszły ciarki. Przypomniał sobie jak stała i opowiadała o tym.
- Cholera, ta gra to nie był dobry pomysł. Nie byłem na to przygotowany. Nigdy nie byłbym. - pomyślał zaciskając zęby. Dlaczego czuł złość? Przecież to nie jego wina, nic nie mógł zrobić, nie znali się nawet. Zupełnie te sprawy nie dotyczyły go, a jednak wydawało mu się, że dotykają go. Nie chciał by cierpiała. Nienawidził gdy płakała.
- Delusional, I believe I can cure it all for you, dear. Coax or trick or drive or drag the demons from you. Make it right for you sleeping beauty. Truly thought, I can magically heal you. - po raz któryś powtórzył półgłosem słowa słuchanego utworu. Zaśmiał się sam z siebie. Był naiwny - przecież jest jedynie siedemnastolatkiem, który nigdy nie przeżył niczego podobnego. Nie mógł myśleć w tych samych kategoriach co Rennevy, więc skąd była w nim ta myśl, że mógłby jej pomóc? Że da radę chociaż trochę zasklepić te rany? Poczuł się na siłach po jej ostatnich urodzinach, gdyż wtedy nikt z jej bliskich nie odszedł, a on okazał się jakimś oparciem. Bzdura. Dobre zamiary, lecz on nie ma takiej mocy. Jest tylko zarozumiałym, aroganckim gówniarzem, któremu wydaje się, że jest inteligentny. Wydaje się, to idealne określenie. Z jakiegoś powodu czuł się uprzywilejowany, by pouczać innych, czuć się nieco lepszym, bo uświadomionym w samym sobie.
- Głupiec. - podsumował sam siebie wzdychając ciężko. Myśli go nie szczędziły, on sam siebie też. Powoli kończył swoje przemyślenia.
- I’ll be the one to protect you from, your enemies and all your demons. They're one in the same, I must isolate you. Isolate and save you from yourself. - wyszeptał prześmiewczo z siebie. To było właśnie jego dawne myślenie. Odizoluję ją od jej przeszłości, pozwoli jej żyć teraźniejszością.
- Błagam, jaki ja jestem idiotyczny. - ponownie sam siebie skrytykował za próbę zabawy w bohatera, księcia z bajki, który rozwiąże wszystkie problemy samemu, wszystko naprawi. Izolacja Rune od jej przeszłości, to izolacja od jej samej. To sprawia, że jest kim jest. Nie mógł ot tak stwierdzić, by żyła dalej - zostawiła to wszystko za sobą. Ponownie głośno westchnął. Wiedział już co musi zrobić. Podniósł telefon i zaczął pisać krótką wiadomość do Rennevy.
"Cześć. Jeżeli masz czas spotkajmy się jutro o siedemnastej, po zajęciach w parku obok fontanny. Chciałbym o czymś porozmawiać.
Ray."
Wysłał i przeczesał włosy palcami ściągając jednocześnie słuchawki z uszu. W ostatniej chwili usłyszał słowa utworu, które wyjątkowo pasowały do pewnego spojrzenia, które już dobrze znał, a naiwnie uważał je za pogodne.
- Eyes of a fallen angel, eyes of a tragedy. - wyszeptał podnosząc się z łóżka. Musiał wziąć prysznic, zjeść coś i dopiero mógł położyć się spać co też uczynił w tej kolejności. Obudził się odpowiednio wcześnie, by zdążyć z przygotowaniem i w spokoju wyszedł z pokoju akademika. Coś mu mówiło, że ten dzień nie będzie dla niego dobry, czuł się nieco jak kat. Cóż, tego wymagała jego metoda. Od dawna o tym myślał, nadszedł dzień, w którym musiał wziąć się w garść i wreszcie zrobić co do niego należało. No, a przynajmniej co wydawało mu się, że do niego należało.

z/t

//Fun fact: Wszystkie cytaty utworów są rzeczywistymi wersami tekstów zespołu A Perfect Circle, który chciałem automatycznie polecić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   

Powrót do góry Go down
 
Pokój nr 8
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2
 Similar topics
-
» Pokój Snów
» Pokój Marzeń
» Pokój Czterech Pór Roku
» Pokój Śmiechu
» Pokój Zakochanych

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Death City :: Akademiki :: Akademik męski-