IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Pokój nr 8

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Pokój nr 8   Sob Lut 21, 2015 6:00 pm

Pokój numer osiem mieści się na parterze, w lewym skrzydle budynku akademika męskiego. Należy on do jednych z niewielu dwuosobowych pokoi. Po wejściu do środka ujrzymy dosyć przestronne pomieszczenie z dwoma dużymi, kwadratowymi oknami naprzeciwko drzwi. Przy tej samej ścianie stoją dwa jednoosobowe łóżka w odległości metra od siebie, a między nimi, do każdego, mały nocny stoliczek z szufladą i szafeczką na rzeczy. Pościel jest w pełni biała. W górnym prawym i lewym od wejścia kącie stoją osobne dla lokatorów biurka z szafką na schowanie książek oraz lampką, by nie świecić w nocy współlokatorowi w razie nocnych zajęć. W lewym dolnym kącie stoi duży kwiat yuka mierzący prawie metr pięćdziesiąt. Przy ścianie, na której są drzwi, z prawej strony stoi duża dwudrzwiowa szafa przedzielona na pół. Jedna część dla jednego zamieszkującego pokój. Z lewej strony zaś jest regał z półkami, na którym można umieścić książki czy inne wybrane rzeczy. Nad oknami są zawieszone niebieskie zasłony, by nikt nie mógł zaglądać do pomieszczenia. Ściany są barwy jasnego błękitu, a sufit jest biały. Podłoga to normalne panele. Wszystkie meble mają nieco ciemniejszy niż zwyczajny kolor drewna.

Lewe łóżko należy do: Ray

Prawe łóżko należy do: Gary Koi


Ostatnio zmieniony przez Ray dnia Pon Lip 06, 2015 3:20 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Sob Lut 21, 2015 6:18 pm

//Post ten będzie wyjątkowo długi, a nie wydarzy się w nim nic wartego uwagi. Jeżeli jednak chcesz dowiedzieć się coś na temat mojej postaci, jak wygląda jej myślenie, poglądy, to zapraszam. Dla niektórych to lanie wody, dla mnie jednak trochę rozważań, które lubię robić. No i jest to też próba napisania najdłuższego postu, ale nie będę na siłę się starał. To tyle, czytasz na własną odpowiedzialność.


Mimo, że pożegnanie z Rune było dosyć szybkie, a w sumie nie tak łatwe, bo wyjątkowo dobrze się spędzało czas Rayowi z nią, to było już za nim. Dosłownie. Wszedł do środka akademika męskiego, by móc otrzymać pokój, w którym to będzie żył na czas nauki. Ile dokładnie? Nie wiadomo. Wiele zależy od samych wrażeń chłopaka, gdyż zależnie od nich może tutaj zostać kilka dni albo kilka lat. Sporo do powiedzenia mają także pytania, które zebrały się w głowie czarnowłosego. Na razie na żadne nie uzyskał odpowiedzi, wszystkie były niewyjaśnione. Oczywiście Raymont miał już swoje poglądy na te tematy, lecz były to tylko jego założenia, tezy potwierdzone wymyślonymi argumentami. Wszystko to niestabilnie trzymało się kupy dając mu jakiś obraz Zawodówki Śmierci, który o dziwo pozostawał pozytywny. Dobrze wiedział dlaczego, lecz głupio mu było się przyznać przed własnym umysłem do tego. Niby najbardziej idiotyczną rzeczą jaką człowiek mógł zrobić było okłamywanie samego siebie, zatem Ray poprzestał na tym, że to wyjaśnienie pozostało gdzieś oddalone, a samo Shibusen wzbudziło w nim jakieś dobre zdanie. Niech tak na razie będzie.
Podszedł do recepcji wyciągając dłonie z kieszeni, by siedząca za ladą osoba nie uznała, że czarnooki odnosi się lekceważąco, z brakiem szacunku do niej. Uśmiechnął się lekko, dosłownie ledwo zauważalnie i przyjrzał ścianie, na której wisiało wiele kluczy na haczykach. Wiele było pustych, ale również dużo pozostało na swoim miejscu. To dawało jako-taki obraz ilu w rzeczywistości jest mieszkańców akademika. Zapewne można było również zostawiać je tutaj, gdy się gdzieś wychodziło, by ich nie zgubić podczas przykładowych ćwiczeń albo zadań.
- Witam, jestem nowym uczniem Shibusen i chciałem otrzymać pokój w akademiku. - powiedział spokojnie wyciągając wręczoną mu jakąś legitymację. Położył ją na ladzie i przesunął, by pracownik mógł ją odebrać. Później już postępował zgodnie z zaleceniami. Wyjaśniono mu regulamin, kazano się podpisać na jakiejś liście i kilka innych spraw. W końcu otrzymał to co chciał - klucz z wygrawerowanym na nim czarnym numerkiem "8". Dowiedział się również, że aktualnie będzie mieszkał sam, a ten pokój jako jeden z niewielu jest dwuosobowy.
- Idealnie. - pomyślał słysząc ową informację. Najlepiej było zamieszkać początkowo samemu, by jakoś się przyzwyczaić do tego miejsca, które już nie będzie tak ciche i spokojne jak jego dom. Później dołączy do niego jeden współlokator. Bardzo dobrze, będzie mógł się nauczyć życia wraz z innymi, nie oddzielnie, osobno. Gdyby miał w trójkę być w jednym pomieszczeniu, zapewne nie cieszyłby się. Mogłoby być głośno, chaotycznie. Nie lubił tego, zatem unikał takich sytuacji. Chwycił za klucz oglądając go chwilkę, by spojrzeć znów na osobę, która mu go wręczyła.
- Dziękuję. - odparł krótko i spojrzał na korytarze. Pokój numer osiem wskazywał na parter, w sumie nawet powiedziano mu, gdzie ma iść i zgodnie z tymi wskazówkami ruszył. Po drodze bawił się kluczem stukając nim o metalową zawieszkę również z numerem pokoju. W ten sposób wybijał sobie jakiś rytm, który w tym momencie był znany tylko jemu. Wymyślał go, zmieniał, łamał, starając się nawet w tak błahy sposób, tak prosty stworzyć coś ciekawego. Nie dla kogoś, dla siebie, aby kiedyś mógł coś zagrać i być z tego zadowolonym. A gdyby komuś się spodobało to jeszcze lepiej, byłoby to dla niego pochwałą.
Co do muzyki to był to dla niego temat rzeka. Nie miał jednoznacznego zdania. Z jednej strony uważał, że powinno się nią dzielić, tworzyć dla innych, ale czy wtedy byłaby ona czymś naszym? Cząstką nas? Tworzyć dla innych to sprostać ich oczekiwaniom, zaspokoić ich pragnienia, a wtedy naruszamy własną twórczość, bo powoli robimy coś "pod publikę". Z drugiej strony tworzenie dla własnego zadowolenia jest egoistyczne, słuchacz przestaje się liczyć jako odbiorca, a jedynie pozostaje pochwałą dla autora. Dużo bardziej wolał opinię, że muzyka powinna być czymś naszym, tworzonym z siebie, ale upublicznianym, gdyż gdzieś na świecie może znaleźć się grupa ludzi, którzy są podobni i te dźwięki trafią do nich. Jednak takie dzielenie się utworami jest jak otwieranie własnej duszy na innych, a to niebezpieczne. Krytyka jest czymś normalnym, ale w takich przypadkach to jak obelga dla nas, o ile jest to krytykowanie utworu za jego tematykę, styl, a nie techniczne sprawy - tutaj trzeba się szkolić. Niestety taka otwartość nie była mocną stroną Raya, dużo bardziej wolał zostawiać wszystko w sobie, nie potrzebował wsparcia psychicznego innych nigdy, nie potrzebował ich pomocy emocjonalnej, dlatego i własną muzyką się nie dzielił. Oczywiście grał często przed publicznością, gdy go o to poproszono albo wymagano od niego, lecz nigdy własnych utworów, zawsze były to czyjeś. Praktycznie nikt nie wiedział, że sam tworzy coś, zatem próśb o to nie usłyszał wielokrotnie. Tylko od Catherine usłyszał, że chciałaby wysłuchać czegoś jego własnego. Długo się wahał, a akurat siedział przy pianinie. Nacisnął kilka klawiszy tworząc pierwsze dźwięki, lecz urwał je mówiąc: "Jeszcze nie". W rzeczywistości chyba nigdy nie będzie do końca gotowy na taką chwilę, to dla niego zbyt osobiste. To więcej niż opowiedzenie historii. To jak opowiedzenie uczuć, emocji, historii, przeżyć, przemyśleń, nastrojów i duszy. To jak odkrycie wszystkiego co ukrywał pod szatą ciszy.
Z przemyśleń wyrwał go dopiero widok cyfry osiem na drzwiach jednego z wielu pokoi w akademiku. Obrócił w dłoni klucz i włożył go do zamka przekręcając, a następnie słysząc jak zapadka przesuwa blokadę pozwalając mu wejść. Wyciągnął kluczyk i schował do swojej kieszeni, by chwycić za klamkę i wejść do środka. Jego oczom ukazał się całkiem przestronny, dobrze oświetlony pokój dzięki dwóm dużym oknom naprzeciwko wejścia. Wystrój i wyposażenie było minimalne, lecz nic więcej w sumie nie potrzebował oprócz rzeczy do swoich hobby. Wszystkiego jednak mieć nie mógł. Zamknął za sobą drzwi i spokojnym krokiem przeszedł się po pokoju rozglądając. Natychmiastowo wybrał sobie lewe łóżko jako własne i podszedł do niego ściągając z ramion plecak, który ułożył na łóżku. Dając sobie chwilę odpoczynku usiadł na nim sprawdzając przy okazji miękkość. Ani za twardo, ani za miękko. Było dobrze. Pochylił się do tyłu opierając za sobą obie ręce i spojrzał na sufit wzdychając lekko. Czasami próbował się powstrzymać od tego, gdyż raz pewna dziewczyna widząc, że wzdycha powiedziała mu "Z każdym westchnięciem tracisz cząstkę szczęścia.", niby dawna błahostka, ale i tak jakoś czuł się winny robiąc to. Nie chciał utracić tego co miał. Nie wierzył w przesądy, a jednak ten jakoś na niego wpływał. Wyjątkowo delikatnie, ale jednak.
Chwilę tak siedział zanim postanowił coś zrobić. Podniósł się, rozpiął plecak i zaczął wypakowywać rzeczy. Głównie były to ubrania, zabrał ich minimum. Tyle ile mieściło się w plecaku, resztę miał zamiar dokupić na miejscu. Nie chciał targać za sobą waliz albo toreb wypchanych po brzegi ciuchami. To zbyteczne, niepotrzebny wysiłek. Powoli przenosił je do lewej strony szafy gdzie układał na półce, bądź wieszał je. Oprócz tego miał jeszcze dwie książki, które zabrał na drogę, ale ostatecznie nie przeczytał ani słowa, gdyż pogrążył się w muzyce. Odłożył je na odpowiednią półkę. Nie wiedział o czym są, wziął losowe z biblioteczki w jego domu, z regału na którym James umieścił same interesujące tytuły, do których lubił wracać jesiennymi wieczorami, przy szklaneczce Whiskey. Taki klimat nie pasował do Raya, ale to nie zmieniało, że lektury mogły być wciągające. Po zajęciach może za nie się zabierze. No i pozostały jeszcze inne rzeczy jak perfumy, szczoteczki do zębów, ręczniki, grzebienie, szampony, mydła oraz wiele innych przedmiotów wyjątkowo przydatnych. Gdy już wszystko rozpakował, plecak wcisnął do szafy, a następnie leniwie podszedł do łóżka siadając na nim i ściągając powoli buty. Trampki leżały obok, a on chwycił dłońmi za swoje ulubione czerwone słuchawki i nasunął je na uszy. Następnie wyciągnął lewą dłonią telefon z kieszeni po tej samej stronie i włączył odtwarzacz muzyki, z którego wybrał playlistę zatytułowaną "Jazz". Pierwsze dźwięki zaczęły się wydobywać ze słuchawek, a on położył się na łóżku kładąc sobie telefon na brzuchu, a prawą rękę podkładając pod głowę. Patrzył w sufit słuchając utworów, na które miał teraz ochotę. Relaksujące kawałki były teraz idealne. Pozwalały mu poukładać myśli, które teraz w chaosie, splątaniu tkwiły w jego głowie.
Spokojna muzyka na jego nowo poznane, nieopanowane emocje była niczym lek. Zawstydzenie, które czuł podczas przytulenia z Rennevy nie schodziło z jego psychiki. Już dawno rumieniec mu znikł, lecz wewnątrz myśli dalej czuł to uczucie, to i kilka innych jak zażenowanie sobą, dezorientacja oraz speszenie. O ile dwa ostatnie jakoś trzymał na wodzy, tak to pierwsze było całkowicie dzikie. Nie panował nad nim. Najpierw musiał dokładniej je zrozumieć, dlaczego ono występowało? Niby prosta sprawa, przytulas z uroczą dziewczyną to dla każdego pewnego rodzaju przeżycie, które może zawstydzić, ale czy tu tylko chodziło o jej wygląd? Z pewnością nie. Gdyby jakaś losowa kobieta to zrobiła to pewnie zdezorientowany przeczekałby sytuację, gdyż nie znał jej całkowicie. To, by oznaczało, że tak szybko ją polubił? Oczywiście to nic dziwnego, zaczął ją lubić od pierwszych wymienionych słów, ale to uczucie urosło. Jak wtedy mógł ją nazwać nowo poznaną, później znajomą, tak teraz myślał o niej jak o dobrej koleżance. A spędzili ze sobą tylko trochę czasu. To zaskakujące jak przełamała jego bariery i wdarła się swoją pogodą ducha oraz pozytywnym zwariowaniem. Nie wiedział o niej praktycznie nic, oprócz podstawowych informacji, ale jednak czuł jakąś więź. Była mu droga. Lewa dłoń powędrowała na lewą stronę żeber. Słuchając muzyki wystukiwał sobie o własne ciało rytm dalej pogrążając się w przemyśleniach, które zdawały się nie mieć końca, jak studnia bez dna.
Nigdy nie pomyślał, w przeszłości, że kiedyś wydarzy się coś takiego, co w ten sposób zmieni mu życie. Kto, by pomyślał, że jest Magiczną Bronią? Sam zapewne nie dowiedziałby się, gdyby nie "pomoc" tamtej trójki. Bezsilność i ból doprowadziły do ujawnienia się jego mocy, a gdy już James wytłumaczył mu czym jest i jak to podobno działa, to ruszyło dalej. Znał podstawową swoją formę - Katana, a później trzeba było pracować wyobraźnią formując samego siebie. Co jak co, ale w kwestiach kreatywnego myślenia to Ray praktycznie nie miał sobie równych, mimo że raczej cechował się łatwością z jaką mu to przychodziło, a nie wspaniałym talentem kreacyjnym. Zdołał jeszcze w domu zmienić całego siebie w broń, lecz nikt go nie dzierżył, nie wiedział jakie to uczucie, jak to jest, kiedy dwie dusze muszą się zsynchronizować. Mimo tego, że to zwyczajna czynność w Shibusen, dla niego pozostawała intymną, prywatną sprawą. W końcu w pewien sposób sprawdzali czy do siebie pasują. Robiąc to z mężczyzną osiągnąłby wynik, że mogliby się zaprzyjaźnić, a z kobietą? Że mogliby się zaprzyjaźnić i coś więcej? Dopiero teraz uświadamiał sobie powagę pytania, które zadał Rune. Nie mniej jednak jeszcze jakiś czas temu był spokojnym nastolatkiem wiodącym dosyć monotonne, aczkolwiek zadowalające życie, a teraz dołączył w poczet osobliwości uczęszczających do Zawodówki Śmierci w Death City. Zdawał sobie sprawę, że jego egzystencja się zmieni, będzie miał nadany cel i plan, ale wyobrażał to sobie jako nadal dosyć monotonne życie. Szkoła, akademik, szkoła, akademik, trening, ćwiczenia, szkoła, akademik i może gdzieś, gdzieś pomiędzy jakieś zadanie, gdyby jego poziom mocy był na wystarczającym, zadowalającym poziomie. Zapewne trochę minie zanim będzie gotów na takie przedsięwzięcia. W końcu wtedy ryzykowałby własnym życiem, coś czego nigdy nie robił jeszcze. Nie wiedział jakby zachował się w sytuacjach krytycznych, kiedy naciska na niego presja czasu, życia, towarzyszy. W dodatku doszedłby stres i świadomość własnych słabości bardziej, niż własnych umiejętności. Mógłby nawet spanikować, uciec w popłochu chociaż to raczej mało prawdopodobna reakcja. Pozostawał jednak tym, który zawsze zachowywał spokój, a zatem starałby się również zachować zimną krew.
Nadszedł czas na zastanowienie się nad tematem Władającej Rennevy. Mógł niby stwierdzić, że jest przychylna jego pomysłowi bo jej reakcja była raczej pozytywna, radosna, mimo to nie dała jasnej odpowiedzi. Ray mógł sobie spekulować. Cóż, na razie uznawał ją za "prawdopodobną Władającą", dlatego każdą inną propozycję zapewne zbywałby do czasu wyjaśnienia się sprawy. Postanowił dać jej czas przemyśleć to, może w kolejnych rozmowach samo się rozwiąże wszystko i będzie po problemie. A dlaczego on tak wyskoczył nagle z tą propozycją? Pewnym jest to, że nie chciałby rywalizować z Rune, dlatego w parze mogliby razem rywalizować przeciwko komuś. Drugim powodem mogłoby być to, że polubił ją i zdawała się wspaniałą osobą, z którą mógłby spędzać dużo czasu razem. Trzecim powodem jest jego spostrzeżenie, że białowłosa jest jak nieoszlifowany diament. Ma w sobie wiele emocji, które po odpowiednim ukierunkowaniu mogłyby pchnąć ją ku sukcesowi, zatem dobrze rokowała. Czwartym jest możliwość, że Ray nie chciał przeżywać drugi raz tego zawstydzenia, speszenia i wybrał akurat ją, gdyż powyższe powody były, a w dodatku nadarzyła sprzyjająca okazja. Mimo to, ta opcja pozostawała egoistyczna i wolał jej nie brać pod uwagę. Narodziło się nagle pytanie, czy on jest na to gotowy, by Rennevy nim władała? Jak wcześniej pojawiło się w jego myślach - to intymna i osobista sprawa zatem raczej musiałby się jakoś przygotować psychicznie do tego, by nie zniechęcały go przemiany w broń. A czego on oczekiwał od niej? Z pewnością nie szukał utalentowanych Władajacych, którzy byliby świetni w boju. Jego kryterium było zupełnie inne. Raymont szukał takiej osoby, która byłaby w stanie zachować świadomość misji, konsekwencji, celów, tego, że nie wszystko po ich stronie jest tak pozytywne i dźwigać to na barkach razem z nim. Białowłosa swoimi rozmyśleniami sprawiła, że Ray stwierdził, iż ta ma na uwadze, że będą niszczyć życia i to nie zawsze w pełni złe, nie zawsze strawione ciemnością, nie zawsze z własnej winy, nie zawsze z własnej woli. Niektórzy zostali zmuszeni do czynienia zła przez innych, niektórzy przez sytuacje bez innego wyjścia, a mimo to wszyscy pozostawali "czarni", a my - uczniowie Shibusen byliśmy "biali". Przecież świat nie miał tylko dwóch kolorów, każdy to wiedział, a mimo to wszyscy woleli używać metody, że ktoś jest albo zły, albo dobry - innego wyjścia nie ma. A to właśnie czarnowłosy starał się zachować neutralność, aby mieć trzeźwy umysł zdolny do pseudo-obiektywnej oceny sytuacji, ludzi i wszystkiego, co wymagałoby tego. To on był w odcieniach szarości, wyjątkowo jasnej, a może jednak był bielszy niż Ci wszyscy rzekomo "biali"? W końcu tamci mogli ślepo wykonywać misje, a on zastanawiał się nad tym, by nie zacząć czynić zła w imię dobra i krzyczeć, że to najczystsza forma dobroci.
W końcu uciął ten temat głośnym westchnięciem, po którym aż się uśmiechnął do siebie.
- Spory kawałek szczęścia straciłem teraz. - upomniał siebie o wspomnianym wierzeniu, które usłyszał od koleżanki. Postanowił chwilę odpocząć, uciszyć siłą swoje myśli, które już jakoś rozplątał tym czasem rozważań, który sobie sprezentował. Jego oczy w spokoju obserwowały sufit, a głowa pozostawała pusta. Mrugnięcia oddzielały kawałki czasu, a jego lewa dłoń już przestała wybijać rytm nie tylko z powodu wejścia w stan pełnego spoczynku, w słuchawkach pojawił się Free Jazz, który cechował się całkowitą swobodą dźwięków, a co za tym idzie - improwizacją. Rytmu nie było, melodii również, a jedynie saksofon, trąbka i perkusja, które grały dla siebie, przeciw sobie, tworząc niepowtarzalne, unikatowe kompozycje. Tak wsłuchany zaczął wolniej mrugać, ale to nie dlatego, że patrzył dłużej, a zwyczajnie miał zamknięte oczy na co raz dłuższy okres czasu, aż w końcu całkowicie je zamknął. Muzyka nie leciała jakoś głośno, była wyjątkowo cicho, by nie zagłuszać jego wcześniejszych myśli i teraz, dzięki niej usnął dając swojemu snu podkład muzyczny, który z pewnością przyczyni się do tego, co ujrzy.
Wyobraźnia Raya była potężna, a w snach pokazywała swoją moc jeszcze bardziej, wręcz chwaląc się tym co potrafi wytworzyć. Pierwsze dwa sny nie miały sensu, a raczej on był, lecz na tyle zagmatwany, że nie można było go właśnie tak nazwać. Pojawiały się postacie, których nie znał, a jego mózg tworzył im wizerunki i osobowości. Odwiedzał miejsca wygenerowane przez własny umysł i wykonywał rzeczy, o których nie miał pojęcia. W końcu jednak playlista muzyczna skończyła się, a sen jeszcze nie. Spowodowało to zaburzenie, które oddzieliło drugi sen tworząc trzeci. Akurat, jego świadomość senna była pośród tłumu ludzi w jakiejś katedrze. Ogromny budynek, większy niż Shibusen, zbudowany z wielkich bloków skalnych. Co on tam robił? Nie wiedział, lecz gdy Jazz się skończył cały sen obrócił się o 180 stopni. Mrugnął i ujrzał niespodziewany widok. Budowla była zniszczona, jedynie jakieś kolumny stały niesfornie, zmagając się z grawitacją, by ta ich nie obaliła. Chmury sunęły po niebie jak szalone, a szkarłatny księżyc zmieniał swoje formy. Raz był sierpem, raz półkolem, raz w pełni, raz w nowiu i tak dalej, i tak w kółko. Podłoże, które chwilę temu było piękną marmurową posadzą zostało rozorane odsłaniając czarną, mokrą glebę, która błyszczała z jakiegoś powodu. Po chwili okazało się, że jest taka z powodu ogromnych ilości krwi, które wsiąknęła. Zapach posoki był nie do zniesienia, a wilgoć jaką przyniosła mgła, w połączeniu z chłodem sprawiała, że na ciele pojawiała się gęsia skórka. Nagle okazało się, że w samym środku tego pola jest wbita Katana, a dokładniej sam Ray w formie broni, zaś wokół niego roiło się od błękitnych, niewinnych ludzkich dusz. Gdy ujrzał ten obraz wybudził go lęk. Nie poderwał się, nie krzyknął, lecz drgnął otwierając gwałtownie, szeroko swoje czarne oczy. Oddech miał niespokojny, a serce biło jak szalone, lecz wszystko wracało dosyć szybko do normy. Podniósł się powoli i zsunął słuchawki z uszu, telefon spadł na miękką pościel łóżka. Siedział tak chwilę uspokajając organizm. W końcu przetarł swoją twarz dłońmi jakby był zmęczony.
- Dosyć drastyczna i przerysowana wizja. - pomyślał wiedząc, że ten sen spowodowany był jego wcześniejszymi rozmyślaniami na temat słuszności Shibusenu. Był narzędziem, ale w śnie został ukazany jako główny winowajca. Dawno już nie miał koszmaru, a jeszcze dawniej takiego, który bazowałby na jego rzeczywistych obawach.
- Niech to pozostanie przestrogą jedynie. Nie dramatyzujmy. - sprostował swoje myśli i złapał za telefon sprawdzając godzinę. Spał prawie trzy godziny. Playlista miała utworów na trzy i pół godziny, doliczając czas, który spędził na rozmyślaniu to nic dziwnego, że się skończyła. Schował komórkę do lewej kieszeni i schylił się po swoje trampki, wsunął w nie stopy, a następnie zawiązał, lecz nie schodził z łóżka. Siedział tak sobie, gdy nagle wpadło mu coś do głowy.
- Niedługo ma urodziny... muszę jej kupić prezent. - stwierdził zdając sobie sprawę, że nie ma pojęcia co to mogłoby być. Wstążki, które nosiła znaczyły dla niej bardzo wiele, dlatego nie mógł kupić jej kolejnych. To byłby strzał w stopę, takiego prezentu pewnie często, by nie używała. Na ubraniach się nie znał, więc nie było sensu nawet próbować, a o jej zainteresowaniach nie wiedział nic. Musiał jednak kupić jakiś drobiazg, może coś co będzie jej przypominało o nim? Coś co symbolizuje jego, lecz byłoby dla niej. Tylko co to mogłoby być? Najłatwiej kojarzyłoby się go ze spokojem, jednak tego nie dało się oddać w prezencie. Drugą rzeczą z pewnością byłaby muzyka - tak, musiał coś powiązać z tym. Instrumentu raczej jej nie kupi, to prezent jak się wie, że ktoś chciałby coś takiego dostać, płytę z muzyką? To zbyt proste, zresztą nie znał jej gustu, a w ciemno nie będzie strzelał. Zagrałby coś jej? To prezent raczej ulotny, zresztą nie cenił swoich umiejętności na tyle, by je komuś prezentować. No i przecież wtedy musiałby skomponować coś dla niej, a tutaj nie miał gitar, skrzypiec, ani pianina. Pomysły niestety były, ale żaden nie pasował, nie było tego konkretnego. W końcu zdecydował się postawić na przypadek, może coś znajdzie w sklepach w Death City. Miasto wydawało się duże i możliwe, że ma wiele miejsc, w których mógłby znaleźć coś ciekawego. Lepiej zacząć poszukiwać już teraz, niż później na ostatnią chwilę wybierać. Szczególnie, że tego dnia miał jeszcze sporo czasu, a planów żadnych. Oprócz jakichś szkolnych zabaw czy rodzinnych wymian prezentami to nigdy nie kupował drugiej osobie podarku, musiał sobie jakoś poradzić, w końcu nie mógł jej zawieść nietrafionym podarunkiem. Trzeba było się postarać.
- Dlaczego nie zapytałem się o jej zainteresowania albo ulubione rzeczy? - w rzeczywistości, gdyby tego dokonał to teraz miałby o wiele łatwiej, jednak chyba ta wpadka z kolacją go wytrąciła z jakiegoś myślenia, jakiegokolwiek. Mógłby w sumie jutro zadzwonić i zapytać o taką sprawę w jakiś dyskretny sposób, ale podał dziewczynie numer, a sam jej nie wziął zatem musiał liczyć, że tej nie spłoszył i jeszcze kiedyś zadzwoni. Takie stwierdzenia bawiły go, to raczej jego można było zrazić do siebie, a nie odwrotnie, gdyż był zbyt bierny, a teraz? Teraz to on przejął inicjatywę. Pokiwał sobie głową na boki zaprzeczając.
- Nigdy więcej w takim stopniu. - upomniał siebie i wstał z łóżka wyciągając z kieszeni klucz do pokoju. Powolnym krokiem skierował się w stronę drzwi sprawdzając prawą dłonią czy z pewnością ma wszystko przy sobie co powinien mieć. Potwierdzając to wyszedł z pomieszczenia i zamknął drzwi na klucz, który znów powędrował do kieszeni. Nie zamierzał go zostawiać w recepcji, nie szedł na jakieś wyczyny, a jedynie po prezent, zatem raczej go nie zgubi. Jeszcze zanim wyszedł z tego lewego skrzydła budynku nasunął na uszy słuchawki, wziął telefon, na którym puścił wszystkie utwory ustawione na losowe wybieranie i schował komórkę, wciskając za nią do kieszeni dłonie. Zrobił kilka kroków i przystanął nagle w typowym chyba dla każdego zamyśleniu.
- Zamknąłem drzwi? - przymrużył oczy zastanawiając się kilka sekund, aż upewnił się, że to zrobił przypominając sobie cały proces od wstania z łóżka. Dopiero po tym spokojnie mógł opuścić akademik wyruszając na Death City w poszukiwaniu prezentu, odpowiedniego prezentu. A samo miasto było dla niego całkowicie nieznane dlatego miał małą nadzieję, że nie zgubi się i pozapomina drogi jak Rennevy, którą dane mu było spotkać i poznać. Z drugiej strony, w ten przypadkowy sposób mógł kogoś ciekawego poznać, mimo to nie miał ochoty na losowe spotkania losowych ludzi, nawet jeżeli trafił na tak uroczą duszyczkę jak białowłosa. Ray nadal pozostawał Rayem, nawet po takich wydarzeniach, nic się nie zmieniło.

z/t
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Sob Lip 04, 2015 7:38 pm

Po kilku dniach Gary otrzymał odpowiedź na temat pokoju. Dowiedziałem się z niego, że może wprowadzić się bez problemu. Idąc w stronę akademika zastanawiał się jaką osobą będzie jego współlokator. Po wejściu do akademiku Recepcjonistka zawołała do niego:
-O to znowu ty Gary. Idź do pokoju numer 8 i się rozpakuj. Tylko podejdź najpierw po kluczyk.
Zrobiłem jak kazała. Podszedł do recepcji wziął leżący na niej kluczyk i skierował się w stronę nowego pokoju. Otworzył go owym kluczykiem i wszedł do środka.
-Dzień dobry.
Cisz nikogo akurat nie było. Widać było, że ktoś tu mieszka. Gary bez dłuższego namysłu zaczął rozpakowywać swoje rzeczy do wolnej części szafy.

z/t


Ostatnio zmieniony przez Gary Koi dnia Czw Lip 09, 2015 8:32 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Czw Lip 09, 2015 1:18 am

//Jako, że Gary Koi prowadzi fabułę w innym miejscu, a tutaj nie dał z/t to sobie uprzejmie przyjmuję, że zwyczajnie nie ma go tutaj. Pssst! Jak to czytasz to dodaj z/t na końcu swojego postu w tym temacie. Bo bilokację masz... ^ ^"

Życie lubiło zaskakiwać, a w szczególności Raya. Raz dostaje morderczego szału, innym razem z nieba spadają mu wiedźmy, a jeszcze innym nagle zaczyna bredzić coś o świętach na stołówce w gronie nowych znajomych, by później zaciągnąć się jakimś zielonym dymem przez przypadek i zemdleć. Jak to się stało, że nie zauważył tego kolorowego obłoku? Sam nie wie, ale no... stało się, więc już jest po fakcie, nie ma co się głowić. Ostatecznie został uratowany przez Saszę, który jakimś cudem nie padł. Może rzeczywiście był z EAT? Dzielny, kruchy rycerz zdołał wynieść na zewnątrz Raya, a później już czarnowłosym zajęła się pielęgniarka, która stwierdziła szybko, że wbrew pozorom nic mu nie jest, chociaż gdyby leżał tam dłużej to byłoby nieciekawie. Raymont, jak to on - przyjął to ze spokojem, podziękował i wrócił do swojego życia. Jego wybawiciel znów raczej typowo dla siebie - przepadł w gąszczu życia, że Pan Walker ledwo zdążył mu powiedzieć "dziękuję" zanim ten przepadł. Ostatnio, a raczej odkąd czarnooki bohater trafił do Death City, to zaczął się czuć jak taki obojętny, suchy listek z drzewa, który jest targany na wszystkie strony przez wiatr i męczony, jednak on sam nie wykazuje żadnych działań, aby temu zapobiec. Z pokorą przyjmuje wszystko, a później wraca do spokojnego leżenia na ziemi zanim znów coś go nie porwie. Takie porównanie właśnie naszło na myśl świeżo obudzonemu Rayowi. Jego nowego współlokatora, którego nawet jeszcze nie zdążył widzieć na oczy, nie było.
- Życie towarzyskie. - stwierdził w myślach i przetarł oczy, aby później przeczesać czarną grzywkę palcami. Wrócił znów do swojego wyobrażenia siebie w tym mieście, aby stwierdzić, że w sumie ani trochę nie podoba mu się to co wymyślił. Wyglądało to jakby dawał sobą pomiatać, każdy robił z nim co chciał, a w gruncie rzeczy to jedynie wydarzenia sobie z niego drwiły. On jak słup stał w miejscu ze swoją racją i osobowością, chociaż czasami jego "racja" stawała się dosyć niepewna. Mniejsza, o rozmyślaniu czarnowłosego można prawić wiekami, gdyż mimo młodego wieku to mentalność miał starego filozofa, zatem nierzadko wpadał w głębokie rozważania, których końca nie było.
Zaspany zsunął się z łóżka, wziął telefon w rękę i sprawdził godzinę. Dziesiąta. Niezbyt to robiło różnicę czy jest dziesiąta, czy szósta, a może siedemnasta. Nic nie planował, miał wolne od szkoły z powodu tego zielonego gazu, mógł sobie spać i robić co chce i ile chce. Oczywiście na tyle, na ile pozwalały mu możliwości. Podszedł w końcu do szafy i ubrał się wyjątkowo prowizorycznie. Jak zwykle wybudzał się szybko, tak teraz oczy miał wciąż zaspane, podobnie też twarz. Wzrok był zamglony, więc nawet nie zwrócił uwagę, że założył koszulkę na lewą stronę (była jednolicie czarna, więc różnicy to nie robiło), a krótkie spodenki miały wyciągnięte na zewnątrz kieszenie. Zabrał swoje przybory i poszedł się umyć. Biorąc prysznic zauważył, że pewne przyzwyczajenia z czasów mieszkania jeszcze z biologiczną rodziną, zostały w nim. Mimo możliwości wykorzystania ciepłej wody, on używał zawsze zimnej. Gorącej kąpieli ostatnio zażył w aktualnym swoim domu, kiedy mu niekiedy przygotowywano wannę wypełnioną niemalże wrzątkiem. Wolał jednak zimno, gdyż gotować się nie chciał. Zresztą jak mówiła pewna sąsiadka - zimna woda zdrowia doda. Jakkolwiek nie było to absurdalne powiedzenie, tak wystarczało jako argument, by nie korzystać z ciepłej.
Po porannej toalecie od razu poczuł się znacznie lepiej. Wysuszył się, wyczesał, przebrał w normalne ciuchy i położył na łóżku. Nie zamierzał tego dnia nigdzie wychodzić. Założył ręce za głowę i patrzył w sufit. Jak zwykle miał wiele myśli, tak dzisiaj było ich bardzo wiele, a dawał im się uwieść wyjątkowo łatwo. Nawet nie zwrócił uwagi kiedy temat przepływał z jednego końca na drugi. W końcu przypomniał sobie o śnie, w którym pojawiła się pewna postać. Wyglądała na tyle intrygująco, że Ray postanowił podnieść się, wziąć swój notes oraz czarny długopis, a następnie zacząć ją rysować. Pamiętał ją, a wyobraźnia pozwalała mu przyjrzeć się dokładniej, więc szybko zaczął szkicować popiersie. To co narysował przedstawiało mężczyznę, młodego o czarnych (bo jakich innych jak miał czarny długopis), dłuższych włosach. Miał szeroki uśmiech, lecz zaszyte usta, zaś jego oczy zdawały się być duże, jakby szeroko otwarte, a jednak zaszyte również. Na czole miał trzecie oko, ułożone pionowo ze źrenicą przypominającą łzę albo kroplę. Rysunek jak zwykle był dosyć niedbały, bo Ray nigdy nie zamierzał pokazywać swoich bazgrołów nikomu. Notesik był jego sanktuarium, w którym przechowywał obrazy interesujące go, ale nie splamione próbami dodania temu jakiejś nutki artyzmu. Zwyczajnie surowe, tak jak je widział. Bez dodawania sztuki rysunku. Zajęcie się skończyło, a on wrócił do leżenia na łóżku i gapienia się w sufit dając się ponieść kolejnemu prądowi myśli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Czw Lip 09, 2015 10:39 am

Szkoła została zaatakowana, a ona ma siedzieć w swoim pokoju, ewentualnie ostrożnie włóczyć po mieście. Tak całą sytuację zrozumiała, a dalsze informacje do życia jej potrzebne nie były. Właściwie to nawet ich unikała, tak jak całego zamieszania. Zatem nasza urocza pierdółka na zmianę robiła dwie rzeczy: chodziła po pokoju lub chodziła po mieście. O ile w tym pierwszym szybko traciła zainteresowanie ciągle tymi samymi czynnościami, to o tyle po pewnym czasie zbrzydło jej chodzenie do miasta. Pewnie zapytacie, że jak to. A tak to, że na zwiedzanie chodzić jakoś się jej nie chciało, w sklepach została już okrzyknięta stałą bywalczynią (bywalczynią, bo dość rzadko kupowała, jednak chętnie rozmawiała z kasjerkami i właścicielkami, jeśli była taka okazja), a ile można zapychać się tym cudownym sernikiem z jednej cukierni? Musiała kontrolować swoje wydatki, bo pieniądze dostawała z Walii, od matki, czasem może od jej rodziny, choć niechętnie. Ona sama nie ma aż takich dobrych kontaktów z krewnymi swojej rodzicielki. Chociaż to taka nienawiść jednostronna - oni nie lubią jej, ale ona ich nie, wręcz przeciwnie. Szukała sposobu, aby ich przekonać do siebie. Póki co jej kuzynostwo okazywało jej jakiekolwiek współczucie, zwłaszcza ten kuzyn, pół Japończyk. Wsparciem była także dziewczyna z wymiany, z którą nie może się od swojego wyjazdu skontaktować. Dzwoni do matki niemal co wieczór, aż w końcu tematy się skończyły, bo nic nowego się nie działo. Ciekawe czy miała już dość jej telefonów, bo przy ostatnim długo trwała cisza, której obie nie potrafiły przerwać. Nie zdziwiłaby się, gdyby dzisiaj rozłączyłaby się w połowie zdania, a potem powie, że po prostu za dużo na telefon wydały. Na, zrozumiałaby to. W końcu zna swoją matkę i wie, jak czasem niechętnie przekłada coś nad własną córkę. A potem mówi, że to dla jej dobra. Nie ma tego za złe, nie. Właściwie jest jej wdzięczna. Po ciągle powtarzających wydarzeniach w domu oczekiwała kiedyś tego bruku. Tego wykopania. Jednak nigdy się go nie doczekała. Nie została okrzyknięta jakimś, kurde, "przeklętym dzieckiem" i nie została oddana do izolatki. Bo tak by pewnie zrobiła połowa jej obecnej rodziny.
No, to kto wie co naszej pannie dolega? Hm? Na pewno nie przeziębienie, mogę was o tym zapewnić. Objawy są dość mylące, ale myślę, że jednak dadzą państwo sobie radę. Hm? Pan pod ścianą wie? Wie, wie. Tak, moi drodzy, naszej kochanej i pierdołowatej Rennevy doskwiera silna samotność. Niektórych może to dziwić, skoro ona sama nie lubi jakby tego samego momentu zapoznawania. Nim się zawsze najbardziej stresuje. Bo dopiero w tych pierwszych słowach wyrabia się opinia o drugiej osobie. Problem taki, że ona zawsze przedstawia się w ten sam sposób, a jak trzeba, to i tłumaczy. I jest ona różnie odbierana. Raz jest naprawdę zagubioną w sobie panienką, raz dość dziwną osóbką, a jeszcze raz... Zamaskowaną żmiją. Tak, była już parę razy brana na starcie za podłą sucz, która chce wszystkie wrobić, a potem śmiać się prosto w twarz. Wizja naprawdę wymyślna, nie ma co. Tak bardzo, że aż nieprawda i to wręcz krzycząca, rzucająca się w oczy. Jednakże w tym momencie już nawet mogłaby uchodzić za taką wredną mendę, byleby z kimś porozmawiać, spotkać się. Normalny by zapytał: dlaczego więc po prostu tego nie zrobi? A nie zrobi, bo niezbyt ma jak. Z klasy kojarzy tylko parę osób, a w dobrych, wręcz wspaniałych stosunkach była tylko z jedną osobą.
Tak dawno go w sumie nie widziała...
Od ostatniego ich spotkania minęło w sumie całkiem sporo czasu. Przed wylotem do Hiszpanii widywała go na korytarzach, czasem mieli razem lekcje, chociaż z tym to różnie bywało. Potem ona miała ten katastrofalny pobyt w innym kraju, a od powrotu nawet na korytarzach go nie widywała. W podobnym czasie zaczęła się ta afera szkolna, zatem pewnie też musiał siedzieć w swoim pokoju. Westchnęła ciężko. Dlaczego musi dogadywać się tak dobrze tylko z jedną osobą? Chociaż taki układ jest lepszy od gromadki znajomych, którym właściwie nic nie powiesz. Podeszła do swojego biurka i wyjęła z szuflady odtwarzacz MP3, całkiem sprawny, i słuchawki, które zdecydowanie więcej przeżyły. Chociaż to trochę dziwne, skoro ich samych nigdy nie używała. Ale za to często się plątały... Wyjęła jeszcze klips i po włożeniu słuchawek do uszu przyczepiła kabelek do swojego kołnierzyka. Spojrzała na ekran urządzonka i uniosła brwi. Pojawiły się jakieś dziwne symbole, których za cholerę nie potrafiła rozszyfrować. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że ma parę piosenek w innych językach, w tym... Po japońsku. Kuzyn zgrał jej parę(dziesiąt) swoich ulubionych utworów, które, musiała przyznać, naprawdę się jej podobały. Nawet jeśli czasem język brzmiał dla niej śmiesznie, a ona sama go kaleczyła, kiedy próbowała podśpiewywać.
Działała, jak się okazało, jedna słuchawka. Drugą więc wyjęła, a muzykę podgłośniła nieco. Nie słuchała głośno, ale nie lubiła nic nie słyszeć. Rozbrzmiewało pianino, a zaraz po nim niski, kobiecy głos, który brzmiał niezwykle delikatnie. A potem doszły skrzypce, które prześliczne zgrywały się z całością. Szkoda, że było to w innym języku.
Rennevy ubrana była w koszulę z krótkim rękawem, niebieską z fioletową kratą. Była ona na nią nieco większa, aby nie rozjeżdżała się na jej biuście. Na biodrach wisiały czarne, także luźnawe spodnie, sięgające kolan. Na nogach miała niskie trampki, coś a'la vansy. A na prawej kostce obwiązany bandaż. Chociaż zdążyła już się wyleczyć, to ślad po obrączce kajdan nie chciał zejść. Tak więc póki co zakrywa go opatrunkiem. Większość siniaków i zarysowań już dawno zeszła, zostały może co po niektórych drobne strupki, które uparcie nie chciały zejść. Chociaż niektóre z nich rozdrapywała, dlatego może się ostały. Wzięła do ręki błękitną wstążkę i poszła do łazienki na korytarzu.
Leciał teraz energiczny, elektroniczny utwór, poprzedzony powolną melodią. Wokalistka miała dość kaczkowaty, lecz jednocześnie uroczy głos o androgynicznym brzmieniu. I także śpiewała po japońsku.
Stanęła przed lustrem i zaczęła bawić się swoimi włosami. Po prawej stronie odgarnęła włosy, zostawiając tylko grzywkę, i na wysokości swoich oczu zaczęła pleść warkocz, wplatając do niego przyniesioną przez siebie wstążkę. Komponowała się z jej włosami idealnie, choć musiała zrobić coś z drugą stroną. Sprawdziła kieszenie. Ha! Znalazła dwie wsuwki, które zaraz znalazły się po lewej stronie grzywki.
" Wiesz, że kogoś przynieśli? Jakiegoś chłopaka z NOT, podobno brał udział w całej tej aferze. Czekaj, nie pamiętam jego imienia... Coś chyba na R, bo czasem mamy razem lekcje."
Całe jej ciało nagle się spięło. Patrzyła się z przerażeniem na swoje odbicie, które z równym przerażeniem wgapiało się w nią. Oddech momentalnie jej przyspieszył. Wychyliła się zza drzwi łazienki i próbowała odszukać głosu, który właśnie usłyszała. Jednakże pewien impuls jej na to nie pozwolił. Wyszła z łazienki i całkiem normalnie opuściła swój akademik, by zaraz potem pobiec do drugiego. Weszła jak burza i dorwała się do lady recepcjonistki. Dyszała, trochę opierała się o drewniany blat i chciała sprawę jak najszybciej załatwić.
- Przepraszam panią bardzo, jednakże czy nie mogłaby pani powiedzieć mi, w którym pokoju rezyduje kolega Raymont Walker? Chciałabym się z nim widzieć, jednakże zapomniałam numeru. Byłabym wdzięczna.
TAK SIĘ ZAŁATWIA SPRAWY SZYBKO, NO. Szybko zaraz potem się przedstawiła (podała wszystkie imiona), a na końcu się ukłoniła i pognała do pokoju z numerkiem osiem. W sumie osiem to taka ładna liczba, symetryczna...
Akademik męski miał podobne ułożenie do damskiego, zatem odnalezienie tego pokoju nie było takie trudne. Trudnością było wymijanie ewentualnych przechodniów oraz przeproszenie w tym samym momencie. Niby prosta sprawa, ale dla Rune to było istne wyzwanie. Tak się zafiksowała, że nie zauważyła tuż przed nią otwierających się z impetem drzwi od pokoju siódmego. Przyrżnęła w nie z impetem, aż się drobny huk rozległ. Ramiona jej zadrżały, a ona sama zatoczyła się do tyłu, po czym osunęła się na kolana. Wydawała z siebie bliżej nieokreślone dźwięki, coś jak połączone jęki i szlochy. Zakryła ręką czoło, wstała u nieco chwiejnym krokiem dotarła do drzwi z numerem osiem. Naparła na klamkę, otwierając drzwi z impetem.
- Ray! - krzyknęła z lekką paniką.
Rozejrzała się po pomieszczeniu, aż w końcu natrafiła na niego, przez co ostro się zarumieniła. W końcu stała w jego drzwiach zadyszana, ze sluchawką w uchu, czerwonym czołem i łzami w oczach. Uśmiechnęła się przepraszająco, po czym zamknęła za sobą drzwi. W końcu była w jego pokoju, do jaśnie Pana.
- S... Słyszałam... Ż-że komuś c-coś... J-jakiś gaz... - jąkała się jak cholera. Zaraz potem się automatycznie zgięła w pół, przy okazji zdejmując słuchawkę i sprawdzając spleciony warkoczyk ze wstążką. - N-ajmocniej przepraszam za moją impertynencję! Chciałam sprawdzić, czy wszystko w porządku!
Nieco ugięła się jej lewa noga. Co jak co, ale mocno oberwała i nie powinna aż tak gwałtownie reagować, nie?

//Wstęp dzieje się u niej, ale nie chciałam pisać dwóch postów. Za błędy przepraszam i kolorki dodam przy pierwszym kontakcie z klawiaturą


Ostatnio zmieniony przez Rune dnia Pią Lip 10, 2015 8:36 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Pią Lip 10, 2015 3:58 am

Ray zupełnie nieświadomy przyszłej wizyty niespodziewanego gościa, leżał sobie spokojnie opierając głowę na prawej dłoni i wpatrując się w sufit. Rozmyślania wpadły na taki zaawansowany tryb, że aktualnie oglądanie sufitu było czymś czysto teoretycznym, gdyż w praktyce przed oczami miał zupełnie inny obraz. Pochłonęła go wyobraźnia i aktualnie przypominał sobie wydarzenia z książki, którą niedawno czytał podstawiając za głównego bohatera siebie, aby móc zweryfikować decyzje i wymyślić własną część historii. Aby nieco przybliżyć sytuację w jakiej się stawiał - był właśnie ubrany w czarne buty przypominające połączenie traperów wojskowych z glanami, czarne spodnie przytrzymywane paskiem ze srebrną klamrą. W nie wpasana była biała koszula, na której zaś znajdowała się czarna kamizelka. A to wszystko okrywał gruby, również czarny płaszcz do połowy łydki. Na głowie zaś miał kapelusz przypominający cylinder, a przy pasku sześciostrzałowy rewolwer oraz krótki, prosty miecz. Został wezwany do kolejnego "zlecenia", czyli tam gdzie wiara nie pomagała, on miał pomóc. Cel? Skoro demon nie może zostać wygnany z ciała, to trzeba zabić ciało razem z nim, aby nie wydostał się sam. Istota piekielna jednak była na tyle cwana, że z łatwością schwytała bohatera i poczęła zadawać mu pytania-zagadki, na które nie było odpowiedzi. Podsumowując - Ray zupełnie zatracił się w tym czy śni, czy sobie wyobraża.
Chwile mijały, zaś chłopak jak raz dał się pożreć wyobraźni, tak ta niezbyt chciała go wypluć. Działo się to do tego stopnia, że nawet nie usłyszał porządnego uderzenia w drzwi gdzieś zaraz obok jego pokoju. Normalnie też niezbyt zwróciłby na to uwagę, bo w końcu mieszkał w miejscu publicznym, a aktualnie był dzień. Już raz pomagał podnosić obaloną szafę, więc takie stuknięcie przy wielkiej, starej, masywnej, dwudrzwiowej szafie było niczym. Szczególnie, że mężczyźni nie byli jacyś zbytnio ostrożni z otoczeniem i co chwilę coś upadało, tłukło się i tak dalej. Jedynie Ray nie miał takich wyczynów, ale tylko z jednego powodu - niezbyt się poruszał po pokoju. No i jeszcze nie zdarzyło się, aby postanowił spróbować wspiąć się na szafę, aby zrobić komuś głupi żart. Szafę ze złamaną jedną nóżką, pod którą podstawiony był malutki klocuszek drewna. Przecież nie trudno sobie wyobrazić co może pójść nie tak.
Wystarczającym bodźcem wyrywającym z wizji siebie w alternatywnej historii było nagłe, dosyć gwałtowne otwarcie drzwi do jego pokoju. Oczy mrugnęły ściągając obraz pseudoegzorcysty Raya i narzucając znów sufit. Było to jak zmiana kanału w telewizji i zupełnie zdezorientowało biednego czarnowłosego, który obrócił głowę spoglądając szeroko otwartymi, aczkolwiek zupełnie beznamiętnymi oczyma na gościa. Jego twarz również nie wyrażała niczego. Nawet spokoju. Zupełny brak wyrazu, jakby zgubił go podczas tego nagłego, gwałtownego powrotu do rzeczywistości. Dwie sekundy popatrzył tak na Rune, a później podniósł się jakby robił brzuszki.
- Zasnąłem? - zapytał siebie w myślach. Scenariusz wpadającej nagle do jego pokoju Rennevy, która dodatkowo jest poobijana, zabandażowana i wymęczona, był jakoś równie mało realny dla niego jak pozostanie egzorcystą. No bo przecież ona nie wiedziała gdzie mieszka Raymont, ani nie miała raczej powodu, aby złożyć tak nagłą i gwałtowną wizytę.
- Z pewnością śpię. Musiałem się, aż tak zamyślić. Jak zwykle. - skwitował w umyśle wciąż wpatrując się w dziewczynę.
- Cześć. - postanowił się przywitać z senną iluzją Rune. Nawet w śnie starał się być kulturalny, przynajmniej dopóki nie wpadł na coś innego.
- Świadome śnienie, jak zwykle przypadkowo i niespodziewanie. - pomyślał, gdy okazało się, że to co chce robić rzeczywiście robi, a nie daje się prowadzić wyobraźni. Gdy Panna Nightwish mówiła, on wstał i zupełnie nie przejmując się jej słowami - które usłyszał, zapamiętał, ale nie kwapił się by odpowiadać w śnie - podszedł z równie pustym wzrokiem i mimiką. Zbliżył nieco swoją twarz do jej i zmrużył oczy przyglądając się zaczerwienieniu na czole dziewczyny.
- A to co? Mój sen przewiduje, że coś się stanie Rune? To jakiś znak? - zapytał sam siebie, aż w końcu wystawił obie dłonie przed siebie i ułożył je na policzkach Rennevy.
- Jakie gładziutkie. Wszystkie dziewczyny takie mają? Używają jakichś kremów czy to naturalne? - kolejne pytania bez odpowiedzi. Mając tak ułożone dłonie na jej twarzyczce, zaś swoją wykazując zupełny brak wyrazu wpatrywał się przez kilka sekund, aż w końcu złapał za nie palcami i zaczął bawić się nimi tak jak zazwyczaj robią to starsze, starsze babcie swoim ukochanym wnuczkom, których doprowadza to do furii.
- Ten sen jest jakoś bardziej realny w odczuciach niż wszystkie inne świadome sny, które miałem dotychczas. - postanowił powiedzieć do siebie, bo w sumie i tak śnił, więc nie musiał ukrywać myśli. W końcu puścił biedne pucułki Rune i podwinął prawy rękaw bluzy pod sam łokieć, a następnie z nadzieją, iż się nie pomylił chwycił za swoją skórę i ścisnął wykręcając ją lekko. Sztuczka prosta, bo w śnie jest symulowany dotyk, ale nigdy ból. Chociaż zdarzają się i takie przypadki, jednak jest to zbyt rzadkie, aby móc brać pod uwagę.
- Boli. - stwierdził ściągając brwi ze sobą i powoli uświadamiając sobie co zrobił. Oczy mu się szerzej otwarły i zrobił duży krok w tył. Ręce miał nisko, aczkolwiek dłonie były rozłożone jakby chciał nimi powiedzieć "ja nic nie zrobiłem i nie zamierzam". Na jego twarzy również pojawił się lekki rumieniec, ale bardzo delikatny, ledwo widoczny. W końcu był Rayem, a im dłużej przebywał z Rennevy, tym bardziej uczył się opanowania zawstydzenia, którego nigdy nie doznawał. Ogólnie uczył się bardzo wiele w kwestii emocji przy niej. Sama Rune zapewne nie była tego świadoma, że każde spotkanie z nią było dla Raymonta lekcją i treningiem zarazem. W sumie to od dawna zastanawiał się jak wypada, jaką ocenę by mu postawiła, bo niekiedy, a może nawet często zachowywał się w sposób, który wydawał mu się odpowiedni, ale nie miał zielonego pojęcia czy tak powinien postąpić. Zgadywał, strzelał. Ciekawe czy wyglądał jak próbujący naśladować człowieka robot, dla którego obce są pewne odruchy zupełnie naturalne ludziom. Jako przykład można wziąć przytulanie - zdarzało mu się, ale wyjątkowo rzadko z rodziną, ale z koleżankami? Chyba jakieś próbowały, ale Ray cenił sobie przestrzeń osobistą, więc oddalał się dając niby sugestię, że nie życzy sobie takiej bliskości. Co ciekawe z Rennevy zupełnie mu to nie przeszkadzało, ale możliwe, że najpierw była to kwestia zaskoczenia, a później... no, znali się już lepiej, więc mógł ją nosić na barku w trakcie zabawy, czy coś. Wracając - musiał się wytłumaczyć jakoś, że był niemalże w stu procentach przekonany, że to co widzi to nie rzeczywistość, a sen. To chyba pierwsza jego tak poważna wpadka. A starał się nie mylić, nie robić głupich gaf. Niestety, robotem nie był. Ulga, bo nigdy nim być nie chciał.
- T-to ja przepraszam. - aż się zająknął. Dodatkowo ukłonił się lekko chociaż zupełnie to nie był zwyczaj angielski. Rune japonką też nie była. Dlaczego tak zrobił? Podświadomość wie, że tak powinien? - Jakby to wytłumaczyć... byłem przekonany, że to sen. - powiedział prostując się i delikatnie uśmiechając. - Ale przyznam, że masz bardzo miłe w dotyku policzki. - dodał po chwili jakby dla rozluźnienia sytuacji, chociaż w gruncie rzeczy czuł potrzebę powiedzenia tego, bo serio - były cholernie milutkie. Ray w krainie nowych doznań.
Spojrzał na łóżko - było zaścielone, chociaż lekko pogniecione od jego leżenia. Nadawało się do siedzenia.
- Siadaj, odpocznij. - wydawało mu się, że właśnie odpoczynku potrzebowała Rennevy w tym momencie. Zabandażowana kostka, czerwona twarz i jeszcze czerwieńsze czoło oraz nierówny, łapczywy oddech.
- Biegła tutaj? - zapytał sam siebie w myślach i przy okazji przypominał sobie co mówiła dziewczyna wcześniej. Wiedział tyle, że coś o gazie. Chyba chodziło o ten zielony ze szkoły.
- Przestraszyła się go i tu przybiegła? To bez sensu. Gazu chyba już nie ma od jakiegoś czasu. Dowiedziała się, że zemdlałem? - w sumie nie miał pojęcia co sprawiło, że tak nagle pojawiła się tutaj w pośpiechu, bez zapowiedzi i jeszcze pewnie szukając pokoju.
- Zaczekaj sekundę. - powiedział zabierając z szafy malutki ręczniczek, a następnie wychodząc z pokoju w stronę łazienek. Zmoczył go dokładnie w lodowatej wodzie, a następnie wyżymał, aby z niego nie kapało. Wrócił do pokoju po wyjątkowo krótkiej chwili i podszedł znów do Rune. Już z naturalnym dla siebie spokojem przyłożył jej do czoła mokry ręcznik, aby trochę uśmierzyć ból oraz zredukować możliwego guza. Patrzył chwilę na prowizoryczny okład, aby jego wzrok skupił się na jej oczach - co również było dla niego wyjątkowo naturalne, gdyż cenił sobie kontakt wzrokowy.
- Nic Ci nie jest? Co z Twoim czołem? I nogą? Co Ci się stało? - zadał wiele pytań, co zupełnie nie było w jego stylu. Cóż, zmartwił się, bo widział już Rune w stanie psychicznie katastrofalnym, widział jak mdleje, ale z obrażeniami jeszcze nie. Dotychczas nic jej nie dolegało zbytnio i ze wszystkiego wychodziła bez szwanku, a teraz ma nagle rany. Zastanawiał się czy też ucierpiała w szkole, w tym zielonym dymie. Chociaż stwierdzenie "też" było zupełnie nie na miejscu. Rayowi nic nie dolegało, padł i zdrzemnął się, ale był zupełnie zdrowy i bez zarysowania, a Rennevy... Rennevy niestety jakieś obrażenia miała i zupełnie mu się to nie podobało. Czuł zatroskanie i pewną irytację zarazem. Pierwsze było wiadome, oczywiste, ale drugie - sam tego nie rozumiał. Wyjaśniając - zirytowanie nie było skierowane w stronę dziewczyny, a raczej jego samego. Czuł się jakby winny za to, ale za nic w świecie nie mógł zrozumieć dlaczego. Co było przyczyną? Przecież to nie jego wina, że Rune została ranna. A jednak coś krzyczało, że jego. Dziwił się, że ktoś tak stabilny psychicznie, umysłowo, tak poukładany czuł takie rozdarcie wewnątrz. Może nie było ogromne, ani nawet duże, jednak dla Raymonta zdawało się gigantyczne, bo nie pamiętał kiedy czuł coś podobnego. Pewnie w wieku kilku lat, czyli szmat czasu temu z perspektywy kogoś tak młodego. Siedem lat dla siedemnastolatka to jak wieki, a dla sześćdziesięciolatka raptem chwila, ułamek, który przeminął z mgnieniem oka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Pią Lip 10, 2015 11:15 am

Sny panny Rennevy należały z pewnością do tych niezwykłych. Dlaczego? Bowiem układały się w harmonijną całość. Zawsze. Wiecie, jakbyście oglądali starannie zaprojektowaną animację komputerową, w której animator właściwie bawi się z widzem, co chwila przenosząc akcję w inne miejsce i to zawsze w najmniej spodziewanym momencie. To było zupełnie jak wielka układanka z domino, która przekracza najśmielsze oczekiwania. Wiecie, tysiące kostek, które poukładane w fantazyjne wzory wyglądają jak magia. Tak chyba jest najtrafniej opisać sny naszej małej pierdółki. Bo jak inaczej można nazwać sekwencję obrazów, które postępują po sobie tak idealnie, że aż... bajecznie? Przypomniał się jej sen, kiedy to było coś z kolorami. Na jej głowie spoczywały zegary (nie pytajcie dlaczego, właśnie takie elementy są dla niej niezrozumiałe), które rytmicznie tykały, zwiastując kolejną zmianę scenerii. Czerwone gałęzie zamieniały się w niebieskie krople deszczu, które po zetknięciu z ziemią rodziły zielonkawe kwiaty. Najgorszy był kolor biały, bowiem wtedy pojawiały się wszędzie czaszki i to był chyba akurat powód jej pobudki. Ale były też takie, które sprawiały jej przyjemność. Bo wiadomo, niektóre sny są tak urocze, że aż żal się budzić. Tyle że potem zazwyczaj ich nie pamiętamy. W przypadku naszej panienki jest to niemal pewne, bo jej pamięć dość często pozostawiała wiele do życzenia. Inną sprawą były jej niezwykle realistyczne sny. Tak, zawsze miała do czynienia tylko z dwoma rodzajami snu - harmonijnym lub realistycznym. Podczas gdy te pierwsze zazwyczaj są przyjemne, te drugie niemal zawsze były dla niej udręką. Bo wiecie, raz to niby nieistniejąca scena z życia, a raz to odtworzenie wspomnienie. Po powrocie z Hiszpanii przez parę nocy nie potrafiła zmrużyć oka, bo bała się, że te same sceny pojawią się w jej śnie. Wybuchające motyle, Zamaskowany Mężczyzna, płonący budynek. Wiecie, że do tej pory ma dreszcze, jak widzi motyle? Teraz jest i tak lepiej, bo tuż po powrocie miała ochotę krzyczeć "nie zbliżać się, on zaraz wybuchnie!" Także postęp jest, ale w sumie o czym tu mowa? Sny panienki najwidoczniej odzwierciedlają jej stan taki ogólny, bo przez ostatnie parę nocy śniły się jej harmonijne sny, lecz zawsze była w nich sama. A zwykle psotny umysł podstawia nawet puste manekiny z twarzą kogoś znajomego. Jakieś tło. A ostatnio jest nic, pustka. To może w sumie dobrze, że usłyszała ten strzępek informacji? Że jednak ruszyła swoją dupencję i coś zrobiła? Jak wiadomo, Rune zwykle nie oponuje. Daje się ponieść falom. Dlatego jak uznała, że ma siedzieć w pokoju, to będzie siedzieć w pokoju, bo tak ma być i koniec. Dopiero teraz wyrwała się i przekroczyła linię, którą mogła spokojnie przekroczyć dawno temu.
A zatem wkroczyła bez jakiegokolwiek planu do pokoju chłopaka, uprzednio uderzając głową o otwierające się drzwi. I może jeszcze frytki do tego? Fajerwerki, że sobie bardziej czerepu nie obiła? Nie dość, że weszła z hukiem, to jeszcze w tak tragicznym wydaniu. Dobrze, że chociaż drzwi zamknęła. Była uradowana i dumna z siebie, że to zrobiła, chociaż jak zobaczyła minę Raya, to szybko żołądek wywinął fikołka, a jej w gardle zrobiło się sucho. Patrzył się na nią pustym wzrokiem. O Boże. Wkurzyłam go. Raczej tak z ludźmi się nie wita, chociaż cholera wie. Ale nie. Patrzy na mnie, ja patrzę na niego, musi chodzić o to, że tak weszłam bez pardonu. O jeżu. O jeżu. O JEŻU, ON TU IDZIEEEE! Na jej twarzyczkę wypłynął przepraszający uśmieszek, a i automatycznie postawiła krok w tył. Z niemałym przestrachem w oczkach nawiązała (z trudem, ale jednak) kontakt wzrokowy oraz patrzyła, jak to niewyspany (?) chłop zbliża się ku niej. Aż w końcu podszedł dość blisko. Zmrużył oczy. Automatycznie zakryła swoje czoło drugą ręką.
- Chaa... T-to nic takiego, s-serio...! O-obudziłam ci-cię? - powiedziała drżącym głosem, bo cała ta sytuacja całkowicie ją przerastała. Ludzie, co tu się dzieje? Jeszcze ten pusty wzrok i ewidentny brak reakcji. Macie pojęcie, jakie to straszne? Chciała cofnąć się bardziej, ale niestety przeszkodziły jej w tym drzwi. Przylgnęła do nich plecami, a zaraz potem poczuła dłonie Raya na swoich policzkach.
O. Mój. Boże. Panie i panowie, witamy w kiepskiej komedii. Wiecie, w takich scenach pan (w tym wypadku śniący na jawie pan Walker) patrzy się pełnym ognia spojrzeniem na damę swego serca (w tym wypadku drżącą ze strachu pannę Nightwish) i wręcz wymusza na niej skupienie uwagi na sobie. Ona, jako ta uwięziona, oczywiście patrzy się na facjatę oprawcy, nogi się pod nią uginają, ale ostatecznie poddaje się i daje ponieść swojemu partnerowi. On to widzi i wykorzystuje, bowiem zaczyna ją śl... ekhem, całować. Wiecie, trzyma ją za poliki, aby nie uciekła. Albo żeby sobie ułatwić dojście, che, che. Jeszcze by się głupia wyrwała i z podrywania nici. A POTEM RAZEM JEDZĄ ZUPĘ, CZUJECIE TO PAŃSTWO? Może taki chwyt działa w rzeczywistości, jednakże tutaj tak średnio przejdzie. No, nawet w ogóle nie przejdzie. Między innymi dlatego, że między tym dwojgiem nic a nic nie ma, a każde z nich wewnętrznie przeżywa teraz co innego? O ile Rennevy trzęsie się ze strachu i obmyśla plan ucieczki, o tyle Ray pewnie teraz zastanawiał się nad poziomem rzeczywistości snu. By zaraz potem przejść do najmniej przyjemnej dla naszej panienki części. Targał jej policzki. Kurde, co on, babcia? Fetyszysta? Wyciągał jej biedne poliki na różne strony, a zdezorientowana Rune kompletnie nie wiedziała co się dzieje i dlaczego się dzieje. Potem usłyszała uwagę o śnie. Wow, super, awansowała na senną zmorę. Ale to nadal nie tłumaczyło faktu, po jaką cholerę on to zrobił? Chciał upewnić się? Ale czego? Że ma boskie poliki pod każdym względem? Wystarczyło zapytać, stary. A może to jego wewnętrzne marzenie, tak podotykać kobiecych polików? Nie dowiemy się już, bowiem zdołał się zorientować, że to wcale nie jest sen.
Na uwagę o bólu Runci wyrwało się:
- No co ty nie powiesz - mruknęła cicho i rzuciła mu spojrzenie w stylu "to nie ty miałeś targane poliki, chłopie". Szybko jednak oblała się rumieńcem, a i patrzyła na niego z pewnym zakłopotaniem. Uśmiechnęła się (czy też może wykrzywiła twarz) w improwizowanym uśmiechu i zaśmiała się tak, jak się śmieją ludzie w opresji. Przeciąganie i wysoko. - P-pewnie cię ob-budziłam, to dl-latego... J-jeszcze raz prze-rzepraszam, że prze-eszkodziłam. - Delikatnie pochyliła głowę. Na słowa o jej polikach zareagowała dość... uroczo, bym powiedziała. Najpierw nieco bardziej rozszerzyła oczka, zamrugała parę razy, po czym spuściła główkę i próbowała schować w sobie uśmiech oraz dziwne uczucie. Co jak co, ale nie codziennie słyszy się o swoich miękkich polikach, okej?
- W-wszystko ze mną w-w porządku! S-serio! - odpowiedziała nagle i nieco głośniej. Już ruszała do drzwi, kiedy jakoś dziwnie ugięły się jej nogi. W efekcie zrobiła o wiele za duży krok niż chciała i prawie poleciała do przodu, lecz udało się jej w odpowiednim czasie odzyskać równowagę. Stała z rozłożonymi rękami i dość zakłopotanym wyrazem twarzy. Spuściła nieco głowę, wręcz ukryła w ramionach, by nie było widać jej zawstydzenia, które i tak objawiało się kontrastowym kolorem twarzy. Następnie powoli podeszła do łóżka. - J-jeśli mogę... - wydukała i powoli usiadła. I stwierdziła, że było... potulne. Znaczy, siedziało się jej dobrze. Póki on poszedł do łazienki, miała okazję nieco rozejrzeć się po pokoju. I musiała stwierdzić, że było dość... przestronnie? Pokój dwuosobowy, a wydawał się jej po prostu większy od jej, trzyosobowego. Być może wina architekta, dekoratora, kogokolwiek. Czuła się jednak dość nieswojo. Bo tym razem to ona była u niego w pokoju. O ile ona sama nie śniła, bo jemu już się to zdarzyło. Spojrzała na szafę. Ciekawe czy ma współlokatora już. Ja nadal jestem wiecznie sama. Chociaż taki stan rzeczy jest całkiem fajny, mogę bez ograniczeń uderzać łbem o konstrukcję łóżka...
Gdy Ray wrócił z okładem i przyłożył jej do czoła, na jej twarzy pojawiła się... ulga? No, tak jakby przyjemnie się jej zrobiło, nu. Miała lekko przymknięte oczka i bliżej nieokreślony wyraz twarzy. Tylko bez skojarzeń, normalna reakcja, okej? ŻADNYCH UNIESIEŃ, ZBOCZUCHY. Zaraz potem nawiązała kontakt wzrokowy z Rayem i została zalana pytaniami, których na początku nie zrozumiała. Patrzyła się na niego chwilę takim dość nieobecnym wzrokiem, z lekko otwartymi oczkami. Analizowała to, co właśnie usłyszała. Za dużo prostych pytań, panie Walker, za dużo prostych pytań. Zaraz potem chyba udało się jej odkodować słowa, bo do jej oczu wróciła... przytomność?
- Dzięk-kuję... A-ach... T-to nic takiego! Przed wejściem tutaj tak jakby... Ekhem, uderzyłam się w głowę... - Spojrzała w bok zakłopotana. - Nie zauważyłam otwierających się drzwi i przyrżnęłam w nie z całą siłą. Co do nogi... To nic takiego, naprawdę. Noszę bandaż tylko tak profilaktycznie - odpowiedziała z uśmiechem i na wzmiankę o swojej kostce delikatnie przechyliła głowę w bok.
Nastąpiła chwila ciszy. Takiej dość niezręcznej. Do główki naszej małej pierdółki wpadł pewien głupi pomysł, ale im bardziej o nim myślała, tym bardziej chciała go zrealizować. Wiecie, jak ona czasem na coś wpadnie, to zachowuje się jak dziecko. Wie, że nie powinna, że nie wypada, ale właśnie to w tym było najlepsze. I jeszcze bardziej chciała. Próbowała jednak odpędzić od siebie te myśli. Przez głowę przemknęło jej parę pytań. Czy on jest zły? Czy zareagowała zbyt pochopnie? A może tylko mu kłopotów narobiła? Co jeśli to była tylko głupia plotka? A co jeśli to nie był on? Gości z imieniem na "R" w Shibusen pewnie jest od cholery i to tylko w samym NOT, a ona pomyślała akurat o nim. Rune, przecież on nie był na tyle pierdołowaty, co ty. Ba, on w ogóle nie był pierdołowaty.
Czy na pewno chcesz, aby wdarł się do środka?
Złapała go nagle za nadgarstek i zdecydowanie pociągnęła, sama się prostując. W efekcie powinni mieć nosy od siebie oddalone o zaledwie centymetr, może mniej. Patrzyła prosto w jego oczy z nieznanym sobie zdecydowaniem, a jej brązowe ślepka wydawały się wręcz błyszczeć. Miała dość obojętny wyraz twarzy, który zaraz został zmieciony przez jej uśmiech. Uśmiech ekscytacji.
- Zagrajmy w coś.
Puściła jego rękę, przytrzymała swój okład, po czym opadła plecami na łóżko Raya. Zaśmiała się. Było to iście piękne zagranie. Uniosła go góry rękę z rozczapierzonymi palcami.
- Masz pięć pytań. Pytasz o co chcesz, a ja muszę odpowiedzieć szczerze. Możesz zapytać mnie o wszystko, co ci przyjdzie do głowy. Ja odpowiem na nie szczerze, zgodnie z prawdą. I nie mogę żadnego pytania wyminąć, nieważne jakie by ono było. Jeśli mi się uda, będziesz mógł wymyślić dla mnie karę. Tylko nie przesadzaj, dobra?
No i go wpuściła, głupia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Sob Lip 11, 2015 4:31 am

Czy naprawdę trzeba tłumaczyć dlaczego Ray uważając, że śni zachowywał się tak, a nie inaczej? To nie było oczywiste? Skoro nie, to już śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż jak raczej wiadomo - Raymont to mocno pogrążony w myślach młodzieniec. Jego rozważania zupełnie żyją własnym życiem i są na tematy losowe. Ogólnie jego umysł jest dosyć losowy w wymyślaniu i kojarzeniu. Nie trudno też się domyślić, że niekiedy wpada na pytanie "Ciekawe czy jej włosy są tak miękkie na jakie wyglądają" albo "Ten pierścionek jest ze srebra?". No i w rzeczywistym świecie raczej nie zdoła tego sprawdzić, bo po pierwsze - ceni sobie prywatność, a także ceni ją u innych, po drugie - po to jest w nim Ego, aby weryfikowało pragnienia Id. Można też wymieniać wiele innych powodów, ale no błagam... raczej to nie w jego stylu podejść i zacząć macać włosy. Sny są za to tak wspaniałym wytworem mózgu, że dają nam możliwości przekonania się o niektórych rzeczach bez ingerencji w prawdziwy świat. Zazwyczaj niestety jesteśmy wodzeni przez wyobraźnię, ale są również sny świadome, w których mamy kontrolę nad tym nierealnym światem. Raymont nigdy nie potrzebował ich, gdyż sama jego wyobraźnia świetnie się spisywała, lecz gdy już się wydarzały, to korzystał z możliwości. Sam nic nie majstrował w otoczeniu, nie zmieniał scenerii, ale badał tą, którą podał mu mózg. No i tym razem czarnowłosy chłopak był święcie przekonany, że Rune to również sen. A skoro nie ograniczały go żadne moralne prawa świata realnego, to mógł sobie pozwolić posprawdzać niektóre rzeczy. Celem przypadkowo stały się policzki, całe szczęście policzki. Sen odtwarzał tylko zlepki wspomnień, wyobrażeń, pamięci, więc Ray nie mógł się dowiedzieć o czymś, czego nie wiedział, a nigdy policzków Rennevy nie dotykał, a więc jedynie mógł sobie jakoś je wyobrażać. Cóż, twierdził, że z pewnością są gładkie, ale po dotknięciu okazały się zaskakująco miłe. Bardziej niż oczekiwał. Zaskoczenie zdradzało, że jednak nie mógł być to sen. No, i w taki sposób jego zachowanie zostało wytłumaczone.
Jakie to szczęście, że obiektem macanym były policzki, a nie usta. O tym akurat nikt nie wie, ale cóż... Raymont bardzo lubi kobiece usta. Znaczy... bardzo mu się podobają, bo dotykać to bardzo rzadko, a raczej - prawie nigdy. Jednak był na tyle wkręcony w temat, że mógł po wyglądzie określić jakie byłyby w dotyku. Tutaj wyobraźnia wytworzyłaby raczej mało zaskakujący wyraz dotyku warg Panny Nightwish. No i w ten sposób Pan Walker nie odróżniłby snu od rzeczywistości, a wtedy mógłby zamiast dotknąć palcami... no, no właśnie. Oczywiście taki scenariusz jest wyjątkowo mało prawdopodobny, bo Ray zboczeńcem nie był i nawet jeżeli w śnie, to taki czyn byłby dla niego dosyć hańbiący wizerunek osoby, którą lubi. Nie mógł jej tego zrobić nawet we śnie. Czułby się z tym strasznie. Na nieszczęście ciało kobiet ma coś więcej niż policzki i usta. Ale nie ma co się rozpisywać na ten temat - do niczego raczej by nie doszło, a z pewnością nie doszło teraz.
Rune twierdziła, że obudziła młodzieńca, a on sam uważał, że zasnął. To dało do myślenia chłopakowi, że może Rennevy robi takie dziwne rzeczy zaspana, skoro tłumaczy to w ten sposób? On nawet zaspany nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Ważna uwaga - należy się strzec zaspanej Władającej. Nie chciałby mieć potarganych policzków.
Wszelkie zapewnienia co do stanu zdrowia dziewczyny były jakieś takie... mało przekonujące. To ciągłe powtarzanie "to nic takiego" z nerwowym tonem, jąkaniem się i krzywą minką jakoś do najbardziej wiarygodnych nie należało. Ray jednak nie naciskał, bo skoro tak usilnie starała się ukryć swój stan, to znaczy, że zależało jej na tym. No i nie należy być wścibskim, nawet jeżeli martwimy się. Szczególnie podejrzany był "profilaktyczny bandaż". To była profilaktyka przed czym? Jakieś nowe metody medyczne? Jak się nosi bandaże na zdrowym ciele, to później nie otrzymuje się tam ran? Jedyne co mógł zrobić na to Raymont, to westchnąć.
Ah, oczywiście czarnowłosy zupełnie zignorował reakcję Rune na komplement o jej policzkach. Dla niego taka reakcja była niezrozumiała. Znaczy, może to wynikało samo z siebie, ale skoro ktoś chwalił coś związanego z nami, to powinno czuć się dumę, a nie zakłopotanie. Radość, że jest powód, a nie skrępowanie. To wyglądało jakby ludzie chcieli przepraszać za swoje mocne strony, które zostały skomplementowane. No ale Ray był tylko Rayem, więc niezbyt znał się na takich sprawach. Miał własne zdanie, które niekiedy dosyć szeroko mijało się z rzeczywistością.
Oczywiście jak zwykle pogrążył się - tym razem w płytkich - myślach, aż nagle stało się coś dziwnego. Nagle został złapany za nadgarstek i pociągnięty w stronę dziewczyny. A kto ciągnął? No ona sama. Zdecydowany, śmiały ruch. Przez chwilę chłopak poczuł się jakby byli w sztuce teatralnej, ale z odwróconymi rolami. On był kruchą, słabą, wstydliwą oraz udającą niedostępną dziewczyną, a Ona była barczystym, zdecydowanym, władczym mężczyzną, który swoją dużą dłonią przygarniał niewinną, malutką pod swoje skrzydło i okładał gorącymi, soczystymi pocałunkami, zaś ta oddawała się jakby bez możliwości przeciwstawienia się. Ekhem, oczywiście wyobraźnia jak zwykle zagalopowała się, ale samo przyciągnięcie rzeczywiście nasuwało na myśl coś takiego.
Patrzył jej w oczy mając swoje lekko szerzej otwarte, zamrugał dwukrotnie, a w głowie zapętlone słowa.
- Nie patrz się na usta, nie patrz się na usta, nie patrz się na usta. - i jakoś dawał radę powstrzymać się. Żałował tego, bo rzadko kiedy ma okazję na oglądanie ich z takiej odległości, ale no... nie wypadało. Ogólnie w jego zamiłowaniu do kobiecych ust nie było niczego romantycznego, namiętnego, miłosnego, ani innego. Tak jak niektórzy uwielbiają patrzeć w gwiazdy albo na małe kotki, tak on lubił na usta. Zwyczajna dla niego rzecz, która sprawiała przyjemność. Nie pragnął z nimi robić niczego co zazwyczaj ludzie robią z ustami osoby, która im się podoba.
Nagłe słowa Rennevy chwilowo zdziwiły go, lecz sekundę później to odczucie znikło. W końcu miał do czynienia z Rune, a ona już wyskakiwała nie raz i nie dwa z dziwnymi, nagłymi pomysłami albo stwierdzeniami. Przykładem może być Ryba-Piła. "Zagrajmy" jednak jakoś źle mu się kojarzyło. Wspominały mu się sytuacje kiedy jacyś ludzie chcieli zabawić się kosztem innych i swój plan nazywali grą. "Zagrajmy, jak powiesz nam gdzie on jest, to puścimy Cię całego, a jeżeli nie...". Zabawa przednia, ale jednostronna. W tym przypadku również było jakoś podejrzanie. Ray podniósł się i usiadł obok dziewczyny, którą widocznie bawiła wizja odpowiadania na jego pytania, ale gdzieś tutaj musiał być haczyk. Ona powie wszystko zgodnie z prawdą, a jeżeli nie to kara, zaś czym on płaci?
- A co ja muszę zrobić? Jaki jest haczyk? - zapytał z lekkim uśmiechem, bo w gruncie rzeczy lubił psychologiczne igraszki. - Nie licz tego do puli pytań. - dodał po chwili, aby nie dać się zagiąć na samym początku.
- Pięć pytań o wszystko. To przerażające, nigdy bym się nie zgodził na coś takiego. - stwierdził w myślach. Opowiadanie o pewnych rzeczach było dla niego niewyobrażalne. Niektóre wspomnienia były jego sanktuarium, do którego dostęp miał tylko on. Nie mógł ich zdradzać. Odarcie z tajemnic pozbawiłoby go cząstki jego samego. To nie byłby już Ray.
- O co powinienem zapytać? Nie powinienem wykorzystywać tej możliwości bardziej niż sam bym sobie tego nie życzył. Nie mogę być egoistyczny. Poprzez pytania jakie jej zadam może łatwo stwierdzić jakim jestem człowiekiem, co mnie interesuje, do czego przykładam największą wagę. Sprytne. Chociaż pewnie przesadzam. - czuł, że trochę zbyt zagłębia się w to. Może zwyczajnie to była rzeczywiście niewinna zabawa, a nie test. W takich sytuacjach jego umysł nazbyt analizował wszystko. Nie lubił dawać się podpuścić, złapać na psychologiczny trik. Starał się do tego nie dopuścić.
W końcu - jeżeli nie było w tym haczyka - postanowił zapytać, a raczej pomyśleć nad odpowiednim pytaniem. Na jej prośbę o nie przesadzanie zareagował energicznym kiwnięciem głową. To było dla niego oczywiste.
- Hmmm... - wydał z siebie odgłos zastanowienia spoglądając w sufit. Oparł ręce za siebie i wygiął się lekko do tyłu zamykając jedno oko. W końcu przekrzywił głowę spoglądając na leżącą Rune oraz uśmiechnął się. - Jaka stoi historia za Twoją raną na kostce? - Pierwsze z pięciu, jeszcze cztery. W sumie nie wiedział o co powinien pytać. Może Rennevy liczyła na trudne, osobiste pytania, aby mógł ją lepiej poznać, a on ostrożnie, wolał nie wnikać w tematy, o których sama mu nie powiedziała? Może powinien zapytać o rzeczy, które zastanawiały go w niej? Ale jak wybadać bezpieczny grunt, jak stwierdzić, że pytanie nie zrani, nie rozdrapie jakiejś rany. Wolał nie ryzykować, przynajmniej jeszcze nie teraz. Chciał przekonać się jak działa ta "gra", a wtedy może coś więcej z tego wyciągnie. Cóż, interesowała go jej przeszłość, jak tutaj trafiła, jak żyła z rodziną, o co chodzi z tymi śmierciami w urodziny oraz... czy ona się go boi? Czy ma mu coś za złe? Te ostatnie dwa były egoistycznymi pytaniami, których nie chciał zadawać. Jedyne co mogły przynieść to albo poczucie winy, albo ulgę, a właśnie na to drugie liczył. Nie o to tutaj chodziło, nie mógł wykorzystywać tego dla własnych celów. Zapewnienie, że nie powinien przesadzić z pytaniami raczej niezbyt pomagało mu, bo skąd ma wiedzieć czy takie pytanie właśnie nie przechyli szali. Za błahą rzeczą może kryć się dosyć "przesadzona" historia, więc czuł się trochę jak na polu minowym. Oczywiście bez oznaczeń gdzie są miny.
W sumie to zabawne jak szybko atmosfera się zmieniła, a przynajmniej w odczuciu Raya. Najpierw dziwnie, niby zabawnie, później zakłopotanie, a teraz... teraz jakby poważnie. Na tyle poważnie, że mimo uśmiechu i względnej beztroski Rune, Raymont czuł się jakoś nieswojo. Byli już kilkukrotnie poważni, ale... nie w takim rodzaju, nie w ten sposób. Teraz było niepokojąco. Rennevy go niepokoiła, a raczej jej powód, aby pozwolić mu zapytać o pięć dowolnych rzeczy. To bardzo odważna decyzja i raczej nie wynikała "bez powodu" albo "dla zabawy". Przynajmniej tak twierdził chłopak, bo w sumie Panna Nightwish zaskakiwała go z sekundy na sekundę coraz bardziej. Sprawiała, że wiele się uczył, wiele poznawał, wiele odkrywał. Oczywistości stawały się nieoczywiste i na odwrót. Cóż, Rune zwyczajnie była nietypową osóbką, chociaż zapewne twierdziła, że jest zupełnie zwyczajna. Jednak tak naprawdę nikt nie jest zwyczajny. Każdy jest unikatowy, a "zwyczajność" to jedynie hasło propagandowe. "Nie bądź zwyczajny" - krzyczały niekiedy reklamy wciskając masom ten sam produkt, aby wyróżniali się swoją zakupioną, identyczną jak każdy inny unikatowością. Temat trochę zboczył z torów, ale cóż, to było kolejne przemyślenie Raya i to na temat Rune oraz innych. Teraz pozostawało mu zaczekać na odpowiedź, nie chciał zadawać wszystkich pytań na raz. I już wpadł na coś ciekawego, pewien chwyt, bardzo cwany, który kiedyś może mu się wyjątkowo przydać. Aż uśmiechnął się szerzej na samą myśl.
- As w rękawie. Plan awaryjny. Wyjście ewakuacyjne. - tworzył metafory tego, co zamierzał dopiero w niedługiej przyszłości przedstawić Rennevy. Raczej nie będzie zadowolona, ale też nie będzie skrzywdzona. W sumie to nawet lepiej dla ich obojga.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Sob Lip 11, 2015 12:15 pm

Czy zaspana Runcia może być niebezpieczna? Zależy co mamy na myśli przez „niebezpieczna”. Bo wiecie, zwykle wtedy jej wskaźnik pierdołowatości dość mocno podskakuje do góry, osiągając nawet stan krytyczny. Staje się ona wręcz nieprzewidywalna, taka tykająca bomba. Bo nigdy nie wiesz, czy przestrzeń nie zechce się nagle zagiąć i sprawić, że poleci na ciebie. Powiedziałabym, że taka zaspana Runcia to taka szansa dla świata, aby uzupełnić deficyt znęcania się. Wtedy jest naprawdę wspaniała okazja, a zaspana panienka jest idealnym celem, w który nietrudno trafić. Ale pocieszę jednym faktem – nie targa policzków wszystkim naokoło. To tylko Ray jest taki specjalny. Właściwie, to nigdy się jej nie zdarzyło pomylić rzeczywistości ze snem. Być może dlatego, że nie ma ona tak często tych realnych snów, a jak się już z takiego wybudzi, to jest w stanie określić, czy koniec tej mordęgi już nadszedł. Tak się jej przynajmniej wydawało, bo działało w trzech czwartych przypadków. Raczej potem nie lunatykuje. Jedyne, co miała poważniejszego, to tak realistyczne sny, że nie wiedziała, kiedy zasnęła. Kiedyś jej się śnił psychopatyczny Ray i to tak dość porządnie w głowę stuknięty, i nie pamiętała, w którym momencie zasnęła. Wydawało jej się, że dalej czyta książkę, a t nagle bum. I ucieka w opuszczonej szkole przez znajomą, ale nieznajomą mordką, która chce jej poderżnąć gardło. Jak miło. A potem ma wrażenie, że za drzwiami szafy czyha na nią wielkie zło. Przez co dostała już pewnych schiz. No, dobra, zwyczajów. Drzwi zawsze muszą być zamknięte, nawet najmniejsza dioda się świecić nie może, a gdy tylko usłyszy za sobą jakiś dźwięk, to się odwraca i sprawdza. Czasem przykrywa się kołdrą tak, aby zasłaniała jej szyję, bo tak. Nie wiesz, czy nie przyjdzie taki podrabiany Ray i nie spróbuje poderżnąć gardła. Co prawda taka obrona jest niemal żadna, ale przynajmniej ma jakąś satysfakcję z tego, że cokolwiek zrobiła, nie?
Jeśli o fetyszach już mowa, to Rune miała słabość do głosu. I do oczu, ale zdecydowanie bardziej do tego pierwszego. Uwielbia takie, które wywołują u niej ciarki na plecach, kiedy wypowiadają nawet takie słowa jak „bąbelki” czy „budyń”. A jak już mówimy o niskich, szepczących męskich głosach, to Runcia jest w siódmym niebie. Miała takiego znajomego (choć lepiej może powiedzieć natrętnego „dręczyciela”), który potrafił tak idealnie operować swoim głosem, że nasza panienka wewnętrznie się rozpływała, zapominając, jak bardzo nie lubi tej osoby. Jednak tego nie pomacasz, a jedynie zarumienisz na każdy najmniejszy dźwięk. Oczywiście stara się tego nie robić, bo wygląda to dość dziwnie, a poza tym nie musi się z tym obnosić. I się nie obnosi. Właściwie spaliłaby się ze wstydu, gdyby to wyznała. Dlatego też zawsze stara się siebie pilnować jak najlepiej może. Jeśli chodzi o oczy – tutaj sprawa jest bardziej złożona. Nie ma swojego ulubionego koloru oczu. Jak spojrzy, to wie, że się jej podobają. Nie wiedziała skąd to się bierze, ale jak na razie jej to nie przeszkadzało. I tak między nami powiem, że nawet-nawet podobają się jej ślepka Raya. No ale przecież mu tego nie powie. Co jak co, ale aż tak odważna nie jest. Ona zwykłego komplementu (no dobra, może trochę niezwykłego) o policzkach nie potrafi normalnie przyjąć, przez co prawienie takich w odpowiednim momencie jest dla niej troszkę kłopotliwe. Ona przebłysków nie miała za często, nie lubiła w taki sposób działać impulsywnie, bo potem cały czas ma to przed oczami i czuje, jak jej ze wstydu roztapiają się organy. I tak po dzisiejszym wybryku pewnie będzie miała wyrzuty sumienia, że to zrobiła. Że dała się ponieść chwili, że nie przemyślała tego.
O cholera. Co ja właśnie zrobiłam. Dlaczego to zrobiłam? Ale jestem głupia. Dlaczego złapałam go za nadgarstek? Nigdy nie potrzebowałam takiej uwagi, plus teraz wyszłam na jakąś, kurde, desperatkę czy coś. Nie wiem, nie wiem, nic nie wiem. Panikuję wewnętrznie, póki co chyba tego nie widać… Cholera, ręce mi się trzęsą, widać. I to jak bardzo. Słowa idą same, chociaż doskonale wiem, że miałam mu to zaproponować wcześniej czy później. No ale moment sobie wybrałam, nie ma co. Jak się położę, to chyba nie będzie widać tego, że się trzęsę, nie? Nie, na pewno będzie widać. Albo po prostu on to zauważy. Nie potrafię niczego ukrywać, powiedzmy szczerze. Potrafię tylko grać na zwłokę, bo wiem, że prędzej czy później będę musiała coś powiedzieć. Ciekawe, o co zapyta pierwszy. Nie, wróć, ja wiem, co będzie pierwsze. To aż zbyt oczywiste. Zacznie pewnie od tego, co właśnie w tym momencie go trapi, czyli o sprawę z moją kostką. Bo nie umiem niczego ukrywać, a zapewnianie, że wszystko jest okej, kiedy widać, że nie jest okej, jest co najmniej podejrzane. Tym bardziej przed nim.
Boję się. Boję się tych pytań. Boję się tego, jak na mnie spojrzy, kiedy wszystko z siebie wyrzucę. Kiedy powiem mu to, komu nigdy nie mówiłam. To takie świdrujące uczucie. Nie chcę go czuć. Wdech, wydech, wdech, wydech. Na pewno sobie zdaje sprawę z tego, że wypchnęłam go na pole minowe. Może nieświadomie mnie zapytać o coś, co jest dla mnie największym tabu. Czuję się, jakbym miała zaraz przedstawić mu wszystko o sobie – całą swoją przeszłość, zachowanie, sposób myślenia. To dobrze? Czy źle? Nie chcę go obarczać zbędną wiedzą. Nie chcę go niczym obarczać. Ale skoro nie potrafię powiedzieć, że kostka mnie boli, to jaki jest sens mojej ciągłej wiary… Nie, nieważne. Ja doskonale wiem, że jutro jest następnym dniem, następną stroną. Wcale nie muszę popełniać błędów z wczoraj, nie? Zresztą nie pokazałam wszystkiego, nie odkryłam swoich kart. W to chcę wierzyć. Ale pewnie wybrałam sobie najgorszą możliwą drogę do okazania zaufania. Czy bardzo zmieni to jego wizerunek mnie? Jego zdanie? Czy nadal będę dla niego tą samą „Rune”? Boję się tego, ale nie mogę przecież teraz zawrócić. On też nie zwrócił. Ale boję się. Naprawdę.

Zaśmiała się. Zrobiła krótką pauzę, niby na przemyślenie tego, chociaż doskonale znała odpowiedź.
- Żadnych haczyków. Jedynie zadajesz mi pytania. Licznik ustawiony, możesz strzelać.
Boję się.
Gdy usłyszała pierwsze pytanie, znowu się roześmiała. Było dokładnie tak, jak przeczuwała. Zerwała się do siadu i zgięła prawą nogę tak, że stopa opierała się o udo lewej. Zaczęła powoli odwijać bandaż. Robiła to z dziwną ostrożnością, jakby pod nim chowała jakieś łuski, bliznę czy szwy. A to tylko zwykły czerwony ślady. Właściwie już czerwonawy, wyglądał zdecydowanie lepiej od tego, co było tuż po powrocie i odkuciu z metalowej obrączki. Nie robiło to wrażenia. Każdy normalny pewnie by pomyślał, że dramatyzowała. Że zrobiła z jednej małej szramki jakąś niewyobrażalnie głęboką ranę. Boję się.
- Cóż, przekonywuj-ująca to ja nie jestem… – westchnęła, po czym spojrzała przelotnie na chłopaka. W jej oczach malowała się pewna niechęć. Chciała już mieć to za sobą. Nie tylko to pytanie, ale i całą farsę, którą wymyśliła. Wzięła głęboki oddech, po czym… zarzuciła nieco włosami, tak dla małego rozluźnienia atmosfery. – Byłam w Hiszpanii – powiedziała z lekką dumą, po czym uśmiech nieco jej zrzedł. Przed oczami w tempie błyskawicznym przewinęły się sceny, które tam się wydarzyły. Zaczęła bawić się własnymi rękami. Musiała je czymś zająć, bo powoli czuła, jak jej cierpną. Chciała jakoś zamaskować fakt, że się trzęsą. Tak więc albo uderzała pięścią o pięść, albo formowała różne figry, albo po prostu chowała je za siebie, przy okazji się podpierając. – Organizowany był pokaz. To było chyba zaćmienie. Gdzieś w Hiszpanii, nowe obserwatorium. Jakimś cudem udało mi się tam pojechać i wydawało mi się, że parę osób z naszej szkoły też by się znalazło. Wszystko zaczynało się normalnie. Zebraliśmy się w tym obserwatorium i czekaliśmy, aż w końcu ktoś raczy nas przyjąć. Pojawił się… gościu w masce. Nawet nie pamiętam, czy się przedstawiał. Chciał nam umilić czekanie na zmrok, więc zaproponował mały pokaz magiczny. Zgadnij, komu przypadła rola „ochotniczki”. – Przecięła palcami powietrze, formując i zaznaczając cudzysłów w swojej wypowiedzi. Jedną ręką podparła brodę, wbijając przy okazji własny łokieć w okolice kolana. Była pochylona, cały czas wędrowała wzrokiem. To na swoją kostkę, to na Raya. Zastanawiała się, czy jest w ogóle sens ukrywanie swojego lęku. – Faktycznie zaczęło się od pokazu. Sprawił, że byłam tylko nogami! Super, nie? A ja wszystko widziałam tak normalnie, także na początku nie rozumiałam, dlaczego niektórzy patrzą na mnie jak na kosmitę. Potem mnie odczarował i zaczął czarować złote motyle. Złote… motyle… – Zrobiła krótką pauzę. – W następnym momencie ludzie na widowni rzucili się sobie do gardeł. Dosłownie. Polała się krew, która po pewnym czasie wypełniła całą posadzkę czy co to tam było. Ów magik pchnął mnie na krzesło, a chwilę potem zorientowałam się, że zostałam przykuta do sceny. Miałam minutę na ucieczkę, bowiem okazało się, że złote motylki były tak naprawdę wybuchowymi złotymi motylkami, reagowały na dotyk. A takowy chciał mi usiąść na nosie. – Zmarszczyła nosek. Cóż, ciekawe, czy on wywnioskuje, że potem miała lekką schizę do motylków? Teraz jest nieco lepiej… - Całość potem potoczyła się strasznie szybko. Udało się mnie jakoś uratować, obserwatorium wybuchło, a ja jakoś doczołgałam się tutaj. Koniec. Tylko to cholerstwo nie chce zejść. Jakiś czas temu to było, jednak to nadal jest czerwone. Może sobie odparzyłam…?
Ręce dalej się jej trzęsły, chociaż w międzyczasie zobaczyła dziwny uśmiech Raya. Zaintrygowało ją to. Coś na nią szykował? Jakiegoś haka? Boję się. Nie chciała, aby tą całą grą rozwaliła ich znajomość. Zaczęła wewnętrznie panikować. Przygryzła nieco wargę, a słowa jakoś nieskładnie układały się w jeszcze bardziej nieskładne zdania. Czuła, że spieprzyła sprawę. Czuła, że wybrała najgorszą możliwą drogę na okazanie zaufania. Czuła, że powinna jakoś zareagować.
- Ray, posłuchaj. Z-znaczy… P-proszę, w-wysł-łuchaj… Nie ch-chcę cię niczym o-obarczać. Nie ch-chcę, aby nasz re-relacje ule-legły jakiejś zmia-anie. – powiedziała gwałtownie, z wyraźnym lękiem w głosie. Wzięła jednak oddech, aby powstrzymać chociaż na chwilę swoje jąkanie. – Domyślam się, ż-że pewnie nie rozumiesz tego, dlaczego tak nagle chcę w taki spo-posób powiedzieć coś o s-sobie. Cóż, ja też nie wiem. Nie wiem. N-nie rozumiem tego. A-ale dalej ch-chcę to zrobić. Z-zdążyłeś już przecież zauważyć, ż-że nie potrafię niczego ukryć. P-po prostu nie umiem. A t-tak to, to teraz mogę z siebie to wyrzucić, nie? Jednak n-nie chcę, aby t-to skrzywiło w jakikolwiek na-asze rozmo-owy, postrze-eganie siebie nawzajem. N-nie o to chodzi. Dla-atego nie będę mieć za złe, jeś-śli w którymk-ko-kolwiek momencie każesz mi wyjść. N-naprawdę.
Nie rozpłakała się, chociaż wewnętrznie już dawno leciał wodospad. W sumie nie wiedziała, czy teraz ma prawo się wycofać. Czy żałuje swoich słów? Trochę. Ale jednocześnie zrobiło się jej lżej, gdy to powiedziała. Myślała, że da radę chociaż tyle zrobić. A nawet z tym ma problem. Boję się. Czasem naprawdę ciężko jest powiedzieć, o czym ona myśli i co sobie wyobraża. Teraz ona chyba sama nie wiedziała, co robi. Zawsze była mierna w kontaktach z innymi, bardzo przejmowała się zdaniem innych, a teraz wygląda, jakby miała zaraz zejść. Ręce dawno przestały się trząść, jednak jakie ma to teraz znaczenie? Zaraz usłyszy albo następnie pytanie, albo polecenie, żeby wyszła. Innych opcji nie było. Chyba że jest, ale ona nie wie o niej. Ale raczej nie było. No niby co mogło być jej trzecią opcją?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Nie Lip 12, 2015 6:44 am

Wiadomość o braku haczyków w tej podejrzanej zabawie była zielonym światłem do pytań. Ray mógł spokojnie zadać testowe zapytanie, aby przekonać się w jakim stopniu Rune będzie odpowiadać. Specjalnie skonstruował tak pierwsze z nich, aby to historia była najważniejszym elementem, a nie co sprawiło, że jest ranna. W pierwszej opcji musiała opowiedzieć wszystko, a w drugiej mogła odpowiedzieć "kajdany" i tyle. A to sytuacja była dla Raymonta ważniejsza, to o nią mu chodziło. Chciał wiedzieć czy to tylko niewinne potknięcie się, a może ucieczka przed zagrożeniem i potknięcie się. Niby sposób zranienia ten sam, a jednak źródło, powód zupełnie inne. Zauważając, że wszystko działa jak chciał, postanowił zadać kolejne pytania, ale to później, bo gdy tylko dowiedział się o przeżyciu Rennevy ściągnął ze sobą brwi jakby czymś zirytowany. W gruncie rzeczy nie był, lecz w ten sposób wyrażał, że coś mu się nie podoba. Przynajmniej w tym przypadku.
- Słyszałem o tym. - stwierdził starając sobie przypomnieć pewną informację, którą przeczytał. Ogólnie jakoś głośno było o tym wydarzeniu w szkole i chodziły różne plotki, jednak on sam nigdy nie ufał takim źródłom informacji. Ba! Nawet unikał ich, więc nie wiedział więcej niż było zawarte w gazecie. Plotki tworzyły najgorsze pomyłki. W sumie o nim samym chodziło bardzo wiele zarówno w szkole jak i w miejscowości, którą zamieszkiwał. Cicha osobowość połączona z nieznaną zupełnie przeszłością była idealnym powodem do tworzenia bredni, które później były przekazywane dalej i dalej. Takie wyssane z palca historie niekiedy trafiały do samego Raya, gdyż niekiedy zdarzała się na tyle śmiała, bezczelna i odważna persona, iż zapytała "To prawda że..." i dalej można było wstawić cokolwiek nam przyjdzie na myśl. Przykład? "To prawda, że jesteś potworem i zabiłeś własnych rodziców?". Tak, to chyba najbardziej dotkliwa ze wszystkich. Pojawiła się zaraz po tym jak przez przypadek zmienił swoją rękę w ostrze. Źródło plotki oczywiście doskonale znał, gdyż oprócz rodziny wiedzieli o tym jedynie Ci, którzy sami doprowadzili do zmiany, a więc tamci chłopcy, którzy postanowili - kolokwialnie rzecz ujmując - wpieprzyć Rayowi.
- To wtedy zginęła ta uczennica. - powiedział tonem wskazującym, że połączył pewne znane mu fakty. Dopiero teraz dotarło coś do niego. Coś przerażającego. Dusza mu zadrżała, lecz twarz utrzymał spokojną. Nie musiała wiedzieć jak bardzo się zmartwił, chociaż co prawda po czasie.
- Przecież to mogła być Rune. Nie wiedziałem co się z nią dzieje od pewnego czasu. Nawet nie pomyślałem. Pieprzony ignorant. - starał się wywołać u siebie poczucie winy, bo gdyby nie nagła wizyta dziewczyny, to wciąż nie wiedziałby co z nią. A przecież była w samym środku tej masakry. To był chyba pierwszy raz kiedy Rayowi był wstyd za swoją cechę charakteru. Zawsze był zdania, że nie powinniśmy się wstydzić samych siebie, tacy jesteśmy i to nas tworzy, jednak teraz... teraz był innego zdania. Ignorancja od zawsze była w nim cechą, którą kochał i nienawidził jednocześnie. Ona sama zaś sprawiała, że ani jednym, ani drugim nie mógł się przejmować. To doprowadziło do tego, że twierdził, iż ona jest pewną klątwą, której nie da się zdjąć.
- A gdyby to była ona? Jakbym się dowiedział dopiero teraz? Cholera, co bym zrobił? Nie wiem gdzie mieszka, nie znam jej rodziny. Nie mógłbym się nawet zjawić na pogrzebie. Jakbym to zniósł? Przecież... przecież jesteśmy tak jakby partnerami. To akurat najmniej istotne. Jest mi dosyć bliska, lubię ją. Jestem Magiczną Bronią, to ja powinienem ją chronić. Ona nie może się narażać, nie może zginąć. Żałosne, sam omal jej raz nie zabiłem. Czy z pewnością zasługuję, aby być jej partnerem? A co jeżeli to we mnie tkwi? To co wtedy zmusiło mnie, nie... nie zmusiło, skusiło mnie, abym podniósł na nią ostrze. To przecież ja byłem, nie "to". "To" jedynie nakłoniło mnie, a ja się zgodziłem. Cholera... - cóż, rozmyślania na ten temat niczego nie ułatwiły, nie przyniosły odpowiedzi, a jedynie więcej pytań, wiele więcej pytań, a jeszcze więcej niepewności.
- Przepraszam. - powiedział półgłosem, ze skruchą. - Przepraszam, nie wiedziałem. Nawet nie zastanowiłem się nad tym. - nie bardzo wiedział czy Rennevy go zrozumie. Zapewne nie będzie wiedzieć za co przeprasza, jednak on dokładnie znał powód. Nie zainteresował się jej losem chociaż nie widział jej kawał czasu. Nie zainteresował się chociaż wiedział, że jakaś uczennica z NOT zginęła. Nie zrobił tego, nie zmartwił się.
- Wygląda na dosyć poważne obtarcie. Niektórzy mają wolniejszą regenerację, dlatego może dłużej schodzić. Mam nadzieję, że szybko zniknie. - powiedział z delikatnym uśmiechem spoglądając znów na kostkę dziewczyny.
- Musiało być poważnym obtarciem. Musiała z całych sił, z odbierającym dech w piersi strachem próbować się wyrwać. O krok o śmierci, po raz drugi. Inaczej nie goiłoby się aż tyle czasu. Biedna. - pomyślał lekko wzdychając. Nic nie mógł na to poradzić teraz, było za późno. Czas było zająć się przyszłością, bo ona była przed nimi. Wciąż mógł coś zrobić, aby więcej nie cierpiała.
Nastała chwila ciszy jednak nie takiej niezręcznej, a wymaganej. Niekiedy była potrzebna, aby móc ruszyć dalej. Moment, w którym słowa nie wystarczają. Raymont nie rozumiał dlaczego zapadła, jednak mina Rune zdradzała, że ona doskonale zna powód. Nie zakłócił jej, patrzył gdzieś w dal oparty wciąż rękoma za sobą. Tak było wygodnie. Nagle wszystko zostało zniszczone poprzez pierwsze dwa słowa Panny Nightwish, która dokładnie poprosiła o uwagę Raya. Ten spojrzał na nią i usiadł prosto. Czuł, że zbliżają się ciężkie słowa. Nie znał ich, lecz wyobraźnia już tworzyła najczarniejsze z czarnych scenariuszy. Takie bezpośrednie zwrócenie się do niego nie wróżyło niczego dobrego, od razu przestał lubić "Ray, posłuchaj". W końcu brązowooka nigdy nie zwracała się w ten sposób. To musiała być wyjątkowa sytuacja.
- Spieprzyłem. Już pierwsze pytanie i nastąpiłem na minę. Jednak to pytanie ją zraniło. A wydawało się niegroźne. - stwierdził, lecz następne słowa Rennevy odsunęły go od tej myśli. Wysłuchał jej i nawet jego oczy wskazywały na to, że jest zdziwiony, i to tak nieźle. Milczał kilka sekund patrząc na nią jakby w niedowierzaniu i omal nie parsknął śmiechem. Oczywiście nie chciał wyśmiać ją, tylko jej irracjonalne obawy. Westchnął głęboko jakby załamany czymś. Dał się ponieść impulsowi, niezbyt delikatnie objął ją ręką za głowę, a następnie pochylił się w jej stronę wtulając ją sobie w siebie.
- Głupia. - również niezbyt delikatnie stwierdził. Ogólnie Ray jakoś nie bardzo potrafił obchodzić się z kobietami. Zgadywanie i intuicja prowadziły go za rączkę, a on wolał się nie sprzeciwiać. Skoro lubili się, to znaczy, że całkiem nieźle mu szło. Mógł polegać na tym. Wracając - zaraz po tym słowie puścił ją i uśmiechnął się lekko do niej, a następnie wyłożył się na łóżku robiąc sobie z dłoni oparcie pod głową. - To ja się obawiałem takiej reakcji. - odparł spoglądając na nią, lecz chwilę później wrócił wzrokiem do sufitu. - Moja reakcja na tą zabawę była niezbyt entuzjastyczna, gdyż bałem się, że zadam niestosowne pytanie, takie które Cię urazi. Albo mnie postawi w świetle wścibskiego chama i nasza znajomość się zakończy. A tego nie chciałbym. Z Twojej strony raczej nie masz powodu do obaw. Może nie znamy się latami, ale przypadkiem udało nam się przeżyć razem różne dziwne sytuacje, w których wykazywaliśmy się własną osobowością. Znam Cię trochę i nawet niezbyt pochopnie mogę stwierdzić, że nieważne czego dowiedziałbym się o Tobie, to nadal jesteś tą samą Rune, którą poznałem. Którą doprowadziłem do płaczu i do śmiechu. Żaden fakt o Tobie nie sprawiłby, że zacząłbym Cię mniej lubić. Tak mi się wydaje. - zakończył swój wywód myślą o tym w jak kiczowate słowa ubrał to co chciał powiedzieć. Uhh, marnych pseudoromantycznych wyznań mu się zachciało. Jemu, człowiekowi, który z takimi sprawami ma mniej wspólnego niż z fizyką kwantową. - No chyba, że jesteś mężczyzną. Wtedy może jakoś mniej bym Cię lubił. - dodał po chwili z uśmiechem, lecz nie wrócił do niej wzrokiem. Patrzył sobie dalej w sufit, jakby taki nieobecny, bo podczas wcześniejszej wypowiedzi mocno tkwił w umyśle szukając odpowiednich słów. No i jak widać poszukiwacz z niego marny. Cóż, stało się. Powiedział. Taki już był.
- Pomyślmy nad drugim pytaniem... - szepnął bardziej do siebie niż do Rennevy, a następnie zmrużył oczy wytężając swoje szare komórki. Po tych oświadczeniach jakoś łatwiej mu się szukało odpowiednich zapytań, ale to owocowało tym, że nie mógł się zdecydować o co powinien zapytać. W końcu wybrał. Spojrzał jej w oczy i lekko zawahał się.
- Kruchy lód. - trzeba było spróbować. Może jednak nie zrani jej. W końcu to ona zaproponowała tą grę.
- Opowiesz mi o swojej rodzinie? - pojawiło się i drugie pytanie. Wyjątkowo ważne dla Raya, gdyż rodzina była dla niego bardzo cenna. Sam stracił swoją biologiczną, pierwszą i prawdziwą, lecz aktualna którą miał również była prawdziwa. Nie była w żadnym calu gorsza, chociaż nie była biologiczna. - Nie musisz odpowiadać jeżeli nie chcesz. Naprawdę. - dodał po chwili, bo wiedział jaki trud sprawiłoby jemu opowiedzenie o tym wszystkim. Nie lubił dzielić się takimi historiami z innymi, nawet bardzo bliskimi mu osobami. Raymont był osobą dosyć zamkniętą w sobie, a więc nawet przyjaciele nie mieli co liczyć na jakieś otwarcie się przed nimi. O pewnych rzeczach zwyczajnie wolał nie mówić. Nie było koniecznym obarczać innych swoimi problemami, dawnymi zmartwieniami. Dodatkowo to nie przez pryzmat przeszłości mają patrzeć na niego, a przez pryzmat tego jakim jest aktualnie człowiekiem. Nieważne co go uczyniło takim, grunt, że on sam wie o tym i nie zapomni. Reszcie było to zbędne. Z drugiej strony czuł, że niektórzy potrzebują takich informacji, takiego przejęcia części ciężkiej przeszłości. Czuli wtedy, że są potrzebni, że na nich polegamy, że łączy ich coś więcej z nami niż zwyczajna znajomość, że są kimś więcej. Po to też niby byli przyjaciele. Każdy z nich miał własne depresje, lecz dzięki nim inni mieli mniej swej. Ray tego nie rozumiał. Nigdy nie miał prawdziwych, bardzo bliskich przyjaciół. Nikomu nie zwierzał się, nigdy. Nikomu nie mówił o sobie. Nawet jak rozgadywał się, mówił dużo i zdawałoby się, że całkiem swobodnie i otwarcie się wypowiada, to w głowie bez ustanku był czujnik, aby nie wyjawić niczego prywatnego. Cały czas kontrolował siebie i swoje wypowiedzi. Niektórzy tak robią, bo boją się zranienia, że ktoś wykorzysta to przeciw nim, lecz nie Raymont. On zwyczajnie nie lubił tego, to powodowało u niego potężny dyskomfort. A przynajmniej tak mu się wydawało, bo nigdy nawet nie próbował. Tkwił w swoich przekonaniach, a jest dosyć upartą osóbką, więc żadne słowa nie przekonały go.
- Samemu byłoby mi trudno. - powiedział, aby dodać odwagi Rennevy do możliwego odwrotu. To była tylko gra, żadne rozkazy absolutne. Pytania Raya nie musiały otrzymywać odpowiedzi. To Rune kontrolowała tą zabawę i w każdej chwili mogła ją przerwać. Tylko czy chciała? Oczywiście, że nie. Jednocześnie - oczywiście, że tak. Nie trudno było wywnioskować ze słów i zachowania, iż pragnie ujawnić pewnie rzeczy, o których normalnie czarnowłosy by się nie dowiedział. Nigdy te sprawy nie wyszłyby w ich spontanicznej rozmowie, a teraz miały okazję. Była szansa poznania się bliżej. Oczywiście w tym samym momencie musiała się bać takiej otwartości. Pewnie nie chodziło o to, że dowie się czegoś przykrego, a raczej, iż staną się sobie zbyt bliscy. Wbrew pozorom nie każdy jest na to gotowy i nie każdy czuje się z tym komfortowo.
- Znajomość wkracza na kolejny poziom? - zapytał siebie retorycznie, gdyż oczywistym było, że po takich pytaniach będą sobie bliżsi, znacznie bliżsi. A przynajmniej Rennevy jemu, gdyż on nadal mógł być dla niej... odległy. Sam jednak nie odważyłby się na taką "grę". Jeżeli już ma się otworzyć, to niech to będzie spontanicznie. W taki sposób czułby się jakby sam łomem wyważał drzwi własnej duszy. Po czymś takim nie czułby się dobrze, chociaż kto wie - może poczułby ulgę? Coś musi być w tych wyznaniach skoro niektórzy ludzie tak chętnie opowiadają o swoich problemach. Może jednak to pomaga bardziej niż mu się wydawało. Może dzielenie się problemami miało sens? Cóż, próbować nie zamierzał jeszcze, ale zawsze mogło wyjść bez planowania, tak jak większość rzeczy, chociaż lubił mieć wiele spraw obmyślanych i gotowych do realizacji. Teraz jednak nie był przygotowany na cokolwiek. Zupełnie reagował w sposób - jak na niego - żywiołowy. Może jakimś wulkanem emocji nie był, co najwyżej nieaktywnym, lecz jego reakcje były w pełni naturalne, bo pewną blokadę, a raczej ukrywanie emocji miał już wrodzoną, wbudowaną w siebie. Nie mógł tego zmienić, mógł jedynie starać się być w tym skuteczniejszym lub mniej skutecznym. Wyłącznika nie dołączono w zestawie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Wto Lip 14, 2015 11:11 am

Pytanie Raya nie było dla niej w jakimkolwiek stopniu dziwne albo nieprzewidziane. Ona po prostu czuła, że ją o to zapyta, nawet prędzej czy później. Bo nie dało się tego nie widzieć. To było aż nazbyt oczywiste. W końcu to, w jaki sposób się wymigała od odpowiedzi, tylko nasilał chęć pytania. I musiała przyznać, że dość sprytnie to zrobił. Chociaż pewnie ona by i tak opowiedziała całą tę historię, nawet gdyby wprost zapytał o ranę, a nie o historię z nią związaną. To była kwestia wtedy tylko i wyłącznie tego, jak ona szczerze chce odpowiadać. A skoro zapytał ją tak, a nie inaczej, to tylko dodatkowo została przyparta do muru. Obserwowała trochę jego reakcje po jej słowach. Wyglądał na… nie wiedziała w sumie. Prawdopodobnie łączył fakty albo próbował sobie przypomnieć podobne wydarzenia. Albo czy w ogóle miało miejsce takie coś. Zawsze mogła ściemniać, nie? Zawsze mogła powiedzieć coś innego i opisać to jako „szczere”. Chociaż czy można było w ogóle podejrzewać ją o takie coś? Czy byłaby w stanie kiedykolwiek tak postąpić? Niby człowiek jest zdolny do rzeczy, o których się go nie podejrzewa, ale… Jaki byłby tego sens? Po co miałaby wykorzystywać jakąś historię albo wymyślać do przedstawienia jednej głupiej rany? Żeby wywołać u niego uczucie współczucia? I co jej po tym? Czułaby się tylko gorzej. Zresztą potem mogłyby się roznieść niechciane plotki, a te kiedyś zostałyby i tak rozpracowane. Zdemaskowane. A ona by wyszła na krętacza. Wiecie, ona z plotkami także miała trochę do czynienia. Między innymi dlatego, że w ciągu kilku lat powtarzał się pewien wypadek, a ona od razu padła pierwszą ofiarą podejrzeń. Gdybyście widzieli złość ciotki, kiedy musiała ją „pocieszać”. Kiedy musiała „składać kondolencje”. Najbliższa rodzina matki jej nienawidziła, bo tak. Bo to jej wina. Tylko kuzyni jakoś nie podzielali poglądów swojej matki. Ba, byli w świetnych kontaktach z Rune. W mieścince, w której mieszkała i się wychowywała, potem dziwnie na nią patrzyli, a nawet i szkoły trochę się jej… bały? Obawiały? Troszczyły się o nią? Cholera ich wie, może nic nie robiły, a jedynie naszej dziewczynie się wydawało, że coś jest nie tak. Nic dziwnego.
Ciarki przeszły po jej plecach. Spuściła na chwilę głowę, odwróciła wzrok. Było jej głupio. Głupio, bo… niezbyt pamiętała te zdarzenia. Teraz, jak o tym mówiła, widziała wszystko jednocześnie tak wyraźnie i jak przez mgłę. Skupiła się za bardzo na uratowaniu własnego życia, że nie potrafiła z pewnością powiedzieć, że zginęła uczennica? Czy też może tego nie widziała? Niby dramatyczne wydarzenia powinny wyryć się w pamięci, jednak ona chyba działała na odwrót. Była wadliwym automatem. Im dramatyczniejsze wydarzenie, tym bardziej starała się je wyrzucić z pamięci, chociaż powtarza sobie, że tego nie powinna. Że to jest jej podstawa do ciągłego brnięcia dalej. Jednocześnie czuła do siebie niechęć, bo już nie pamięta nawet koloru włosów osoby, która ją uratowała. A wiedziała, że nie mogła ich ot tak zapomnieć, bo takiego koloru nie widziało się na co dzień. Nie znała tamtej uczennicy. Znowu, niezbyt pamiętała, jak ona wyglądała, czy ją z tamtej sceny widziała. To było strasznie frustrujące uczucie. Była w samym środku dziwnych wydarzeń, a pamięta z nich tylko część i to akurat dotyczącą jej samej. Czy to oznaczało, że nie potrafiła skupić się na niczym innym, prócz usilnych próg uratowania siebie? Czy gdyby znalazłaby się w podobnej sytuacji, ale w innych okolicznościach, to czy też by się podobnie zachowywała?
Niemal podskoczyła, gdy usłyszała cichy głos Raya. Nie żeby on ją wystraszył – nie spodziewała się po prostu. Wyłączyła się i pogrążyła na chwilę we własnych rozmyślaniach o własnej postawie i tym podobnych. Jednak musiała przyznać, że jak tylko go usłyszała, to chciała, żeby jednak nic nie mówił. Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że on coś się o coś… obwinia? Coś ma sobie za złe? Nie umiała tego opisać. Uśmiechnęła się pogodnie, w typowy dla niej sposób. Przejechała rączką po wplecionej wstążce, sprawdzając, czy aby na pewno to się trzyma. Chociaż wewnętrznie czuła się bardzo, ale to bardzo niemrawo, to teraz nie było tego aż tak widać. Nie aż tak. Aczkolwiek nie można powiedzieć, że jej uśmiech był wymuszony.
- Niepotrzebnie. Skąd miałeś wiedzieć? – odezwała się spokojnie. Zaraz potem przyszła jej do głowy pewna myśl, która… w sumie mogłaby być prawdziwa. Co jeśli chodziło o to, że… to ona mogła zginąć? Tylko strzelała, zawsze mogła się mylić. Nie była ekspertem w odgadywaniu myśli, uczuć, często robiła to na zasadzie strzałów. A może o to chodzi. Czasem oczywiście udało się jej połączyć fakty, ale w takich sytuacjach zdawała się na to, co jej pierwsze przyjdzie do głowy. Wystawiła przed siebie rękę z uformowaną literą „v”. – Mnie się nie da tak łatwo sprzątnąć, nie? Los mnie nienawidzi i kocha jednocześnie, ha! – Zaśmiała się beztrosko. Zaraz potem spojrzała na swoje obtarcie, które wręcz wyzywało ją tą czerwienią. Wzięła bandaż i na nowo zaczęła opatrywać ranę. – A myślałam, że po tych wszystkich wypadkach wyrobiłam sobie super regenerację. Kurde – powiedziała niby tak od niechcenia, chociaż miała przed oczami własne próby ucieczki. I ten swój krzyk. Aż poczuła się nieco głupio.
Oczywiście, że Rennevy nie ma zwyczaju prosić tak… otwarcie i nagle. Wymknęło jej się. Nie wiedziała, że to mówi. Niby znają się… trochę, chociaż wcale nie tak długo, to nadal nie potrafiła w pewnych momentach mówić do niego bezpośrednio. To była taka jej swoista blokada. Nawet jeśli to był Ray. Po prostu nie była w stanie. Dlatego też od razu się poprawiła na bardziej „grzeczną” formę. I chociaż zaczęła swoją mowę od początku, aby pozbyć się tego jąkania, to wciąć się zacinała. Ale kim byłaby Runcia, gdyby nie to jej piękne jąkanie się? Na gest chłopaka nie wiedziała, jak ma zareagować. To było takie… nagłe. I nawet nie zauważyła, że postąpił dość zdecydowanie i niezbyt delikatnie, jednak jej to jakoś nie przeszkodziło. W tamtym momencie liczył się dla niej sam gest, a nie wykonanie. Od razu zrobiło się jej lepiej. Nie sprzeciwiała się, dała się objąć. Chociaż jej nie widział z twarzy, to nie potrafiła się rozpłakać. Miała taką idealną sytuację do tego, ale nie mogła. Po prostu nie. Ale się uśmiechnęła, bo to było naprawdę… urocze. I nie sądziła, że kiedyś jeszcze doświadczy tego miłego uczucia, które było jak pozytywne mrowienie od środka. Takie ciepełko, które wypełniało całe ciałko.
- No wiem – odpowiedziała z lekkim uśmiechem. Zaraz potem wysłuchała tego, co ma do powiedzenia Ray i… w sumie nie wiedziała co odpowiedzieć. Naprawdę się ucieszyła z jego słów, może nawet trochę wzruszyła. Odpowiedziała cichym śmiechem, po czym sama położyła się na łóżku, na brzuszku, wyciągając przed siebie ręce i prostując nogi. – Wiesz, dla mnie teraz nie istnieje takie coś, jak „niestosowne pytanie”. Poza tym, skoro sama się do ciebie z tym zwróciłam, to nie mam zbytnio prawa oskarżać cię o bycie „wścibskim chamem”. Uwierz mi, nie chcę, aby nasza znajomość się skończyła. Chciałabym po części wiedzieć, co cię, jakby, ciekawi, jeśli chodzi o to, o czym mówię, co robiłam, jak się zachowuję i jaka jest geneza moich powiedzeń, metod czy czegokolwiek innego. Zresztą, tak trochę egoistycznie mówiąc, czasem trzeba się tak wygadać, a przynajmniej ja tak muszę. Ty nawet nie wiesz jak ja Florence przynudzałam… – Ostatnie zdanie powiedziała nieco ciszej, po czym chwilę się zastanowiła. Co jeśli następne pytanie będzie właśnie o jej przeszłość? O jej rodzinie, o wypadkach, o ich życiu? Z tego krótkiego rozmyślania wyrwała ją dość żartobliwa uwaga chłopaka, na co Rennevy zareagowała iście uroczo. Odwróciła do niego głowę, wydęła policzki i prawie że odruchowo objęła się tak na wysokości klatki piersiowej, a dokładnie na biuście. Prawie, bowiem leżała na brzuszku, a już nie chciało się jej ruszać. – No, tego to ci raczej nie będę udowadniać. Nie sądzisz, że byłabym porażką dla twej płci? Zresztą, nawet nie wyobrażam sobie swojej męskiej wersji. Byłabym bardzo… niemęska, pewnie.
Nawet nie wiesz, jak bardzo byłabyś męska, droga Runciu. Oraz jak bardzo sadystyczna. Ekhem, khem.
- A co, jeśli okazałbyś się kobietą? Hmm… W sumie ciekawy temat, muszę go sobie zapamiętać, chi, chi.
Nawet nie wiesz, jak bardzo byłby Ray uroczą kobitką, droga Runciu. Oraz jak bardzo jarałby się swoimi ustami. Ekhem, khem.
Wyczekiwała kolejnego pytania z przestrachem, ale też i pewną ekscytacją. Chociaż to drugie niemal od razu zniknęło, kiedy drugie pytanko było dla niej dość… mocne. Dość osobiste. Jednak jak powiedziała, ona chce na nie odpowiedzieć. Nawet jeśli nie chce. Skoro potrafiła opowiedzieć o wydarzeniach z zaćmieniem, o których nie mówiła prawie że nikomu, to czemu nie powie o rodzinie? Jasne, niby inny poziom dyskrecji oraz prywatności, ale jednak… Uznała, że skoro zebrała odwagę na pierwsze pytanie, to znajdzie odwagę na drugie. Nawet jeśli dotyczyło jej własnej rodziny, która w większości wącha kwiatki od dołu. Kondolencje zamiast życzeń urodzinowych, wiązanki kwiatowe zamiast zapakowanych w kolorowe papiery prezentów. I tak parę lat z rzędu. Chwilę się zawahała. Czy serio może? Czy serio może się z tego „spowiadać”? A co, jeśli on sam miał w przeszłości trudno i tym swoim opowiadaniem go tylko sprowokuje? Zawsze dziwiły ją te kłótnie na to „kto miał lub ma gorzej”, bo każdy inaczej to odczuwał. Chociaż nie wypada marudzić, że bolą stopy, jak się ma kogoś obok, kto ma chore stopy od urodzenia i musi się z tym użerać. Rennevy była osobą, która te złe rzeczy woli zachować dla siebie, sama je przezwyciężyć, aby móc potem wierzyć, że coraz bliżej do tej „lepszej osoby”. Na szczęście nie miała na tym punkcie paranoi. Paranoje to ona miała na punkcie swoich słabości, które czasem bardzo mocno odczuwała. I wtedy może z czegoś by się spowiadała. Szansa niby jakaś jest.
- Hmm… Mogę opowiedzieć – odpowiedziała dość pewnie, wzruszając przy tym lekko ramionami. I zapadła chwila ciszy. Jej twarzyczka nie wyrażała za dużo, wyglądała wręcz na lekko zaskoczoną. Przeszła do siadu tureckiego, a dłonie położyła na swoich kolanach. Zaraz potem nie wytrzymała i trochę się zaśmiała. – Aha, to nie było pytanie tak/nie. Mój błąd.
Wstała z łóżka i dość wesołym krokiem podeszła do okna. Ręce miała za sobą i patrzyła się na widok, który znajdował się za szkłem. Miała lekko przymrużone oczy i wydawała się dość… nieobecna. Zupełnie jakby za tym oknem znajdowały się zobrazowane jej wspomnienia. Jakby przeżywała jeszcze raz to, co się działo rok temu, dwa lata temu, trzy lata temu. Światło delikatnie podświetlało jej twarz, a włosy wydawały się niemalże śnieżnobiałe. Co robiła w tamtej chwili? Myślała. Zastanawiała się nad doborem swoich własnych słów. Powinna powiedzieć tak prosto z mostu? Znowu wymyślić jakąś pokrętną drogę? Dać mu samemu połączyć pewne fakty? A może wszystkie opcje naraz? Wyszłaby wprawdzie niemożliwa hybryda, ale miałaby pytanie już za sobą. Właśnie. Pytanie za sobą. Im dłużej myślała, tym bardziej uciekała od tego momentu, w którym oświadczy, co tak naprawdę ją ukształtowało. Co sprawiło, że panna Rune jest taka, a nie inna. Chociaż może bardziej powinnam w tym momencie powiedzieć panna Rennevy. Może kiedyś wytłumaczę, dlaczego nie lubi mówić o sobie per „Rune”, kiedy chodzi o Florence. Chyba że to będzie trzecie pytanie, ups.
- Jeśli… Jeśli mam mówić skrótowo, to powiem, że została mi tylko matka. Mieszka w mojej rodzinnej mieścince pod Cardiff, stolicą Walii. – Zdecydowała się najwyraźniej na opcję z łączeniem faktów. Ach, będzie to dość proste dla naszego detektywa Walkera. Bo była niemal całkowicie pewna, że połączy te wszystkie szczegóły, które zdołała już ujawnić. Nie odwracała się w jego kierunku. Cały czas skupiona była na szkle i delikatnym jej odbiciu. Nastała chwila ciszy, bo ona znowu patrzyła na nieistniejący film za oknem. Na te wszystkie chwile z siostrą, ojcem, matką. Wydawały się tak wyraźne, ale tak zamazane, mgliste. Niektóre zachowywały się jak tafla wody. Trwały w harmonii, dopóki nawet nie najmniejszy defekt nie przeszkodzi. Bo inaczej odbicie to odzwierciedli. – Jeśli mam mówić szczerze… Straciłam ojca, siostrę oraz dziadków. Pierwszy zaginął, pozostali zginęli w różny sposób. Śmiercią naturalną, w wypadku – powiedziała znowu, po czym nastała kolejna chwila ciszy. Zbliżyła się jeszcze bardziej do okna, aż oparła na nim swoją głowę. Włosy zasłaniały jej twarz, tworzyły kurtynę, zasłonę. Chociaż jeszcze łzy lecieć nie zaczęły, jeszcze nie. Odgarnęła pasma i zwróciła się ku chłopakowi, dalej opierając głowę o szybę. Miała na twarzy cierpki uśmiech, a jej oczka wydawały się szklane. Aczkolwiek jej głos wcale się nie załamywał. – Jeśli mam się spowiadać… Kojarzysz datę osiemnasty października?
Proszę państwa, właśnie poszła wiadomość. Znaczy, jeśli można tak powiedzieć. Kto połączy kropki? To jest aż zbyt proste, jeżeli ma się w notatkach wszystkie zebrane informacje o Rune. Przepraszam, Rennevy. Ciężko było teraz powiedzieć, kto był bardziej rozmyty – czy ona, czy jej odbicie. Obydwa w sumie zaraz mogą pęknąć…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Czw Lip 16, 2015 6:36 am

Zapewnianie Rune o własnej trwałości, o tym, że nie da się jej łatwo "sprzątnąć" wcale nie pokrzepiły Raya, gdyż miał już wyrobione zdanie na ten temat. Każde wydarzenie, podczas którego narażaliśmy własne życie jest znacznie bardziej niebezpieczne niż na poziomie zdrowotnym. Rany się goją, niekiedy zostają blizny, a czasami jakieś następstwa związane z danym urazem, na przykład utykanie albo problemy z oddechem. To jednak nie jest najgorsze, bo za każdym razem nasza psychika jest wystawiana na niesamowity stres oraz strach, dwa bodźce, które - pomijając aspekty zdrowotne - są wyjątkowo niekorzystne dla nas. Podczas chwil, w których ważą się nasze losy, umysł pracuje na 200%, lecz daleko temu do wysilania szarych komórek. Nie jest to wcale Ego, a raczej Id żerujące na nim. Człowiek jako zwierzę rozumne ma również instynkty i jeden z nich to instynkt samozachowawczy. Ci, którzy potrafią kochać, którzy mają dla kogo żyć często mają go wyostrzony. Niekiedy poświęcą się, ale tylko dla osób im ważnych. Egoiści jednak zupełnie wykorzystują wszystko i wszystkich, aby przetrwać. Niezależnie od tego kim jesteśmy, to prawie zawsze włączy się nam ten "tryb przetrwania" w obliczu śmiertelnego zagrożenia. To zaś sprawia, że rzeczywiście nasze szanse na przeżycie wzrastają i to wielokrotnie, jednak możemy podczas tych chwil wpaść na myśli, które będą dręczyć nas do końca naszych dni oraz uczynić coś, co będzie się nam śnić co noc. Nawet jeżeli nic takiego się nie wydarzy, to jednak takie zdarzenia tworzą wyjątkowo głębokie rysy w naszej osobowości. Po pogryzieniu przez psa będziemy bać się ich, logiczne. Przykładem idealnym są żołnierze, jednak to jest na tyle znane każdemu, że nie ma co tego tutaj przytaczać. Przechodząc do sedna - Ray oprócz martwienia się o życie Rune, martwił się równie mocno o jej psychikę. Ile wytrzyma, aby być dalej tą spontaniczną, roztrzepaną i niezdarną Rennevy, której śmiech sprawiał, iż zwyczajnie zapominał o reszcie wszechświata. Ile wytrzyma, by móc dalej cieszyć się życiem. Ile wytrzyma, aby móc swoją obecnością wyciszać, a także pobudzać myśli Raymonta.
- Wolałbym żeby Cię jednak tylko kochał. - odparł w końcu na jej słowa o tym zupełnie niezdecydowanym losie. Da się jednocześnie kochać i nienawidzić? Może Pan Walker był sprawnym myślicielem, ale w przypadku uczuć i emocji, nie był zbytnio skuteczny, więc nawet nie próbował zachodzić w głowę, by znaleźć odpowiedź na właśnie zrodzone pytanie.
Co do spontanicznego "gestu" czarnowłosego jakim był niezbyt staranny i delikatny "przytulas" - jego upośledzona w relacjach damsko-męskich o zabarwieniu pocieszania intuicja uruchomiła się, a sam chłopak poczuł, że właśnie tak powinien postąpić. Albo miał niesamowite szczęście, albo jednak nie był, aż taką kaleką socjalną jak mu się wydawało, bo zazwyczaj jakoś jego przeczucia w tym co powinien zrobić i powiedzieć były trafne. To zabrzmiało trochę jakby on sam był automatem, który nic nie czuje, a jakiś zewnętrzny program stara się wzbudzać w nim reakcje, aby bardziej przypominał człowieka, ale proszę mi wierzyć - tak nie jest. Raymont zwyczajnie reaguje wewnętrznie, ma masę przemyśleń i uczuć, czuje współczucie i ma myśl, której nie potrafi zwyczajnie wyrazić. Nie wie jak powinien ją przekazać słowami i czynami, aby była odpowiednia, dlatego niekiedy jest nietaktowny. Ale! Uczy się na błędach i koryguje swoje zachowanie, również przez obserwację "zdrowych osobników".
Nie trudno było mu jednak stwierdzić, że w sumie takie przytulanie jest przyjemne. Jak niekiedy ciężko interpretował takie bodźce, tak teraz natychmiast doszedł do wniosku. No geniusz. Nie rozumiał jednak jakiego rodzaju jest to przyjemność. Było to różne od smacznego jedzenia, różne od dobrej książki, różne od muzyki, która mu się podobała. Różne od wygodnego łóżka i różne od patrzenia w gwiazdy. Zupełnie różne od tych rzeczy, które zna, a zamieniłby niektóre za właśnie ten rodzaj przyjemności. Niektóre, bo wiadomo, że Ray - Muzyka = NapewnonieRay. Było to na tyle miłe uczucie, że aż poczuł się źle, że w chwili, w której Rune miała niezbyt dobre samopoczucie, to on poczuł się lepiej. Jakby wykorzystał jej smutek, chociaż wiedział, że wyolbrzymia. Pewnie teraz niektórzy myślą "Będzie wykorzystywał każdą sytuację do przytulania" - otóż nie, bo Raymont jest prawie mistrzem samokontroli. Prawie. Ale co było w tym miłego? Wszystko. Bliskość, ciepło, jej zapach. Myśląc o tym czuł się zawstydzony, chociaż jego myśli były zupełnie pozbawione miłości czy czegokolwiek takiego. Zwyczajnie lubił to, ale jednocześnie to nie wskazywało na nic szczególnego, więc w razie wybujałej wyobraźni - on nawet jeszcze nie wie czy jej zaufał, nie ma co sobie wyobrażać zbyt wiele. Ekhem - trochę szkoda, że intuicja nagle powiedziała "A teraz puść", bo mógłby ją sobie tak trochę poprzyciskać jeszcze. No, kiedyś trzeba było skończyć.
Słuchał jej wywodu, który już tylko potwierdził, że następne pytanie będzie o rodzinie, ale też ten wywód musiał potwierdzić.
- Prawda, nie wiem. - Nie wiedział jak bardzo przynudzała Florence z trzech powodów. Pierwszym był fakt, że nawet najprostsze opowieści Rune były dla niego ciekawe. Nie zawsze z powodu treści, bo czasami również forma była interesująca. Obserwował jej zachowanie podczas i ogólnie ciekawym zjawiskiem było samo mówienie o niektórych rzeczach, o których on raczej nigdy, by nie wspomniał. Drugim zaś było to, że niewiele, bardzo niewiele wiedział kim jest Florence. To jej siostra, z pewnością, ale... Ray wiele osób nazywał braćmi i siostrami, bo niegdyś mieszkali razem, w jednym domu, a wtedy zbudowała się między nimi pewna zażyłość, aczkolwiek pokrewieństwa nie było. Dlatego właśnie nie był pewien sylwetki Florence. Trzecim faktem było coś prostszego - "czasem trzeba się tak wygadać". Dlaczego? Po co? Czemu to służy? Znaczy, niby pomaga i o tym już nawet było wcześniej, ale Raymont nadal jakby niezbyt rozumiał. Wiedział o co chodzi, ale nie rozumiał. Tak po prostu.
Co do jego uwagi o płci - no cóż, wyobraźnia Pana Walkera bez problemu tworzyła obraz Pana Nightwish. Z dziwnego powodu, zupełnie mu nieznanego, Pan Nightwish był zupełnym przeciwieństwem Panny Nightwish pod względem charakteru. A wygląd miał taki, że gdyby czarnowłosy był chociaż mniej zdecydowany co do własnej seksualności, to mógłby wtedy bardzo mocno się zawahać. Ekhem. Ale jest zdecydowany. Zdecydowany w kobietach oczywiście.
- Jeżeli wyglądałabyś jak w moich wyobrażeniach, to nie byłabyś porażą, a klęską. Klęską innych mężczyzn, bo nie mieliby szans przy Tobie. - powiedział z uśmiechem. - Ale jeżeli byłby też taki charakter jak w moich wyobrażeniach to... moglibyśmy się nie polubić. - dodał po chwili, aby ostudzić zachwyt czy coś. No cóż, masochistyczno-sadystyczni faceci raczej do niego nie przemawiali swoimi poglądami.
Na wspomnienie o sobie jako kobiecie natychmiast wstrzymał całą wyobraźnię. To chyba jeden z niewielu momentów w jego życiu, w których zdołał zatrzymać tą ogromną machinę, którą podziwiał i bał się jej jednocześnie. Dlaczego to zrobił? Otóż powody były dwa, a za nimi jeszcze kilka. Pierwszy - jeżeli wyobraziłby sobie siebie jako brzydulę o strasznym charakterze, to pewnie nie wyrzuciłby tego z pamięci i ta postać nawiedzałaby go w snach. Drugi - jeżeli wyobraziłby sobie siebie jako zjawiskową kobietę o wspaniałej osobowości i pięknych ustach... to byłoby bardzo, bardzo, ale to bardzo dziwne. Narcyzem to on nie jest, dlatego zakochanie się w sobie z pewnością nie należy do zdrowych zachowań. Szczególnie zakochanie się w wyobrażonej wersji siebie w wersji kobiecej. To już zupełnie niezdrowe dla młodego, dojrzewającego chłopaka.
Odrzucając myśli na bok - wsunął lewą dłoń pod swoją koszulkę i przejechał ręką po klatce piersiowej, aby z pełną powagą powiedzieć trzy słowa.
- Nie, nie jestem. - a następnie lekko uśmiechnąć się. Test nie był zbyt rzetelny, bo zdarzały się kobiety o wyjątkowo płaskiej klatce, ale włożenie dłoni w spodnie byłoby raczej... raczej bardzo niestosowne. Nawet Ray to wiedział.
Wcześniejsze zapewnienia Rennevy, że nie istnieje dla niej teraz niestosowne pytanie tylko popchnęły Raymonta, dodały mu śmiałości, aby zapytać o rodzinę. Pierwsza reakcja Rune sprawiła, że pożałował odpuszczenia sobie chwytów w pytaniach. Po pierwszym testowym i następnych jej słowach stwierdził, że nie musi wymuszać konkretnej odpowiedzi poprzez ułożenie tak zapytania, aby nie było wyjścia, a jednak... chociaż nie, bo po chwili dziewczyna przeszła do właściwej części. Tak jak myślał.
- Kruchy lód, cholernie kruchy lód. - stwierdził, lecz nie żałował swojego pytania. Nawet jeżeli raniło ono Pannę Nightwish. Dlaczego? To ona tak na niego wpłynęła wcześniejszą wypowiedzią, a dodatkowo - te rzeczy były dla niego ważne. Jeżeli chcieli dalej utrzymywać znajomość, to musiały pojawić się też pewne pytania, a lepiej zrobić wszystko pod rząd, na raz, aby później mogło już być tylko przyjemnie. Najpierw gorzkie, aby później słodycz była jeszcze słodsza. W tym momencie pomińmy fakt, że Ray nie lubi słodkości zbytnio.
Chłopak nie wyobrażał sobie nawet jak wielki musiał być ból po stracie siostry. Wiedział jak boli utrata rodziców, ale rodzeństwo? Nawet jego wyobraźnia nie potrafiła stworzyć czegoś takiego. Nie próbował nawet, to by było z jego strony wyjątkowo złe. Takich rzeczy nie da się wyobrazić. To poza rozumem, umysłem. Inni ludzie w tym momencie udaliby smutnych i powiedzieliby "współczuję", lecz on nie kłamał. Nikt poza samą osobą cierpiącą nie mógł poczuć czegoś podobnego, dlatego współczuję było aroganckim określeniem. Tak jakby ktoś, dla kogo Ci ludzie byli obcy mógł poczuć to samo co córka, wnuczka, siostra. Jedyne co mógł powiedzieć to...
- Przykro mi. - i było to wyjątkowo szczere, gdyż znał ból straty. Potrafił przypomnieć sobie najgorsze chwile i wyobrazić, że to samo kiedyś czuła, a może nawet do dzisiaj czuje Rune. On już z tego wyszedł, już nie boli, lecz mówić nadal nie potrafi.
Zapamiętał, lecz zupełnie nie przykuł uwagi do tego, że Rune pochodzi z mieściny pod Cardiff. Nie ta część jej wypowiedzi była najważniejsza. Krzywdzące byłoby zatrzymanie się na tym, więc nawet nie rozmyślał, w sumie nawet nie zdążył. Patrzył na zwróconą w jego stronę smutną twarz Rennevy. Osiągała swoją granicę, granicę wytrzymałości. Byle ziarenko mogło teraz przechylić szalę, a dziewczyna złamałaby się. Raymont nie próbował nic mówić. To nie była chwila na słowa. Tylko cisza potrafiła wyrazić to co czuli. Milczał zatem wpatrując się w brązowooką. Nie chciał aby płakała, nawet jeżeli miała tak dobry powód. Już raz płakała przy nim. Oby to się nie powtórzyło. No, może ze szczęścia.
Nagłe pytanie o datę osiemnastego października mocno zdziwiło chłopaka. Już chciał odpowiedzieć "Tak, to Twoje urodziny", kiedy przypomniał sobie coś . Coś, że widział tą datę już zapisaną gdzieś i nie wiązało się z nią nic dobrego. Pokiwał głową na znak, że kojarzy i zmrużył oczy, bo nie mógł sobie przypomnieć, aż nagle w wyobraźni wytworzył się straszący chłodem barw i kształtów obraz o równie chłodnym przesłaniu. Był to nagrobek na cmentarzu z tą datą i białą różą leżącą na nim. Zaraz po tym wyobrażeniu pojawiło się kilka innych, które łączył fakt tej samej daty oraz tego samego kwiatu, który również roznosiła Rennevy. Z tego co pamiętał to nazwiska były różne i roczniki również, ale miesiąc i dzień zawsze ten sam. Za tym wszystkim kryła się symbolika, której jeszcze przez chwilę nie rozumiał.
- Dlaczego kładła zmarłym osiemnastego października białe róże? Dlaczego w jej urodziny? - wtem zupełnie przez mgłę wspomniał sobie akcję z alejek. Czy tam nie było nic wspomniane na ten temat? Nic, a nic? A może wtedy już wpadł na poszlakę?
- Jej rodzina... ale, to przecież niemożliwe, by każdy umierał zawsze w jej dzień urodzin. - pomyślał początkowo, lecz świat potrafił zaskakiwać. Przypomniał sobie, że jeszcze rok temu nie uwierzyłby, gdyby mu powiedziano, że istnieją ludzie, którzy pożerają duszę, a on sam jest jednym z nich.
Kiedy układanka ułożyła się w całość, to mimo zupełnej niepewności, a nawet pewnej dozy wyobraźni w tym, bo Ray nie wiedział o wielu rzeczach, a wiele sobie dopowiedział, to i tak był szczerze zszokowany.
- Za każdym razem osiemnastego października? - zapytał nie używając słów kluczy jak "śmierć", "umierali" i tak dalej. To nie dlatego, że nie chciał złamać Rennevy. Zwyczajnie stchórzył, bał się, że ona potwierdzi, a w tym wybrzmieniu przytłoczyłoby go to. Myśli oszalały, gdyż nie mógł pojąć tragedii, jeżeli jego wersja jest prawdziwa. Czuł się okropnie, że jego postawa względem przeżyć Rune była tak pełna ignorancji. Jeżeli to prawda - ona wciąż się uśmiechała, była radosna, a on... tragedia nadal była, lecz nie aż tak dosadna, zaś on... on wtedy zamknął się zupełnie. Zawsze był skryty, ale wtedy, wtedy już zupełnie to go zablokowało.
W głowie powtarzał sobie "Oby to nie było prawdą" i miał niesamowitą nadzieję, że Rennevy zaprzeczy, że powie "Nie" i że nagle zwyczajnie chciała zmienić temat na jakiś radośniejszy, jak jej urodziny, bo w końcu nagłe zmiany tematu miała w zwyczaju. Liczył na to. Ale dlaczego tak się obawiał? Może to się wydawać głupie, ale pomimo swojej ignorancji, to był pełen empatii, która uruchamiała się bardzo często, ale tłumił ją, jednak w tym momencie, w tak bezpośrednim starciu z prawdą nie zdołałby. Dodatkowo zwyczajnie nie chciał nawet myśleć, że Rune mogła tak cierpieć, że każde jej zbliżające się urodziny to był strach, a nie radość. I to strach, że straci kogoś, kto tworzył jej świat.
Nie chciał mówić nic więcej, rozpocząć dialog, przejąć inicjatywę albo zadać kolejne pytanie. Oddał tą chwilę Rennevy, by mogła uczynić co tylko chcę z nią. To ona decydowała, bo to przez Raya musiała teraz wspominać tak straszne wspomnienia. Dopiero, gdy ona zdecyduje, że jest gotowa na dalszą część, wtedy dopiero on postanowi ruszyć dalej. Nie wcześniej, nie później.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Pią Lip 24, 2015 11:31 pm

"Co za męczący dzień." Pomyślał Gary przechodząc przez hol akademiku prowadzący do jego pokoju.
"Jestem zmęczony. Wszystko mnie boli, a do tego ledwo idę." Westchnął użalając się nad sobą.
Po krótszej chwili doszedł do drzwi pokoju. Wyjął z kieszeni kluczyk i wsadził go do zamka. Ku jego zdziwieniu drzwi były otwarte. Przypomniał sobie, że przecież nie mieszka sam. Nacisnął na klamkę i popchnął drzwi po czym wszedł do środka.
Zdziwienie jakie go ogarnęło kiedy wszedł do pokoju było ogromne. Nie spodziewał się, że zastanie kogoś w środku, a tym bardziej dwóch ktosiów. "To chyba Ray, a ta dziewczyna. Nie mogę przypomnieć sobie jak się nazywa, ale jestem pewny, że miałem kilka lekcji razem z nią." Stwierdził przeskakując wzrokiem po osobach siedzących na łóżku.
-Cześć...-poczuł się dość nie zręcznie w zaistniałej sytuacji
Skierował się w stronę łóżka, do którego ledwo się doczłapał i opadł na nie bezwładnie. Dłużej by już nie ustał. "Czy ja wybrałem zły moment na powrót?" Zapytał sam siebie. Usiadł na łóżku twarzą w stronę owej dwójki.
-Jestem Gary Koi miło mi was poznać.-pomyślał, że przydało by się przywitać w końcu pierwszy raz jest sytuacją, że się spotykają-Ty zapewne jesteś Raymont, a twoja przyjaciółka to?-Spojrzał zaciekawiony w stronę dziewczyny.
Miał jedynie nadzieję, że nie przeszkadza w jakiejś ważnej rozmowie między tą dwójką. Nie czuł by się zbyt dobrze jeśli okazałoby się, że przez niego nie mogą dalej spokojnie rozmawiać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 178
Data dołączenia : 21/02/2015

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Sro Lip 29, 2015 7:27 pm

Gdybym miała powiedzieć cokolwiek o psychice panienki Rennevy, zapewne użyłabym dwóch słów: uśpiona paranoiczka. W większości przypadków nie zaczynała, jakby, wariować, bo tak. Zwykle potrzebowała jakiegoś powodu, inicjatora. Jest to zwykle coś banalnego - zdanie zaczynające się od "słyszałam, że". Wtedy interesuje się tym natychmiast, aby potem słowa krążyły w jej głowie niczym echo. Mówimy tu oczywiście o sytuacjach całkowicie codziennych. Z natury zawsze się bała, niczego nie była pewna. Bardzo uczuciowa, zbyt bierze wszystko do siebie, jeśli skierowane do niej w sposób dość gwałtowny. Chociaż potrafi używać ironii i cynizmów, to sama czasem ich nie wyłapywała. Wydawać by się mogło, że tak można ją opisać. Że ona cała to tylko te składowe, posklejane innymi drobiazgami. Nagłe zmiany tematu. Zamiłowanie do kokardek i wstążek. Fetysz głosu i oczu. Że ona jest taka prosta. Bo gdybym powiedziała, że ta sama dziewczyna potrafi mieć silne ataki paranoiczne oraz miała trudną przeszłość... Uwierzylibyście? Ja bym pewnie miała lekki problem. Sposób, w jaki ona się wyraża, zachowuje raczej nie wskazuje na jakąś traumę z dzieciństwa. Osoba dotknięta takimi przeżyciami raczej by się zamknęła w sobie, nie? Albo dawałaby swoją postawą znać, że wcale nie jest tak kolorowo. Chociaż... Kto tam wie. Inni znoszą klęski lepiej, inni przejmują się zwykłymi drobnostkami. Rennevy zaś do wariowania potrzebowała podpałki. Co ja próbuję w tym wywodzie udowodnić? A to, że z nią to tak niewiadomo. Gdyby się ją przycisnęło, stwierdziłaby, że od dawna ma problemy, a osoba obok by się roześmiała. Czy gdyby powiedziała Rayowi, że ona nie daje już rady, to czy by uwierzył? Ale nawet i bez tych... znamion na zdrowiu psychicznym ona po prostu źle znosi presję. Przykład tego był dość widoczny podczas nieszczęsnego wypadu do cyrku. Od niepokoju, przez radykalne czyny, aż do całkowitej rezygnacji. W jednej chwili śmiała się wraz z własnymi strachami, by zaraz potem uciekać z powodu jakiegoś dziwnego uczucia. Ba, nawet histeryczne zachowania się tam wkradły. Normalnie cały wachlarz najgorszych reakcji, jakich można było od niej oczekiwać. Ale jej zaparcie jest godne podziwu. Może trochę przerażające. Bowiem nieważne jak bardzo zwariowała, ile ma ran na ciele, jak ludzie ją traktują, ona będzie szła przed siebie ze swoimi przekonaniami. Że jutro jest kolejny dzień. Że przeszłość to przeszłość. Że jeszcze nikomu nie pokazała, na co ją stać. I niech ktokolwiek ma ją w opiece, tam na górze.
Taka relacja miłość-nienawiść ma chyba nawet swoją nazwę, choć tego pewna nie jestem. To chyba idzie jak z ulubioną piosenką, której słuchamy w kółko. Kochamy, bo nam się wyjątkowo podoba, nie możemy wybić jej z głowy. Ale nienawidzimy, bo ciągle tylko ją odtwarzamy, nasza frustracja rośnie. Czy coś. Socjologiem nie jestem, ale gdybym miała to opisać, to wyszłoby to jakoś tak. Rennevy jeszcze dodałaby gestykulację. Jeśli chodzi o gwałtowny i niespodziewany gest... Był wręcz idealny. Nawet ta niedbałość była wręcz wymagana. Rennevy od razu zrobiło się lepiej. Gdyby to była odpowiednia chwila, przytrzymałaby go, objęła. Tylko po to, aby tamta chwila trwała jeszcze dłużej. Niby zwykły przytulas (no, może ciężko to nazwać przytulasem...), a jednak tak wiele. Rune nie czuła swobody w towarzystwie. Zawsze zastanawiała się nad tematami, odpowiednio dobierała słowa. Każdy szczegół mógł doprowadzić ją do dezorientacji. Jeśli zaś chodzi o bliskość i wyjątkowość gestu... Ona lubiła się trochę przytulać, choć o tym otwarcie nie mówiła. To dla niej zawsze była jakaś oznaka bliskości. Wyobraźcie sobie dziesięcioletnią Rennevy, która wręcz wskakuje w ramiona swojej siostry, przewracając ją przy tym. Ach, siostra.
Florence. Istotną postać w życiu naszej panienki. Wielka Mieczniczka, ostatni boss, zainspirowała i zaraziła Rennevy miłością do kokardek. Była starsza od niej o dziesięć lat, niezwykle powodziło się jej w życiu. Ciągle o niej słyszała. Jako młodsza, normalnie powinna zazdrościć siostrze, żywić do niej urazę. No, tak jest zwykle w filmach. Ale tak nie było. Idealna starsza siostra miała idealną młodszą siostrę, bowiem ta była dumna, cieszyła się z tego, że ma tak wspaniałe rodzeństwo. Gdyby zaczynała wymieniać rzeczy, które jej zawdzięcza, lista byłaby naprawdę długa. A zaczęłaby się od drobnej i zarazem ważnej rzeczy - imienia. Ludzie, czy to nie jest dziwne, że pierwsza córka ma dość normalne imię, a druga już nie? Raczej nikt nie znajdzie w żadnym spisie imion takiego cuda jak Rennevy. Ten jakby przypadkowy zlepek literek wybrała dziesięcioletnia Flore, bo "brzmi dość niezwykle". Aczkolwiek panienka Nightwish, pomimo naprawdę wielkiego zaufania i oddania siostrze wtedy, nie lubiła mówić o tym, kim i czym była dla niej Florence. Zbyt prywatne? Zbyt wstydliwe? A może ma do siebie o coś zawiść? Jeśli kolejne pytanie będzie o tę postać, to może, może się dowiecie...
Pan Nightwish w wyobraźni Rune albo nie istniał, albo był tak zniewieściały, że praktycznie mężczyzną nie był. Ale wiecie, jakie to dziwne uczucie, kiedy facet mówi dziewczynie, że jako płeć przeciwna byłaby nieziemska. Serio, to jest naprawdę dziwny... Komplement? Uwaga? Zmarszczyła brwi. To jaki miała charakter jako on? Była zadufanym w sobie narcyzem? Wkurzającą mendą? A może nałogowym wyrywaczem panienek? Do głowy przyszedł jej jeszcze totalny sadysta, ale przecież o to nie zapyta. Taka wizja męskiej Rune o zamiłowaniu do zadawania bólu sprawiła, że po jej plecach przeszły ciarki i się wzdrygnęła. Czas zmienić myśli. Na przykład na panią Walker. Jak tak chwilę pomyślała, to miała niemalże cały obraz tej pani. Nieco wyższa od Rennevy (mikrusy górą, che, che), tak z dziesięć osiem-siedem centymetrów (już wysoki mikrus), piękne, gęste czarne włosy, sięgające nieco za łopatki. Pewnie biust miała większy. Ekhem.
- Hmm... W moich wyobrażeniach jesteś naprawdę uroczą kobitką, wiesz? - powiedziała z uśmiechem, po czym na chwilę się wyłączyła. Miała przed oczami parę scen, w których nie był Ray, a panienka Walker. Z charakteru była bardzo podobna do męskiego pierwowzoru, aczkolwiek częściej okazywała emocje. I zdecydowanie częściej się rumieniła, nawet nie ze zawstydzenia. Jakby po prostu łatwo się czerwieniła. Chwilę potem jej wyobraźnia pozwoliła sobie na nieco więcej uroczych scenek, a Rune nawet nie zauważyła, że sama się zarumieniła i miała wielki uśmiech. Gdy się już zorientowała, od razu się zakłopotała. Unikała wzroku chłopaka. - Chętnie bym t-taką damską c-ciebie wzięła do siebie... - wyznała. No bo kto by nie chciał wziąć do siebie takiej uroczej istotki?! Miałaby gdzie wstążki wplatać...
Gdy już przyszła ta część wyznań, wesoło nie było. Zbyła machnięciem ręki pierwsze słowa chłopaka. Wcale nie dlatego, że podważała ich szczerość czy coś takiego. Bo nie twierdziła, że były puste, nieszczere. Po prostu nie wiedziała nigdy jak ma na nie odpowiedzieć. Jak zareagować. Jeszcze nienawidziła wręcz tej lekkiej niezręczności. No bo co ma powiedzieć inna osoba? Ktoś może się obrazić na wyrazy współczucia, inni na takie "przykro mi". Albo ma brak jakiejkolwiek reakcji. Rune akurat wolała, aby nikt nic nie mówił. W takich momentach oceniała po postawie, zachowaniu. To się dało czasem wyczuć, że ktoś wolałby się martwić czymś innym niż pocieszaniem małolaty. Cóż, ona często to widziała. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że spora część rodziny jej nienawidzi. To nie był chyba sekret ani temat tabu. Co prawda jeszcze nie posunęli się do wynajmowania "ludzi do sprzątania", che, che. Cóż za tragedia, źródło nieszczęścia padło własną ofiarą, uprzednio niszcząc całą rodzinę. Dajcie wiadro.
Osiemnasty października był dla niej dniem, który mocno zapisywał się w pamięci. I to wcale nie dlatego, że tak chciała. Normalnym w sumie było, że pamiętało się o wydarzeniach dla nas ważnych, jak na przykład urodziny. Jakby ktoś się jeszcze nie zorientował, Rune wcale nie pamiętała tych dni, bo to dla niej ważne. Chociaż niechętnie to przyzna, bo to niezgodne z jej ideologią, że tak naprawdę nie chce ich pamiętać.
Gdy zapytała o swoją datę urodzin, od razu pomyślała o tych białych różach, które kładła wtedy na nagrobkach. Była niemal całkowicie pewna, że on to pamięta. I raczej nie będzie trudnością w połączeniu faktów. Mimowolnie dotknęła, a potem schowała w dłoni zawieszkę w kształcie nutki. Jako że prawie nikomu nie mówiła o tym, nie miała pojęcia, jak on zareaguje. Zacznie się z niej śmiać? Powie, że musiała wymyślić sobie taką historyjkę. Że to niemożliwe, żeby każdy od niej wyzionął ducha osiemnastego października, w jej urodziny. Przez chwilę przestraszyła się, że w jakiś sposób go zdenerwowała. Albo sprowokowała. Nie znała przeszłości Raya, dlatego też ryzykowała, że on od razu spochmurnieje. Albo rozdrapie stare rany. Nawet jeśli zaraz uznała, że być może go to nie ruszy. Albo ruszy, lecz tego po sobie nie pozna. Zawsze uważała, że nie może obarczać innych własnymi problemami, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto jest w gorszej sytuacji. I wtedy Rune czuje się źle, że tak się nad sobą użalała, a potem nad tym się... Użalała? Taki mały paradoks. Znów się zatraciła w filmie wspomnień za oknem, że delikatnie drgnęła na dźwięk pytania chłopaka. Zwróciła się do niego, na początku nieco oszołomiona, bo w końcu była w trakcie intensywnego myślenia. Zaraz potem wróciła do swojego nieco skrzywionego uśmiechu. To, co usłyszała, było dla niej dość... Nie powiem krzywdzące, ale dotkliwe. W małym stopniu. Nie rozumiała tego, co odczuła, ale pewne zmieszanie było u niej widoczne. Czy to dlatego, że się zdenerwowała? Że niezbyt wiedziała, po co to pytanie było? Sama chciałaby zaprzeczyć, powiedzieć, że to tylko zasłyszana historyjka od siostry, ale nie mogła. Bo tej prawdy nigdy nie będzie mogła się wyprzeć. Chciałaby zmienić temat, porozmawiać o czymś przyjemnym, ale czy potem nie będzie miała wyrzutów sumienia? Że nie jest w stanie mówić normalnie o swej rodzinie? Że tak ucieka?
Skinęła głową. Spojrzała na niego, a dłonie schowała za siebie. Jedną ściskała drugą, delikatnie wbijając paznokcie w skórę. Pozwalało jej to odpędzić straszne myśli. Normalnie tylko szczypała, ale teraz nie potrafiła się powstrzymać. Im wyraźniejsze wspomnienia się stawały, tym głębiej szły paznokcie. Doskonale pamiętała każdy szczegół tamtych dni. Godzinę, o której przyszła informacja. Swój ubiór. Ubiór innych. Co jedli, o czym były rozmowy. Niczego tak dobrze nie pamiętała. Nie potrafiła opowiedzieć niczego z historii Wielkiej Brytanii, formułki matematyczne często znała niepełne, a nawet zdarzało się jej zapominać słowa. Jednak tego nigdy nie zapomni. Wryło się to w jej wspomnienia solidnie i szybko nie odejdzie. I chciała mu o tym powiedzieć. Otworzyła usta, aby coś powiedzieć, lecz głos w ogóle nie zabrzmiał. Za to słychać było coś innego. Dźwięk otwieranych drzwi. A następnie postać, którą pierwszy raz widziała. Miała wybałuszone oczy, a jej mina wyrażała coś między strachem a irytacją. Kimkolwiek nowoprzybyły gość był, Rennevy postawiła przy nim bardzo wyraźny wykrzyknik, że na niego trzeba uważać. Możecie uznać, że bez sensu. Ale czy on coś słyszał? Cokolwiek? Niebezpieczne myśli przemknęły w jej głowie, a zaraz potem nastąpiła krótka pauza. Uśmiechnęła się niepewnie. Ręce ułożyła wzdłuż ciała, a ślady po paznokciach nie były aż tak widoczne z daleka. Jakby na zawołanie, przejechała dłonią po wplecionej wstążce we włosach. Była. Odetchnęła. Starała się nie wyglądać na zakłopotaną czy poirytowaną. Musiała się uspokoić. Uśmiechnęła się pewniej, chociaż w środku się trzęsła. Ukłoniła się nowoprzybyłemu chłopakowi (który ma na imię Gary. Albo Gary Koi. Nie, Gary, Rune, przecież Koi to nazwisko). Nie widziała jego twarzy, a on ledwo mógł zobaczyć jej przez zasłonkę z grzywki. Przypomniała sobie, jak ciężkie było przedstawienie się. Jak wiele sprawiało jej to trudności.
- N-nazywam się Rennevy Ursula Catherine Nightwish. Ucz-uczennica klasy NOT, wła-adająca. Mam nadzieję, że dane nam będzie współpracować w przyszłości - wyrecytowała formułkę, po czym się wyprostowała i na nowo była tą Rune, która nie potrafi powiedzieć zdania bez zająknięcia się. Nieco się rumieniła, jak to ona. Unikała kontaktu wzrokowego z Garym, ale co chwila na niego zerkała. Być może mijała się z nim na korytarzu, może nawet mieli razem lekcje. Tak czy inaczej, kojarzyła go. - Cha, cha... Nie mówiłeś, Ray, że masz współlokatora. - Odwróciła się z ciepłym uśmiechem do chłopaka. To wcale nie był przytyk, a jedynie stwierdzenie faktu. Może wcale nie chciał jej o tym wspominać? Albo uznał ten szczegół za nieistotny? Dopóki jego współlokator o niczym nie wspomni, dopóty może być spokojna. - Trochę zazdroszczę. Ja nadal mieszkam sama, chociaż jestem w pokoju trzyosobowym. Nie ma kto po mnie zamykać drzwi... Cha, cha!
Nastała dość niezręczna cisza. Unikała kontaktu wzrokowego, wbiła wzrok w podłogę. Bawiła się swoimi dłońmi - wyginała palce, grała kciukami sama ze sobą. Spojrzała przez okno. Film złożony ze wspomnień zdołał się już całkowicie rozpaść, zastąpiony przez promienie zachodzącego słońca. Ale trochę jej zajęło przyswojenie informacji, że jest już tak późno. Mimowolnie nieco szerzej otworzyła oczy, po czym zwróciła się przodem do chłopaków. Oczywiście z ukłonem, ale nieco bardziej przypominającym dygnięcie.
- Proszę mi wybaczyć, jednakże muszę już iść. Nie zauważyłam, że jest tak późno. Cieszę się, że poznałam kolegę Garego i mam nadzieję, iż będzie nam dane się jeszcze spotykać. Ray, dziękuję, że mnie ugościłeś. Mam nadzieję, że to nie był problem. Zatem... Dziękuję i do widzenia.
Podniosła się, a następnie ruszyła do drzwi. Niepewnie je otworzyła, a przed wyjściem jeszcze posłała nieco zakłopotany uśmiech. Po wyjściu obróciła się twarzą do ściany korytarza, tuż obok pokoju numer osiem. Przylgnęła czołem. Oparła się. Gdyby przed kimś stała, ten ktoś powiedziałhy, że jest wkurzona. Jednakże nie lubiła okazywać tego uczucia. Czuła się wtedy tak, jakby cofała się w swoich postępach. Dlatego też, jeżeli już musi zmarszczyć nosek i gromić wzrokiem, to robi to tak, aby nikt nie widział - nawet ona sama. Trwało to zaledwie parę sekund, gdyż potem ruszyła do wyjścia z męskiego akademika. Co ona będzie dzisiaj robić? Znowu pewnie spacer po mieście. Włożyła słuchawkę do ucha i puściła muzykę. Trafiła na spokojny utwór z dojrzałym kobiecym wokalem. Pianino na początku brzmiało ślicznie. Nie przeszkadzało jej, że to kolejny utwór kuzyna. W refrenie pojawiały się wersy po angielsku. Całość zawsze się jej wydawała dość smutna, ale i podniosła.
Tylko się nie rozklej po drodze, Rennevy.

//ZT.//


Ostatnio zmieniony przez Rune dnia Sob Lis 21, 2015 11:02 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t119-pierdola-z-kokarda-hej-rune

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Nie Sie 02, 2015 2:25 pm

Już kończąc wywody o męskiej wersji Rune i żeńskiej wersji Raya - informacja o urokliwości pani Walker nie zdołała sprowokować czarnowłosego do wypuszczenia z garści wyobraźni, która z pewnością utworzyłaby idealny obraz samego siebie w nieco innej formie, który trafiałby pewnie w podświadome ideały Raymonta. A wtedy, no cóż, miłość. I to do samego siebie. Kłopotliwa sprawa. Rzeczą niepokojącą jednak był uśmiech Rennevy, który nagle pojawił się i z każdą chwilą rozszerzał się coraz mocniej, zaś sama dziewczyna wydawała się zupełnie nieobecna myślami w tym pokoju. Chłopak bał się pomyśleć jakie wyobrażenia ogarnęły panią Władającą w tym momencie, zaś rumieniec, który się ukazał na jej twarzy wzbudził zastanowienie spotęgowane szczególnie następnymi słowami. To było coś, o co się nie pyta, a szczególnie, gdy znajomość nie jest potężna, wieloletnia.
- Zabrałabyś do domu... i ten uśmiech oraz rumieniec... Rune, wolę nie wiedzieć co byś zrobiła z panią Walker. Czy Ty jesteś...? - pomyślał i zaśmiał się lekko. Chciał jeszcze dodać już nie w myślach "a męskiego pierwowzoru nie zabrałabyś do domu chętnie?", lecz to byłoby raczej niestosowne. Powstrzymał się, jeszcze opacznie zrozumiałaby ten żart jako nieudolne próby flirtu czy czegoś podobnego. Cokolwiek związanego z romansem u Raya poprzedza słowo "nieudolne", warto mieć na uwadze.
Później nastała mniej radosna część, zupełnie mniej, by nawet nie nazwać ją rozpaczliwą. Pytanie Raya o powtarzalność wydarzenia w każde urodziny nie było czymś nieodpowiednim - przynajmniej w jego mniemaniu - gdyż jasnowidzem on nie był, ani w myślach czytać nie potrafił - jeszcze - dlatego, aby upewnić się, że wszystko dobrze zrozumiał i połączył zapytał. I tak samo jak Rennevy chciał, aby to nie było prawdą, że źle jednak ułożył tą układankę, lecz prawda była okrutna. Widząc potwierdzenie spuścił głowę i wlepił wzrok w swoje dłonie, które natychmiast zacisnęły się. Poczuł w sobie coś nieprawdopodobnego, gdyż nagle jego cały wewnętrzny spokój, jego cały wewnętrzny ład trafił szlag. Wszystko zajęło się w gorejących płomieniach, które trzymane jedynie przez cienkie więzy samokontroli nie zdołały wydostać się na zewnątrz. Tak, poczuł złość i to wielką, która mogłaby zakrawać na furię. Dlaczego w takiej chwili? Bardzo proste, nienawidził losu, który zgotował Rune taką przeszłość. To były te chwile w jego życiu, w których chciał rzucać wyzwanie Bogom, w których opiekę zupełnie nie wierzył, lecz był gotowy do takich czynów. Jego zęby również się zacisnęły, a mina nabrała wyrazu, nieprzyjemnej agresji, która natychmiast została zabrana razem z głębokim oddechem. Mięśnie znów się rozluźniły, a zbielałe kostki nabrały właściwej barwy. Milczał, nawet nie patrzył na nią, bo bał się, że jej spojrzenie jest przepełnione tragicznym żalem, a to było niemalże pewnością. Był samolubny, znów, nie chciał zmagać się z tym przerażającym smutkiem, przegrałby, a wtedy i jego dawno zamknięte emocje wywoływane przez wspomnienia zostałyby uwolnione. Nawet jeżeli Rennevy potrzebowała jego wsparcia w postaci zwykłego spojrzenia, to nie mógł teraz tego zrobić, a raczej - nie chciał. Pewne rzeczy były wciąż silniejsze od niego.
Nagle usłyszał otwierające się drzwi, spojrzał najpierw na Rune, która wydawała się zdziwiona, a następnie na wchodzącą do środka osobę. To wydarzenie sprawiło, że chwilowo zapomniał o napiętej sytuacji, która jeszcze przed sekundą go obejmowała. Widok chłopaka przypomniał mu jednak o czymś innym - o tym, że na recepcji przecież już rozmawiał o lokatorze, który chciał zamieszkać razem z nim, a on wyraził zgodę, bo nawet nie mógł zaprzeczać, w końcu to był akademik i pokój dwuosobowy. Mimo wszystko nie znali się jeszcze, bo nie było okazji na przedstawianie się.
- Cześć. - odparł krótko jakoś tak beznamiętnie. Nagłe wyrwanie go z tamtej sytuacji było lekko oszałamiające. Trochę miał za złe Garemu, że wrócił akurat w takiej chwili, ale w gruncie rzeczy - to jego pokój, miał prawo wchodzić kiedy chce i jak chce, nie pukając. Ciężka atmosfera została rozwiana co z pewnością było łatwiejsze do przyjęcia, lecz czy tego chciała Rennevy? Raczej nie, przecież chciała jeszcze odpowiedzieć na wszystkie ciężkie pytania czarnowłosego, co pozwoliłoby im rozwinąć znajomość, a teraz ta rozmowa musi odbyć się drugi raz, znów rozdrapując stare rany. Broń już postanowił, że nie będzie miał oporów, bo w końcu sama tego chciała, sama prosiła o zrobienie tego teraz, a nie później, by to wszystko było już za nimi. Nie wahałby się przed zadaniem bolesnego pytania, aczkolwiek przy drugim podejściu... będzie znacznie trudniej, gdyż dochodzi do tego świadomość jak dokładnie wygląda przeżywanie przeszłości po raz drugi.
- Tak ja jestem Raymont Walker, ale mów mi Ray, miło mi. A to jest... - i wtedy Rune wyskoczyła z całą swoją formułką, która była dla niej tak charakterystyczna jak kokardki. - No właśnie. - dodał na końcu z lekkim uśmiechem. Słysząc kolejną wypowiedź Rennevy spojrzał na nią lekko zmrużonymi oczami.
- Jest zła. - stwierdził krótko może trochę na wyrost, lecz tak właśnie odczuł.
- Cóż, sam jeszcze do niedawna nie wiedziałem o tym. Nie było okazji Ci powiedzieć. - powiedział spokojnym tonem. Jego uwagę przykuły kolejne słowa dziewczyny. Zazdrościła trochę? Czyli czuła się samotna. Samotność odczuwać można na wiele sposób, więc czy sporadyczne odwiedziny Raya w jej pokoju ukoiłyby to uczucie? Raczej nie, jedynie spotęgowałyby, bo przez chwilę pomieszczenie byłoby - nawet z kimś tak pasywnym jak Raymont - żywe, a gdyby wyszedł znów świeciłoby pustką i straszyło ciszą. Taki nagły kontrast raczej nie był wskazany, dlatego bez określonych powodów postanowił nie nachodzić jej. - Jakby była taka możliwość to dostawilibyśmy tutaj jeszcze jedno łóżko i mieszkałabyś z nami. Albo my poszlibyśmy do Ciebie. - odparł po chwili i zaśmiał się lekko. Dla niego mieszkanie w trójkę w tym z dziewczyną byłoby czymś niewyobrażalnie trudnym. A tym bardziej mieszkanie z dziewczyną w żeńskim akademiku. To byłoby koszmarem, gdyż zupełnie nie wiedziałby jak się zachowywać, do tego ta cała krępująca świadomość. Uhh.
Nagle nastała chwila niesamowicie poważnego i oficjalnego pożegnania się, które wygłosiła Rune. Czarnowłosy omal nie zaśmiał się w tym momencie, bo już dawno nie słyszał tej sztywnej formułki, gdyż ich relacje stały się znacznie bardziej luźne. Brzmiało to wszystko zabawnie w odniesieniu do tego jak niekiedy razem się zachowywali, - ryba piła - a tym jak wyglądała ta wypowiedź.
- Żaden problem, możesz przychodzić kiedy chcesz. Na razie, do zobaczenia. - odparł wyluzowany, jeszcze mniej poważnie niż zazwyczaj, a to ze względu na wyjątkową powagę Rennevy. Odprowadził ją wzrokiem do drzwi, a następnie spojrzał na Garego siadając w jego stronę. Dopiero teraz zauważył, że ten wygląda na... wycieńczonego?
- Wyglądasz na zmęczonego, coś się stało? - zapomniał, że przecież niekiedy południami są treningi, które wyjątkowo wyczerpują organizm szczególnie uczniów NOT. Postawił jednak na opcję z tym, że coś się wydarzyło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Pon Sie 03, 2015 12:32 am

-Miło mi cię poznać Rennevy.-powiedział uśmiechając się ciepło, aby rozluźnić trochę sytuację-Też mam nadzieję na współpracę. Nie musisz być taka formalna. Oboje jesteśmy uczniami.-dodał
Gary czuł, że wybrał jeden z najgorszych możliwych momentów na powrót. Dał radę wyczytać z twarzy Ray'a i Rennevy odczytać iż byli w trakcie jakiejś ważnej rozmowy, a on im przerwał. Nie czuł się z tym najlepiej. Wiedział jak to jest w końcu niedawno też mu tak przerwano tylko musiał walczyć.
-Czemu nie?-zaśmiał się lekko na propozycję podaną przez Ray'a-Im więcej osób tym więcej zabawy.-powiedział bez namysłu, ale po chwili doszedł do wniosku, że nie było to stosowne.
"Weź się w garść chłopie, nie sprawiaj już im więcej kłopotów." Pomyślał. Chłopak chciał przeprosić za to w jak w nie odpowiednim momencie przyszedł, ale nie miał okazji, ponieważ dziewczyna zaraz pożegnała się i wyszła.
-Do zobaczenia.-odpowiedział machając lekko ręką
"Czy ona ma się zaraz popłakać? Brawo idioto jeszcze ją zdołowałeś." Takie myśli przeleciały mu przez myśl gdy zobaczył jej twarz zaraz przed wyjściem i zamknięciem drzwi. "Przy najbliższej okazji będę musiał ją przeprosić."
-Jak by to powiedzieć. Wychodzi, że ludzie z przeszłości nie są za szczęśliwi faktem, że żyję i wysłali na mnie grupkę najemników i zawodową zabójczynie.-odparł na pytanie Ray'a-Dałem się trochę poobijać. Gdyby nie to, że przyszły nam jakieś dwie dziewczyny z komitetu dyscyplinarnego, pewnie nie był bym w stanie teraz wam przeszkodzić w rozmowie, za co przepraszam. Gdybym wiedział, że masz gościa to bym jeszcze nie wracał i nie przeszkadzał.-powiedział smutno-Mógłbyś mi pomóc zmienić bandaż? Mam nadzieje, że nie masz fobii na punkcie krwi czy ran.-poprosił chłopaka zdejmując koszulę i podkoszulek-Jeśli chodzi o ranę nie jest poważna. W przeszłości doznawałem gorszych.-dodał wskazując palcem na dużą bliznę przechodzącą przez całą klatkę piersiową i brzuch.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Wto Sie 04, 2015 9:05 pm

Kolejny dowód na to, że Death City jako "stolica" Władających i Magicznych Broni, serce obrony świata przepełnione osobami, które mają zapewnić nam bezpieczeństwo, jest równocześnie najniebezpieczniejszym miejscem na ziemi. A nawet między wymiarami. Tutaj ani Władający, ani Wiedźmy, ani zwyczajni ludzie nie są bezpieczni, a w takim Wymiarze? Wiedźmy i Czarodzieje mogą czuć się bezpiecznie. Niektórzy polują nawet na uczniów Shibusen, a więc wkładają kij w mrowisko bez obawy, że ucierpią. To tylko wskazywało na to, że im mniej wspólnego z tą szkołą, z tym miastem, tym bezpieczniej. To nie było miejsce dla każdego, a czy było dla Raya? Kiedyś odpowiedziałby, że z pewnością nie, lecz teraz kiedy stał się częścią tego mechanizmu nie mógł odwrócić się, był Magiczną Bronią, to do niego należało, od tego był - bez względu na to czy odpowiadało mu to, czy nie. Jednak nie wszyscy musieli tutaj być, nie wszyscy musieli się narażać. On postanowił to zrobić, aby ktoś inny nie musiał. Takie pseudo-męczennictwo, o podłożu poczucia obowiązku, a nie chęci uznania albo obrony poglądów. Chociaż on w stosunku do obowiązków był wyjątkowo ambiwalentny. Niby odpowiedzialność, niby beztroska.
Wiadomość o ataku na Garego nie tylko wzbudziła w nim te myśli, ale również zdziwiła go. Ktoś chciał śmierci tego młodego chłopaka i ktoś starał się, by chęci przełożyły się na fakty. Ujście z życiem z zamachu, nieważne czy z czyjąś pomocą, czy nie, było dosyć traumatycznym przeżyciem, a przynajmniej mogłoby być takim dla Raymonta. Przeżył różne rzeczy, ale całe szczęście nie było mu dane poznać uczucia towarzyszącego świadomości, iż ktoś ma konkretnie jego na celowniku. Oczywiście był celem z samego faktu, że przynależał do Shibusen i Magicznych Broni, jednak to było zbyt ogólnikowe. Oczy szerzej się otwarły, a on na chwilę zamarł.
- Coraz gorzej w tym Death City. - tą myślą poprzedził przypieczętowanie planu, który miał w głowie. Jednak okoliczności zmuszały go do tego. No cóż, czasami należy zrobić co trzeba, bez względu na uczucia.
- To, że żyjesz jest znakiem Twojej siły albo szczęścia. W obu przypadkach jednak wygrywasz. - powiedział starając się lekko pocieszyć chłopaka. W sumie nie wiedział na ile jest teraz ten w szoku, czasami nie było widać tego po ludziach. - Nie przejmuj się tym. Miałbym tupet mając wyrzuty, że ktoś ranny, po zamachu na jego życie wszedł do pokoju w niewłaściwym momencie. - dodał po chwili ściągając brwi ze sobą. Aż takim egoistą i nieczułym gnojem nie był. Do rozmowy zawsze można wrócić, a rany? Z nimi najlepiej załatwić sprawę jak najszybciej.
- Może to i lepiej, że przerwałeś. - pomyślał niezbyt zastanawiając się nad tym, bo w końcu niedawno myślał o tym. Mogło być lepiej, bo teraz nie będzie miał odwagi pytać o kolejne ciężkie sprawy, chociaż nie wiadomo na ile to dobrze, a na ile źle dla jego znajomości z Rune.
- Pewnie. - powiedział krótko wstając i otwierając szafkę nocną, w której trzymał coś na styl apteczki. Zwyczajnie przybory przydatne gdziekolwiek pokroju bandaży i środków odkażających. Będąc na treningach w Shibusen łatwo o urazy, warto być zabezpieczonym. No i czasami z nieba spadają wiedźmy jak taka jedna, wtedy łatwiej usztywniać kostkę odpowiednim materiałem, a nie kawałkiem swojej koszuli. - Nie mam, spokojnie. Może nie wyglądam, ale jestem twardszy niż się wydaje. - odparł z uśmiechem, bo w sumie bawiło go, że coś takiego powiedział. To zupełnie nie w jego stylu, ale wolał rozwiać wątpliwości Garego odnośnie "męskości". Wyciągnął bandaż, gazę i wodę utlenioną, a następnie spojrzał na wcześniejsze bliznę. Była ogromna, jakby ktoś ciął go mieczem, a raczej rozpruł od góry do dołu. Ray nie miał takich blizn pomijając te małe, które zyskał w dzieciństwie albo nawet i teraz jednak za żadną nie kryła się jakaś poważniejsza historia. Zawsze to zabawy, głupie pomysły albo nieostrożność, nic więcej.
Usiadł obok niego, nasączył dobrze gazik wodą utlenioną, by móc następnie odkazić i przemyć ranę.
- Kim byli Ci zamachowcy? Jeżeli mogę wiedzieć. - zapytał opatrując go. Nie wiedział czy to jakaś tajemnica, ale Gary zdawał się chętnie opowiadać o tym, w końcu od razu wytłumaczył sprawę bez problemów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Wto Sie 04, 2015 10:48 pm

-Zdarzały mi się już gorsze rzeczy. Chociaż znowu prze zemnie ktoś bliski miał kłopoty.-powiedział-Spokojnie już się jakoś pozbierałem z pomocą owej przyjaciółki.-ciągnął-Czy ja wiem. Z twojej perspektywy pewnie tak to wyglądało, ale z mojej naprawdę wyglądaliście jakbyście rozmawiali o czymś poważnym, albo ważnym dla was obu.-wytłumaczył Gary
Czuł się naprawdę źle z tego powodu. Dla niego sprawa zamachu na jego życie wydawała się niczym w porównaniu z przerwaniem jakiejś ważnej rozmowy dwojga przyjaciół. W końcu do nie dawna sam żadnych nie miał. Za czasów gdy ich jeszcze miał byli na pierwszym miejscu w jego hierarchii ważnych rzeczy i dalej są. Ale nie każdy musi mieć takie same poglądy, prawda?
-Jak by to wytłumaczyć. No nic mam nadzieje, że nie przeszkadzają ci smutne wspominki z przeszłości?-powiedział-Widzisz, mam jeszcze jedną bliznę na oku przez co gorzej na nie widzę.-podniósł ręką grzywkę-Dlatego nie przeszkadza mi tak gęsta grzywka. Nie miałem zbyt miłego i spokojnego dzieciństwa. Matka zmarła niedługo po moich narodzinach, a ojciec był alkoholikiem i często obrywałem za nic. Pewnego razu postawiłem mu się i skończyło się tym, że dostałem "tulipanem" (Butelka po rozbiciu przypomina kształtem ten kwiat) po twarzy. Nie trzeba było długo czekać aż ktoś wparował do domu i obezwładnił mojego ojca. Byli to naukowcy podający się wtedy za ludzi z opieki społecznej i zabrali mnie do ich placówki badawczej zwanej "Sierociniec". Nie ciekawa nazwa co.-uśmiechnął się lekko- W placówce tej robiono różne testy preparatów, broni, mikstur i innego szajsu tego typu. Przez pierwsze pół roku niczego się nie spodziewałem i faktycznie myślałem, że to sierociniec. Poznałem tam dwójkę moich... moich przyjaciół.-tu na chwilę się zatrzymał gdyż wspomnienie o nich sprawiało mu najwięcej bólu, ale skoro już zaczął nie ładnie tak nagle przerwać. Poza tym stwierdził, że można zaufać Ray'owi.- Potem zaczął się koszmar. Żeby dzieciaki tak szybko nie umierały na skutek ran, wstrzykiwano im specyfik wzmacniający trochę organizm i przyspieszający regeneracje. Eksperymenty były naprawdę brutalne. Tłukli dzieciaki mieczami, maczugami, itd. aż nie zemdlały, albo nie umarły. Pewnego razu chcieli wziąć Lili, moją przyjaciółkę, nie chciałem na to pozwolić, więc zacząłem się kłócić by wzięli mnie zamiast jej, ale nic to nie dało. Zabrali ją i mnie.-Znowu zrobił małą pauzę, żeby się uspokoić- Podczas eksperymentu testowali jakiś miecz. Starałem przyjmować na siebie większość ciosów, co było dość trudne pomimo tego, że miałem piętnaście lat i tą cholerną substancję w krwiobiegu. W pewnym momencie testujący bardzo mocno się zamachnął w stronę Lili. W ostatniej chwili udało mi się wskoczyć by ją obronić i stąd ta blizna.-W tym momencie przerwał, czuł jak łzy napływały mu do oczu, ale nie dawał im się. Nie kontynuował dalej bo uznał, że dalsza część nie ma nic wspólnego z pytaniem Ray'a. "Jeśli będzie chciał dalej słuchać to zapyta." Z takiego założenia wyszedł Gary.-Dalej się jeszcze działo, ale to już nie jest znaczy jest, ale nie chce więcej nudzić cię tą historią i przejść do odpowiedzi na pytanie. Jak będziesz chciał usłyszeć resztę to spytaj-powiedział Gary bez większego zastanowienia
"Ciekawe, dlaczego mu to opowiedziałem. Nie jestem raczej wylewny, a to już druga osoba w krótkim okresie czasu, której postanowiłem zaufać." Zdziwiło go to jak bez problemu się otworzył. Czy czasy Garego, który nie ufa nikomu poza sobą już minęły? Czy to zasługa Caril? Zastanowił się, ale długo się nad tym nie rozwodził. W końcu i tak jest już za późno żeby to odkręcić.
-Mam nadzieję, że nie zanudziłem cię tą historią.-powtórzył bez specjalnego wyrażenia emocji, starał się raczej tłumić je w sobie, żeby znowu nie wybuchnąć płaczem. Każde wspomnienie o Lili czy starych czasach sprawia, że przeżywa to jak by drugi raz.-Taka historia z życia Garego.-zaśmiał się przez łzy ze swoich własnych słów. Był już na granicy płaczu, ale starał się to przetrzymać. Z tego też powodu szybko przeszedł dalej żeby już głębiej nie pogrążać się w smutku
Gary był raczej pozytywnie nastawiony do świata i zawsze stara się ciepło uśmiechać, ale jeśli chodzi o wspominki z jakby nie patrzeć niedalekiej przeszłości strasznie to przeżywał w końcu... (albo nie będę spoilił jak się Ray zapyta o ciąg dalszy to się dowie. HIHI)
-Dziękuję za pomoc z bandażem-powiedział gdy współlokator skończył- Ale nie wytłumaczyłem w końcu kim byli zamachowcy. Pewnie byli to najemnicy najęci przez naukowców z podobnej placówki badawczej. Zapewne chcieli się zemścić za to co zrobiłem, albo boją się, że jak urosnę w siłę to skończą jak ci z placówki w której mnie przetrzymywali.-uśmiechnął się złowieszczo
'Uspokój się, nie trać panowania. To cholerne szaleństwo mogło by mi już na dzisiaj odpuścić.'-wymamrotał cicho-Mam nadzieje, że się nie przestraszyłeś tego morderczego uśmiechu?-zapytał dla pewności zmieniając już na łagodniejszy wyraz swojej twarzy. W miarę możliwości chciał zyskać przyjaciela w Ray'u, a nie sprawić żeby go unikał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Pon Sie 10, 2015 10:45 pm

Znowu przez Garego ktoś bliski miał kłopoty? Ray miał podobnie, chociaż on wielokrotnie nie narażał bliskich osób. Raz, a dobrze wystarczyło. Dodatkowo to on był powodem, źródłem i zagrożeniem. Byłby także klęską, ale poszczęściło mu się. Nie musiał nosić na swoich barkach winy, winy która z pewnością przerosłaby go. Zabić kogoś bliskiego ulegając głosowi w głowie, odrażające, karygodne. To żałosne ciągle wspominać tą samą sytuację, ale musiał być pewien, że nigdy nie zapomni, że nigdy nie powtórzy się coś takiego. Brakowało wyjątkowo niewiele, aby opuścił ostrze i pozbawił Rune życia. Tak naprawdę uratował ją ten chłopak, jego zresztą też. Nie miał szans nawet dobrze mu podziękować. Cholerne życie.
Gary miał rację, rozmawiali o poważnych i ważnych dla nich sprawach, lecz to zupełnie nie znaczyło, że czyjeś życie, zdrowie i samopoczucie w obliczu tych wyznań jest mniej warte niż słowa. Do rozmowy zawsze można było wrócić jeżeli tylko nadarzy się okazja oraz zbuduje się odpowiedni klimat. Tak ciężkie tematy nie można było podejmować ot tak. Wyglądałoby to lekceważąco dla rozmówcy, a także jego przeszłości, emocji, znaczenia tego wszystkiego. Niektóre wspomnienia wymagały odpowiedniej oprawy, gdyż w innym wypadku były bezczeszczone. Jedynym wyjątkiem były osoby nadmiernie otwarte, dla których nie było problemem opowiedzieć różne historie swojego życia bez nawet zastanowienia czy dla słuchacza nie będzie to krzywdzące.
Smutne historie zupełnie nie przeszkadzały Rayowi, gdyż wydawało mu się, że był dobrym słuchaczem, któremu można się wyżalić. No i chyba coś miał takiego w sobie, że ludzie mu ufali. Cenił to w sobie i w nich - powierzali mu tajemnice, a on ją dotrzymywał w zamian. Oczywiście smutne historie nie przeszkadzały mu w słuchaniu, lecz w przeżywaniu... często nazbyt rozmyślał o problemach innych. Wiele myślał o sobie, o bliskich, zaś później dochodzili kolejni ludzie ze swoimi zmartwieniami, które nakładał na wizję świata. To poszerzało horyzonty patrzenia, ale niestety nowy punkt widzenia niemalże zawsze był gorszym.
Z każdym kolejnym słowem opowieści Garego, Raymont uznawał, że jego życie było bajką. Nigdy nie uważał, że przeszłość jaką miał była tragiczna, ale do wyjątkowo radosnych nie należała. Jednak jego nowy współlokator przeżył prawdziwy koszmar, nocną marę, która była rzeczywista. Nie sposób się z niej wybudzić, nie sposób jej przerwać. Ray nie mógł uwierzyć, że właśnie ten chłopak, z którym teraz rozmawia przeżył i przeszedł tak wiele, a to wszystko jest prawdą. Życie było znacznie okrutniejsze niż wydawało mu się. Po dzisiejszym dniu z pewnością stał się bardziej świadomy na otoczenie, na to, że wokół wciąż rozgrywają się ludzkie tragedie. Kolejny raz nie wiedział co powiedzieć.
- Podziwiam Cię, że miałeś tyle odwagi, aby się wstawić za nią. - odparł szczerze, gdyż każdy taki czyn zasługiwał na podziw. Przedkładanie życia kogoś bliskiego nad własne oznaczało wielką więź między nimi, oddanie i zatroskanie drugą osobą. Chciał zapytać o Lili, lecz wiedział dokładnie, iż wracanie do tego wspomnienia może być dla Garego nie tylko zdrapywaniem starych ran, ale posypywaniem ich solą. One bolały, nigdy się nie goiły i raczej nigdy nie mogły się zagoić. - Nie nudzisz, jeżeli masz ochotę, to możesz opowiedzieć. Chętnie wysłucham. - odparł po chwili dając mu szansę na wygadanie się. Sam nawet po dwóch dzisiejszych wyznaniach nie miał wciąż ochoty na opowiadanie o sobie. Nie tyle, że przeszłość była smutna, a dlatego, że zwyczajnie był zamknięty w sobie. Nie wyjawiał takich rzeczy nawet zaufanym osobom. Czuł się znacznie lepiej samemu mając te wspomnienia. Wolał, aby nikt nie patrzył na niego przez pryzmat jakichkolwiek przeszłych problemów. Z przeszłości można czerpać wnioski, ale nie powinno się na podstawie jej żyć. Teraźniejszość rządzi się własnymi, niezbadanymi zasadami. - Nie miałeś łatwego życia. Przykro mi, że ktokolwiek musi przechodzić takie rzeczy. Świat jest okrutny. - powiedział patrząc gdzieś w dal nieobecnym wzrokiem. A co widział? Ciemność, proste skojarzenie.
Po skończeniu bandażowania Ray usiadł na swoim łóżku naprzeciwko Garego, aby lepiej im było rozmawiać. Nieprzygotowany na nagłą zmianę nastroju nowo poznanego zdziwił się lekko, gdy usłyszał inny ton głosu i ujrzał inną minę, uśmiech przypominający mu nieco jego własny podczas incydentu w cyrku. To oznaczało, że mieli więcej wspólnego niż wydawało się Raymontowi na początku. Również borykali się z czymś, co przejmuje nad nimi kontrolę. U Raya zdarzyło się to raz, ale znów - porządnie. U Garego zdarza się zapewne częściej, ale objawia tylko takim czymś. Czarnowłosy wolałby wersję swojego współlokatora, gdyż była znacznie łatwiejsza do opanowania i mało groźna. Jedynie mogła budzić lęk, ale przynajmniej nie atakowała z taką mocą.
- Nie, nie przestraszyłem, ale zdziwiłem. - powiedział krótko zastanawiając się ile może zdradzić Garemu. - Sam mam do czynienia z morderczymi zapędami, lecz w znacznie drastyczniejszej formie. - z trudem wydusił z siebie, ale uznał, że współlokator powinien wiedzieć o takich rzeczach. Mógł mu zagrażać. - Gdyby... gdybym kiedykolwiek zachowywał się w ten sposób - nie wahaj się, wiesz co robić. - miał nadzieję, że jako ktoś kto sam zmaga się z tym problemem rozumie, że skrzywdzenie kogokolwiek w tym stanie byłoby gorsze niż śmierć. Wolał już umrzeć zanim coś zrobi, niż umrzeć po tym jak coś zrobi. Po takim strasznym czynie zmuszałby siebie do życia, aby cierpieć, pokutować za to co zrobił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Wto Sie 11, 2015 3:12 pm

-Ray, nie wiesz jak naprawdę wyglądają moje ataki.-tłumaczył spokojnie-Owszem zdarzają się takie słabe jak te, ale tylko dlatego, że jestem w stanie tłumić szaleństwo w sobie. Gdybym tego nie potrafił zapewne byśmy się nie poznali.-stwierdził smutno-Skoro nie nudzi cię ta historia to będę kontynuował.-wziął głęboki oddech i zaczął dalszą część opowieści-Po tym jak zostałem zraniony straciłem przytomność. Obudziłem się po dwóch dniach. Nawet nie miałem szansy pożegnać się z Lili-łza spłynęła mu po policzku, ale tylko jedna. Na chwilę zrobił pauzę i po chwili kontynuował-Kiedy obudziłem się Zac powiedział mi co działo się po tym jak zemdlałem. Okazało się, że pomimo mojego stanu nie przerwano testów. Zakatowali ją tam....Umierała w męczarniach. Jej męki skończyły się jakąś godzinę przed moim wybudzeniem. Kiedy się o tym dowiedziałem szaleństwo siedzące we mnie po cichu dało o sobie znać. Wpadłem w szał. Błędem naukowców było to, że zrobili ze mnie swojego "pupila". Byłem dobrze wytrenowany i potrafiłem częściowo zmienić się już w broń. Szaleństwo przejęło nade mną kontrolę.-tu znowu mała pauza-W napadzie szału wymordowałem wszystkich...Nie tylko naukowców, ale inne dzieciaki i moich przyjaciół...Kiedy już skończyłem wszystkich mordować dalej byłem pod kontrolą szaleństwa. Nie mogłem nic zrobić tylko patrzeć. Po wszystkim uciekłem stamtąd i włóczyłem się trzy miesiące po całej Polsce bez celu zrozpaczony nie mogący ruszać własnym ciałem, ogarnięty ciemnością. Po owym czasie znalazła mnie para Siri i Al. Byli władającym i bronią. Przy pomocy mocy Siri odzyskałem świadomość i władzę nad ciałem. Udało się prawie całkowicie usunąć szaleństwo, ponieważ nie da się go całkowicie pozbyć. Zabrali mnie ze sobą do Shibusen i tak oto jestem gdzie jestem.-gdy skończył uśmiechnął się pusto bez emocji i pustym wzrokiem wpatrywał się w sufit. Po kilku minutach odwiesił się-Dzisiaj znowu prawie dałem się opętać szaleństwu i powtórzyło by się to samo co rok temu. Znów zabił bym kogoś bliskiego i masę innych nie winnych osób. Licząc, że jeszcze Caril mogłaby zginąć podczas ataku tej zabójczyni i to też przeze mnie.-zakrył jedną część twarzy ręką, ale po chwili gdy się uspokoił zabrał ją- Tak więc nie wiem kto ma gorszą mroczną stronę Ray-powiedział z lekkim uśmiechem
Gary czuł się trochę lżej po tym jak skończył opowiadać. Wiedział, że tylko do momentu aż nie zaśnie będzie mu lżej. Podczas snu i tak wszystko wróci do normy, ale był wdzięczny Rayowi za to, że go wysłuchał i był dla niego wyrozumiały, i miły.
-Ray,-wyprostował się i z poważną miną zaczął mówić-jeśli wpadniesz w szał nie martw się nie powtórzy się to samo co kiedyś. Nie wiem co się wtedy stało, ale zadbam o to, żeby się to nie powtórzyło. Jednak nie zabiję cię w takim wypadku.-uśmiechnął się ciepło-Sprowadzę cię z powrotem. Chyba nie chcesz, żeby Rennevy była smutna, prawda? Jesteście dość blisko, więc pomyśl jak czuła ona by się czuła gdyby do tego doszło. Gdyby nie mogła już z tobą porozmawiać, śmiać się czy po prostu spędzić trochę czasu.-Po tych słowach wstał jakoś, resztkami siły podszedł do Ray'a i lekko uderzył go w głowę-Pomyśl zanim o coś poprosisz.-Uśmiechnął się ciepło i osunął się na ziemię-Haha, chyba jeszcze nie odzyskałem na tyle sił, żebym mógł od tak sobie chodzić. Mógłbyś pomóc mi dojść do łóżka?-zapytał śmiejąc się z siebie samego-Tak więc nie martw się o to, że kogoś skrzywdzisz. Jeśli tylko się dowiem, że wpadłeś w szał zaraz przybiegnę nawet z drugiego końca świata i wyciągną cie z tego cholerstwa.-powiedział ciepło
Gary najlepiej wiedział jak to jest zabić bliskie ci osoby i musieć z tym żyć, więc jeśli będzie mógł to za wszelką cenę oszczędzi komuś takich wspomnień. Nie wiedział jaka historia kryję się za Ray'em ale wiedział, że za wszelką cenę nie dopuści do powtórzenia się jej. Stwierdził, że już są przyjaciółmi, a przyjaciele dla chłopaka są najważniejsi. W końcu trenuje tak ciężko, żeby mógł ich chronić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Czw Sie 13, 2015 8:13 pm

Ray rzeczywiście nie miał pojęcia jak silne są ataki szaleństwa Garego, nie miał cholernego pojęcia, dopóki nie usłyszał całej tej historii. Skłamałby stwierdzając, że w tym momencie poczuł się bezpiecznie obok niego. Rozumiał, że to nie jego wina, że sam może być podobny, ale on... on jeszcze nigdy nie zabił nikogo, a tym bardziej swoich przyjaciół. Jednakże to nie był strach, a jedynie obawa, że kiedyś w tym chłopaku znów się to obudzi i znów będzie cierpiał on oraz osoby mu bliskie.
- Czy coś podobnego czuje Rune? - pomyślał przelotnie. Raymont nie bał się o swoje życie, wszak bronić się umiał, a w razie czego postara się opanować samego współlokatora, by wrócił do siebie. Skoro ludzie tak łatwo powierzają mu swoje tajemnice, tak łatwo dzielą się trudnymi sprawami, to coś musi w nim być. Rennevy, Jaśmina, Gary, oni wszyscy dosyć szybko mu zaufali, a przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy Raya, który szczerze mówiąc - jeszcze nie zaufał w pełni żadnej osobie z tej trójki. Nawet Rune. Taki już był, wyjątkowo zamknięty i ostrożny w relacjach.
Oczywiście opowieść chłopaka nie tylko wzbudziła w nim te emocje, bo przede wszystkim sprawiła, iż poczuł ogromny smutek, a może nawet złość. Ten świat był gorszy niż myślał, znacznie, znacznie gorszy.
- I ja miałbym odpuścić? Miałbym zrezygnować z Shibusen, bo boję się decydować o czyimś życiu? Po tym wszystkim co usłyszałem teraz? Ktoś musi się tym zająć, nie mogę być egocentrykiem. Cholera, liczę na lepszy świat, a sam nie kiwnę nawet palcem. Idiota. - postanowił skarcić się za wcześniejsze zawahania. Wtedy jednak nie miał świadomości, że ludzie tak blisko niego mają tak tragiczne historie. To usprawiedliwiało go, lecz teraz podjął decyzję. Nie ma wycofywania się. Ale tutaj rodził się wielki problem, który już wcześniej poruszał - kto zasługuje na śmierć? Ma się bawić w Boga? Przecież nie jest wszechwiedzący. Ma słuchać się Shinigamiego? Przecież nie jest marionetką. Na te rozmyślania przyjdzie jeszcze czas, najpierw musi urosnąć w siłę, stać się wartościową Bronią.
- Nie powtórzyłoby się to samo. - postanowił nie komentować dokończonej opowieści, gdyż nie mógł znaleźć odpowiednich słów, a wychodził z założenia, że jeżeli nie wie co powiedzieć, to lepiej nie mówić nic. - Nie powtórzyłoby się, jestem tego pewien. Potrafisz to kontrolować, wiesz co się wydarzyło wtedy, prawdziwy Ty nie dopuści do drugiego takiego incydentu. - dodał po chwili spokojnie, powoli, aczkolwiek pewnie. Tak jakby zupełnie mówił coś oczywistego, jakiś powszechnie znany fakt. - Nie wiem kim jest Caril, ale z pewnością nie zagrażasz jej Ty, ani nie jesteś winny jej zagrożenia. Nie Ty wybierałeś swoją przeszłość, i nie Twoja wina, że świat jest parszywy. - powiedział na zakończenie tego wywodu. Przynajmniej tak uważał, lecz czy sam będąc w sytuacji Garego mógłby tym słowom zaufać? Kto wie.
Słysząc kolejną wypowiedź na temat mrocznej strony Ray lekko uśmiechnął się, jednak prawie niewidocznie, tak jak miał w zwyczaju. Była to raczej taka sama mina - zwyczajna, lecz jej wyraz, aura jaka biła od niego lekko się zmieniała na bardziej... radosną?
- To nie konkurs na bardziej i mniej gorsze mroczne strony. Gorsza strona jest zawsze tak samo zła. Tutaj liczy się tylko czy zdołała przejąć kontrolę w odpowiedniej chwili. - powiedział luźno jakby mówił zupełnie o czymś trywialnym. Tak naprawdę nie chciał przykładać do tego powagi, wolał już dłużej nie rozmyślać o potencjalnych wydarzeniach jeżeli "to coś" przejmie stery.
Cholera, Gary miał teraz stuprocentową rację. Rayowi, aż zrobiło się całkowicie głupio za swoje słowa, za swoje myśli. Może nawet poczuł wstyd za siebie, może nawet odrazę. Jak mógł być tak ślepy, jak mógł myśleć tylko o sobie?
- Pieprzony egocentryk. - podsumował siebie w myślach. Nie mógł uwierzyć, że potrafił być, aż takim ignorantem względem uczuć innych.
- Nie chcę, by kiedykolwiek była smutna. - odparł półgłosem zwieszając głowę. - Przepraszam, masz rację. - dodał po chwili. Najgorsze jest to, że pomyślał zanim poprosił, ale nie wpadł na to, że zabicie go sprawiłoby ulgę tylko jemu. Nie musiałby żyć w winie. Nie zastanowił się co czułaby Rennevy po jego śmierci. Przecież byli ze sobą zżyci, coś dla siebie znaczyli. Z pewnością śmierć kolejnej bliskiej - chociaż nie, aż tak jak rodzina - osoby byłaby traumą. Kolejny człowiek, z którym mogła porozmawiać zginął, a chyba całkiem nieźle bawiła się niekiedy przy kimś tak mało rozrywkowym i inicjatywnym jak Ray? Skarcenie po głowie przypomniało mu czasy dzieciństwa jak rozrabiał. Często dostawał takie wymowne, lekkie stuknięcie w głowę, by zrozumiał swoje zachowanie. Teraz było podobnie. Aż roześmiał się lekko.
- Dzięk... - nie skończył mówić, gdyż podniósł głowę, a Gary akurat osunął się na ziemie, przynajmniej zaczął się osuwać, bo Ray złapał go zrywając się z łóżka, by nie zaliczył spotkania z podłogą. Na jego prośbę nawet nie odpowiedział, lecz natychmiast przeszedł do działania. Przełożył sobie jego ramię przez kark i podnosząc go w ten sposób odprowadził do łóżka.
- Odpocznij, nie przemęczaj się. Należy Ci się. - powiedział pomagając mu usiąść na miękkiej kołdrze. Na kolejne słowa uśmiechnął się lekko.
- Jesteś dobrym człowiekiem, dzięki. Możesz na mnie liczyć, jak tylko dowiem się, że coś z Tobą nie tak, to zjawię się lepiej niż bohater - bo Ci zawsze się spóźniają. - odparł siadając na swoim posłaniu. Skoro mieli podobny problem, to muszą się wspierać. No i czuł się zobowiązany do tego, po tym oświadczeniu Garego.
- Tak dla wyjaśnienia - także jestem Magiczną Bronią. Skąd pochodzisz? - postanowił zapytać, bo skoro mieszkali teraz razem, to warto było się poznać. Szczególnie, że przeszli natychmiast do tak ciężkich tematów, a zapomnieli o podstawach. Nie wiedzieli skąd są, ile mają lat, ani nawet co lubią. Trzeba było chociaż trochę nadrobić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Pią Sie 14, 2015 3:13 am

-Opanowałem się tylko dzięki temu, że była ze mną-powiedział na chwilę wracając do tego momentu kiedy on powiedział żeby uciekała, a ona została z nim-Niby masz racje. To nie ja wybrałem swoją przeszłość, ale gdybym był silniejszy nie doszło by do tego.-Gary miał w naturze brania całej winy na siebie jeśli chodziło o bezpieczeństwo bliskich-Czy ja wiem. To nie tak, że świat jest parszywy. Świat jest piękny, to ludzie są parszywi.-wyraził swoje zdanie uśmiechając się lekko
Gary pomimo tego co przeżył zawsze stara się przy innych uśmiechać gdyż nie chce żeby się o niego martwiono. Patrzy na świat z podziwem. Często obserwuje niebo bądź przyrodę. Słowa Ray'a trochę poprawiły chłopakowi humor. Poczuł się pewniej. Kolejna osoba uwierzyła w niego, co naprawdę go ucieszyło.
-Haha, masz racje-zaśmiał się lekko-to nie żaden konkurs tylko walka z samym sobą, prawda?-stwierdził
W tym momencie bawiło go to szaleństwo, gdyż wyobraził sobie, że jest to jak gra. Różnica jest tylko w tym co dzieje się z przegranym. Niby nie jest to powód do śmiechu a jednak znalazł jakiś zabawny motyw.
-Aee, ten-zakłopotał się trochę z powodu reakcji Ray'a-nie musisz przepraszać i nie miałem na myśli żebyś poczuł się gorzej z tego powodu Chodzi o to, żebyś więcej nie mówił takich rzeczy. Mnie takie słowa tylko zdziwiły, ale gdybyś palnął coś takiego przy Rennevy zapewne zrobiłoby jej się bardzo smutno, a to że widzisz swój błąd znaczy, że zależy ci na niej-uśmiechnął się ciepło, nie wiedział jakie relację łączą tą dwójkę, ale jest wstanie wywnioskować, że nie jest to jakaś pierwsza lepsza przyjaciółka-Dobry refleks-powiedział uśmiechając się, był zaskoczony, że chłopak tak szybko zareagował, ale dzięki temu nie doznał spotkania z podłogą-Aeee, czy ja wiem czy takim dobry.-odparł ponownie zakłopotany-Powiedziałem to co uważam, ale dziękuję za wsparcie i za te słowa.
Może dla Ray'a nie znaczyło to dużo, ale dla Garego wręcz przeciwnie. Były to słowa, które na pewno zapamięta. Pamięta każde dobre słowo jakie ktoś o nim powiedział. Nie jest narcyzem, ale to nie znaczy, że nie lubi czasem usłyszeć jakiejś pochwały. W końcu kto nie lubi?
-Co nie.-zaczął się śmiać na słowa o spóźnialskich bohaterach
Gary nie liczył na to, że Ray powie coś takiego. Nigdy nie oczekuje czegoś w zamian za pomoc komuś, wsparcie, czy coś podobnego, co nie zmienia faktu, że ucieszyło go to.
-Oooo dobrze wiedzieć-powiedział- Jestem z Polski, ale nie powiem ci dokładnie skąd. Po prostu słabo pamiętam okres dzieciństwa i czasy jak mieszkałem jeszcze z ojcem. Przypominam sobie tylko, że było to małe miasteczko.-odpowiedział chwilę próbując przypomnieć sobie trochę więcej szczegółów-A ty?-zapytał z ciekawością
Gary pomimo ciężkiego dnia i rany kutej na łopatce uznawał ten dzień jako dobry. Pewnie ktoś inny stwierdziłby, że jest jednym z gorszych, a on uważał wręcz przeciwnie. W końcu zdobył dzisiaj dwójkę przyjaciół i poznał jeszcze jedną dziewczynę która może też będzie chciała zostać jedną z jego przyjaciółek. Jemu wystarczyła by ta trójka.ziwych przyjaciół. A skoro zrobił to przed Ray'em to automatycznie stał się jego bliskim przyjaciele Gary nie otwiera się zbyt często przed innymi, też z tego powodu nie ma za wielu prawdm chociaż nie wiedział czy współlokator uważa to samo o nim. Gary chciałby lepiej poznać jego nowego przyjaciela, ale nie będzie naciskał. Jeśli sam nie zacznie Gary nie będzie pytał na siłę. Taki już z niego dziwaczny człowiek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi

avatar
Uczeń NOT
Posty : 79
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Nie Sie 16, 2015 3:12 pm

Brak odpowiedniej siły również nie był winą Garego, gdyż właśnie trafił do miejsca, w którym tej mocy mógł nabrać. To tutaj miał się rozwinąć, aby bronić swoich bliskich, a także innych. Ray jednak nie starał się już tego przekazywać chłopakowi, dobrze wiedział, że z taką myślą w przyszłości będzie mu łatwiej trenować mimo obarczania się. Kiedyś sam dojdzie do wniosku, że nie da się być przygotowanym na wszystko i pewne rzeczy należy przyjąć takimi jakimi są, by później móc się przygotować na sytuacje podobne.
- Cóż, mówiłem bardziej ogólnikowo. Świat jako natura jest piękny - zgadzam się, lecz świat jaki postrzegamy kreują ludzie, przez to staje się parszywym miejscem. Większość cudów natury jest ogrodzona, bo jesteśmy jak bydlęcia, które zniszczyłyby nawet coś tak niezwykłego. Pobierane są opłaty, aby móc na chwilę stwierdzić "może ten świat nie jest obrzydliwy?". Wszystko zostało skażone działalnością ludzi. - powiedział beznamiętnym półgłosem spoglądając gdzieś w bok i zawieszając swój wzrok w tym miejscu na dłuższą chwilę. Takie stwierdzenia już nawet nie wywoływały w nim żadnych emocji, miał je przewałkowane wielokrotnie. Oczywiście to co teraz powiedział to nie była cała jego myśl, a ledwo rąbek opinii, lecz to nie był czas i miejsce na takie dyskusje. Ray również nie czuł się zbyt komfortowo opowiadając o własnym światopoglądzie, bo wtedy stawał się coraz bardziej otwarty, a tego wolał unikać.
- Prawda, okrutna walka. - powiedział z lekkim uśmiechem. Należało się z tym pogodzić, bo raczej niemożliwym była zmiana. Chociaż tak myślał, to jednocześnie liczył, że ten morderczy szał był tylko jednorazowym wybrykiem spowodowanym przez kogoś innego, że zostało na niego narzucone to, a wcale nie obudziło mrocznej strony Raymonta. To było coś dodanego do niego - tak chciał myśleć, by odrzucić twierdzenie, że to "coś" obudziło w nim ten tryb żądny krwi.
Ray rozumiał swój błąd i bardzo dobrze, że poczuł się z tym źle, gdyż w ten sposób mógł napiętnować swoje zachowanie. Dzięki temu miał nadzieję, że nigdy więcej nie palnie takiej głupoty bez pomyślenia o innych, nie tylko o sobie. Było mu wstyd za siebie, prawidłowe zachowanie - chociaż to było z nim w porządku. Zaś co do Rune... Raymont nieśmiało za każdym razem stwierdzał, że osoba niebędąca dla niego rodziną stała mu się na tyle bliska, by "zależało" mu na niej. No, nawet tymczasową rodziną. Niekiedy nawet czuł potrzebę delikatnego przekazania tego w słowach czego efektem były wielokrotne pytania "Dlaczego to zrobiłem" oraz nocne koszmary. Prawie podczas każdego, nawet sugestywnego wyznania takiej rzeczy czuł niemalże ból spowodowany tymi słowami. Jednak to nie był taki fizyczny czy psychiczny normalny ból, a taki sprawiający zawstydzenie i niszczący własne poglądy o samym sobie. No bo "Ja nigdy nie potrzebowałem ukazywać uczuć", "Ja nigdy nie miałem takich uczuć", "Ja nigdy takiej rzeczy bym nie zrobił" i wiele innych "ja", którzy by nie zrobili takich rzeczy, a jednak robili i byli najprawdziwszą częścią Raya, tyle, że taką nieznaną mu. Świadomość ponownego poznawania się też była dla niego czymś zaskakującym oraz dziwnym. Twierdził, że już znał siebie, a tutaj przy Rennevy co rusz, to odkrywał jakieś nowości odnośnie swojej osobowości. Mimo tego rozdarcia między wizją siebie jaką widzi, a jaką jest, to czuł, że w sumie dobrze postępuje, a każdemu takiemu przeżyciu w gruncie rzeczy, gdzieś pod warstwami wstydu i zaskoczenia kryła się dziwna przyjemność. Nie rozumiał tego, nie zapowiadało się, by szybko zrozumiał.
Wracając do tematu - refleks to Raymont miał akurat dobry, gdyż posiadał trochę przeżyć z upadającymi lub spadającymi ludźmi w jego otoczeniu. No i nie tylko ludźmi, bo wiedźmy też lubiły sobie pospadać obok niego.
- Dzięki, ćwiczyłem na innych upadających. - powiedział z uśmiechem, by po chwili usłyszeć słowa wątpliwości Garego na temat jego bycia dobrym człowiekiem. Cóż, mógł uważać jak chce, jednak prawda pozostawała niezmienna. Pomimo przeżyć i czynów, które były przerażające, to aktualnie był kimś kogo łatwo można określić "dobrym człowiekiem", zresztą tamte dokonania to nawet nie był on. Przeszłość wykreowała go na kogoś potrafiącego zrozumieć czym jest złe zachowanie, dlatego zdawał się unikać go jak ognia.
Polska, ten kraj mówił trochę Rayowi, aczkolwiek niezbyt wiele. Nigdy tam nie był, ani nawet w pobliżu. Ogólnie zwiedził mało krajów, chociaż chciał odwiedzić każdy. Życie jednak weryfikowało jego marzenia i aktualnie nie miał nawet możliwości.
- Ja pochodzę z Anglii, z małej mieściny, której nazwa nie jest nawet ważna, bo i tak nawet mieszkańcy Anglii zupełnie nie kojarzą jej. - odparł zgodnie z prawdą, bo miejsce, w którym mieszkał było zabitą dechami wioską, aczkolwiek nie zamieniłby tej miejscowości na żadną inną. Lubił wsie za wszystko co oferowały, no... prawie wszystko. - Więc mówisz płynnie po polsku? To podobno najtrudniejszy język świata. - zapytał z czystej ciekawości. Posługiwanie się banalnym angielskim nie było żadnym wyczynem, lecz polskim? Jak dla rodowitego mieszkańca tego kraju, to może też błahostka, lecz w oczach kogoś z innego państwa to coś godnego podziwu.
- Męczę Cię pytaniami, powinieneś przespać się. - stwierdził nagle, bo zupełnie zapomniał jak przed chwilą omal nie upadł, a teraz dręczony jest pytaniami, które można by było zadać innym razem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t96-raymont-ray-walker

avatar
Uczeń EAT
Posty : 400
Data dołączenia : 20/02/2015
Wiek : 20

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Nie Sie 16, 2015 4:28 pm

Elijah błąkał się po Shibusen w poszukiwaniu jakichkolwiek słodyczy, które mógłby dać Yuriko Hanie. Ładnej władającej, udawającej koszyk wielkanocny. Swoją drogą zgubił ją gdzieś po drodze i nawet nie zauważył gdzie, więc olał szukanie. Może zwyczajnie odturlała się w stronę zachodzącego słońca, bo nie chciała mieć z nim absolutnie nic wspólnego? Zdecydowanie musiał skołować cukierki. Może to właśnie tak ją do siebie przekona? Zawsze warto było spróbować i się przekonać.

Nogi dumnego ucznia EAT przyciągnęły go aż do akademików. Pamiętał, że w swoim pokoju miał schowane pudełko z cukierkami, które często wcinał, jak nachodziła go straszna ochota na nie. Idąc sobie przez korytarz, niewiele myśląc skręcił w stronę, jak myślał, drzwi pokoju numer trzynaście. Nawet nie spojrzał na tabliczkę znajdującą się zaraz obok nich, co prawdopodobnie uratowałoby go od wpadnięcia w zupełnie inne miejsce niż zamierzał.

Tak, zdecydowanie nie znajdował się w swoim małym azylu, pokój, do którego trafił, został inaczej urządzony, a poza tym, czy w jego własnym przebywałyby dwie inne osoby? Chłopcy, dość podobni do siebie. Tylko tyle przyćmiony umysł nastolatka był w stanie przetworzyć. Jednego z nich na pewno kojarzył. Był tamtego dnia w cyrku. Znał tą dziewczynkę, którą wtedy opętało. Nieważne.
- Dzień dobry - wyrzucił z siebie, nie wiedząc co powinien jeszcze dodać. - Potrzebuję cukierków, macie jakieś tutaj? - dodał, rozglądając się, jakby chciał lada chwila uciec, albo wyskoczyć przez okno może? - Hmm, chyba przeszkadzam, wracajcie sobie do... czegoś, co tam robicie. Jestem tolerancyjny, spokojnie - stwierdził jeszcze i wycofał się z pokoju. Musiał znaleźć słodycze.


{z/t}

Wyzwanie wielkanocne 4/5
Ignorujcie mnie, ja tylko robię wyzwanie. XD

_________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t82-nienawidze-cie-elijah-2015

avatar
Uczeń NOT
Posty : 75
Data dołączenia : 30/06/2015
Wiek : 17

PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   Pon Sie 17, 2015 4:21 pm

Gary słysząc opinię Ray'a na temat świata całkowicie się z nim zgadzał. Jakby nie patrzeć to największą zarazą na Ziemi są ludzie. Nie wszyscy robią to umyślnie ale większość tak. Chłopak nic nie powiedział tylko kiwnął głową na wznak, że współlokator ma rację.
-Jak to na innych upadających?-zaśmiał się- Aż tak dużo ludzi spada obok ciebie?
W tym momencie Gary wyobrażał sobie sytuację kiedy Ray idzie przez miasto, a nagle z nieba spada jakaś dziewczyna, albo chłopak.
-Jesteś z Anglii. Chyba tam ładnie prawda?-jeśli chodzi o obeznanie geograficzne chłopaka nie było jakoś na wysokim poziomie, nie miał nigdy okazji zobaczyć zdjęć czy widokówek z innych części świata.
-Tak mawiają i sam uważam, że polski nie jest łatwy. Gramatyka i wymowa niektórych zdań bądź słów jest naprawdę trudna.
W tym momencie do pokoju wszedł jakiś chłopak. Wyglądał jak by czegoś albo kogoś szukał. Zapytał się czy mają jakieś cukierki po czym nawet nie czekając na odpowiedź wyszedł uprzednio wtrącając coś, że jest tolerancyjny. Gdyby poczekał dostał by coś słodkiego gdyż Gary przeważnie ma przy sobie jakieś batoniki, albo cukierki.
-Ciekawe o co mu chodziło z tą tolerancją?-wymamrotał po cichu-Nie nie męczysz. Mój organizm jest w stanie wytrzymać coś takiego. Poza tym od dawna nie miałem okazji z kimś porozmawiać. Włóczyłem się tylko po mieście, albo uczyłem. Jakoś nie nadarzała się szansa na poznanie kogoś innego. Nawet chociaż nie mam żadnych planów na jutro więc mogę pospać do dwunastej to się wyśpię.-powiedział uśmiechając się do Ray'a-Jeśli można spytać. Ile jesteś już w Shibusen i jak tu trafiłeś?-zapytał nie przemyślawszy przez co zaraz zaczął się tłumaczyć zakłopotany-Znaczy jak nie chcesz mówić o przeszłości to nie musisz. W końcu nie każdy lubi opowiadać o sobie. A w ogóle to ładną noc mamy.-w tym momencie się zamknął gdyż zaczął już gadać totalne głupoty, po prostu nie wiedział czy odpowiednim było zadać takie pytanie w stosunku do Ray'a, nie wyglądał na kogoś kto lubi o sobie opowiadać co tym bardziej zakłopotało Garego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://deathcity.forumpl.net/t534-gary-koi
Sponsored content


PisanieTemat: Re: Pokój nr 8   

Powrót do góry Go down
 
Pokój nr 8
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next
 Similar topics
-
» Pokój Snów
» Pokój Marzeń
» Pokój Czterech Pór Roku
» Pokój Śmiechu
» Pokój Zakochanych

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Death City :: Death City :: Akademiki :: Akademik męski-